Pamiętnik egoistki

Pamiętnik egoistki

Życie mnie boli, życie mnie zawodzi. Czy inni też znają to uczucie? Czy przyjaciel położył im kiedyś dłoń na ramieniu i powiedział „nie martw się, wszystko będzie dobrze”? Ja zaznałam takiej sytuacji wiele razy. I za każdym razem zamiast wdzięczności wobec przyjaciela czułam narastającą złość i irytację. Skąd jakikolwiek człowiek – najzupełniej osobny ode mnie przecież – miałby wiedzieć, czy będzie dobrze, a może jednak wcale nie. Wściekam się na tego typu głupio pocieszycielskie tony, aż do głowy uderza mi zagotowana krew. A jeśli świat rozleci się na kawałki – jeśli będzie jeszcze gorzej? Czy wtedy przyjaciel cofnie czas? Czy odwróci bieg rzeczywistości i wycofa swoje durne, pozbawione jakiejkolwiek jakości słowa „pociechy”?!

Szczerze nie cierpię moich przyjaciół. Te ich poukładane, cukierkowe życia. Te ich stosy wymyślonych – w mojej ocenie: żałośnie śmiesznych – problemów, a właściwie problemików. Te ich zatroskane, przepełnione współczuciem miny…

A guzik mi współczują! To, co mi robią, to litość, a nie współczucie! Nienawidzę ich za to z całego serca!

Tak, mam w sercu złość. Noszę ją w sobie przez całe życie. Dosłownie czuję, że moje serce jest przebite zardzewiałym gwoździem. W żyłach płynie mi rdza. Koszmarny rdzawy kwas w zastępstwie krwi. Myślę, że nie zawieram w sobie krwi. To nie ona pulsuje mi w skroniach, kiedy się ciskam, denerwuję. To nie krew, tylko kwas – pieprzona rdza, która zatruwa mi mózg i cały organizm. Nie jestem człowiekiem – nie czuję się żywa. Czuję się jak szare pudełko do przechowywania zmartwień całego pieprzonego świata. A co mnie w sumie obchodzi jakiś tam świat? Powinnam skupić się na własnym życiu… powinnam być żywa, do diabła, ale jakimś parszywym cudem – wcale nie jestem.

Czy żywy, prawdziwy człowiek z krwi i kości czułby się tak szary, opustoszały jak ja? Czy to w ogóle możliwe? Przecież to się kupy nie trzyma!

One – „przyjaciółki”. A niech je wszystkie szlag! Ich kłopociki, ich nadzieje, okresy, seksy i inne idiotyzmy. Co mnie interesuje twoja odżywka do włosów, idiotko?! Co mnie obchodzą twoje fitnesy i sprężyste pośladki, wypracowane razem z Chodakowską? A puknij ty się, jedna z drugą, w swój świeżo wymodelowany od fryzjera, napuszony i wylakierowany, modny łeb!

Oni – mężczyźni! Do stu diabłów z nimi wszystkimi! Nienawidzę ich do szpiku kości! Obsługiwani przez usłużne matki, zapatrzone w swoich synalków niczym w ósmy, dziewiąty i dziesiąty cud świata. Nauczeni bycia pięknymi, rozkapryszonymi chłopcami. Pewnymi swojej wartości i sprawczości. Potem przychodzi taki do kobiety, jak po swoje. I myśli, że wszystko mu się należy – wszystko jego. Jej myśli, jej marzenia, jej piersi, i oczywiście ta jędrna pupa, którą wcześniej biedna przyjaciółka musi na bieżąco szczypać i oceniać, czy istotnie jędrna, czy Chodakowska dobrze robi. Jedna idiotka z drugą idiotką żrą głodową owsiankę na wodzie na śniadanie i codziennie wytrwale pracują nad kształtami swoich pup. Normalnie przygotowują swoje pupy na spotkanie z księciem, owym zadufanym w sobie maminsynkiem. Jakby sensem wszechświata była kobieca pupa – oblizana mokrym, zachłannym spojrzeniem jakiegoś złaknionego samca. Toż to jeden wielki, kosmiczny i w pełni paradoksalny upadek feminizmu. Dzielne sufrażystki oddały swoje życia za podniosłe ideały – i za kogo oddały? Za te nowoczesne stada korpoperfekcyjnych tworów kobietopodobnych, dla których szczytem osiągnięć duchowych jest dupa w kształcie rajskiego jabłuszka.

Pieprzę to! Będę objadała się czekoladą i ptysiami z kremem. Utyję i nareszcie chwycę szczęście za mordę. Upasę się jak prosię. Nigdy nie narażę się na stosowanie na samej sobie tego ohydnego reżimu wynikającego z prymitywnego kultu ciała. Jestem dogłębnie przekonana o tym, iż wartościowa kobieta jest czymś daleko więcej, aniżeli tylko biustem i pupą. No więc zrobię tak, że zarosnę tłuszczem, mój biust i moja pupa zleją się w walcowatą całość razem z resztą bryły o opływowym kształcie płetwala błękitnego. Jeśli trzeba – skoro to jedyna droga do ocalenia swojej inteligencji i duszy – już nigdy nie zbliżę się do żadnego mężczyzny.

Mężczyźni! Cóż za rozpieszczona, całkowicie nieprzydatna płeć! Na pewno ich do siebie więcej nie dopuszczę. Nawet herbaty z żadnym nie wypiję. Nie będziemy ze sobą rozmawiać, wolę być gruba i cudownie nieosiągalna. Chcę spędzać wieczory na zanurzaniu się w swoje myśli, niedostępne dla nikogo. Chcę snuć wizje lepszego, sprawiedliwszego świata. Takiego świata, w którym kobiety mogą być grube i brzydkie, jeśli zechcą. Takiego świata, w jakim nikomu nie będzie przysługiwało prawo do oceny. Nikt się nie odezwie, jak wyglądam, jaką mam figurę. Nie będę miała figury – pragnę być obłą bryłą.

Za każdym mężczyzną stoi zapatrzona weń matka. A za każdą matką kryje się jej matka. My, kobiety, jesteśmy kontynuacjami własnych matek. Zakażono nas wirusem poświęcenia, rozdmuchiwania swoich porażek i polegania na mężczyznach – jako tych mądrzejszych, jako bieglej przygotowanych do pełnowymiarowego życia. Zostałyśmy zakażone przez kobiety, które nas urodziły. To one, matki, przekazały nam, kobietom, słabość i niewystarczalność. A ja gardzę tym anachronicznym podziałem ról i kategorycznie nie zgadzam się na to, by jakikolwiek mężczyzna traktował mnie jako obiekt swoich westchnień i żądz. W nosie mam męskie żądze! Zamierzam na dobre wyleczyć się z tego obraźliwego w stosunku do mojej inteligencji wirusa kobiecości. Już nigdy, przenigdy nie stanę się fantazją żadnego mężczyzny, nigdy nie urzeczywistnię się pod jego palcami, nie zmięknę, nie rozpłynę się, nie zaleje mnie błogość i odpuszczenie…

Już ani razu nie pozwolę się uratować przed samą sobą. Zamierzam uleczyć siebie z wirusa kobiecości. Życzę sobie być twardą i obojętną. Nieistniejącą w męskim polu widzenia. Chcę osobności i wytrwałości. Nie chcę być brana i pieszczona. Nie chcę być badana i odgadywana. Nie będę przynależna, oswojona – ani głaskana, ani całowana ustami zdobywcy. Nie jestem boginią, nie trzeba mnie nęcić, uwodzić i wynagradzać. Nie trzeba o mnie zabiegać, a już na pewno nie – troszczyć się, opiekować, koić czy poskramiać.

Jego, jakiegoś mężczyzny, pragnienia – zawsze były moimi pragnieniami. Lubiłam topić się w jego rękach, ale byłam wówczas nieświadoma. Teraz planuję być inna, nowa – dorosła, zrównoważona i oddzielna. Nie pozwolę podziwiać mnie, jakbym była fascynującym dziełem sztuki, obrazem albo rozkoszną rzeźbą. Nie pozwolę pragnąć mnie tak, że aż coś się we mnie zatli, rozpłomieni od wewnątrz – aż w całości się zajmę, rozpuszczę i zniknę…

Lubiłam znikać w jego rękach. Moja głowa parowała, rozpuszczała się w powietrzu jak niepotrzebny bagaż. Byłam wtedy bezbronna, ale nic mi nie groziło. Mój umysł rozcieńczał się w słodkiej przepaści, gdzie nie spadałam, lecz unosiłam się nad światem. Świat nie bolał, był spowity chrupką, smaczną mgłą. A ja byłam jak nocny motyl, który dostał się w sam środek gęstego, soczystego światła. To wyjątkowe, niezapomniane uczucie – dzika, aksamitna w dotyku ćma wchodzi w ogień, ale nie towarzyszy jej żaden lęk ni żadna groźba. Ten płomień nie boli, wsiąka się weń z wrażeniem bycia piękną, jedyną w swoim rodzaju. To wspaniałe doznanie, kiedy świat ci nie doskwiera, kiedy twoja głowa odrywa się od ciała, staje się absolutnie zbyteczna.

Być może nie raz zatęskniłabym za tym stanem… Za nocami, w czasie których zupełnie nic mi nie zagrażało, chociaż byłam naga. Prawdę powiedziawszy, byłam jak krucha zapałka. Starczyłby pojedynczy podmuch surowego wiatru, żebym złamała się śmiesznie, jak słaba idiotka. Ale nic podobnego mi się nie przytrafiło – zawsze byłam bezpieczna, mimo że wiotka, w nic nieubrana, za niczym nieskryta, nieschowana. Mogłabym zatęsknić do tego stanu – w każdej chwili umiałabym dokładnie wyobrazić sobie, przypomnieć tego mężczyznę, który sprawiał, że moje serce pozbywało się niechcianej rdzy.

Ale tego nie zrobię, nie wspomnę go, nie przypomnę sobie. Dziś wybieram swoją starą rdzę. I osobność, całkowitą nieprzynależność…

Zadzwonił telefon. To on, mężczyzna… Powiedział, że ma dla mnie śliczną niespodziankę. Że przyjedzie po mnie o dziewiętnastej. Poprosił, bym założyła tę niebieską sukienkę. Tę, w której go zachwycam. Tę samą, w jakiej zobaczył mnie na naszej pierwszej randce…

W myślach posłałam go do stu diabłów. Nienawidzę go z całego serca! Kim on jest, żeby dyktować mi, w co mam się ubierać?! Co on sobie, do licha, wyobraża? Że właśnie w ten sposób będzie wyglądało nasze całe życie? Że będę zakładała figlarnie nogę na nogę w tej kusej kiecce? A on – co? Będzie zwycięzcą? Będzie oplatał rozpostartymi palcami moją talię, będzie mnie wielbił za samo moje istnienie i…

Zgodziłam się. Założę dziś wieczór niebieską sukienkę, i nogę na nogę. Czy mam jakiś wybór? Miałabym spędzić resztę życia na pisaniu pamiętnika? Wybieram jego dłonie, którymi chwyta moją talię. Wybieram mokre spojrzenie, którym pije moją skórę. Nie wybieram rdzy, która płynie mi w żyłach. Nienawidzę się za tę rdzę… nie cierpię siebie do szpiku kości!

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory. Recenzent filmowy, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest Głowa pisarza – regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (2)

2 komentarze

  1. Janusz Muzyczyszyn

    Trudny i bolesny tekst. mam nadzieję, że powodowany chwilowym nastrojem autorki, albowiem w moim pojęciu bycie z drugą osobą to nie tylko dawanie ale i branie jako dwa równobieżne procesy. On też lubi znikać w Twoich rękach. Piszesz czego nie chcesz w związku. A czego chcesz? Może to właśnie jest to, co pragnie Ci dać partner? To takie sobie moje luźne rozważania.

    • Dziękuję Ci za Twoje rozważania – cieszę się, że się nimi podzieliłeś, wskazują one bowiem na sugestywność tego opowiadania, a z uzyskania sugestywności, jako pisarz mogę być szczerze dumna, ale… to opowiadanie, a więc fikcja literacka, która nie ma nic wspólnego z osobistym nastrojem autorki 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *