Blade Runner 2049 (2017) – Czy Królowa Śniegu kocha biegające ostrza?

W 1982 roku Ridley Scott stworzył film science-fiction Łowca androidów, który dla pokoleń stał się modelem świata przyszłości. Ponury krajobraz miasta w obliczu potężnych korporacyjnych instalacji, oświetlony faetonami reklam, gdzie w strugach kwaśnego deszczu przelewa się bezimienny tłum mieszkańców, wczytał się głęboko w naszą wyobraźnię, prowokując kolejnych twórców do próby odtworzenia tego niepowtarzalnego klimatu. Zatłoczone miasto, na którego szczycie od czasu do czasu wybuchają płomienie nazywane w oryginalnym scenariuszu Hadesem, stało się tłem dla pięknej, melancholijnej opowieści filozoficznej, przesączonej fatalistycznym widmem śmierci.

Jednak w kontekście Gwiezdnych wojen i ich bajkowej konwencji oraz schludnej, chłodnej estetyki Star Treka, ta wizja przyszłości świata wydała się zbyt dekadencka i duszna. Bohaterowie opowieści byli niejednoznaczni, a sama opowieść zbyt zawiła, nieformułująca oczywistych odpowiedzi, natomiast stawiająca wiele pytań do własnych przemyśleń. W rezultacie wytwórnia i producenci dokonali głębokiej cenzury filmu. Wyposażono go również w komentarz tłumaczący z offu myśli głównego bohatera. Nic jednak nie pomogło, film nie przebił się do publiczności i nie zwrócił nawet kosztów realizacji wynoszących 28 mln dolarów. Ponowne odkrycie film zawdzięcza drugiemu obiegowi. Posiadacze kaset VHS, wypożyczalnie i szeptana legenda doprowadziły do powstania szeregu fanklubów filmu. Kasety zawierały usunięte fragmenty oraz ocenzurowane wcześniej wersje brutalnych scen. Wśród fanów filmu rozgorzały gwałtowne dyskusje o jego treść i przesłanie. Po dziesięciu latach film stał się prawdziwą legendą i pozwolił reżyserowi doprowadzić do ponownej premiery kinowej – tym razem w wersji reżyserskiej, wywołując modę na tzw. filmy director’s cut. Ostatecznej wersji film doczekał się dopiero w 2007 roku – po podrasowaniu go cyfrowym, co pozwoliło na wyeliminowanie wielu błędów popełnionych przy jego realizacji.

Do legendy filmu przyczynił się także Philip K. Dick, autor książki, na bazie której film powstał, zatytułowanej Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?. Napisana w 1968 roku powieść była swoistą odpowiedzią autora na nazistowski terror, którego pamięć w okresie pisania książki wciąż była żywa w umysłach ludzi, i snuła rozważania na temat zachowania człowieczeństwa w czasach terroru i ludobójstwa. Autor pisał ją po halucygenach i umiejscowił akcję w San Francisco po trzeciej wojnie światowej, która skończyła się klęską ekologiczną. Garstka bohaterów z nieuleczalnymi chorobami genetycznymi podłącza się do elektronicznych maszyn, aby przeżywać emocjonalne życie, którego brak wokół nich. W obrębie swych wizji przeżywają niezwykłe, mesjanistyczne doznanie, uczestnicząc w nim wraz ze swoim duchowym przewodnikiem, który niczym Syzyf wciąż zdobywa górę popiołów. Podłączeni słuchają jego mistycznych kazań i przeżywają empatycznie wszelkie jego doznania. W książce androidy są wizją przyszłości ludzkości, jako osoby pozbawione kompletnie uczuć i emocji. Dramat Deckarda wynika więc z tego, iż w trakcie swojej morderczej misji coraz bardziej upodabnia się do nich.

Ridley Scott umieścił akcję swojego filmu w Los Angeles obmywanym kwaśnymi deszczami, a jego replikanci to inteligentni i nadludzcy niewolnicy skazani na nieuniknioną śmierć w ciągu czterech lat, zdolni do przeżywania uczuć wyższych i empatii. W kluczowej scenie główny antagonista Deckarda, android, przebija sobie rękę gwoździem i z gołębiem w dłoni zamiera, jest to ewidentny symboliczny gest ukrzyżowania i duszy, która odlatuje. O ile Dicka interesuje człowieczeństwo jako takie, jego sens i wartość, o tyle Scotta bardziej fascynuje relacja pomiędzy człowiekiem a maszyną oraz stwórcą a dziełem, które wciąż, jak wszyscy ludzie, zadaje tragicznie pytanie – dlaczego?

Tragiczny wymiar filmu wynikał również z dramatycznej sytuacji osobistej Scotta, który po śmierci brata popadł w depresję i rozpoczął walkę z nią poprzez pracę, gdzie oddawał się drobiazgowym działaniom, kręcąc po 18 dubli ujęcia i zabiegając o każdy możliwy szczegół dekoracji, a na planie zachowywał się ponoć jak dyktator. Taki rodzaj pracy niemiłosiernie wydłużał zdjęcia do filmu, podnosząc jego koszty i wprowadzając całą ekipę w stan nieustannego napięcia. Wydłużająca się praca nad filmem nie pozwoliła zobaczyć jej efektu autorowi książki, który zmarł tuż przed premierą w marcu 1982 roku. Koniec zdjęć wszyscy przyjęli z ulgą, chociaż dla reżysera rozpoczął się etap nieustającej walki o ostateczny obraz filmu, i trwał on aż 25 lat do wersji tzw. final cut z 2007 roku.

Był to, jak się wydaje, ostatni i największy film SF, który nie wykorzystywał efektów komputerowych. Film ten stał się ikoną cyberpunku, jednocześnie powodując powstanie w podobnej stylistyce wielu dzieł filmowych, literackich oraz komiksów. Był inspiracją dla naukowców, artystów i intelektualistów, wyznaczając nowe kierunki, jednocześnie przepowiadał wiele nadchodzących przemian społecznych i gospodarczych, takich jak rosnącą w stosunku do elit politycznych rolę korporacji, ekspansję gospodarczą i społeczną z Dalekiego Wschodu, a także, co już brzmi nieco koszmarnie, powstanie człekopodobnych androidów o statusie społecznym niewolnika. Obecnie coraz bardziej wypierają człowieka z pracy roboty, a pierwszy android uzyskał obywatelstwo, co ciekawe – w Arabii Saudyjskiej. Coraz głośniej mówi się także o opodatkowaniu pracy maszyn.

Na takim tle w wytwórni Warner Bros po 35 latach podjęto pracę nad drugą częścią tego pomnikowego dzieła pod nazwą Łowca androidów 2049. Przy akceptacji Ridleya Scotta, dzieła reżyserii podjął się 50-letni Kanadyjczyk, Denis Villeneuve.

Muszę przyznać, że podołał zadaniu. Jego film jest nieco inny od pierwowzoru i dla zagorzałych fanów może się wydawać zbyt odrębny. Jest oszczędny i zdyscyplinowany, mniej cyberpunkowy, a bardziej oniryczny. Tym niemniej w moim odczuciu za jakiś czas te dwa filmy staną się naturalną wspólnotą.

Autorzy filmu na pierwszym planie uczynili klasyczny film drogi, w którym bohater, niczym Alicja po drugiej stronie lustra, odbywając bardziej i mniej dramatyczne spotkania, odkrywa powoli swoją dojrzałość do roli człowieka i samodzielnie zgadza się na swoje nowe wspaniałe imię – Joe. Zanim do tego dojdzie, nosi pieszczotliwy numer zakończony dużą literą K, co z kolei sugeruje że Proces dojrzewania jest bliższy Kafce, a służy temu zagubienie bohatera w labiryncie znaczeń, jakim otoczona jest prawda o nim samym, oraz rozważania bohatera o zbrodni i bezkarności.

Ale czego w tym filmie nie ma? Jest wszystko – zamknięta w szklanej wieży księżniczka, która jest obietnicą, walczące ze sobą królowe Kier i Pik, jednooka rebeliantka i wyspa skarbów, gdzie w swoim pałacu rozpusty i absurdu ukrywa się Szalony Kapelusznik z Las Vegas. A na dnie, w jądrze ciemności, siedzi sam Szatan, otoczony muchami podglądu, recytując w kółko swe imię – a imię jego jest milion.

Relacje damsko-męskie rozgrywają się tu wprawdzie w atmosferze Lolity Nabokova, ale autorzy podsuwają nam inną jego książkę, jako klucz do filmu, Blady ogień. Wprawdzie wiem, że wszyscy czytali, ale jakby ktoś nie czytał, to książka ta jest rodzajem eksperymentu literackiego, w którym wymyślony autor poematu jest analizowany przez wymyślonego krytyka. Dowcip polega na tym, że do 99-strofowego poematu dopisano przypisy, znacznie przerastające liczebnie objętość poematu i niekoniecznie z nim związane, a całość ma wymowę traktatu filozoficznego o śmierci, jej przekraczaniu i ewentualnym życiu po niej… Aż się w głowie kręci od podsuwanych co rusz cytatów i zapożyczeń, w końcu film ma prawie trzy godziny, a autorzy plątają tropy i podsuwają znaczenia, a potem inne znaczenia, i tak dalej, a w tym wszystkim zanurzeni po same uszy są widzowie, no i nasze drogie prototypy, przepraszam – replikanci.

Teraz o grze aktorskiej. Wszystkie panie grają z przejęciem i zaangażowaniem, należałoby jednak wyróżnić dwa czarne charaktery tej opowieści: z jednej strony, Królowa Śniegu – dojrzałość i siła osobowości Robin Wright jako przełożonej naszego bohatera, a z drugiej królowa śmierci – przekonywające zdecydowanie i sprawność Sylvii Hoeks jako jego antagonistki. Zderzenie tych dwóch postaci kobiecych jest doprawdy fascynujące i pełne napięcia. Jeżeli chodzi zaś o głównego bohatera granego przez Ryana Goslinga, to dobrze zagrana rola, chociaż bez przesady, trudno bowiem w wypadku tego aktora mówić o kamiennej twarzy, raczej użyłbym określenia nienachalna mimika i oszczędna gra. Harrisona Forda się nie ocenia, to pomnik, który zalicza już drugą asystę, w eleganckim stylu. Jest jeszcze Jared Leto i jego diaboliczna rola niewidomego szefa korporacji, i to chyba najbardziej przejmujący akcent aktorski w całym filmie, chociaż należy powiedzieć, iż tego typu postacie są samograjami aktorskimi, jednak Leto czyni to ze szczególnym wdziękiem.

W Łowcy androidów jak w żadnym innym filmie ważna jest scenografia i otoczenie, stanowiąc równoważny postaciom element narracji. Barokowe, pełne przedmiotów pomieszczenia i zagęszczone, wręcz przeludnione ulice oświetlone ogromnymi napastliwymi reklamami – ustępują w drugiej części pustce, chłodowi i minimalizmowi w estetyce pomieszczeń. Wszystko jest poddane postępującej degradacji. W tej oszczędności zawarte jest piękno i napięcie, jakie towarzyszy postaciom. Miasto nadal żyje, ale nie jest już tak duszne i migotliwe jak w pierwszej części, z wysokiej perspektywy bardziej przypomina fawele niż wnętrze piekła, tylko budynki korporacji i  reklamy są jeszcze bardziej wyraziste i natarczywe. Na ulicach słychać coraz częściej język rosyjski. Znajdujące się nieopodal miasta wysypisko śmieci to osobny twór żyjący własnym życiem, monstrualny i ogromny, dziki i bezlitosny. Tylko lokacja z Las Vegas przypomina swoją atmosferą nieco część pierwszą. Przesycone złotym światłem pustynne wydmy, gdzie jak wydmuszki z innej epoki umierają ogromne nadnaturalnej wielkości rzeźby kobiet, i wnętrze kasyna, pełne pychy i absurdalnego bogactwa. Niewątpliwie obraz w tym filmie jest wybitną jakością, wysmakowaną i pełną grozy, piękną malarskim wyczuciem i graficznie doskonałą, godną pierwszej części.

Hans Zimmer i Benjamin Wallfisch tworząc muzykę, odwołali się bardzo wyraźnie do pierwowzoru i pozostali konsekwentnie w jego obrębie, dodając jednak dynamiki i charakterystycznej dla siebie melodyjności. Muzyka czasem zupełnie zanika, by za jakiś czas znów zespolić się z obrazem w nastrojową całość. Nie wiem, jak zareagował na to Vangelis, ale na jego miejscu nie czułbym się obrażony, jego dzieło i tak pozostanie nieśmiertelne, będąc inspiracją dla wielu muzyków na całym świecie.

Czego w tym filmie zabrakło? Oczywiście Rutgera Hauera z jego kreacją androidalną, i chociaż Gosling ma równie gustowny płaszczyk z wysokim, zasłaniającym twarz kołnierzem, to jednak jest taki bardziej cieplutki, ludzki jest. Królowa Śniegu walczy wprawdzie o kryształki w jego sercu, ale on się jakoś tak roztapia sam w sobie. Jego przeobrażenie od androida do człowieka jest dzięki temu mniej wyraziste, nie mówiąc o drapieżności czy heroizmie. Odnosi się wręcz wrażenie, że wszystkie postacie w filmie są mniej wyraziste niż te sprzed 35 lat. Film unika wprawdzie błędu popadania w poprawność polityczną, ale być może współcześni są już cieniej posmarowani na elektronicznej pajdzie filmowego chleba? Nie wiem, czy przypadkiem właśnie to nie stanie się prawdziwym przesłaniem tego filmu w przyszłości.

Warto by się pokusić o jakieś podsumowanie, ale trudno o nie – na razie. Potrzeba chyba więcej czasu i dystansu, by dzieło to nabrało dla nas większego znaczenia i odpowiednio się usadowiło w naszej wyobraźni. Poprzednia część potrzebowała aż dziesięciu lat, z tą będzie chyba łatwiej. Najgorsze, co może się stać, to gwałtowne zainteresowanie Hollywoodu i taśmowa produkcja następnych części, już bez głębszej refleksji i bez duszy, ale za to wypełnionych efektami komputerowymi i supergwiazdami. Zaś filozoficzna rozprawa zamieni się wówczas w widowiskowe, kosmiczne „wojny androidów”.

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *