Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 1

             Księga I – Deszcz i pył

             Rozdział I – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Drugi Dzień Tygodnia 

Niebo z trzema księżycami wyglądało jak zawsze. Ta noc nie wyróżniała się niczym.

Pierwszy Księżyc, największy, obecny na niebie w dzień i w nocy, był nieruchomy. Wisiał nieomal idealnie pośrodku nieba. Był biały, szklisty i odbijał dużo światła słonecznego. To dzięki niemu noce na Xannie pozostawały białe.

Drugi Księżyc, błękitny i porowaty, był trzykrotnie mniejszy. Ukazywał się w połowie nocy, dając nikłą niebieskawą poświatę. Był matowy, pokarbowany, w kształcie nerki. Wydawał się nijaki, niby podobny do błękitnego okruchu skalnego, co znalazł się na niebie przez omyłkę matki natury.

Trzeci Księżyc niewiele ustępował rozmiarem temu wielkiemu, białemu. Pojawiał się marginalnie, z prawej strony nieba, w trzeciej części nocy, i zwiastował rychłe nadejście poranka. Miał postrzępione krawędzie i gąbczastą – wizualnie – strukturę. Był krągły, oranżowy i błyszczący. W jego ciepłym ćmiącym świetle świat nabierał dwuznaczności. Zielonkawy odcień skóry stawał się odmieniony, ogrzany, więcej soczysty. Fioletowe korony drzew, fioletowe krzewy i fioletowe miejskie trawniki uzyskiwały dodatkową głębię. Nuta oranżowego światła przydawała obrazowi tak otaczającej przyrody, jak ludzi – miękkości i tajemniczości zarazem. W świetle Trzeciego Księżyca barwy otoczenia ożywały, zamiast trwać spowite, ciche. I śpiące,  jak to w nocy. Otoczenie, zamiast spać, zdawało się pulsować nowym ukrytym tętnem.

To tętno, ten wewnętrzny puls otoczenia – wynikał  jednak nie tylko z ożywienia księżycowym oranżowym blaskiem. Także sama budowa roślinności, kolorystyka miejskich trawników i drzew powodowała ów puls. Roślinność miała zdolności fluorescencyjne. To znaczy, że świat w nocy wibrował dosłownie, wizualnie. Mówiąc wprost, otoczenie w nocy żyło, świeciło, lśniło. Chociaż wszystko spało – to zarazem żyło. To było widać. Grunt dookoła – pulsował, świecił. Działo się tak dlatego, że fiolet, że purpura – to kolory idealnie absorbujące światło gwiazd. Można więc powiedzieć, że goły purpurowy Grunt jakoby zdawał sobie z tego sprawę, bo potrafił czerpać ze Słońca najbardziej optymalną ilość energii. To było prawdziwe; to było normalne. Szkoda, że praktycznie nikt nie czuwał w nocy, by nad tym rozmyślać. Że nikt nie zadawał sobie pytań o rzeczy oczywiste – że nikt nie wstawał w nocy, żeby oglądać świat głodnymi oczami. Prawie – nikt.

Zolan zbudził się z chwilą wstąpienia Drugiego Księżyca i już nie mógł zasnąć. Wyszedł przed dom i usiadł na trawie. Podkurczył nogi do klatki piersiowej, oplótł kolana ramionami i zaczął obserwować niebo. Widok dwóch, a wkrótce trzech księżyców podziałał na niego, jak zawsze. Ilekroć dopadała go bezsenność, siadywał przed domem, by obserwować nocne niebo. I zawsze wtedy czuł się wyobcowany, nieprzystający, aż nie na miejscu. Miał absurdalne poczucie, że widzi to niebo po raz pierwszy w życiu. A przecież widywał je i znał od urodzenia. Przecież istniała tylko jedna rzeczywistość, wspólna i ta sama dla wszystkich. Tymczasem wybudzanie się w nocy bez realnych przyczyn – popychało Zolana w zawiesistą, ponurą, korcącą refleksyjność. Ta refleksyjność nie miała żadnego sensu. Ogarniała go znikąd i zewsząd naraz. Osaczała Zolana z zewnątrz, choć jednocześnie miał wrażenie, że wynika też z niego samego, z wnętrza. To był czysty absurd. Nikomu innemu coś pokrewnego nigdy się nie przytrafiło. Otaczająca rzeczywistość była spójna, pozytywna, sprzyjająca odczuwaniu pełnego zadowolenia i równowagi. Zolanowi jednak ta łatwo dostępna równowaga – umykała. Opuszczała jego głowę i ciało, odbierała dobry sen i nocny odpoczynek. To było absurdalne. Dlaczego właśnie jemu jednemu coś takiego miało się przydarzać? Dlaczego nikt inny tego nie czuł? Co to było? Jak to nazwać?

Nieuspokojenie. Tylko ta nazwa przychodziła mu do głowy. Na pewno w czasie bezsennych nocy odczuwał nieuspokojenie. Miotało nim przedziwne wrażenie, że coś jest źle. Że coś do czegoś nie pasuje. Że coś powinno wyglądać inaczej.

Siedział przed domem i wpatrywał się w niebo. Myślami był daleko. Gdzie? Nie wiedział. Po prostu był daleko. To było tylko niejasne, irracjonalne wrażenie. Miał poczucie, że niebo go przyciąga. Zupełnie jak magnes. Nie rozumiał, co to znaczy, ale często budził się daleko przed świtem i wychodził na zewnątrz, żeby tego doświadczać. Żeby rozmyślać – o wszystkim i o niczym.

Nagle wydobył się z nieokreślonej, znanej tylko sobie zadumy. Nie lubił być zaskakiwany w ten sposób. Chociaż nie robił nic złego, czuł się jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. Nie usłyszał jej kroków. Wolałby, żeby najpierw odezwała się do niego. Ale ona zwyczajnie podeszła, bezdźwięcznie, i położyła mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się. To było raptowne i niesympatyczne. Usiadła obok i zakłóciła mu myśli. Nie mógł mieć jej tego za złe, ale nie potrafił też ukryć swojego poirytowania. Wcześniejszy nastrój, niejasne poczucie bycia przyciąganym przez niebo, ulotniły się pod wpływem jej nadejścia. Zolan nie mógł już odzyskać tego nastroju, nie umiał ponownie odkleić się od rzeczywistości. A ona, jak gdyby nigdy nic, wpatrzyła się w jego twarz, chcąc wyczytać z niej odpowiedzi na różne pytania. Był tym zakłopotany. Dlatego, że sam nie znał odpowiedzi. Nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Byłoby lepiej, gdyby zostawiła go samego tu do rana. Ten dziwaczny stan nocnego odrętwienia, osamotnienia, bezsenności – to był jego stan, wyłącznie jego sprawa. Nie chciał się tym z nikim dzielić. Nawet z żoną. Ale ona tego nie rozumiała. Chciała mu towarzyszyć. Także w chwilach, jak ta – niepokojących i odrealnionych. Nie mógł mieć jej tego za złe, ale długo milczał, wpatrzony w niebo, całkiem ignorując jej obecność.

– Znowu nie mogłeś spać? – Nena odezwała się pierwsza.

Łagodny kobiecy głos trochę ugłaskał jego nastroszenie. Wciąż nie miał ochoty rozmawiać z nią o tym, ale przynajmniej przestał być poirytowany. Nie odpowiedział jednak. Nena westchnęła.

– Znów nie śpisz, żeby oglądać księżyce? – spróbowała inaczej sformułować pytanie.

Zamrugał parokrotnie, potrząsnął głową, jakby dopiero te słowa wyłoniły go z transu podobnego do lunatycznego. Spojrzał na Nenę. Była realna, była rzeczywista. Była mu bliska. Ale w momentach takich jak ten, nawet ona wydawała się cząstką jakiegoś szerszego, surrealnego świata, w którym różne rzeczy się gubiły, gdzie czegoś brakowało. A przecież Zolanowi nie mogło niczego brakować. Było tu wszystko, czego człowiek potrzebował do życia. Realny świat był sielski, zrównoważony, miał doskonałą temperaturę, doskonale czyste, rześkie powietrze do oddychania… Było tutaj wszystko. I było na wyciągnięcie ręki. Lecz z jakiegoś nadzwyczajnego powodu, którego sam Zolan nie mógł pojąć, coś było nie tak. I on odbierał ten zgrzyt, choć realnie patrząc, nie miał żadnych podstaw, by go odbierać.

– Za każdym razem jest tak samo, pomimo czego nie mogę przestać się dziwić – odezwał się wreszcie. – Jakbym przeżywał to po raz pierwszy. Nie mogę się przyzwyczaić. I nie mogę się tego pozbyć.

– Chodzi ci o księżyce? – upewniła się.

Westchnął. To było ciężkie, gniewne westchnienie. Najwidoczniej wracała do niego niedawna irytacja, że żona – przyszła.

– Nie tylko o księżyce. A może właśnie o księżyce – zaczął niepewnie. – Za każdym razem kiedy na nie patrzę, pochłania mnie to dzikie wrażenie. Wiem, że to abstrakcja, ale to jest bardzo silne, instynktowne, jak gdyby podskórne. Nie wiem, z czym to powiązać. Po prostu myślę, że na niebie jest o dwa księżyce za dużo. Nie potrafię zaniechać tej myśli.

Nena spojrzała na niebo. Starała się patrzeć w punkt, gdzie patrzy jej mąż. Musiała się tego domyślać. Nie było innej rady.

– Zawsze były trzy – stwierdziła bez żadnych emocji w głosie.

– Oczywiście. Zawsze – odparł, zrezygnowany.

– To w czym problem? – spytała.

– W niczym – żachnął się. – Wracaj do łóżka – rzucił, zniechęcony.

Znów spojrzała mu w twarz. Ale nie mogła z niej niczego odczytać. Widziała sam profil, ostry w rysach, oblany pomarańczową księżycową łuną, która u wszystkich wzmagała senność. U wszystkich istot żywych – poza jej mężem. On jeden na całym świecie nie spał i dumał o rzeczach niemożliwych, o rzeczach nieistniejących. Nena nie mogła w tych momentach zbliżyć się do niego. Cierpiała z tego powodu. Nie mogła się zbliżyć, nie mogła też przywieść go do siebie.

– Posiedzę tu z tobą – powiedziała cicho.

Nic więcej nie mogła zrobić. Ani dla niego, ani dla siebie. Zolan odwrócił głowę od nieba. Popatrzył na Nenę. Spróbował się uśmiechnąć.

– Wyglądasz pięknie w tym świetle – powiedział. – Skóra, która normalnie jest zielona, w nocy wygląda zupełnie inaczej. Cieplej. Po prostu inaczej. Jakby o czymś mi to przypominało. Jakby skóra była ciepła w odcieniu, różowawa. Jest w tym coś nurtującego – wyjaśnił oględnie, chcąc sprawić jej komplement, chcąc udobruchać ją i odprawić do domu, chcąc posiedzieć tu jeszcze samemu.

Ale ona nie poczuła się udobruchana. Wręcz przeciwnie. Absurdalny niepokój męża po trochu jej się udzielał. Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.

– Nie lubię, kiedy tak odwracasz świat do góry nogami – rzekła smutno. – Zielony to zielony. Nie widzę w tym nic więcej. Nie wiem, jak powinnam się zachowywać, kiedy jesteś taki.

– Wracaj do łóżka – powtórzył jej i z powrotem skupił wzrok na księżycach. – Idź. Zobaczymy się rano – powiedział chłodno.

Posłuchała. Ale zanim odeszła, ponownie położyła mu rękę na ramieniu. I ponownie wydobyła tym Zolana z pewnego wewnętrznego labiryntu. Jakby na ułamek czasu spoczął mu na ramieniu zimny, obcy cień. A przecież to była ciepła, przyjemna dłoń żony.

            Rozdział II – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia

Drugi i Trzeci Księżyc wyprowadzały się z nocnego nieba, nie wiadomo kiedy. Zarówno one, jak i Słońce – wschodziły i zachodziły w tym samym kierunku. To było zgodne z obrotowym ruchem Xanny: ze wschodu na zachód.

Grube, olbrzymie, soczyste Słońce ujawniło się szybko i zdecydowanie. Nad linią horyzontu najpierw przetoczyła się zorza. Była ekspresyjna, podobna do pary wodnej i języków ognia jednocześnie. Rozegrała swój zwyczajowy teatr, jakby improwizowała, a potem – rozpłynęła się, i już jej nie było. A potem – wzeszło Słońce.

Zorza za każdym razem była inna. Nawet najstarsi Xannijczycy śmiali się, że nigdy w życiu nie widzieli dwóch bliźniaczych zórz. „Nie można wejść dwa razy do jednej zorzy” – zwykło się mawiać. Przeważnie zorza zdawała się biała, płynna, gęsta, aż prawie kleista. Ale czasami rozbłyskiwała pomarańczowymi linearnymi przesmykami niespodziewanego światła, kojarzącego się z płomieniami. Wyglądało to tak, jak gdyby Trzeci Księżyc, oranżowy i ćmiący, który prawie całkiem już zaszedł, jeszcze na ułamek chwili usiłował dać o sobie znać. Jakby chciał uczynić swój powidok, zanim na scenę na dobre wtargnie dzień. Niezależnie jednak od walorów estetycznych, zorza zawsze była dynamiczna i krótkotrwała. Znikała momentalnie. Wszystkie jej kłęby, plamy i linie rozpraszały się tak, jakby nigdy ich nie było. Nie pozostawało po nich żadne wspomnienie. Tak zaczynał się każdy dzień. Wraz ze wschodem Słońca następowała dojmująca jasność, czystość i nasycenie barw otoczenia. To wszystko było częścią skrzętnego, uporządkowanego planu natury. To wszystko należało do zwartego rytmu dobowego. Nie było w tym niczego wyjątkowego. Nic wartego wytężonej uwagi.

Noce i dnie miały niemal identycznie wysoką temperaturę i ostrą jasność. Działo się tak za przyczyną Pierwszego Księżyca, który nigdy nie zachodził. Gładki i lity jak szklana kula, niezmordowanie odbijał mnóstwo światła. Panował jednostajny, bardzo ciepły klimat. Ludzie chadzali ubrani w zwiewne stroje, odsłaniające możliwie największą powierzchnię skóry. Nie było pór roku, nie było szczególnie zróżnicowanych przemian pogody. Niebo każdego dnia było płaskie, klarowne i wyraźne w kolorze. W kolorze szlachetnej, rozbielonej szarości. Nie istniało pojęcie „chmury”.  Oprócz Słońca i Księżyców – nic innego na niebie nie przebywało. Od czasu do czasu dało się co prawda zauważyć Ł-loty i Kuloty – ale poza Słońcem i księżycami nie było na niebie nic, co przynależałoby do natury.

Życie na Xannie toczyło się płynnie, harmonijnie. Dlatego, że istniało tu wszystko, co potrzebne do niezmąconego trwania. Wszelkie ludzkie potrzeby były zaspokajane na bieżąco. Nikt na nic za bardzo nie czekał, nikt z niczym się nie spieszył. Nikt nie żywił najmniejszych wątpliwości, nie był sceptyczny, nikt niczego nie podważał. Po co miałby podważać, jeśli zwyczajnie – był ze wszystkim pogodzony? Pytania, jak to pytania, jak podszepty mroków duszy – przeczyłyby przeżywaniu radości, wadziłyby trwaniu w zgodzie ze światem zewnętrznym. Tymczasem nie znano pojęcia „mroku”, bo nawet noce na Xannie były białe.

Istniało tylko jedno skupisko ludności. I mimo dużej świadomości świata materii, mimo rozwiniętych możliwości intelektualnych – nie można by tego skupiska określić jako klasycznej cywilizacji. Nazywano je więc Miastem. W zasadzie cała Xanna – to była bardzo prosta, bardzo jasna, bardzo łatwa do akceptacji rzeczywistość. I bardzo naturalna struktura.

Miasto w ujęciu terytorialnym – było bardzo duże. Wszystkie domy sytuowały się w znacznym oddaleniu od siebie. Starano się ustawiać je w taki sposób, żeby każdy mieszkaniec miał w zasięgu swojego wzroku, swojego domostwa, jak największą pulę przyrody. Tak więc pojęcie „sąsiedztwa” nabierało tu odświeżonego charakteru. Bezpośrednimi sąsiadami każdego mieszkańca były trawniki, krzewy i drzewa widoczne swobodnie aż po linię horyzontu, niczym sztucznym nieprzesłonięte. Nie stawiano żadnych ogrodzeń, najmniejszych płotów. Grunt był wspólny i otwarty dla wszystkich w równym stopniu. Każdy miał do Gruntu jednakowy dostęp. Stąd nie posiadano wyizolowanych podwórek czy dziedzińców. Potrzeby zachowania indywidualnej przestrzeni, swojej strefy intymnej, ograniczały się do wnętrza domu. To znaczy, że tylko wnętrze domu pozostawało zabudowane, ograniczone przez ściany mieszkalnego budynku.

W Mieście żyło nieco ponad siedemset siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Poza obrębem Miasta – kwitły pierścieniowe układy roślinności zwane Lasami. W środku niektórych leśnych pierścieni znajdowały się nieduże, ale głębokie zbiorniki wodne. Przy czym nie znano pojęć takich jak „rzeka” czy „źródło”. Nigdzie nie było też żadnych nadprogramowych zabudowań. Niczego nie wyburzano, by postawić coś nowego. Nigdy nie żywiono tego typu idei, tym bardziej nigdy nie wprowadzano ich w czyn. Świat taki, jakim powstał – był właściwie kompletnie gotowy do zamieszkiwania, toteż nigdy nikomu nie przyszło do głowy, by specjalnie go modyfikować. Można więc powiedzieć, że ludzkość wiedziała, że wszystko ma sens. I nie trzeba było tego sensu szukać – sens był wszędzie, jak Xanna długa i szeroka.

Dlatego cała ingerencja w wygląd, w byt Xanny ograniczała się do tworzenia Miasta, domów i do pracy. W tym prostolinijnym pojmowaniu mechanizmów życia i codzienności, nie było nic niezwykłego. Ludzie żyli zgodnie z biologią Xanny, zgodnie z jej pierwotnym wizerunkiem. Ta zgoda polegała na sprzęgnięciu się ludzkości ze sferą przyrody. Mówiąc wprost, ludzkość zależała od Xanny, a Xanna zależała od ludzkości. Wszyscy doskonale rozumieli tę wzajemną zależność. Nikt nie sprzeciwiał się temu ogromnemu ekosystemowi, ponieważ rządziły nim prawa iście symbiotyczne. Ich nasycenie i utrzymywanie równowagi pomiędzy Xanną a ludźmi –  warunkowało bezpieczeństwo tak przyrody, jak człowieczych jednostek, jak społeczności. Upływ doby odmierzano na podstawie Czasu Księżycowego i Ruchu Słońca – lecz nie znano typowych zegarków, ani innego rodzaju precyzyjnych czasomierzy. Doba składała się z dwunastu Nut Księżycowych i dwunastu Nut Solarnych. Siedem dób składało się na jeden Tydzień. Cztery do pięciu tygodni składało się na jeden Cykl Miesięczny, a dwanaście miesięcy na jeden Cykl Roczny.  Sto lat – tworzyło jeden Wiek. Nikt nigdy nie był przez nikogo naglony, ani nie martwił się o wykonanie czegoś na określony termin, na akord. Takie kłopoty nie istniały. Nie istniało pojęcie próżnowania, gdyż nawet przesiadywanie w promieniach słońca i wystawianie na ich oddziaływanie jak najrozleglejszych fragmentów skóry, miało swoje ścisłe uzasadnienie.

Tym bardziej bezsenność Zolana była nie do przyjęcia – ani za pomocą rozumu, ani serca, świadczyła bowiem o niezgodzie na rzeczywistość, którą miał przed oczami, a taka niezgoda była na Xannie czymś nie do pomyślenia. W całym ponad pięciowiekowym funkcjonowaniu rasy ludzkiej nie odnotowano ani jednego podobnego przypadku. Zolan wiedział o tym, bo po kilku pierwszych epizodach bezsenności obawiał się o swoje zdrowie. Dlatego zaczął tropić informacje na ten temat. To było parę miesięcy temu. Ale nie znalazł niczego. Ani w Szpitalu, ani w Bibliotece. Nikt nigdy nie słyszał o niczym podobnym. Ani medycy, ani najstarsi mieszkańcy. Nie było najmniejszego tropu. Zero punktów zaczepienia. Podczas gdy bezsenne noce, odkąd się pojawiły, nachodziły Zolana regularnie, a z czasem ze zwiększoną jeszcze częstotliwością. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy przeżył ich ze trzy, może cztery. W ciągu kolejnych dwóch miesięcy cierpiał swoją bezsenność już co drugą noc. Te noce były niezrozumiałe nie tylko dla jego żony, ale też dla niego samego. Myślał o sobie jako o wynaturzeńcu, a z drugiej strony całym sobą czuł organiczne uzasadnienie dziwnych refleksji o zbyt dużej liczbie księżyców. Organiczne – właśnie tak.

Dziwne myśli pojawiające się w czasie dziwnych, bezsennych nocy zdawały się instynktowne. Zolan zdał sobie z tego sprawę na samym początku. Oczywiście rozumiał, że jego własny umysł generował te myśli, ale jednocześnie czuł, że przypływały one z zewnątrz. Wydawało mu się, że jest autorem tych myśli, a jednocześnie jest ich odbiorcą. Jak gdyby w głowie odbijało mu się szczątkowe, pradawne echo. Jakby to niebo – razem z trzema księżycami, nie z jednym – próbowało dać Zolanowi coś do zrozumienia. Odbierał to jako drzemiące w nim samym, na dnie głowy, echo. Czuł ciężar pewnych słów, jakichś niemożebnych prawd, niemalże fizycznie. Tłumaczył to sobie swoją wyobraźnią, którą być może miał bogatszą od innych. Lecz jednocześnie podskórne przeświadczenie, że w jego głowie dzieje się coś obiektywnego, pochodzącego z zewnątrz – było silniejsze od racjonalnych argumentów.

Po tak intensywnej gorączce myśli jak dziś w nocy, synchronicznie z wzejściem Słońca Zolan powinien poczuć niesamowite zmęczenie. Trzeci Księżyc wzmacniał senność. Można powiedzieć, że to Trzeci Księżyc był odpowiedzialny za najgłębszą, najbardziej relaksującą fazę snu. Z jakiegoś powodu na Zolana działał przeciwnie. I te objawy się nasilały. Zolan już co drugą noc wybudzał się z płytkiego snu w czasie wzejścia Drugiego Księżyca, a później siadywał przed domem i czekał na wzejście Trzeciego. Tego oranżowego, ćmiącego, który normalnie – usypiał. Zolana natomiast – pobudzał. Był pewien, że księżyce wpływają na niego inaczej, niż na innych. Nie miał na to dowodów, bo przecież bezsenności i absurdalnej gorączki myśli nie mógł nazwać dowodami na to, że w jego życiu dzieje się coś obiektywnego, coś znaczącego. To było na pewno coś nietypowego, coś nieznanego nikomu, ale co się za tym kryło lub dokąd to mogło prowadzić, Zolan nie wiedział. I prawdę mówiąc, nie chciał wiedzieć. Nie chciał być odmieńcem, choć nie potrafił tego powstrzymać. Wiedział tylko jedno: Trzeci Księżyc rozbudzał go, zamiast usypiać, pomimo czego o świcie nie czuł najmniejszego zmęczenia. A wręcz przeciwnie – czuł się silny, przytomny i trzeźwy. Tak było zawsze. Dzisiaj również, po kolejnej bezsennej nocy, nie odczuwał żadnego wyczerpania i nawet głód nie doskwierał mu bardziej, niż doskwierałby w czasie zwykłego poranka. Gdyby nie fakt, że w nocy widziała go przed domem żona, mógłby przysiąc, że jest tak wypoczęty, iż cała bezsenność po prostu mu się przyśniła.

Zolan tego poranka czuł się tak rześko, miał tak pozytywne nastawienie, że nabrał ochoty posiedzieć na świeżym Słońcu i pożywić się jego energią, nie myśląc o niczym. Jednak przypomniał sobie, że w nocy był chłodny i opryskliwy dla Neny. Był taki z powodu bezsenności. Nie potrafił nad sobą zapanować. A teraz – rano, miał wyrzuty z tego powodu. Uznał więc, że zrezygnuje z energii słonecznej na rzecz cudzożywnego śniadania, które przygotuje z myślą o Nenie. Chciał zrobić dla niej coś miłego i zdążyć z tym, zanim ona się obudzi. Stwierdził, że to będzie śniadanie, które zjedzą wspólnie w domowym zaciszu. Miał nadzieję, że tak rozpoczęty nowy dzień pozwoli i jemu, i Nenie zapomnieć o nocy i przeżyć normalny, przyjemny dzień, jak wszyscy ludzie. Postanowił więc pójść do ogrodu, żeby nazrywać Owoców i Kielichów.

            Rozdział III – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia – ciąg dalszy

Na tyłach domów sadzono krzewy i drzewa z Owocami i Kielichami. Szczepy tych roślin przynoszono z Lasów. Z przyjęciem się sadzonek nie było żadnego problemu, ponieważ Grunt był wszędzie jednakowo żyzny.

Pod pojęciem Gruntu należy rozumieć grubą, zewnętrzną powłokę Xanny, stanowiącą źródło życia i trwania. Xannijczycy niekiedy stosowali wobec Gruntu zamienną nazwę – Mokry Piasek. Ale w istocie Grunt nigdy nie był ani równie wilgotny, ani sypki i ziarnisty, co zwykły, przybrzeżny piasek. Mówiono tak tylko dla uproszczenia, najczęściej po to, żeby wytłumaczyć coś dzieciom.

Grunt był w miarę jednolitą, powierzchowną tkanką planety. Można by porównać go do skóry, chociaż był czymś o wiele więcej złożonym od skóry. Co charakteryzowało go przede wszystkim, to niewiarygodna cecha osobnicza. Mianowicie Grunt był żywy i martwy naraz. Utożsamiał więc czystą formę bytu – życie i śmierć w jednym. Jego zadaniem było oczywiście odżywiać, ale nie na takiej zasadzie, jak gleba karmi korzenie roślin, dostarczając im soli mineralnych. W przypadku Gruntu, to bardziej skomplikowane. Częściowo dlatego, że rośliny na Xannie – nawet te duże, jak drzewa – nie miały korzeni w tradycyjnym rozumieniu. I w tym rozumieniu rolą Gruntu było nie tylko wyżywić roślinę, a więc przewodzić do niej substancje pokarmowe, ale też utrzymać ją przy życiu, być jej korzeniem, jej krwią, jej energią.

Grunt zawierał w sobie specjalny odżywczy składnik nazywany Barwnikiem. Barwnik, wnikając w roślinę, nadawał jej charakterystyczny kolor fioletu. Stąd na Xannie przyjęło się, że wszystko co fioletowe – w przenajróżniejszych odcieniach: od ciemnego, atramentowego fioletu, poprzez rozmaite purpurowości, aż po pastelowy róż – uznaje się za przejaw życia i śmierci jednocześnie, a więc za byt w pełnym aspekcie tego wyrażenia. Innymi słowy w pojęciu całej Xanny, jej roślinności i zwierzyny, kamieni i skał tworzących krajobraz, wszystko mogło być i żywe, i martwe naraz. Wynikało to z owej szczególnej właściwości Gruntu. Nawiasem mówiąc, to głównie z powodu Gruntu i jego zadziwiającej właściwości – „żywe i martwe naraz” – ludzkość żyła w doskonałej symbiozie ze swoją planetą.

Tylko ludziom nigdy nie udało się połączyć tych dwóch przeciwstawnych, zdawałoby się przecież, pojęć, jakimi są życie i śmierć. Tylko ludzie byli żywi – dopóki byli żywi, dopóki nie dotknęli krańcowego progu życia, doświadczając śmierci, czyli odejścia. Dla wszystkich innych xannijskich istot ten próg był upłynniony. Lecz dla ludzi pozostawał mistyczny i nieznany z autopsji. Mimo że potrafili korzystać z energii słonecznej tak samo biegle jak rośliny, to życie i śmierć naraz, w jednym momencie, stanowiło dla ludzi misterium nie do zgłębienia i siłę nie do rozłożenia na czynniki pierwsze. Nie było na to rady. Można było nauczyć się wykorzystywać to misterium do codziennych celów wpływających na podniesienie jakości egzystencji, ale dotąd nie udało się tego misterium rozparcelować. Być może należało traktować je jako jedną z niewytłumaczalnych zagadek życia i Xannijczycy właśnie w ten sposób starali się postępować.

Większość roślin nie pyliła, nie dawała żadnych nasion, nie zawierała ziaren. Xannijskie rośliny nie posiadały żadnych zdolności rozrodczych. Poszczególne gatunki roślin, czy to drzewa, czy krzewy, czy kwiaty, to były pojedyncze osobniki. Żeby więc utrzymać roślinność w ciągłości czasu, należało oderwać dłońmi (użycie ostrych narzędzi było wykluczone) kawałek gałązki, łodygi bądź pnia, po czym wpić go w Grunt, czyli w miejsce, gdzie roślina miała się przyjąć i rozwinąć do organizmu dojrzałego. Gdyby nie kultywować tego zwyczaju (nie pobierać sadzonek i nie zalesiać kolejnych terenów), roślinność na Xannie unicestwiłaby się wieki temu. Dlatego, że nie potrafiła samodzielnie się rozprzestrzeniać, nie mogła się rozmnażać. Istniała nawet teoria naukowa mówiąca o tym, że większość roślinności naprawdę wyginęła na Xannie wieki temu i właśnie wskutek wsiąkniętych w powłokę planety roślinnych szczątków – Grunt uzyskał swą zadziwiającą właściwość („żywe i martwe naraz”). Ale to była wyłącznie teoria napompowana patosem i wiarą ludzi w swoje możliwości jako gatunku. Teoria przypominająca antropocentryczną niby religię, która pierwszych ludzi umieszczała w centrum Wszechświata, która pierwszym ludziom przyznawała zasługę zalesienia praktycznie całości Xanny, czego dokonano rzekomo z pojedynczego szczepu jednej z ostatnich wówczas roślin. Czy to była teoria naukowa, czy skromne wierzenie ludowe, czy zalążek pierwszego na Xannie systemu religijnego – na pewno noszono ją głęboko w sercach i podchodzono do niej jak do solidnego fundamentu. Było faktem, że czas na Xannie zaczęto naliczać lekko ponad pięćset lat temu – od chwili pierwszych ludzi, którzy podobno utworzyli pierwszą sadzonkę z jednej z ostatnich, popadających w niebyt, roślin.

W każdym razie na tyłach domów pielęgnowano Owoce i Kielichy. Szczepy odpowiednich roślin przynoszono z Lasów. Zerwanie gałązki, odłupanie kawałka łodygi lub pnia i włożenie go do Gruntu, to była cała technika rozprzestrzeniania roślinności na Xannie – technika tak zwanego zalesiania. Do pobrania wycinka rośliny nie można było użyć żadnych narzędzi – nożyczek, noża czy wiązki lasera. Tak było przyjęte od wieków. Mówiło się, że użycie jakiegokolwiek ostrego narzędzia może spopielić macierzystą roślinę przed pobraniem wycinka, który określano organizmem potomnym.

Łodygi i pnie wielu roślin były uformowane z tej samej tkanki łykowatej, potocznie nazywanej Korą. Kora, jak i inne części roślin oraz tkanek zwierzęcych, wykazywała tę samą właściwość, co Grunt („żywe i martwe naraz”). Ale nie wszystkie rośliny zawierały element w postaci Kory. Chcąc zalesić jakiś teren rośliną bezkorową, trzeba było odłamać gałązkę, pęd, coś w tym rodzaju. Było znacznie lepiej, jeśli roślina zaliczała się do korowych. Kora w dotyku była miękka i twarda jednocześnie, zimna i ciepła, chropowata jak drobny żwir i gładka jak tafla szkła. Pobierało się ją bez najmniejszych trudności, gdyż odchodziła od rdzenia rośliny jak delikatne, nitkowate włókno waty. Żeby odłupać, a właściwie – żeby odprowadzić od rdzenia rośliny wycinek Kory, wystarczyło przez chwilę przytrzymać palce w jednym miejscu. Zdawało się, że pod wpływem dotyku Kora ogrzewała się, jak gdyby sama lgnęła do ręki. To było bardzo miłe i odprężające wrażenie. Jednocześnie miało się uczucie, że robi się coś słusznego, że tak powinno być. Zatem zalesianie roślinnością korową należało do jednej z najprzyjemniejszych i najlżejszych prac na Xannie.

Owoce były rośliną bezkorową, a Kielichy – korową. Owocami nazywano najczęściej występujący typ xannijskiej roślinności. Były to karłowate, przysadziste krzewy wyposażone w cienkie i giętkie gałęzie o jasnoróżowym zabarwieniu, przez co zdawały się oskórowane – również dlatego, że nie porastała je Kora. Korona krzewu owocowego składała się z paru rozłożystych główek – ciemnofioletowych, o słodkawym zapachu i kalafiorowej budowie. Po oddarciu od krzewu takiej pojedynczej główki, główka kuliła się w ręku, aż przybierała postać zwiniętego kłębka niby włóczki. Wtedy była gotowa do spożycia. Jej smak był cierpki, ciężki, gęsty i bardzo sycący. Zjedzenie jednej główki Owocu dawało tyle samo energii, co przesiedzenie na dworze czasu około pięciu Nut Solarnych – z wystawieniem blisko stu procent skóry na oddziaływanie promieni.

Owoce były jedzone od czasu do czasu. Traktowano je jako deser albo jako kurację wzmacniającą – jeśli ktoś przebywał zbyt długo bez styczności ze słońcem lub jeśli poniósł nadmierny wydatek energetyczny w związku z wykonywaną pracą. Jednak do sytuacji przemęczenia dochodziło nadzwyczaj rzadko. Większość ludzi miała znakomicie zachowaną świadomość energii i potrafiła nią zarządzać bardzo naturalnie, intuicyjnie. Najczęściej jedzono więc Owoce podczas dodatkowych uroczystych okoliczności, a jako codzienne pożywienie podawano je właściwie samym dzieciom. Dlatego, że dzieci musiały ćwiczyć umiejętności samożywności, nie miały ich jeszcze całkowicie rozwiniętych. Stąd swego czasu Wysoka Izba posłała do Miasta pisemną informację, że w diecie każdego Xannijczyka poniżej szesnastego roku życia powinny znaleźć się dwa-trzy Owoce na dobę.

Kielichy zaliczano do szczególnego pokarmu. Była to wybitna roślina korowa, pierwotnie porastająca tylko jeden wąski obszar Xanny. Wręcz był to obszar nie wąski, a punktowy. W dawnych czasach, kiedy nie było jeszcze Miasta i ludzkość prowadziła wędrowny tryb życia, pewnego razu napotkano roślinę, jakiej nigdy wcześniej nie widziano. Było to ponad pięćset lat temu, a więc na samym początku xannijskiej społeczności. W tamtym okresie ludzkość podróżowała wzdłuż i wszerz Xanny i przez większość podróży stykała się z jednolitymi krajobrazami. Teren od dawna się nie różnicował. Był to usystematyzowany, cichy, poukładany świat. Tylko jeden raz ludzkość zetknęła się z czymś nietuzinkowym. Okazało się, że blisko północnego bieguna (w tym miejscu trzeba nadmienić, że Xanna była planetą o bardzo słabym namagnesowaniu, w związku z czym biegun północny od południowego nie różnił się temperaturowo, podobnie jak i zorze występowały w jednakowym natężeniu we wszystkich szerokościach geograficznych), wśród skalnych, gęstych, ciemnoniebieskich monumentów – w łagodnej dolinie rosło parę drzew, spiczastych i naprężonych. Pnie tych drzew były surowe, wyraziste, mocno purpurowe w ubarwieniu, ale zarazem zdawały się lekkie, powabne, jakby niepasujące do tego świata. Pokrywała je Kora, a koronę zawieszoną na wysokości około ośmiu metrów stanowiły czerwone, geometryczne kwiaty. Ich czerwień była karminowa, dymna. Korona była płaska z wyglądu – jak dysk. Była pozioma, równoległa do powłoki Gruntu, a co zupełnie niespotykane, rzucała dziwny cień. Cień rzucany przez Kielichy, stanowiące koronę, był rozedrgany i zmieniał swój kształt, zarys – niezależnie od kierunku, z jakiego dopływało światło. Dosłownie z ułamku chwili na ułamek – cień przemieniał się w oczach patrzących. W jednym ułamku zdawał się postrzępiony, w następnym – zwarty, zbity i czytelny, jakby kilka nałożonych na siebie kwadratów czy trójkątów (nie można było tego jednoznacznie określić). Kilku mężczyzn wspięło się po owej gładkiej strunie, po pniu drzewa, by dosięgnąć korony i przyjrzeć jej się z bliska. Okazało się, że kwiaty budujące koronę – faktycznie miały geometryczny kształt, jak wyobrażano to sobie, patrząc z dołu. Po zerwaniu pojedynczego kwiatu, człowiek który tego dokonał, począł obracać kwiat w dłoni i oglądać go z każdej strony. Okazało się, że kwiat był i sześcianem, i pomnożonym trójkątem, i zwykłym kwadratem jednocześnie. Nie można było, nawet trzymając zerwany kwiat w ręku, opisać jednoznacznie jego kształtu. Wnętrze kwiatu było otwarte w jednej chwili – i wówczas dało się zauważyć przestrzenny, luźny środek. Niepostrzeżenie, w kolejnej chwili – środek kwiatu jak gdyby uciekał przed wzrokiem, gmatwał się do postaci stulenia płatków. Wszystkie te zmiany optyczne były rozstrzelone i nie dało się wychwycić decydujących różnic między nimi – nie dało się spostrzec dokładnego momentu różnicowania się wyglądu kwiatu, nie dało się nic konkretnego o tych kwiatach powiedzieć. Jednakże pierwszy człowiek, który wspiął się po strunowym pniu, dotknął korony, a później zerwał kwiat – nie posiadał się z zachwytu. Spontanicznie – ugryzł kwiat. I okazało się, że jest to wyjątkowy rodzaj pożywienia. Otóż wnętrze kwiatu, a ściślej jego płatków – wypełniała woda. Ten kwiatowy napój miał charakter izotoniczny, ale przede wszystkim był wspaniale słodki i odżywczy w smaku. Zaledwie kilka skromnych łyków całkowicie nasycało pragnienie i wypełniało żołądek. Po ich wypiciu poprawiało się samopoczucie, wzrastała koncentracja i regenerowały się siły fizyczne, a przy tym zmysły nie stawały się niczym otumanione, lecz pozostawały czujne, czyste, skupione i niczym niezmącone. Po spożyciu Kielicha człowiek był silny i lotny, ale nie odurzony, nie omamiony. To znaczy, że spożycie Kielicha nie wywoływało euforii ani innych przerysowanych stanów świadomości. Od tamtej pory zalesiano Xannę tym drzewem, nazywając jego szczególny pokarm, jego kwiaty – Kielichami. Obecnie Kielichy stanowiły główny wypełniacz wszystkich przydomowych ogrodów, choć od czasów pierwotnego miejsca, z którego Kielichy pochodziły – ich drzewo nigdy więcej nie osiągnęło równie wybujałej wysokości. Wyrastało najdalej do trzech metrów nad poziom Gruntu. To było o tyle dziwne, że wszystkie inne szczepy dowolnych roślin – po zalesieniu nimi nowego Gruntu, nigdy nie odbiegały wyglądem od rośliny macierzystej, z której pobrano sadzonkę. Czyli wyglądało to tak, jakby pierwotne drzewo kielichowe rosło bardzo, bardzo długo, jakby specjalnie wyczekiwało istoty ludzkiej, która je odnajdzie. Coś w tym rodzaju. Mistyczna opowieść. A może tylko baśń. W każdym razie Xannijczycy nigdy nie pili wody, ani żadnych innych płynów, a zawsze sycili pragnienie wodą wypijaną z Kielichów. Było to niezrównane źródło nawodnienia organizmu – po prostu nie do zastąpienia.

Zolan wstał z trawnika i poszedł w kierunku domu. Dotknął krągłej, wybrzuszonej ściany i leciutko pchnął jej fragment. W ten sposób otworzyły się frontowe drzwi – jak gdyby płatek wielkiego kwiatu pod wpływem dotyku i ciepła ręki odchylił się i zaprosił człowieka do środka. I Zolan – wszedł do środka. Do wnętrza swojego domu.

Wszystkie domy wyglądały tak samo, choć niektóre minimalnie różniły się wielkością. Jednak te różnice były prawie niezauważalne i generalnie wszystkie domy miały kształt kuli o spłaszczonej podstawie i średnią wysokość pięć i pół metra. Ponieważ budowano je z biomateriału, wykazywały lekko purpurowe zabarwienie i pod pewnymi względami zachowały się w nich cechy xannijskiej roślinności i Gruntu. Oczywiście domy nie mogły być dosłownie żywe, bo powstawały z przetworzonego już naturalnego surowca. Ale właśnie pochodzenie tego surowca, który w efekcie stał się podstawowym materiałem budulcowym na Xannie, warunkowało jego zabarwienie. Materiał ów zawierał ten sam Barwnik, co cała xannijska roślinność. Stąd każdy dom w nocy – świecił, podobnie jak trawy, krzewy i drzewa, wykorzystując swoje zdolności fluorescencyjne.

Ściany kulistego domu były matowe i przepuszczały bardzo mało światła. Tak więc patrząc z zewnątrz, nie można było dojrzeć zarysu ludzkich sylwetek czy konturów mebli. Domy nie miały jednak okien, ponieważ ściany – oddychały. Powietrze w przeciwieństwie do słońca, przepływało przez ściany całkiem swobodnie.

W domach nie było prądu. Nie było potrzeby instalowania sztucznego oświetlenia, ponieważ przy fluorescencyjnych właściwościach ścian – wieczorem i w nocy było wewnątrz wystarczająco dużo naświetlenia, by móc normalnie funkcjonować. W dzień – fluorescencja resetowała się i do środka wpadało malutko słońca. Ale Xannijczycy większość życia spędzali na dworze, a dom traktowali przede wszystkim jako sypialnię. Odpoczywano w domu, kochano się, ale nawet gdy ktoś potrzebował odciąć się od świata, pobyć samemu ze sobą i z prywatnymi myślami – rzadko zamykał się w domu, a najczęściej szedł w plener. Na Xannie było wystarczająco luźnej przestrzeni pełnej przyrody – dla wszystkich, a komunikacja miejska została tak sprytnie skonstruowana, że nic nie stało na przeszkodzie, by dowolny człowiek udał się w najbardziej odległy zakątek rzeczywistości, chcąc pobyć w krańcowym odosobnieniu. Idea prądu w mieszkaniu była więc kompletnie bezużyteczna. Dlatego, że w domach nie zajmowano się niczym, do czego prąd mógłby być niezbędny. Nawet jedzenie spożywano na surowo, niczego nie gotując, bo przecież poza czerpaniem energii ze słońca, główne źródło kalorii i wody stanowiły Owoce i Kielichy. Nie było więc potrzeby posiadania lodówki ani przeciwnie – pieca, kuchenki. Kuliste domy przypominały zatem wielkie twory zbliżone do owadzich gniazd. Wyglądały niczym kokony nieznanych, gigantycznych owadów, których ściany zdawały się jak gdyby utkane z roślinnego płótna. Słowo „płótno” nie jest zresztą tutaj do końca chybione, ponieważ domy produkowano z tego samego materiału, co stroje codzienne czy kombinezony ochronne.

Ściany domów, podstawa, spłaszczony dół kuli-domu, to wszystko było osadzone bezpośrednio w Gruncie, z pominięciem jakichkolwiek fundamentów. Gotowy, wybudowany, a właściwie – wyhodowany dom przywożono z Laboratorium i osadzano go we wskazanym miejscu. Tam dom – przyjmował się, niby roślinna sadzonka. Podłoga i ściany zespalały się z Gruntem i stawały się ciepławe, jakby żyły.

Zolan prawie nie oddychając, żeby jej nie zbudzić, podkradł się do nocnej szafki. Najpierw zerknął na Nenę. Spała głęboko. Przez ścianę domu subtelnie przeciekało światło słoneczne. Przyjrzał się długim włosom Neny rozrzuconym na materacu. Ich ciemnobrązowy kolor pobłyskiwał refleksami fioletu. Dzięki temu bardzo długie, rozpuszczone włosy wydawały się podobne do jakiejś rośliny. Do rośliny, która się nie poruszała, nie dawała żadnych oznak życia, ale spoczywając rozłożyście na materacu, wydawała się przyczajona, oczekująca. Jakby lada chwila miała wspiąć się po krągłej ścianie domu, piąć się i wrastać w nią.

Oczywiście to było głupie złudzenie. Włosy, chociaż obdarzone przez naturę domieszką fioletu, pozostawały martwe i nieprzynależące do świata roślin. To było oczywiste. Sedno w tym, że Nena była naprawdę piękna. Jej uroda przykuwała i powodowała u Zolana wiele plastycznych skojarzeń. Zwłaszcza kiedy spała, miało się wrażenie, że mogłaby stanowić idealną ilustrację istoty ludzkiej.

Wszyscy Xannijczycy mieli zielonkawą skórę i ciemnobrązowe, gęste włosy z fioletowymi przebłyskami. Wszyscy byli wysocy i szczupli. Wszyscy mieli duże, szkliste, ciemne oczy. Ale to nie znaczy, że nie różnili się między sobą. Różniły ich rysy twarzy i mnóstwo innych niuansów. Różnili się także odcieniem skóry w zależności od tego, w jakim byli wieku, jaką pracę wykonywali na co dzień i ile czasu spędzali na słońcu.

Jednak gdyby chcieć stworzyć określoną ilustrację typowej xannijskiej młodej kobiety – to powinna być Nena. Nena wyglądała właśnie tak: jak klasyczna Xannijka. Jej uroda łączyła w sobie wszystkie szczegóły niezbędne do rzetelnego opisania kogoś, kto w pełni oddawał charakter, kształt i obraz Xanny. Nie można było temu zaprzeczyć i Zolan łapał się na myślach o tym prawie każdego dnia wspólnego życia.

Jej skóra miała głęboki, dosadny, równomierny oliwkowozielony odcień. Jak gdyby Nena przez całe życie nie robiła nic poza wylegiwaniem się na słońcu. Jej szyja była długa i smukła. Jak łodyga jakiejś sprężystej rośliny korowej. Jej ciało zdawało się i kruche, i silne naraz. Miała trójkątną twarz o mocno zaznaczonych, okrągłych kościach policzkowych i pełne usta. W jej urodzie nie było ani jednej cechy, która nie byłaby wzorcowa. Gdyby w pojęciu ludzkiej powierzchowności miało tkwić coś obiektywnego, coś bezwzględnego, coś doskonałego – nośnikiem tego byłaby Nena. Kiedy się na nią patrzyło, odbierało się zasadność i kluczowość całej Xanny. Gdyby istniało coś takiego jak dusza Xanny, ucieleśniałaby ją Nena. Dlatego, że utożsamiała sobą wszystko, co typowe dla tej planety: czytelne, proste, bezwarunkowe piękno. To był taki typ urody. Nie było mężczyzny, który by się za nią nie obejrzał. Zarazem sama Nena rzadko kiedy uświadamiała sobie te męskie spojrzenia. Pozostawała skupiona na swoim życiu, na codziennych sprawach, zauważając niewiele więcej od tego, co miała tuż przed oczami. Można powiedzieć, że to też było w niej typowo xannijskie. Panowała tu niepisana zasada koncentrowania się na codziennych małych sprawach. I Nena odnajdowała się w takim modelu życia – wspaniale.

Nena była, jednym słowem – idealna. Wyrazista w urodzie na tyle, że można było się dziwić, iż jest kobietą zupełnie realną, naturalną. Dlatego, że wydawała się w swoim wizerunku jakoby wystudiowana, jakoby zaprojektowana – jak wyrzeźbiony eksponat, jak wygenerowana ilustracja idealnej kobiety. W tym sensie również utożsamiała „duszę”, typowy charakter planety. Dlatego, że cała Xanna, cała jej roślinność, księżyce i fluorescencja przyrody, cudownie ciepła i niezmienna temperatura – to wszystko, wszelkie życie i atmosfera tutaj, były tak gładkie, proste w pojęciu, aż jakby wystudiowane. A przecież Xanna była dziełem natury. A przecież ludzie nie ingerowali w naturę, lecz współgrali z nią i byli w nią wpisani.

Zolan potrząsnął głową i uśmiechnął się do swoich myśli. Stojąc tak i podziwiając śpiącą żonę, niepotrzebnie tracił czas. Powinien się pospieszyć, jeśli planował mile ją zaskoczyć. Bezgłośnie wziął zegarek leżący na nocnej szafce i zapiął go na nadgarstku. Chwycił materiałową torbę-fartuch i na palcach podszedł do tylnych drzwi domu.

Wszyscy Xannijczycy chadzali ubrani w jasne krótkie spodenki i przykrótkie koszulki bez rękawów. Gdyby nie pojęcie wstydu, z pewnością chadzano by nago, gdyż sprzyjał temu bardzo ciepły klimat. Przy czym sam wstyd i tak miał nikłe, okrojone znaczenie. Wiązał się z okolicą narządów płciowych i przyjęło się przysłaniać te okolice ubiorem w postaci króciutkich spodenek, właściwie przypominających majtki-biodrówki. Tylko z tymi częściami wiązał się wstyd dotyczący eksponowania ciała, tak więc w miejscach publicznych osłaniano właśnie te części. Ubiór kobiet w żadnej mierze nie odbiegał od ubioru męskiego. Kobiecych piersi nie wiązano z żadnym wstydem i widok kobiecej klatki piersiowej w miejscu publicznym – teoretycznie byłby odbierany tak samo, jak widok męskiej klatki. Pomimo tego zarówno kobiety, jak mężczyźni zakładali na siebie przykrótkie koszulki. Ale nie chodziło o żaden wstyd. Chodziło o to, że skóra zarówno kobiet, jak mężczyzn – w okolicy sutków była wyjątkowo wrażliwa na światło słoneczne. Chcąc więc uniknąć oparzeń, trzeba było osłaniać klatkę piersiową. Jednak koszulki były śmiesznie małe – bez rękawków i sięgające niewiele dalej, jak za dolny kraniec mostka.

Nie było wiadomo, dlaczego skóra w okolicy sutków była nadwrażliwa na słońce. Na pewno wiązało się to z zielonym kolorem skóry. Skóra ludzi zawierała w sobie tak zwane ciałko zieleni, czyli chlorofil. Był to odpowiednik Barwnika, który roślinom, zwierzętom i Gruntowi nadawał rozmaite odcienie purpury. Barwnik można by więc określić analogicznie jako ciałko purpury, które było odpowiedzialne za samożywność, zapewniało bowiem xannijskiemu organizmowi roślinnemu, a nawet zwierzęcemu, umiejętność przeprowadzania fotosyntezy i czerpania energii ze światła słonecznego. Ponieważ identycznymi umiejętnościami (samożywność) dysponowali ludzie, logicznie patrząc, powinni mieć purpurową (jak rośliny i zwierzęta) skórę. Ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, natura zorganizowała swój ekosystem inaczej. I tak – ludzie jako jedyne organizmy mieli zielonkawą skórę, co wynikało z obecności chlorofilu w skórze. Ciemne, gęste włosy ludzi posiadały fioletowe refleksy, zupełnie jakby u zarania upodobniły się w swoim wizerunku do roślin. Ale skóra po prostu była zielona, i tyle. Martwe włosy w tym kontekście zdawały się zatem „mądre”, bo „rozumiały”, że purpura idealnie chłonie energię świetlną, co stanowiło nie tylko o samożywności, ale też pomagało w utrzymaniu optymalnie ciepłej, zgodnej z otoczeniem temperatury. Tymczasem żywa tkanka skórna, która powinna być z natury rzeczy lepiej przystosowana do współgrania z rzeczywistością, jakimś cudem pozostawała zielona, „głupia”.

Po części tą przewrotnością argumentowano nadwrażliwość sutków na słońce, ponieważ w tych okolicach – skóra była wyjątkowo cienka, delikatna i mniej zielona, niż na innych częściach ciała. Ale dokładnych uwarunkowań tej nadwrażliwości nie znano. Mówiło się potocznie, że gdyby skóra była purpurowa, a nie zielona, można by nie zawracać sobie głowy żadnym ubraniem i spacerować przez całe życie na golasa.

Dzieci miały niezwykle jasną karnację. Białawą, surową, aż prawie przezroczystą. Działo się tak dlatego, że umiejętności samożywności w przypadku organizmów ludzkich rozwijały się z wiekiem. Dzieci, pomimo że ich skóra zawierała chlorofil tak samo jak skóra dorosłych, nie potrafiły jeszcze zarządzać zasobami własnej energii. Nie rozumiały pojęcia kaloryczności, wydatkowania energii i uzupełniania jej zapasów, co było niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Dlatego rodzice musieli niezmiernie uważać na wychowanie dzieci, ze szczególnym naciskiem na dietę.

Przede wszystkim należało pilnować, żeby dzieci bawiły się na słońcu najdłużej, jak się da, na ile tylko mają siłę. Taka zabawa musiała się odbywać pod ścisłym nadzorem rodziców, ponieważ każde dziecko było inne. Niektóre dzieci miały powolną przemianę materii i potrzebowały czerpać niewiele energii z pożywienia – czy to z Owoców, czy ze słońca. Mogły biegać i hasać bardzo długo, nie odczuwając zmęczenia. Inne dzieci radziły sobie znacznie gorzej. Należało karmić je Owocami częściej niż inne, gdyż wydawało się, że ich skóra praktycznie wcale nie reaguje na słońce. Takie dzieci grymasiły, ponieważ w chwilach gdy zabawa na świeżym powietrzu trwała w najlepsze, one musiały odłączać się od grupy, żeby zjeść posiłek. Trzeba było zmuszać je do jedzenia i siłą odciągać od zabawy. Nie miały na to najmniejszej ochoty, nie chciały różnić się od kolegów obdarzonych wolną przemianą materii, którzy dzięki temu mogli się bawić niemal bez przerwy. Na szczęście z wiekiem te różnice się niwelowały.

Ogólnie mówiąc, wszystkie dzieci nie potrafiły zarządzać zasobami energii, gdyż miały nie w pełni rozwiniętą samożywność, ale jednocześnie wcale nie odczuwały głodu, nie przejawiały szczególnego apetytu i same z siebie rzadko kiedy miały pomysł pożywić się cudzożywnie, żeby wzmocnić organizm. Trzeba było zatem wypuszczać małe dzieci z domu – zupełnie jak owieczki na wypas. Przy czym odpowiednikiem owczej łączki w przypadku Xannijczyków był słoneczny wypas. Chodziło o to, aby adaptować dzieci do powszechnie panujących zwyczajów, aby wystawiać je na ciągłe nasłonecznienie, przyzwyczajać skórę do słońca i tym sposobem rozwijać w niej zielone zabarwienie. Dzieci spędzały czas na dworze, w nic nieubrane. Sutki w tym wieku były bowiem jednakowo blade jak cała skóra i nie wykazywały żadnej nadwrażliwości na słońce. Ćwiczono więc skórę dzieci, dbano, aby zazieleniła się jak najszybciej, a pierwsze zazielenienie dziecka – zawsze przyjmowano z wielką radością i ulgą. Urządzano wtedy uroczyste święto rodzinne – rodzice wraz z dziećmi wybierali się nad zbiornik wodny, gdzie do późna pływano i popijano wodę z Kielichów. Pierwsze zazielenienie pojawiało się średnio około szóstego roku życia, ale nadwrażliwość sutków na słońce następowała dużo później, bo około dwunastego, trzynastego roku. Dlatego przyjęło się nie osłaniać młodych ciał żadnym ubraniem póty, dopóki nie wystąpiło pierwsze podrażnienie wywołane światłem słonecznym. Zaś do momentu pierwszego zazielenienia dziecka – rodzice musieli skłaniać je do systematycznego jedzenia Owoców. To był żmudny, wyczerpujący proces wychowawczy, bo nawet dzieci mające szybką przemianę materii, same z siebie właściwie nie chciały jeść. Zarazem należało z wnikliwym wyczuciem stopniowo zmniejszać ilość podawanych Owoców, aby nie zablokować rozwoju samożywności.

Nena zazieleniła się bardzo wcześnie, bo już w czwartym roku życia. Tym samym nadwrażliwość sutków na słońce wystąpiła u niej dużo wcześniej, bo w dziewiątym roku. Dlatego musiała chodzić ubrana już jako dziewięcioletnia dziewczynka, podczas gdy większość dzieci pozostawała naga do około dwunastych urodzin. Czasami kiedy Zolan przyglądał się Nenie, przypominał sobie o tym. Być może dlatego jej skóra miała tak wspaniały, zdrowy kolor. Zdawała się przy tym lśniąca, napięta, jakby stworzono ją do głaskania.

Zolan wyszedł tylnymi drzwiami na palcach. Znalazł się na tyłach domu, w ogrodzie. Szybko przewiązał się w pasie chustą-fartuchem. Zasłoniła ona spodenki, które miał na sobie, i wyglądał teraz, jakby był w spódniczce. Koszulki na razie nie zakładał. Poranek był jeszcze wczesny i słońce póki co nie parzyło. Poza tym zależało mu na czasie. Odpiął kieszeń na chuście i wyjął sporą płachtę tkaniny podobną do ręcznika. Zaczął zrywać Owoce i układać je w tej płachcie jak w misie, którą przytrzymywał drugą ręką.

Wszyscy Xannijczycy trzymali na nocnych szafkach – a właściwie na okrągłych półkach – przy łóżku takie chusty, jak gdyby fartuchy, z wszytą obszerną kieszenią. W kieszeni znajdowały się głównie płachty tkaniny, jak ta, z której właśnie korzystał Zolan, układając w niej zrywane Owoce. Poza tym w kieszeniach musiały obowiązkowo znajdować się kombinezony ochronne. Dlatego chusty trzymano na nocnych szafkach razem z naręcznymi, osobistymi zegarkami. Zawsze po obudzeniu się rano, po założeniu podstawowego stroju, trzeba było zapiąć na nadgarstku zegarek, a chustę przewiązać w pasie. To był codzienny, poranny rytuał i trzeba było go przestrzegać przed każdorazowym wyjściem z domu. Oczywiście w czasie wyjścia do ogrodu o tak wczesnej porze, Zolan nie musiał mieć przy sobie chusty z kombinezonem ochronnym, ale założył ją całkiem odruchowo. Poza tym tak było wygodniej. Nie musiał wytracać dodatkowego czasu na szperanie po domu i wyszukiwanie misy na Owoce. I tak stracił już za dużo czasu na przypatrywanie się śpiącej Nenie.

Po nazbieraniu Owoców przeszedł do drzewa z Kielichami. Po chwili płachta tkaniny, pełniąca funkcję podręcznej misy, była pełna. Wyglądała smakowicie i soczyście i Zolan mógł wrócić do domu, żeby przynieść Nenie śniadanie do łóżka.

            Rozdział IV – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia – ciąg dalszy 

Zolan bezgłośnie przysiadł na brzegu łóżka i zaczął rozmieszczać śniadanie dookoła śpiącej Neny. Najpierw wyłożył delikatnie kielichowe kwiaty. Owoce wysypał z tkaniny już całkiem zamaszyście. W porównaniu do Kielichów były ciężkie i twarde, dlatego nie mogły się pognieść czy w inny mechaniczny sposób uszkodzić. Można więc było obchodzić się z nimi, jak bądź.

Turlające się Owoce zaszeleściły cicho o cienką narzutę, którą Nena była okryta po samą brodę. Jeszcze przez sen zmarszczyła brwi i zamruczała cicho, jakby zdegustowana, że coś, że jakiś dźwięk przeszkadza jej spać. Zanim została obudzona na dobre, chrapki małego spiczastego nosa rozdęły się, zrobiły się bardzo okrągłe. Ze świstem zaciągnęła się powietrzem. Zolan roześmiał się. To był cudny, rozczulający widok. Nena była niesamowicie kobieca, piękna, ale w chwilach takich jak ta, kiedy budziło się ją z rozmysłem, podstępnie – zdawała się kaprysić i stroiła miny jak małe dziecko. Poruszyła nozdrzami na pewno nieświadomie, pół śpiąc. Widocznie głowa Neny miała zamiar solidnie się wyspać, ale nos już wyczuł świeży, żywiczny zapach Owoców i aksamitną woń Kielichów. To znaczy, że nos Neny był gotowy do rozpoczęcia dnia przed właścicielką. Cudny, rozczulający widok. Zacisnęła powieki i potarła oczy nasadami dłoni. Przeciągnęła się leniwie i jeszcze raz zamruczała z dezaprobatą. A potem rozkleiła powieki. I nareszcie uśmiechnęła się trochę. Zaspanym spojrzeniem obrzuciła płaski, niby płócienny materac, na którym leżała. Wkoło jej ciała były Owoce i Kielichy. Uniosła się na zgiętych łokciach i podciągnęła do wezgłowia. Oparła się plecami o krągłą ścianę, narzuta się z niej osunęła i Zolan mimowolnie utopił się wzrokiem w jej piersiach. Uśmiechnęła się do niego dziwnym, zamglonym uśmiechem w stylu stagatto. Zauważył to kątem oka i uniósł oczy, żeby przypatrzeć się jej twarzy.

– Śniadanie do łóżka – zapytała bez znaku zapytania.

Taka intonacja nie wróżyła niczego dobrego. Zolan przytaknął ruchem głowy. Wzięła Kielich, który znajdował się najbliżej jej ręki, wpiła się w niego zębami i zaczęła powoli ssać. Nie spożywała Kielichów tak jak większość ludzi. Zwykle każdy wypijał zawartość Kielicha, mocno odchylając głowę do tyłu. Nena wpijała w Kielich zęby, tuliła wargi i wysysała powoli, delektując się każdą kroplą. Marszczyła przy tym grzbiet nosa i zawsze wtedy Zolan myślał, że jest podobna do jakiegoś dzikiego zwierzątka. Teraz też tak pomyślał. Miał ochotę się z nią kochać, ale rozumiał, że nie może tego zrobić tak od razu. Był dla niej szorstki tej nocy i powinien dać jej chwilę, zanim zbliżą się do siebie. Nie mógł się do niej zbliżyć, jak gdyby nigdy nic. Respektował to, choć był temu niechętny. W milczeniu sięgnął po Owoc i zaczął jeść, starając się zsynchronizować z tempem Neny, niczego nie przyspieszać.

Swoim powolnym, specyficznym zwyczajem – wypiła dwa Kielichy. Dopiero po tym przyszła do siebie.

– Po każdej twojej bezsennej nocy jestem potwornie ospała, po prostu nie do życia. A ty fruwasz po domu od świtu jak Ważka – odezwała się w końcu z nutą żalu w głosie. – To niesprawiedliwe. Nie uważasz?

– Czy uważam, że to niesprawiedliwe, że jestem wypoczęty? – upewnił się.

– Tak. Właśnie o to zapytałam – odparła.

Wzruszył ramionami.

– Może i tak – powiedział bez przekonania.

Chciał przynieść Nenie śniadanie do łóżka. To wszystko. Nie zamierzał o tym szczegółowo rozmawiać. Przysunął się bliziutko. Przylgnął wargami, a następnie językiem do wgłębienia między jej szyją a obojczykiem. Nena lubiła, kiedy całował ją w to miejsce, miał więc nadzieję, że tym sposobem zwabi ją do łóżka i że nie będzie musiał wdawać się w żadne dialogi. Zwłaszcza, że dialogi o jego bezsenności nie prowadziły donikąd, niczego nie ułatwiały. Nawet jeśli Zolan pragnąłby wytłumaczyć Nenie, co się z nim dzieje, i tak nie mógł jej niczego wytłumaczyć. Dlatego, że sam nie miał pojęcia, co się dzieje. Próbował więc zbyć problem milczeniem, wyprzeć się go w świetle poranka, odsunąć widmo tej nocy i tego problemu jak najdalej od nich obojga. Chciał przynieść jej śniadanie do łóżka, a potem stłumić niepotrzebne rozmowy – seksem. Chciał się z nią kochać, a nie rozmawiać o sprawach, których sam nie rozumiał. Miał nadzieję, że przekona ją do miłości pocałunkiem w ulubione miejsce, że przekona ją równie łatwo, co zawsze. A zwłaszcza ostatnimi czasy, kiedy starali się o dziecko.

Małżeństwem byli od czterech lat, a rok temu zdecydowali się na dziecko. Nena jednak nie zachodziła w ciążę. Oboje poddali się badaniom płodności, i oboje byli zdrowi. I mimo że kochali się nieomal na okrągło, kiedy tylko przyszła im fantazja – z jakiegoś powodu Nena nadal nie była w ciąży. Lekarz doradził, żeby nie przejmowali się na zapas. Przyczyna tego mogła być całkiem prozaiczna i niezwiązana z biologią. Być może jedno z nich albo oboje za mocno ogniskowali swoją świadomość na wymarzonym potomku, a takie nastawienie psychiczne mogło hamować mechanizmy fizjologiczne. Oboje byli zdrowi, młodzi – Zolan miał trzydzieści cztery lata, Nena dwadzieścia sześć – i mieli przed sobą mnóstwo czasu na założenie rodziny. Zdaniem Lekarza prawdopodobieństwo na sukces powinno się zwiększyć, gdy oboje się rozluźnią, gdy zdejmą z siebie presję oczekiwania na dziecko, a skupią na sobie wzajemnie, na swoim samopoczuciu i związku. Idąc za tą radą, kochali się często ze wzmożoną zachłannością na swoje ciała i realizowali wszystko, co wpadło im do głowy.

W ogóle na Xannie panowała dosyć duża swoboda seksualna. Ludzie z reguły mieli rozbudowane potrzeby w tej materii i nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Mężczyźni i kobiety okazywali sobie wiele czułości i zainteresowania podszytego erotyką i żadne z tych zachowań nie było przez nikogo poczytywane jako nietakt, czy wyuzdanie. Kobiety z radością nosiły skąpe stroje odsłaniające brzuchy i uda, nie miały też nic przeciwko lepkim męskim spojrzeniom, zawieszonym na tych właśnie częściach ciała. Bycie postrzeganym jako obiekt seksualny było czymś pozytywnym, a w pewnych okolicznościach – nawet nobilitującym, skłaniającym do obdarzania takiej osoby szacunkiem. Dlatego, że oznaczało, że dana osoba, skoro powoduje sobą pożądanie, skoro rozbudza zmysły, to jednocześnie jest ciekawa jako człowiek, warta uwagi. Nikt z nikim nie umawiał się przez dłuższy okres na spotkania we dwoje, tworząc wokół siebie maskaradę opierającą się na oczarowywaniu, na zabieganiu o względy potencjalnego partnera. Kiedy ludzie spodobali się sobie, w miarę szybko szli do łóżka i równie szybko mogli zaniechać intymnej relacji na rzecz – nowej relacji. Nie było w tym nic niesmacznego ani raniącego. Głównie dlatego, że takie zachowania i intencje były ściśle sprzęgnięte z charakterem Xanny. Dlatego, że moralność nie była w tym organicznym, barwnym, naturalnym świecie kodeksem przepisów etycznych, nie była wynikiem określonych norm poglądowych. Na Xannie nie istniały pojęcia „religii”, „polityki” lub „światopoglądu”, a wszelkie tak zwane normy – ograniczano do minimum. Świat, po jakim poruszali się ludzie, był tak kolorowy i apetyczny, że moralność de facto znaczyła tyle, co lojalność – co szczerość wobec innych, wobec siebie samego i swoich wyborów. Jeżeli mężczyzna i kobieta na dobre przypadali sobie do gustu, także w sensie bliskości cielesnej, przyrzekali sobie miłość i wierność w obecności świadka. W ten sposób zawierano ślub. Bez zbędnych formalności i żadnych ceremonii. Moralność na Xannie miała zatarte granice i znaczenie w takim sensie, że nie była pojęciem ukutym na bazie konkretnych idei, nie była mianem dryfującym nad codziennością jak twarde, zimne kleszcze, w które można coś uchwycić. Moralność czerpała swoje znaczenie z bezpośredniej styczności z człowieczą codziennością, ze styczności z lekką radością i naturalnością życia. Gdy nikt nikogo nie krzywdził, gdy działał w zgodzie z Xanną, a więc w zgodzie z pulsem planety, w zgodzie z jej życiodajnością, gdy korzystał z chwili uniesienia, by dać przyjemność drugiej osobie i zaczerpnąć jej samemu – oto była cała moralność. Nie było ani kapłana, ani urzędnika, który udzielałby ślubu. Kiedy dwoje ludzi decydowało się na ślub, wystarczył przyjaciel, który wysłuchał obietnicy obojga złożonej sobie nawzajem. To w zupełności starczało, by treść takiej obietnicy traktować bardzo serio i konsekwentnie. Dlatego w historii społeczeństwa xannijskiego prawie nigdy nie dochodziło do rozwodów.

Cielesność dla wszystkich Xannijczyków była niezmiernie ważnym aspektem życia. Seksualność uznawano za tak samo kardynalną, jak pozostałe funkcje fizjologiczne (oddychanie czy odżywianie) oraz jak myśli i emocje. Nie bagatelizowano potrzeb ciała i nigdy nie ustawiano ich w gradacji wartości na przykład na drugim miejscu. Seks stawiano na pierwszym miejscu, jak wszystkie pozostałe ważne aspekty życia. Seks i uczucia na przykład – zajmowały równoległe pierwsze miejsca i nikt się tego nie wstydził. Nikt nie odmawiał pragnieniom seksualnym ich rangi i wagi. Wstyd związany z nagością panował prawie że żaden. Dzieci chodziły po Mieście gołe – średnio przez ponad dekadę od chwili narodzin. Fizyczność i seks nie stanowiły najmniejszego tabu.

Zolan zatem miał rozbudzony temperament seksualny (jak każdy Xannijczyk), a Nena (jak każda Xannijka) nie ustępowała mu pod tym kątem. Co prawda sama raczej nie inicjowała zbliżeń, natomiast rzadko kiedy nie odpowiadała aktywnie na jego zaczepki. Inaczej mówiąc, nigdy nie miał kłopotu z nakłonieniem jej do łóżka. Nigdy nie musiał się o to specjalnie starać. Najczęściej całował Nenę w to właśnie miejsce – we wgłębienie między szyją a obojczykiem – i to był jednoznaczny sygnał do przejścia do sedna. Dlatego, że ona lubiła to miejsce. Lubiła – absolutnie wyjątkowo, aż prawie automatycznie. Właściwie wystarczyło, że Zolan zbliżył się do tego miejsca, że poczuła jego oddech na swojej szyi, że polizał to wgłębienie, i Nena była gotowa na wszystko, zupełnie jakby załączył jej się program komputerowy pod tytułem Seks. Była gotowa na wszystko, na co tylko pozwalała cielesność ograniczona przez stawy, przez ścięgna, na co tylko pozwalała grawitacja. We dwoje byli jak sklejone ze sobą Ważki. Frunęli wysoko i daleko. Zawsze tak było. Szczególnie ostatnio, kiedy starali się o dziecko.

Tym bardziej Zolan miał prawo się zdziwić, kiedy tego ranka ciało Neny nie zareagowało na niego. Nie tylko nie oplotła ramionami jego pleców, kiedy pocałował ją w tamto miejsce, ale nawet jej oddech się nie zmienił. Nie wydobyła z siebie najmniejszego dźwięku, nie uczyniła żadnego ruchu. Nawet nie musiała go powstrzymywać, odpychać. Sam odsunął się z powrotem na krawędź materaca.

– Co się stało? – spytał. – Nie chcesz?

Nie odpowiedziała. Pokręciła głową.

– Myślisz, że zafundujemy sobie dziecko, jeżeli nie będziemy się kochać? – zapytał z przekąsem.

– A kto powiedział, że nie będziemy?

Spojrzał na nią, jakby urwała się z księżyca.

– Ty powiedziałaś. Przed chwilą – zdumiał się jeszcze bardziej. – Przecież pokręciłaś głową.

– W kółko ze sobą śpimy – rzekła sucho. – Nie umrzesz, jeśli raz w życiu nie będziesz.

– Jeśli nie będę: co? – zdenerwował się. – O co ci chodzi? Czego ty chcesz?

Wzruszyła ramionami. Nadąsała się.

– Chcę porozmawiać – odparła.

– Porozmawiać – powtórzył płasko.

– Tak.

– Zapewne o ostatniej nocy.

– I o poprzedniej podobnej nocy. I o poprzedniej, i…

– Nie ma o czym mówić – uciął.

Westchnęła ciężko.

– Nie będę z tobą spała, dopóki ze mną nie porozmawiasz – oświadczyła.

– Nie chcę o tym rozmawiać – oświadczył.

Znowu westchnęła.

– W takim razie, słuchaj. Ja będę mówiła.

Nie zostawiła mu wyboru. Musiał jej wysłuchać. Była jego żoną i nie mógł jej odmówić uwagi dotyczącej czegoś, co najwyraźniej było dla niej istotne. Spojrzał jej głęboko w oczy. Zawziął się w sobie i pokiwał głową. Niech będzie. Nena chrząknęła.

– Posłuchaj, to zaczęło się kilka miesięcy temu, prawda? – podjęła. – Ile dokładnie?Cztery? Pięć?

– Cztery.

– I od roku chcemy mieć dziecko, prawda?

– Prawda.

– Ale nam nie wychodzi, tak?

Zerknął na nią z ukosa.

– I nie wyjdzie, dopóki ty będziesz siedziała pod ścianą, a ja w drugim końcu łóżka – burknął.

Cmoknęła, jakby zniecierpliwiona. Wzięła parę głębszych wdechów.

– Posłuchaj mnie, ja mówię o tym, że może się za bardzo przejmujesz – rzekła.

– Czym? Dzieckiem?

– Właśnie – potwierdziła. – Pierwsze bezsenne noce pojawiły w około pół roku od pierwszych bezowocnych prób zajścia w ciążę. Może chodzi o to, co powiedział nam Lekarz. Nie ma co przejmować się na zapas. A może ty się przejmujesz. I dlatego nie śpisz już co drugą noc. Budzę się zaraz po tobie, bo czuję przez sen puste łóżko. Wychodzę do ciebie na zewnątrz. Siedzisz przed domem i wpatrujesz się w niebo, ale myślami jesteś gdzie indziej. Nie wiadomo, gdzie. Myślę, że ty wiesz, gdzie, ale nie chcesz mi powiedzieć…

– Nieprawda – przerwał jej Zolan.

Dotknęło go, że zarzuciła mu tajenie prawdy. Prawda była taka, że sam nie wiedział, gdzie przebywa, siedząc tak w nocy przed domem i myśląc o wszystkim i o niczym jednocześnie.

– Myślisz, że ja tego nie widzę? Przecież ja to wszystko widzę. Widzę, że się zmuszasz, żeby mi coś wyjaśnić, kiedy wychodzę do ciebie tam na zewnątrz. Ale w rzeczywistości nie masz na wyjaśnianie żadnej ochoty. Nie chcesz mi powiedzieć. Tak jak teraz. Nawet rano nie chcesz o tym mówić. W końcu się zmuszasz i coś do mnie mówisz, ale ja tego nie rozumiem. Tak jak dziś w nocy. Mówisz coś o trzech księżycach albo o kolorze skóry, ale to nie ma sensu. Nie mogę za tobą nadążyć. Próbuję ci towarzyszyć, ale mi nie pozwalasz. Jesteś daleko stąd. Nie chcesz powiedzieć, gdzie. Twoja bezsenność wisi między nami i zawadza. Ale może jest w niej coś błahego. Może bezsenność wzięła się z naszych prób zajścia w ciążę. Może potrzebujemy przerwy. Może ty się niepotrzebnie przejmujesz. Mam na myśli dziecko. Fakt, że nam się nie udaje. To nie twoja wina. Moja też nie. Nie musisz się przejmować – wytłumaczyła.

Zolan nie sądził, żeby się przejmował. Po prostu cieszył się bonusowym seksem. To było tak, jakby życie samo otworzyło im drzwi do większej frajdy, do codziennej rozkoszy. Nie widział w tym przyczyny dla troski. Oczywiście wolałby, żeby już pojawiło się dziecko, ponieważ oboje tego chcieli i tak postanowili. Ale prawdę mówiąc, nie czepiał się kurczowo tej myśli i nie prał sobie nią głowy. Właściwie był tego samego zdania, co Lekarz: dziecko pojawi się w stosownej chwili, kiedy skupią się sami na sobie i swoich pragnieniach, mają na to sporo czasu. Właśnie w ten sposób Zolan interpretował porady Lekarza. Nie powiedział jednak tego wszystkiego głośno. Nie chciał, żeby Nena pomyślała, że traktuje ją wyłącznie jako kochankę – nie chciał, żeby pomyślała, że dziecko jest mu obojętne. Nie było obojętne. Czuł się gotowy do bycia ojcem. Bez wątpienia – był gotowy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ta przeklęta bezsenność.

– Jeżeli mamy mieć dziecko, to będziemy je mieli. Ale w tym celu musimy się kochać – odparł krótko, pilnując swojego tonu, starając się zabrzmieć jak najcieplej.

Znów przysunął się do niej.

– Nena – powiedział cichutko.

Znów dotknął tego szczególnego miejsca… Tym razem Nena odwróciła głowę i odepchnęła go stanowczo.

– Będziemy się kochać. Oczywiście, że będziemy. Ale nie teraz. Teraz odpoczniemy od siebie. Pójdziemy sobie do pracy i spokojnie zastanowimy nad sobą. Każde z osobna – odezwała się matowym głosem. – A kiedy zobaczymy się wieczorem, spróbujemy porozmawiać o bezsenności. Dlatego, że spotkało nas coś dziwnego. Przytrafiła nam się twoja bezsenność. Przytrafiła nam się i narasta. Ty się wybudzasz już co drugą noc. Nie mogę tego ignorować. Nie możemy przytłumić tego ani milczeniem, ani seksem. Musimy to wydobyć na wierzch, a potem się tego pozbyć – wytłumaczyła spokojnie.

Zolan poderwał się z łóżka jak oparzony. Poczuł się odrzucony i przyparty do ściany. Był zdenerwowany. Wyglądało na to, że Nena mogła mieć rację. Z Zolanem działo się coś, co wywierało wpływ na oboje. Po raz pierwszy w życiu krew napłynęła mu do skroni i zapulsowała niemal boleśnie. Poczuł gniew. Żal pomieszany ze złością, że Nena nie chciała z nim spać, że cierpiał na przeklętą bezsenność, że niczego nie mógł poradzić. Był rozgniewany. Nie mógł nad sobą zapanować. Uderzył pięścią w ścianę. Przestraszył się samego siebie. Spróbował wytonować oddech.

– W porządku – wyszeptał, chociaż nadal nie mógł uśmierzyć uderzeń krwi w swoich skroniach. – W porządku. Pójdziemy do pracy. Każde z osobna. Nie chcesz śniadania do łóżka, nie chcesz mnie w łóżku, nic nie chcesz. Chcesz rozmawiać, ale nie wolno ci tego wymagać. Dlatego zostaniesz sama. I ja zostanę sam. Może tak będzie lepiej – wyszeptał, pełen złości.

Zerknął na Nenę. Siedziała oparta o ścianę tak samo, jak wcześniej. Miała podkurczone nogi i skuliła się, chowając twarz między kolanami. Zolan nie mógł zobaczyć łez w jej oczach. Nic nie mógł. Czuł się okropnie. Podszedł do nocnej szafki, chwycił z niej koszulkę i w czasie gdy Nena siedziała z ukrytą buzią, w milczeniu odwrócił się i wyszedł z domu.

Tuż za drzwiami prędko założył koszulkę, po czym skierował się prosto do pracy. Musiał jak najszybciej rozładować gniew. Nagromadziło się w nim za dużo energii. Potrzebował wylać ją z siebie. Potrzebował tego dnia porządnie się wyżyć, zająć realną robotą.

Po drodze do pracy zastanawiał się, jak do tego doszło. To było nie do pomyślenia. Co się z nim działo, do licha? Przecież wcale nie chciał rozmawiać, tymczasem powiedział tak wiele. Nie powinien był tego mówić. Tyle złych emocji z samego rana. Kto słyszał o równie złym poranku na Xannie? Nie do wiary.

Szedł do pracy, naładowany i zacięty. Skąd miał w sobie tyle niesamowitej energii po nieprzespanej nocy? Gdzie tu logika? I jak miał spożytkować tę energię? Nie wiedział. Wiedział tylko tyle, że miał nadzieję dostać do prasowania jak najwięcej surowych szkieletów Lepiaków. Praca na prasie była stricte mięśniowa. A on potrzebował rozładować pokłady swojej energii w sposób fizyczny, dosłowny, siłowy. W przeciwnym razie – czuł to w skroniach, czuł w całym ciele – wybuchnie mu głowa.

Po wyjściu Zolana Nena uniosła głowę. Przez chwilę wpatrywała się w pustą podłogę. W miejsce, gdzie stał jej mąż w ułamek czasu przed tym, zanim uderzył pięścią w ścianę. Dlaczego to zrobił? Co nim targnęło? Przez chwilę zastanawiała się nad tym. Wkrótce otarła ślady po łzach i podeszła do ściany. Punkt, w który uderzył Zolan, wybrzuszył się lekko. Nena dotknęła tego punktu, a potem przesunęła ręką po większym fragmencie krągłej ściany, jak gdyby ją głasnęła. Miała wrażenie, że punkt odkształcony pod naporem pięści był teraz chłodniejszy. Przyjrzała mu się pilniej, przytomniej. Wydawało się, że stracił też na kolorze. Domy na Xannie były jasnoszare, delikatnie zabarwione ciepłą nutą purpury. Nie popielate, tylko takie jak niebo. To była szarość jakoby nasączona porcją tłustej, ciepławej bieli. Tymczasem to wybrzuszone miejsce wyglądało na zgaszone, ponure, zimne. Zrobiło jej się smutno z tego powodu. Drugi raz otarła zapłakane oczy. Ale powieki były już zupełnie suche. Nie było powodu do dalszego smutku. Dlaczego więc trwała w tym nastroju? Czemu drugi raz chciała wytrzeć te same łzy? Chyba po prostu nie przywykła do łez. Kiedy wcześniej zdarzyło jej się zapłakać z żalu? Kiedy ostatni raz widziała kogoś płaczącego? Nie pamiętała. To musiało być dawno. Z pewnością – jeśli w ogóle – to zdarzyło się bardzo, bardzo dawno temu. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy. A nawet nie chciała. W rzeczywistości nie chciała czegoś podobnego pamiętać. Dlatego, ze Xanna była jej domem. Jej wielkim, spokojnym, pięknym domem. Jej i wszystkich Xannijczyków. Czy ktokolwiek kiedykolwiek na Xannie płakał ze smutku? Jeżeli nawet tak, to musiało być wyjątkowo rzadkie. A dziś przytrafiło się Nenie. Właśnie jej coś takiego musiało się przytrafić. Ciekawe dlaczego? Przez bezsenność Zolana, to jasne. Reszta ich wspólnego życia i ogólnego życia na Xannie – była znakomita. Chodziło więc wyłącznie o bezsenność. To ona była wszystkiemu winna. To ona trawiła cudowny świat wokół. To ona wywołała gniew, z jakim Zolan uderzył pięścią w ścianę. Bezsenność Zolana wprowadzała pierwiastek brzydkiego chaosu do doskonale poukładanej rzeczywistości. Bezsensowna bezsenność. Właśnie tak. To ona usiłowała strawić rzeczywistość, a Zolan był jej kanałem przepustowym, jak gdyby Zolan, wbrew Nenie i nawet wbrew samemu sobie, oddalał się od rzeczywistości i powoli przesączał do jakiegoś równoległego, surrealnego, nieistniejącego świata.

Nena potrząsnęła głową. Co za bezsensowne myśli. Być może Zolan miał rację, nie chcąc o tym rozmawiać. Zapierał się przed takimi rozmowami ze wszystkich sił, ale ona nalegała. Nie powinna była naciskać na niego. W końcu i tak nie mogła niczego poradzić. Powinna dać mu więcej czasu na uporanie z własnymi myślami. Ostatecznie i tak nie mogła ich zrozumieć. Zielony, to zielony: najnaturalniejszy na świecie kolor skóry. Nie rozumiała, co Zolan próbował przekazać, opowiadając o różowym odcieniu skóry. To było całkowicie abstrakcyjne. I bezsensowne. Nie mogłaby tego pojąć, nawet gdyby zjadła wszystkie rozumy. Dlatego, że to było nie do pojęcia. Nie było na to rady. Po co więc za wszelką cenę drążyła temat?

Zolan był dla niej zimny, nieprzystępny w nocy, gdy siedział tak przed domem, gapiąc się w niebo. Był zimny, daleki – fakt. Jednak musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo wcześnie rano przyniósł jej śniadanie do łóżka. Tymczasem ona nie chciała się z nim kochać. Odtrąciła go i parła na rozmowę, na sensowne wytłumaczenie. Po co? Przecież bezsenność nie miała żadnego sensu. Chyba więc Zolan miał rację. O czym chciała z nim rozmawiać? Na jakie wytłumaczenie liczyła?

Znów potrząsnęła głową. Zamachała rękami, jakby opędzała się od wielgachnej Ważki.

– Na tym koniec – powiedziała głośno.

Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma rady. Nie miała zamiaru dłużej nad tym rozmyślać. Podeszła do nocnej szafki. Najpierw zapięła na ręku zegarek. Ubrała się w koszulkę i spodenki, następnie przewiązała sobie w talii podręczną chustę-fartuch. We wszytej kieszeni (tak samo jak Zolan i wszyscy Xannijczycy) trzymała płachty tkaniny i kombinezon ochronny wraz z kapsułkami z tlenem. Zbliżyła się do jednej z krągłych ścian domu. Do tej, na której zawieszony był stacjonarny komputer, a ściślej mówiąc – monitor.

Komputery na Xannie były oparte na DNA. Zamiast staromodnego procesora z płytki z krzemu – współczesny komputer miał charakter zolu. Zol działał w taki sposób, że segregował roztwory DNA, aby przeprowadzać odpowiednie obliczenia. Inaczej mówiąc, była to żelowa (zolowa) substancja zamknięta w obłej, niedużej kapsule. Taka kapsuła stanowiła obudowę komputera. Obudowa była wykonana z tego samego materiału, co powłoka podręcznych kapsułek z tlenem (także z tego samego, co wszystkie przedmioty na Xannie). W środku obudowy przechowywano istotę komputera. Komputer stacjonarny (czyli zolową substancję zamkniętą w obudowie, odpowiadającą staromodnemu krzemowemu procesorowi) Xannijczycy umieszczali blisko podłogi, aby nie rzucała się w oczy. Dlatego, że całej technologii przyświecała idea, by nie była ona widoczna na pierwszy rzut oka. Tak więc powszechnie nie epatowano rzeczami przynależnymi do świata technizacji, a starano się tworzyć je i rozmieszczać w takiej formie i środowisku, by sprawiały wrażenie nieobecnych. Ważną część takiego stacjonarnego komputera stanowił monitor, wyposażony w funkcje nie tylko typowego wyświetlacza, ale też ekranu dotykowego, na jakim widniała klawiatura z meta symbolami. Meta symbole pełniły taką samą rolę, co alfabet, miały jednak tę dodatkową zaletę, że można było pisać nimi o wiele szybciej, niż pisałoby się za pomocą klawiszy z literami. Przy dotykaniu skrótowych i umownych meta symboli, na ekranie mogły pojawiać się od razu całe pojedyncze wyrazy bądź małe grupy wyrazów (gotowe sformułowania). Dlatego było to o wiele bardziej praktyczne. Wyłączony monitor wyglądał jak płaski prostokąt zwykłego szkła – jak płaściutki kawałek szyby o równych, oszlifowanych krawędziach. Ale w rzeczywistości był dużo lżejszy od tafli szkła takich samych rozmiarów, a co najważniejsze – w przeciwieństwie do szkła był elastyczny, a nie twardy, nie sztywny. Elastyczność komputerowego monitora powodowała, że można było go przyłożyć do krągłej ściany budynku, a wtedy przyjmował on łukowaty, wygięty kształt ściany. Także samo przytwierdzenie monitora do krągłej ściany odbywało się bardzo naturalnie i łatwo, ponieważ miał on zachowaną specyficzną lepkość podstawowego materiału budulcowego na Xannie, z jakiego był skonstruowany. Pochodził bowiem od Lepiaków (jak wszystkie przedmioty na Xannie), a cechy lepności wynikające z tego pochodzenia – w zależności od potrzeby danego przedmiotu (na przykład elastycznego monitora), w zależności od konkretnego wynalazku mogły być z łatwością zachowywane i wykorzystywane w realnym życiu na co dzień. Oznaczało to, że zamiast zawieszać sztywny monitor na jakimś haku wbitym w ścianę – można go było po prostu do ściany przyłożyć i, poprzez lekkie dociśnięcie ręką, przykleić.

Oprócz komputerów stacjonarnych, każdy dorosły Xannijczyk posiadał również osobisty komputer przenośny. Taki komputer wyglądał prawie identycznie, co stacjonarny. Jedyna różnica między jednym a drugim opierała się na rozmiarze. Osobisty komputer był niby szklaną taflą zbliżoną do owego monitora ściennego, ale dużo mniejszą. Można ją było zmieścić w kieszeni osobistej chusty-fartucha. Taki przenośny komputer, a naprawdę – monitor, miał z tyłu przytwierdzoną kapsułkę z zolem, a więc istotę komputera (to jest procesor i składowe komputera opartego na DNA).

Zarówno komputery stacjonarne, jak i przenośne funkcjonowały zdalnie, jeśli chodzi o relację zolu z monitorem. Poza tym zarówno jedne, jak i drugie mogły aktywnie łączyć się z centralną bazą danych. Centralna baza danych oznaczała sieciowy zbiór informacji o liczbie Xannijczyków, o liczbie roślinności, zwierzyny, o zgromadzonych zapasach dla mieszkańców, a ponadto umożliwiała łączenie się ze sobą i rozmawianie poszczególnych ludzi. Jeśli chodzi o komunikację międzyludzką, połączenia komputerowe poprzez sieć można by porównać do telefonu komórkowego. Polegały one na tym, że za pomocą klawiszy dotykowych (opatrzonych meta symbolami) na ekranie wybierało się z książki adresowej osobę – i łączono z nią w taki sposób, że siedząc przed monitorem i mówiąc wprost do monitora, widziało się i słyszało tę osobę. Oczywiście można było również przesyłać sobie wiadomości mejlowe, z tym że tekst pisano, używając klawiszy dotykowych z meta symbolami.

Zwykle przed pójściem do pracy – warto było połączyć się z centralną siecią, by zasięgnąć kluczowych informacji co do danej profesji. Jeśli na przykład ktoś zajmował się zalesianiem, przed wyjściem z domu przyzwyczaił się sprawdzać dzięki komputerowi, w jaki teren udać się najpierw, jakiej rośliny na Xannie było obecnie najmniej, w jakich rejonach porastała, które zapasy należało uzupełnić w pierwszej kolejności i tak dalej. Dlatego właśnie Nena podeszła oto do ściennego monitora – chciała sprawdzić dane odnośnie do swojej pracy. Zolan wyszedł tego ranka w pośpiechu i gniewie, nie połączywszy się z siecią i nie sprawdzając niczego. Była to jednak wyjątkowa sytuacja (pójść do pracy – ot tak, bez wcześniejszego przygotowania) i na ogół każdy kultywował zwyczaj porannego łączenia się z siecią. Takie sytuacje jak dzisiejsza u Zolana – należały do wyjątków, bo naprawdę rzadko kiedy ktoś szedł do pracy z postanowieniem rozejrzenia się na miejscu, bez wcześniejszego zaczerpnięcia stosownych informacji. Co ważne, dzięki tym kluczowym funkcjom komputerów i centralnej interaktywnej bazie danych Xannijczycy nie potrzebowali żadnego zarządcy czy przywódcy, który umiejętnie rozdzielałby zadania i dopilnowywał logicznego zarejestrowania pracowników w zależności od większego bądź mniejszego zapotrzebowania na tę lub inną profesję. Na Xannie nie istniała idea wydawania poleceń, czyli schemat centralnego zarządzania. Zamiast tego, poprzez bezpośrednie połączenie z siecią, każdy zarządzał sobą i swoim czasem w sposób jednocześnie optymalny dla całej Xanny. Każdy robił to, co użyteczne i uzasadnione w kontekście prawidłowego funkcjonowania Xanny i wskutek tego – efektywnego życia Miasta. Mówiąc wprost – zamiast centralnego zarządzania i wynikającego z niego planowania, na Xannie panował ustrój samoorganizacji.

Nena podeszła więc do ściany, dotknęła monitora i tym sposobem go włączyła. Uruchomiona, rozświetlona tafla niby szkła zdawała się w swoim obrazie przestrzenna. Nena dotknęła palcem obszaru na monitorze oznaczającego dane adresowe, przesunęła go dłonią w jeden koniec ekranu, by po chwili nasunąć na niego inny prostokąt z nowymi danymi. W ten sposób wiadomości przenikały się wzajemnie, aż ostatecznie oczom Neny ukazała się finalna informacja o Ochronce na teraźniejszy moment potrzebującej jak najwięcej rąk do pracy. W to właśnie miejsce postanowiła się dzisiaj udać.

Podniosła z łóżka Owoc i niewiele już myśląc, wyszła do pracy. Stając w słońcu, na chwilę przymknęła oczy. Mimowolnie, jakby niepomna złych emocji o wczesnym poranku, uśmiechnęła się szczerze i poczuła, jak skóra jej zielenieje. Jednak szybko odstąpiła od pożywienia się energią słoneczną na rzecz Owocu, który wzięła sobie na drogę. Tak naprawdę, szkoda jej było czasu. Po tym, co wydarzyło się dzisiaj pomiędzy nią a Zolanem, chciała po prostu jak najprędzej znaleźć się wśród Lepiaków. Liczyła, że ukochana praca przywróci jej optymizm i wiarę w cudowność spraw małych, zwyczajnych. Dlatego właśnie zrezygnowała z pożywienia się energią słoneczną i postanowiła wezwać Taryfę. Potrzebowała jak najszybciej znaleźć się w Ochronce. Potrzebowała jak najszybciej zająć się czymś konstruktywnym i przyjemnym. Nie wyobrażała sobie, że fatalnie rozpoczęty dzień miałby podobnie się potoczyć i zakończyć. Nie mogła do tego dopuścić. Potrzebowała skupić zarówno myśli, jak i realne działanie na najcieplejszym, najmilszym pięknie Xanny. Na Lepiakach. Właśnie tego potrzebowała: pojechać do pracy, do Ochronki i zająć się Lepiakami.

            Rozdział V – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia – ciąg dalszy 

Chociaż do Laboratorium wcale nie było blisko, Zolan całą drogę do pracy postanowił przejść piechotą. Liczył, że maszerując prężnym krokiem, wytraci przynajmniej część negatywnych emocji, jakie się w nim skumulowały.

Niestety: to były czcze życzenia. Z każdym krokiem czuł się coraz gorzej. Skronie nadal pulsowały mu od gniewu. Jedyna różnica, która po drodze nastąpiła w jego samopoczuciu polegała na tym, że zmieniło się główne ognisko tego pulsu, tego pokładu wściekłości. Wcześniej, w domu – rozgniewał się na Nenę. Po wyjściu do pracy zdało mu się, że w istocie gniewa się bardziej na siebie, niż na nią. Teraz, idąc żwawo już od dłuższej chwili, pomyślał, że czuje wściekłość nie do Neny i nie do siebie samego, ale do swojej bezsenności. To dziwna przypadłość namieszała mu w głowie. To nie żona wywołała ten poranny bałagan. Sam również nie sprowokował samego siebie. To nie była niczyja wina. Ani Nena nie zawiniła, ani on. Nie chodziło o żadną winę. Chodziło o przyczynę. O bezsporną, prawdziwą genezę tego zabałaganionego, fatalnego poranka. O bezsenność. Zolan pomyślał, że Nena miała słuszność. Przytrafiło im się coś dziwnego. Przytrafiła im się jego bezsenność. Nena uważała, że należało porozmawiać o bezsenności, wydobyć ją na wierzch, a później unicestwić. Z tym jednak nie mógł się zgodzić. Czuł się inny, nieprzystający. Nie miał odwagi wzmagać poczucia własnego wyalienowania poprzez rozprawianie o rzeczach absurdalnych, jakich sam nie rozumiał. I stąd – gniew. Zresztą nawet nie chodziło o to, że brakowało mu odwagi. Po prostu nie był do tego zdeterminowany. Nie dostrzegał żadnego realnego bodźca do zawiązania dialogu o bezsenności. Nic by to nie dało. Nic by w rezultacie takiego dialogu nie uzyskał. A już na pewno nic nie zyskałaby Nena. Niczego by nie zrozumiała. A on nie chciał nikomu zaszkodzić. Nie chciał skrzywdzić przede wszystkim żony, ale też nie zamierzał podsycać prywatnej krzywdy. Bo w pewnym sensie czuł się pokrzywdzony. Dlatego, że przez swoją bezsensowną, niesłużącą niczemu i nic nieoznaczającą bezsenność był inny od wszystkich, jakby uboższy o coś, jakby czymś niewidzialnym okaleczony, jakby coś wartościowego zostawało mu po trochu odbierane, jakby coś – noc za nocą – gubił. Nie miał zamiaru w to wsiąkać. Wolał się od tego odciąć. Wolałby, żeby cała bezsenność schowała się w cieniu. Nie chciał wyciągać jej na światło dzienne. A Nena – chciała. I stąd gniew. To była niczyja wina. Czuł się okropnie, a skronie ciągle mu pulsowały.

W tym czasie stojąca przed domem Nena, która zrezygnowała z pożywienia się energią słoneczną na rzecz jak najszybszego znalezienia w Ochronce – podeszła do sterownika i wezwała Taryfę.

Każde domostwo na Xannie było wyposażone w szczupłą rurkę, półprzezroczystą i przez to prawie niewidoczną. Taką rurkę wbijano pionowo przed domem, blisko frontowych drzwi, w Grunt. Na wysokości około stu pięćdziesięciu centymetrów rurka miała niewielką tabliczkę będącą panelem sterującym. Panel sterujący potocznie nazywano krócej – sterownikiem. Sterownik był wyposażony w jeden przycisk – klawisz. Klawisz nie był wypukły; panel sterujący był rodzajem małego (półprzezroczystego jak cała instalacja taryfowa) ekranu dotykowego. Wciśnięcie tego klawisza, czyli dotykowe uruchomienie sterownika, powodowało zawołanie Taryfy. Sterownik dlatego umieszczano na wysokości około stu pięćdziesięciu centymetrów, żeby żadne dziecko nie mogło go uruchomić dla głupiej zabawy albo przez przypadek. Co do przypadku, również domowe Lepiaki mogłyby niepotrzebnie uruchomić sterownik. Chcąc tego uniknąć, montowano go na pewnej wysokości.

W tym czasie Zolan zbliżał się do Laboratorium. Laboratorium było ogólną i zwyczajową nazwą ogromnego kompleksu kilkunastu budynków. Te budynki miały oczywiście kształt kuli, niby owadziego kokonu, tak jak domy (były też wykonane z tego samego materiału – podstawowego budulca o naturalnym pochodzeniu). Z tym że były o wiele większe. Kompleks laboratoryjny można więc najprościej określić jako zbiór, skupienie sporej liczby takich „kokonów” o specjalistycznych funkcjach. Jedne z nich były piętrowe, inne – znacznie mniejsze, bo parterowe, choć i tak nieporównywalnie większe niż budynki mieszkalne. Niektóre przypominały olbrzymie kopulaste szklarnie, ponieważ były zadaszone i otoczone przezroczystym jak szkło materiałem. Jednym słowem – znajdowało się tu serce, to jest ścisłe centrum Miasta.

Pod ogólnym mianem kompleksu laboratoryjnego należy rozumieć nie tylko rzeczywiste Laboratorium, które składało się z pięciu pięter i prowadzono w nim autentyczne prace badawcze, typowo naukowe. W kolejnym budynku całego kompleksu laboratoryjnego – ustanowiono między innymi siedzibę Wysokiej Izby.

Na Xannie nie istniał precyzyjny system dowodzenia, tylko samoorganizacja. Wszyscy ludzie byli jednakowo ważni, mimo że wykonywali odmienne prace. Nie różnicowano zawodów i wynikających z nich funkcji społecznych pod względem ważności czy innej wartości. Na Xannie nie było klas społecznych ani żadnych wyznaczników jakości – takich jak pieniądze czy inny odpowiednik wynagrodzenia. Analogicznie – nikt nikogo również nie karał. Nie było takiej potrzeby. Nie karano nawet niegrzecznych dzieci, gdyż cierpliwe wytłumaczenie przewinienia w zupełności było w stanie załatać i naprawić sytuację. Gdy zaś jakieś dziecko było wyjątkowo niegrzeczne, rodzicie po prostu wykluczali je z zabawy na słońcu, wskutek czego nabywało ono pożądanego szacunku do rzeczywistości i rozumienia wzajemnych, symbiotycznych zależności świata.

Nie istniało kluczowo sformułowane prawo ludzkie, i prawo Boskie, nawiasem mówiąc – także nie, ponieważ nie znano religii. Wracając do meritum, nie znano też polityki w podstawowym rozumieniu tego słowa. Oznaczało to, że każdy obywatel Miasta miał prawo zajmować się taką pracą, która była zgodna z jego wrodzonymi skłonnościami. I nawet jeśli zdarzało się, że ktoś nie odczuwał w sobie talentu do takiej czy innej dziedziny – spektrum zajęć codziennych i możliwości wypełniania funkcji społecznych w oparciu o konkretny zawód było tak szerokie, że swobodnie i bez żadnej presji, nawet będąc całkiem przeciętnym, można było znaleźć sobie coś wymiernego i sympatycznego do roboty. Tak więc nie rozróżniano prac lekkich od ciężkich w takim sensie, że wszystkie były porównywalnie cenne. Czy to zalesianie, czy Ochronka – Xannijczycy zwykli ufać popularnemu przysłowiu mówiącemu o tym, że na świecie wszyscy jesteśmy potrzebni. To porzekadło jednakowoż brało się z samej Xanny, z prostego faktu, że skóra planety i treść planety – trwały w symbiozie z człowieczeństwem. Nie było tu żadnej sprzeczności, poprzez co wszystko dookoła zdawało się pogodne, właściwe i samo uzupełniające się.

A zatem Wysoka Izba faktycznie znaczyła tyle, co biuro obsługi klienta – w sensie nie typowo administracyjnym, nie zarządzającym, a już na pewno nie władczym. Ktoś musiał przebywać w biurze, przyjmować petentów i pomagać im w ewentualnych codziennych sprawach związanych na przykład z pracą. Zdarzało się przecież, że nie każdy chciał samodzielnie wyszukiwać informacje o potencjalnej pracy, a wolał być prowadzony za rękę. Analogicznie – istnieli i ludzie, którzy spełniali się w pomaganiu, w prowadzeniu innych za rękę. Poza tym Wysoka Izba nie pełniła żadnych specjalnych funkcji. Dlatego, że wszystko opierało się na samoorganizacji. Nie było potrzeby nawet ustalać grafiku dla Oblatywaczy, gdyż wszystkie pojazdy lotne (jak na przykład Ł-loty) mijały się dzięki automatycznie działającym radarom. W podobne funkcje były również wyposażone Taryfy. Poza tym Taryfy posiadały samoregulujące się baterie z biopaliwem. Nie było więc potrzeby niczego rozdysponowywać – wszystkie te techniczne kwestie kontrolowały się automatycznie poprzez łączenie z centralną siecią komputerową. A w przypadku gdy jakaś kwestia wymagała nawet koordynowania przez człowieka, dowolny człowiek mógł samodzielnie zająć się problemem przez połączenie z centralną siecią z osobistego komputera czy to stacjonarnego, czy przenośnego. I w ten sposób mógł poszukać rozwiązania czy odpowiedniego specjalisty. Wnikliwe konsultacje z jakimkolwiek zwierzchnikiem były zupełnie zbędne na Xannie – dlatego nie było żadnych zwierzchników, żadnych przełożonych.

Dlatego wszystko wokół zależało od poszczególnych ludzi. Każdy był inny i każdy był równie potrzebny. I tylko sam człowiek mógł decydować o tym, czym będzie zajmował się na co dzień. Jeśli ktoś zdecydował się zostać dla przykładu pilotem, mógł poprzez połączenie z centralną siecią znaleźć odpowiednich ludzi, którzy pomogą mu wdrożyć się w pilotowanie. Mógł też przyjść tutaj, do siedziby Wysokiej Izby, żeby zgłosić się osobiście. Wówczas Wysoka Izba pomagała przydzielić takiej osobie odpowiednio wykształconego człowieka, który organizował szkolenie z zakresu pilotażu, a więc wprowadzał w szczegóły zawodu w zakresie wiedzy tak teoretycznej, jak praktycznej.

W kolejnych budynkach kompleksu laboratoryjnego urządzono Bibliotekę, Szpital, Hangar i Fabrykę. Biblioteka była najmniejszym budynkiem całego kompleksu – niewiele większym od domu mieszkalnego. Był to obiekt typowo publiczny, z którego korzystali zarówno dorośli, jak dzieci. Nie istniały żadne przepisy warunkujące korzystanie z Biblioteki, co było zresztą dziecinnie łatwe dzięki precyzyjnemu połączeniu budynku z komputerową bazą wszelkich danych. Biblioteka mieściła się z przodu kompleksu, w pewnym oddaleniu od pozostałych budynków, żeby każdy miał do niej szybki dostęp i co za tym idzie – żeby korzystając z niej, nie wadził innym przemieszczającym się między obszerniejszymi i bardziej skomplikowanymi budynkami.

Największym budynkiem kompleksu laboratoryjnego i jednocześnie całej Xanny była Fabryka, ponieważ składała się z licznych oddzielnych kul, a każda z nich była kilkupiętrowa. W jednej fabrycznej kuli zajmowano się składowaniem surowych szkieletów Lepiaków i tłoczono je przy użyciu specjalnej ciężkiej prasy mechanicznej. W innym przetwarzano już sprasowane szkielety do poziomu tak zwanej masy lepnej. Tak krok po kroku – od surowego szkieletu, poprzez masę lepną – produkowano podstawowy na Xannie materiał budulcowy. Z tego materiału tworzono wszystko: od garderoby (spodenki, koszulki, kombinezony ochronne), przez płachty tkaniny i naczynia (jak misy czy kubki), przez meble (stoły, szafki czy półki), przez powłokę kapsułek z tlenem oraz zegarki; przez domy i różne budynki, aż po instalację taryfową i wszelkie pojazdy – od Taryf, po Ł-loty i Kuloty. Oczywiście ten podstawowy materiał budulcowy różnił się składem w zależności od przedmiotu, jaki ostatecznie chciano uzyskać. Mówiąc wprost: materiał, z którego wykonano osobistą garderobę, jak spodenki czy podręczna chusta-fartuch, różnił się od materiału, z którego powstał kombinezon ochronny lub od materiału, z którego składały się domy. Te różnice brały się wskutek odpowiednich domieszek (syntetycznych albo innych – naturalnych), jakie włączano w następujących po sobie fazach produkcji, czyli fazach określanych jako Taśma Przetwarzania surowego szkieletu Lepiaka.

W innych częściach Fabryki (w innych kulach) zajmowano się produkcją lekarstw, produkcją komputerów i innych dóbr. Urządzono tu także biuro dla informatyków i inżynierów, którzy pilnowali sprawności systemu komputerowego, urządzeń komputerowych i innych złożonych dorobków technizacji.

Produkcja lekarstw i tym podobnych mieściła się w ogromnej kopule, która wyglądała na szklaną. Jednak materiał stanowiący kopułę tylko z wyglądu niczym nie różnił się od szkła. W rzeczywistości xannijskie „szkło” doskonale przepuszczało powietrze (tlen) i energię słoneczną, natomiast w ogóle nie mogła się przez nie przecisnąć Burza Pyłowa. I właśnie po to niektóre obiekty kompleksu laboratoryjnego zostały zadaszone tym rodzajem szkła: aby do wnętrza swobodnie dochodziły tlen i słońce, i aby można się było we wnętrzu spokojnie przemieszczać, bez obawy przed pyłem. Wspomniana szklana kopuła, w jakiej zajmowano się produkcją lekarstw, była  gigantyczną wielopoziomową konstrukcją wyposażoną w windę. Na jednych piętrach mieścił się ogród botaniczny, a więc główne centrum produkcji środków medycznych (między innymi lekarstw), na innych piętrach mieścił się Szpital wyposażony w leżanki do odpoczynku oraz w pomieszczenia zabiegowe. Można więc zauważyć, że niektóre części Fabryki płynnie łączyły się z innymi częściami całościowego kompleksu laboratoryjnego, na przykład – ze szpitalnymi. Wskazuje to jasno na dosyć płynny podział życia na jego różne aspekty, na dziedziny. Innymi słowy – na tym przykładzie dobrze widać, że podejście Xannijczyków do życia i pracy było syntetyczne i uplastycznione, nie zaś sztywne i analityczne.

Zupełnie inną częścią laboratoryjnego kompleksu było Krematorium, gdzie spopielano ciała zmarłych, a prochy wywożono do Lasów, nad zbiorniki wodne i tam – odkładano je na goły Grunt. Dlatego, że Grunt dzięki swej wyjątkowej właściwości („żywe i martwe naraz”) idealnie wchłaniał rozmaite szczątki, co początkowo zaobserwowano na podstawie roślin. Rośliny bowiem nigdy nie starzały się w takim sensie, że marszczyła się ich powłoka, że więdły, czy gniły. Przyroda Xanny nie znała pojęcia „rozkładu”. Nic podobnego nigdy nie zachodziło, a roślina, która przeżyła już finalny moment swego trwania, zwyczajnie opadała – osiadała na powierzchni Gruntu, następnie zaś zostawała przez niego miękko wchłonięta. Obserwując tego typu zjawiska, przyjęło się umieszczać prochy ludzi właśnie w Gruncie – bez żadnych ceregieli, bez zbytnich manewrów. Analogiczny zresztą mechanizm wsiąkania martwego ciała w Grunt miał miejsce w przypadku Ważek i Lepiaków. Nie było więc powodu, by ciało ludzkie traktować w tym kontekście inaczej. A zatem oddawano ludzkie szczątki – Gruntowi, ponieważ właśnie tam tkwiło dziwne, aczkolwiek słuszne i zasadne, źródło życia i trwania. Śmierć człowieka uznawano zatem za coś w rodzaju sygnału zwrotnego, oznaczała moment należny do zwrócenia ludzkich szczątków (popiołów) skórze planety, to jest Gruntowi.

Dużą część kompleksu laboratoryjnego zajmował Hangar. Mieściła się w nim i baza, do której zjeżdżały miejskie Taryfy, aby uzupełnić baterię z biopaliwem – i pomosty, gdzie w oczekiwaniu na swoich Oblatywaczy i dyżurne loty kontrolne stały liczne Ł-loty oraz Kuloty.

Zolan był Budowniczym. Oznaczało to, że zajmował się hodowaniem domów i budynków. Uczestniczył zarówno w prasowaniu surowych szkieletów Lepiaków dostarczanych przez pracowników Ochronki, jak i w hodowaniu kul-domów z odpowiednio spreparowanych już w innej części Fabryki, uprzednio sprasowanych szkieletów. To znaczy, że sprasowane szkielety przetwarzano do postaci tak zwanej masy lepnej, a następnie, po dalszej obróbce uzyskiwano odpowiedni materiał początkowy do powstania domu. Taki materiał początkowy Zolan umieszczał w gołym Gruncie, na wielkiej płaskiej powierzchni, zadaszonej ze wszystkich stron niby szklaną kopułą. Umieszczony w Gruncie materiał początkowy – kiełkował, to znaczy wyrastał z Gruntu, a potem rósł do rozmiaru domu. Stąd wszystkie domy były raczej tej samej wielkości, a jeśli czasem różniły się rozmiarem, to tylko śladowo. Przyjmowano to jako margines błędu w hodowli domów. Domy wyrastały więc z Gruntu, jak gdyby żywe kokoniaste twory, do jakich w czasie wzrastania należało dolewać składników odżywczych, a więc odpowiednich preparatów pochodzących z Laboratorium. Innymi słowy plac budowy na Xannie wyglądał jak ogromne, zadaszone pole uprawne, po którym pomiędzy poszczególnymi kulami w różnych fazach wzrostu krążyli doglądający pracownicy, czyli Budowniczowie. Plac budowy wyglądał jak ogromny ogród, jak pole uprawne z dziwnym zbożem, jak hodowla dziwnych stworzeń roślinnych. Dlatego też najczęściej posługiwano się określeniem – Hodowca Domów, a rzadziej mówiono – Budowniczy.

Co do ilości hodowanych domów – co do zapotrzebowania na produkcję budynków, nie obowiązywały specjalne normy czy szczegółowe wytyczne. Jeśli ktoś z pracowników Szpitala czy Laboratorium miał potrzebę dobudowania do swojego miejsca pracy nowego budynku, łączył się z odpowiednim działem Fabryki, czyli z odpowiednimi Budowniczymi – czy poprzez centralną bazę danych, czy kontaktował się osobiście. W takim przypadku należało bowiem poinformować Budowniczego o intencjach co do zamawianego budynku – dlatego, że wszystkie budynki kompleksu laboratoryjnego różniły się od zwykłych domów kształtem, rozmiarem etc., w zależności od funkcji, jakie spełniały. Natomiast jeśli chodzi o domy mieszkalne – w ogóle nie było żadnego problemu, żadnej konieczności wzajemnego informowania o ewentualnym zapotrzebowaniu. Głównie dlatego, że wszystkie domy były jednakowe, powstawały według jednego wzoru. Ponadto wzrastających domów na „polu uprawnym” był zawsze pewien nadmiar. To samo tyczyło się zresztą składowania lekarstw i preparatów medycznych w odpowiednich pojemnikach: zawsze był pewien nadmiar lekarstw. Jeżeli dany lek zbliżał się swoim poziomem do połowy wielkiego pojemnika, to pojemnik połączony z centralną bazą danych – automatycznie posyłał do sieci informację o tym, zbiorami której rośliny powinni aktualnie zająć się Zbieracze. Jednocześnie Zalesiacze – przed porannym wyjściem do pracy, połączywszy się z centralną bazą danych, automatycznie uzyskiwali informację o tym, szczepy jakich roślin pobierać i rozprzestrzeniać w pierwszej kolejności. Natomiast domów – zawsze był pewien nadmiar, ponieważ ich wyhodowanie było więcej ekspansywne, niż rozmnażanie ludzi i wynikające ze wzrostu populacji zapotrzebowanie na kolejne budynki mieszkalne. Patrząc pod tym kątem – zużycie zapasów danych surowców roślinnych i środków medycznych następowało dużo szybciej niż eksploatacja nowych domów, dlatego praca Zbieraczy była o wiele bardziej wycyzelowana od pracy Budowniczych. W związku z czym Zolan nie martwił się, że tego dnia – nie zerknąwszy do bazy danych przed porywczym wyjściem z domu – nie będzie wiedział, w co włożyć ręce. Jeżeli miał w sobie skumulowane negatywne emocje, które potrzebował wyładować, najwyżej sprasuje tego dnia więcej szkieletów, niż przeważnie, najwyżej posadzi na polu więcej domów, niż zazwyczaj, dzięki czemu podwyższy jedynie i tak już istniejący zapas mieszkalnych kulek, i nic złego się nie stanie. Tak oto kręcił się świat – samoczynnie napędzał, kwitł i trwał, szedł naprzód.

Zolan, idący tego dnia pieszo do pracy, zbliżał się powoli do ogromnego laboratoryjnego kompleksu, kiedy raptem poczuł wibrację naręcznego zegarka. Zerknął na przegub ręki. Wskazówka znajdowała się na zielonym polu.

Obok podręcznej chusty-fartucha z kombinezonem ochronnym, nieodzowną częścią codziennej garderoby były osobiste zegarki, zapinane na nadgarstku. Istotę zegarka stanowiła okrągła tarcza z pojedynczą wskazówką. Na tarczy widniały cztery kolory: zielony, niebieski, pomarańczowy i czerwony. Zegarek był elektro- i termoczuły. W zależności od sytuacji atmosferycznej, wskazówka wkraczała na pole oznaczone odpowiednim kolorem. Wtedy uruchamiała się wibracja, delikatne drżenie wyczuwalne na skórze w miejscu zapięcia zegarka, co interpretowano jako sygnał ostrzegawczy bądź po prostu informacyjny. Kolorowe pola różniły się między sobą wielkością i każde z nich oznaczało co innego. Generalnie cztery barwne pola wiązały się z dwiema szczególnymi sytuacjami pogodowymi na Xannie. Pierwszą z nich była Pora Deszczowa, a drugą Burza Pyłowa. Poza tymi dwiema zmiennymi – pogoda i klimat na Xannie pozostawały bardzo ciepłe, słoneczne i stabilne.

Na Xannie każdego dnia padał deszcz, a zjawisko to określano Porą Deszczową. Pora Deszczowa następowała za każdym razem w różnych częściach dnia i dlatego nie można jej było jednoznacznie prognozować (taka sama nieprzewidywalność dotyczyła Burzy Pyłowej). Właśnie dlatego pomocny był zegarek. Otóż dzięki wrażliwości zegarka na warunki atmosferyczne, reagował on wibracyjnie na jedną z tych dwóch szczególnych sytuacji pogodowych, o czym mówiła wskazówka wkraczająca na powierzchnię tego czy innego koloru. Reakcja zegarka na zbliżającą się zmienną pogodową oznaczała powiadomienie o tej sytuacji za pośrednictwem wibracji z paru chwilowym wyprzedzeniem. Jeżeli wskazówka wkraczała na wąskie zielone pole, jak zdarzyło się to właśnie u Zolana – zegarek zaczynał wibrować i znaczyło to, że za moment wskazówka znajdzie się na szerszym niebieskim polu, a synchronicznie z tym – zacznie padać deszcz.

Deszcz na Xannie nie padał z nieba. Nie było chmur – nigdy nawet nie słyszano o tym słowie. Porę Deszczową generował jeden gatunek roślinności, a ściślej – drzew. Drzewa Deszczowe były wysokimi na blisko sto metrów roślinami korowymi. Nie kwitły ani nie wydawały żadnych owoców. Wyglądały jak olbrzymie, grube ciemnofioletowe, lekko łukowate słupy wbite w Grunt. Nie posiadały żadnych liści, nie porastał je mech ani nic podobnego i gdyby nie pokrywająca Kora – ich wygląd na pewno byłby odbierany jako siermiężny i nieatrakcyjny. Dzięki Korze pnie Drzew Deszczowych zdawały się i śliskie, i chropowate. I gładkie, i ostre, powichrowane jednocześnie (jak w przypadku każdej rośliny korowej). Dzięki walorom Kory rośliny stawały się ciekawe, inspirujące. Ponadto mocne nasycenie Drzew Deszczowych Barwnikiem (czyli ciałkiem purpury) powodowało, że już wczesnym wieczorem (to jest już po uaktywnieniu się Pierwszego Księżyca) dawały wspaniały fluorescencyjny efekt, a surowa, słupowa forma czyniła z nich cudowne zjawiska podobne niby do wieczornych latarni ulicznych, jakie biły wokół siebie niezłą dawką ultrafioletowego blasku. Dlatego zalesiano nimi jak najwięcej obszarów Miasta – aby każdy miał do nich łatwy dostęp i mógł się z nimi stykać na co dzień. To wszystko było jednakże tylko dodatkowymi zaletami tych drzew. Najważniejsze, że wywoływały one Porę Deszczową.

Każdego dnia o innym czasie z Drzew Deszczowych spadał rzęsisty, czysto błękitny deszcz trwający parę dłuższych momentów. Właśnie z przyczyny koloru, jaki miała spadająca na powierzchnię Gruntu woda, pole na tarczy zegarka odpowiadające Porze Deszczowej oznaczono również na niebiesko. Zieleń na zegarku i towarzysząca jej wibracja stanowiły zatem pierwszą, bezpośrednią zapowiedź rychłego deszczu (zapowiedź wstąpienia wskazówki na szersze, niebieskie pole na tarczy).

Deszcz był zawsze siarczysty, pomimo czego nie dało się go postrzegać jako zlanych ze sobą wzajemnie – strug, czy zarzucających fal. Deszcz xannijski, wyjaśniając najzwięźlej, to pojedyncze, odrębne kuliste bąble z wodą. Krople deszczu, widywane w czasie każdej Pory Deszczowej jako oddzielne, bąbelkowe – miały kształt kulki, nigdy inny. Używając więc słowa „kropla” – zawsze miało się na myśli kształt kulisty. Dlatego, że poza kształtem wypływającej z oka łzy – Xannijczycy nie znali kształtu kapiącej kropli. Oczywiście jako że deszcz za każdym razem był obfity – jedne krople-kulki zachodziły na drugie tak, że w końcu oko ludzkie zaczynało odbierać je bardzo zwyczajnie, jako po prostu lejącą się wokoło wodę. Jednakże gdy grupa deszczowych kropel, spadając – natrafiała na jakieś zadaszenie albo oporną linię drzew, a nie na otwartą przestrzeń, wtedy na skutek delikatnego wyhamowania toru lotu kropel, krople zaczynały opadać wolniej od pozostałych i wówczas ich odrębność i kulistość stawała się możliwa do zaobserwowania.

Ubóstwiano Porę Deszczową. Uznawano ją za znakomitą nie tylko ze względów pragmatycznych. Przede wszystkim prezentowała się ona jako cudowne zjawisko przyrodnicze. Dlatego zdecydowano się tak skonstruować osobiste zegarki, żeby oprócz zagrożenia Burzą Pyłową – każdy Xannijczyk mógł najszybciej jak się da zostać poinformowany również o rzeczy nader przyjemnej, a więc o deszczu.

Co do cudowności zjawiska przyrodniczego, jakim był xannijski deszcz – trzeba zauważyć, że dzięki silnemu nasłonecznieniu Xanny, dzięki bardzo ciepłemu i łaskawemu klimatowi, deszcz nabierał szczególnie cennego z estetycznego punktu widzenia charakteru. Ponieważ nigdy nie padało z nieba, tylko z roślin, ponieważ niebo nigdy się nie zachmurzało i nigdy nie widziano na nim najmniejszych smug – tym samym w czasie deszczu słońce pozostawało identycznie żywe i przepastne, co w momentach suchych. Co za tym idzie – już w czasie padania, a nie tylko po zakończeniu ulewy, pojawiały się liczne łuki tęcz. Okrągłe krople działały jak pryzmaty już w czasie padania i przenikające przez nie soczyste słońce rozszczepiało białe światło na poszczególne kolory widma. Tęcze w czasie Pory Deszczowej były przygruntowe, zachodziły jedna na drugą, to znowu rozwarstwiały, znikały i rodziły się od nowa w innych miejscach. To był zachwycający, radosny widok, a ponieważ woda deszczowa była ciepła i miła w dotyku, przyjęło się – zerknąwszy na tarczę osobistego zegarka – wychodzić na dwór o wskazanej porze i spacerować wśród deszczu między kulkami kropel i między pół-mostami wielu tęcz. To były szczęśliwe, błogie, codzienne chwile. Xannijczycy nie tylko kąpali się, spacerując w kulkach deszczu i wśród tęcz, ale też ich osobiste ubranie prało się w ten sposób. I nawet domy – można by określić w tym kontekście jako samopiorące. Dlatego, że wszystkie przedmioty (stroje, płachty, chusty-fartuchy, kuliste domy) pochodziły przecież z tego samego budulca, wywodzącego się od Lepiaków. A zatem rozmaite przedmioty codziennego użytku, tak samo jak większe powierzchnie budynków przejawiały pokrewnie włóknistą, jak gdyby płócienną strukturę, która doskonale wypierała się z drobinek i śladów ewentualnego kurzu. Wypierała się – po wystawieniu na czysty deszcz. Również przebywanie ludzi na deszczu starczało za całą higienę osobistą, ponieważ poprzez wielowiekowe, systematyczne spożywanie Kielichów – gruczoły potowe ludzi stały się nieaktywne. Skóra ludzi nigdy się nie pociła, a jeżeli nawet gromadziła się na niej wilgoć – to była rosa, powstała w wyniku nasycenia pragnienia wodą wypitą z Kielicha. Dlatego, że woda wypita z Kielicha miała w zwyczaju namnażać swoje cząsteczki w żołądku, tak więc uzyskaną w ten sposób objętościową nadwyżkę płynu – organizm nauczył się wyraszać przez skórę. Rosa na skórze była więc niczym innym, jak czystą kwietną wodą o subtelnej aksamitnej woni kielichowej i nawet po dużym wysiłku fizycznym na skórze ludzi nigdy nie występował najmniejszy pot ani niemiły zapach.

Kiedy więc Zolan zbliżając się do laboratoryjnego kompleksu, poczuł wibrację zegarka, która zwiastowała Porę Deszczową – zatrzymał się na otwartym Gruncie, żeby postać w padających kroplach wody, zaznać kąpieli i oczyścić także myśli.

W tym samym czasie przed domem pojawiła się Taryfa. Nena jednak nie wsiadła. Dlatego, że ona także poczuła na swoim nadgarstku wibrację zegarka, a spojrzawszy na jego tarczę i zobaczywszy wskazówkę na wąziutkim zielonym polu, zrozumiała, że zaraz rozpocznie się Pora Deszczowa. Mimowolnie uśmiechnęła się do tej zapowiedzi i podobnie do swego męża – postanowiła postać w deszczu, opłukać się i odprężyć.

Oboje więc – nieświadomi swojego współudziału w jednej Porze Deszczowej – mieli nadzieję, że krople wody spłuczą z nich beznadziejny początek tego dnia. Chcieli, żeby deszcz oczyścił ich ze wszystkiego, co tego ranka stanęło pomiędzy nimi.

Nena chciała, żeby ten deszcz wywabił z niej wspomnienie Zolana uderzającego pięścią w ścianę. Nie chciała pamiętać ani tego, ani swoich rozżalonych łez potem. Przez chwilę wpatrywała się więc w zegarek, życząc sobie właśnie uwolnienia pamięci od złych zdarzeń. Po chwili wskazówka wstąpiła na szersze, niebieskie pole – i zaczął padać kulisty, niby bąbelkowy, błękitny, ciepły deszcz.

Zolan stał na deszczu z rozłożonymi ramionami i zamkniętymi oczami. Nie oglądał otaczających go tęcz. Uspokajał myśli, swoje rozpulsowane skronie nie ilustracją świetlnego spektaklu, wyłaniającego się z wielu kropel, z wielu pryzmatów. Uspokajał się dzięki zamknięciu oczu, dzięki wczuciu skóry i całego ciała w rzęsistą wodę ogarniającą go stąd i stamtąd, z różnych kierunków. Po prostu stał i cieszył się deszczem. Oczyszczał głowę z nagromadzonego gniewu, z porannej porywczości. Można powiedzieć, że Zolan – wypierał się z emocjonalnego brudu, to znaczy ze skumulowanych podłych emocji. Oddychał głęboko i stał z otwartymi ramionami.

Dopiero po dłuższej chwili – uchylił powieki. Z Fabryki i innych budynków centralnego kompleksu Miasta, z kompleksu laboratoryjnego, wyłaniali się ludzie. Zobaczył ich poprzez kuliste bąble deszczowej wody – w pewnym oddaleniu od siebie, niemniej poczuł się z nimi zjednoczony. Widział, jak spacerują wśród tęcz, jak machają rękami, jacy są szczęśliwi. I Zolan w tego typu momentach – nie był odmieńcem, lecz zwykłym Xannijczykiem połączonym z resztą społeczeństwa za pośrednictwem jednej i tej samej skóry planety, jednego i tego samego słońca, którego energią wszyscy się żywili. Zolan w swoich myślach łączył się ze wszystkimi – dzięki błękitnemu i miłemu opadowi milionów pojedynczych wodnych kulek. Na dobre otworzył więc oczy, zrobił daszek z dłoni i nie ruszając się z miejsca, wnikliwie patrzył, jak dosłownie całe tłumy wylewały się z rozmaitych budynków tutaj – jak każdy odkładał swoją pracę, aby wydostać się na deszcz i poczuć się rześko i wspaniale. Dlatego i on w tej chwili nie był żadnym wynaturzeńcem. Był taki sam, jak wszyscy – sprzęgnięci ze sobą jednym nurtem, tętnem, prądem życia i trwania Xanny. Wszyscy sprawiali wrażenie sprzęgniętych jednym deszczem, jednym powietrzem do oddychania i jednym Miastem.

Nena spacerowała między przygruntowymi tęczami, udając sama przed sobą, że próbuje chwytać je palcami. Wystawiała też język, usiłując niby nakarmić się spadającymi kroplami. Mówiąc wprost – traktowała deszcz niczym małe dziecko. I rzeczywiście tym sposobem ukoiła się nieco, jakby naprawdę zapomniała o pięści Zolana, którą uderzył w ścianę. Być może deszcz rzeczywiście spłukiwał z niej brud fatalnego poranka, czego sobie życzyła – cały wcześniejszy smutek. A być może sama Nena z dziecinną szczerością starała się w to wierzyć.

Kiedy deszcz ustał, Zolan zbliżył się do części Fabryki, w której odbywała się praca na prasie. Wydawało mu się, że pod wpływem deszczu trochę ostygł, chociaż nadal potrzebował wyładować się fizycznie. Dlatego nie zmienił wcześniejszego zamysłu i w dalszym ciągu zamierzał wyżywać się na mechanicznej, siłowej prasie.

Kiedy deszcz ustał, Grunt dookoła zaczął parować, tak że niektóre z tęcz wydawały się falujące. Nena żałowała, że to już koniec pięknej ulewy i jeszcze przez moment wpatrywała się w zanikające pomału tęcze. W końcu westchnęła, ugryzła niedojedzony Owoc, który przez cały czas miała w ręku – i wsiadła do Taryfy.

Instalację taryfową zbudowano tak, że wyglądem przypominała olbrzymią sieć pajęczą zawieszoną nad Miastem na wysokości dwunastu metrów. Konstrukcję tego niby pajęczynowego rusztowania – jak i karoserię przemieszczających się po nim pojazdów – wykonano oczywiście z tego samego materiału budulcowego. W przypadku Taryf materiał ten (po dodaniu odpowiednich domieszek i krańcowym przetworzeniu) był półprzezroczysty, zarówno jeśli chodzi o rusztowanie, jak i o rurki ze sterownikami, jak i o same pojazdy. Niby pajęczynowe rusztowanie instalacji taryfowej składało się z wielu równoległych wobec siebie a poziomych względem Gruntu lin czy też taśm, do jakich podwieszono taryfowe pojazdy. Taką linę-taśmę można by porównać do ciągnącej się w powietrzu szyny, która nie była jednak sztywna – jak ma to miejsce w przypadku przedmiotów z metalu. Właśnie dlatego metal w postaci stałej należał do odległej historii Xanny. Z chwilą kiedy rozpracowano i rozpowszechniono wytwarzanie szeroko pojętego budulca ze szkieletów Lepiaków, metal został z życia właściwie wykluczony. W używaniu metalu do czegokolwiek praktycznie nie widziano sensu. W porównaniu z surowcem lepiakowym miał on same wady. Był twardy, zimny, źle znosił naprężenia różnych sił i swoim wizerunkiem bódł w oczy, a ponadto był ciężki, zupełnie martwy i nieplastyczny, poprzez co uniemożliwiłby wejście do powszechnego obiegu jakiekolwiek z wynalazków, które na Xannie uchodziły za coś zwykłego i oczywistego od wieków. A zatem liny, niby pajęcza sieć, stanowiły szynowe powietrzne rusztowanie dla typowego środka komunikacji miejskiej, a więc dla Taryfy. Każda taka szyna miała szerokość około półtora metra, a długość – jak długie było Miasto, a nawet i jeszcze dłuższą. Szyny, po jakich sunęły taryfy podwieszone do nich od spodu – były elastyczne, jak gdyby miękkawe, choć zarazem mocno naprężone. Dzięki elastyczności, gdy zachodziła takowa potrzeba, szerokość pojedynczej szyny mogła podzielić się na dwie, na trzy, a nawet na kilka części, czyli na kilka znacznie węższych, kolejnych szyn. W ten sposób liczne Taryfy mogły mijać się, krzyżować między sobą – także dzięki automatycznemu sterowaniu całej instalacji przez sieciową, komputerową bazę danych.

Każda Taryfa miała zamontowany tak zwany czujnik pozycjonowania połączony z centralną, komputerową siecią (tą samą, z którą łączyli się wszyscy ludzie, chcąc zasięgnąć dowolnych informacji na przykład o pracy, a także chcąc ze sobą porozmawiać albo przesłać wiadomość mejlową). Jednocześnie Taryfa za pomocą tego samego połączenia z centralną, komputerową siecią – łączyła się też z szyną, do której była podczepiona. Szyny – również posiadały swoje czujniki pozycjonowania, czyli coś w rodzaju „wyczuwacza ruchu”. I one, podobnie do samych Taryf, komunikowały się między sobą także dzięki automatycznemu systemowi komputerowemu.

Jeżeli po jednej szynie – w jednym czasie przemieszczały się dwie Taryfy, teoretycznie powinno grozić to zderzeniem czołowym (gdy Taryfy najeżdżałyby na siebie z dwóch przeciwstawnych kierunków) albo kolizją (najechaniem jednej Taryfy na drugą, gdy jechałyby w tym samym kierunku, a jedna z nich miałaby większą prędkość). Dzięki czujnikom pozycjonowania w środku Taryf (przy pomocy których Taryfy odbierały, wyczuwały się wzajemnie), a także dzięki czujnikom pozycjonowania szynowego rusztowania (dzięki którym dana szyna odbierała ruchy poszczególnych pojazdów w całej ciągłości powietrznej sieci, czyli szynowej konstrukcji) i przede wszystkim dzięki zarządzaniu wszystkimi czujnikami przez zautomatyzowaną, centralną sieć komputerową, dowolna szyna mogła podzielić się ze stosownym wyprzedzeniem, a więc rozwarstwić się na pożądaną ilość szyn tak, aby zbliżające się do siebie Taryfy mogły ominąć się wzajemnie, skręcić, czy jakkolwiek inaczej zmienić swój zwrot, nie wywołując żadnej kolizji, ni najmniejszego otarcia jedna o drugą, ni zamieszania.

Innymi słowy Taryfy nie potrzebowały ani sygnalizacji świetlnej, ani nawet kierowcy. Po wejściu do taryfowego pojazdu wpisywało się za pomocą meta symboli na dotykowym ekranie (na komputerze zamontowanym wewnątrz każdej Taryfy) adres, pod który chciało się dostać – i Taryfa wiozła pasażera w podane miejsce. To wszystko. Jeśli natomiast tak zwana bateria z biopaliwem zaczynała się wyczerpywać, Taryfa znajdująca się w dowolnym punkcie olbrzymiej szynowej sieci, odbierała impuls o konieczności zajechania do bazy celem doładowania swojej baterii. W takiej sytuacji Taryfa samoistnie parkowała, otwierały się drzwi i pasażer musiał wysiąść. Pusta Taryfa powracała na swoją szynę i odpowiednio modyfikowała tor uprzedniej jazdy, obierając kierunek na bazę. Automatycznie – do pasażera, który został z Taryfy „wysadzony”,  zostawała podstawiona inna Taryfa. Po prostu szyna odbierała impuls od wolnej Taryfy znajdującej się akurat najbliżej tego punktu na trasie, w jakim nastąpiło „wysadzenie”. Przejmowała ona adres docelowy z poprzedniej Taryfy i rozpoczęta trasa – mogła być kontynuowana.

Taryfy poruszały się z maksymalną prędkością dziesięciu metrów na sekundę, a więc stosunkowo wolno. Trudno dokładnie wyjaśnić, jak wymyślono tę górną prędkość komunikacji miejskiej i dlaczego uznano ją za optymalną. Jako że Xannijczycy nie zwykli się spieszyć, komunikacja miejska na pewno nie musiała być specjalnie prędka czy nadto dynamiczna. Poza tym czas spędzony w Taryfie można było spożytkować na pożywienie się energią słoneczną, ponieważ półprzezroczystość karoserii wskazująca na wykonanie ze szkła, w rzeczywistości była owym szklanopodobnym materiałem, który doskonale przepuszczał powietrze i światło (tym samym, z jakiego stawiano szklarniowe kopuły w kompleksie laboratoryjnym). Jeśli więc chodzi o karoserię Taryfy, być może w przypadku zbyt dużej prędkości – odczuwalność pędu powietrza przez pasażera byłaby dyskomfortem. Ale dlaczego miało to być dokładnie dziesięć metrów na sekundę – nie wiadomo. Wiadomo tylko, że z jakiegoś powodu właśnie tę prędkość Xannijczycy uznawali za maksymalną, jaką rozwinąć mógł na swoich nogach człowiek. I chociaż nigdy nie widziano, by ktoś chodził aż tak szybko, z jakiegoś powodu łączono w wyobraźni te parametry z ludzkimi możliwościami motorycznymi. Ponadto dzięki tej właśnie, niezbyt dużej jak na jadący pojazd, prędkości – elastyczne, lepne szyny mogły płynnie i bez kłopotów dzielić się na swojej szerokości, a Taryfy mogły sprawnie i bez najmniejszego szwanku wymijać się w swoich poszczególnych torach i trasach.

Po dotykowym uaktywnieniu sterownika znajdującego się na stu pięćdziesiątym centymetrze rurki wbitej w Grunt przed domem – następowało zawołanie Taryfy. Olbrzymia sieć lepnych i elastycznych szyn odbierała impuls od sterownika i dzieląc się odpowiednio i gnąc, podsyłała przed dom najbliższą Taryfę. Z wysokości dwunastu metrów – na lepnej wypustce opuszczała się Taryfa. Kiedy opuściła się do poziomu Gruntu, otwierały się drzwi i można było wejść do środka. W dosyć przestronnym wnętrzu znajdowała się ławeczka oraz zolowy komputer z niewielkim monitorem wyposażonym w dotykową klawiaturę z meta symbolami, przeznaczoną do wpisywania docelowego adresu. Pojazd był półprzezroczysty (jak i cała instalacja taryfowa włącznie z przydomowymi rurkami wyposażonymi w sterowniki), jak gdyby wytworzono go z lekko dymnego szkła, i miał kształt spływającej z oka łzy – ponieważ nie znano pojęcia „kapiącej kropli”.

Po tym, jak skończyło padać, pogryzająca Owoc Nena wsiadła do zamówionej wcześniej Taryfy. Po wejściu do środka drzwi samoczynnie się zamknęły i Nena mogła wpisać adres jednej z Ochronek – tej, której namiary sprawdziła, jeszcze będąc w domu, łącząc się z centralną bazą danych za pośrednictwem stacjonarnego komputera. W celu podania Taryfie adresu Ochronki, do jakiej dzisiaj postanowiła się wybrać, Nena posłużyła się klawiaturą z meta symbolami, co zdecydowanie uprościło pisanie i władanie zasobem słownictwa. Po podaniu taryfie adresu – lepna wypustka zwijała się, rolowała i „łza” zostawała wciągnięta na wysokość dwunastu metrów. To jest „łza” z siedzącą w środku Neną na powrót przylepiła się do swojej szyny – tej samej, z której niedawno zstąpiła do poziomu Gruntu, kiedy Nena ją przywołała. Tak oto Nena wyruszyła do pracy do jednej z Ochronek, po drodze podziwiając Miasto z wysokości dwunastu metrów.

Trudno racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego olbrzymią siecio-szynową instalację taryfową ciągnącą się nad całym Miastem – zdecydowano się rozwiesić na wysokości akurat dwunastu metrów. Oprócz wyjątkowych stumetrowych Drzew Deszczowych – najwyższe popularne drzewa na Xannie osiągały średnio osiem do dziesięciu metrów wzwyż. Czy ludzie pragnęli być lepsi, więcej lotni od przyrody? Nie. Zdecydowanie nie o to chodziło.

Jeżeli już iść tym tropem, zdaje się, że było wręcz przeciwnie. Że ludzie nie chcieli wadzić przyrodzie, zakłócać jej. Że nie mieli żadnego zamiaru wchodzić jej w drogę. I właśnie dlatego rozwieszono sieć Taryf wyżej od najwyższych popularnych drzew – dając instalacji dwa do czterech metrów zapasu względem najbardziej strzelistych, popularnych leśnych szczytów. I właśnie dlatego, aby nie gmatwać i nie psuć obrazu otaczającej i wypełniającej Miasto przyrody – sieć Taryf musiała być prawie całkiem przezroczysta. Było na Xannie nie do pomyślenia, by cokolwiek ze świata materii, z dziedziny technologii miało być widzialne wyraźniej, niż skazywały na to fizyczne ograniczenia. Mówiąc dosadnie, jeżeli byłoby realne ukryć wszystkie wynalazki i techniczne udogodnienia w czapce niewidce – Xannijczycy ukryliby je bez wahania, nie mieli bowiem ochoty manifestować sobą absolutnie niczego. Być może nie leżało to w ich naturze. Ale dlaczego musiało to być ni mniej, ni więcej – a dwanaście metrów? Dlaczego na przykład nie trzynaście, nie czternaście albo szesnaście? Nie wiadomo, lecz z jakiegoś powodu dokładnie tę wysokość kojarzono z możliwie najbardziej naturalną do osiągnięcia przez istotę ludzką. Podobnie jak i zaprogramowaną maksymalną prędkość taryfy (10m/s) łączono w wyobraźni z realnie możliwym do rozwinięcia tempem chodu ludzkiego. Natomiast z jakiej genezy wyrastały te skojarzenia  – tego dokładnie nie wiedział nikt.

Nena jechała miejską „łzą”, pogryzała Owoc, syciła skórę przenikającymi przez szybę promieniami słońca i podziwiała Miasto z wysokości dwunastu metrów. Zawsze kiedy jechała Taryfą, zdawała sobie sprawę z faktu, jak dalece cichą była Xanna i jak ciche było całe Miasto. Dzięki lepnej konstrukcji Taryf – nic nie zgrzytało i jedyne, co Nena mogła słyszeć, to leciutkie, mlaskające sunięcie „łzy” po miękkawej poziomej linie, taśmie, niby szynie. Jeżeli nie wiedziałoby się, że tak zwykły szemrać lepne, niby linowe pojazdy – równie dobrze można byłoby wziąć owo szemranie za nikły dźwięk przyrody, na przykład za grzechotanie ciepłego wiatru w liściach czy źdźbłach trawy. Nena rozmyślała nad tym za każdym razem, kiedy wsiadała do Taryfy i ruszała z miejsca. Teraz, po dopiero co zakończonej Porze Deszczowej, dodatkowo pomyślała sobie, że więcej szumu wokół siebie sprawiała ulewa, niż taka tam Taryfa.

Nena jechała do pracy do jednej z Ochronek i pogryzając Owoc, patrzyła na Miasto w dole. Gdzieniegdzie widniały wąskie pierścienie drzew, a gdzieniegdzie tylko wydeptane szlaki miejskie porośnięte trawą, która z tej wysokości była więcej podobna do mchu, niż do samej siebie. Miejscami dało się zauważyć goły purpurowy Grunt. Były to zapewne miejsca, gdzie dzieci grywały w piłkę. Raz po raz Nena spoglądała też na kuliste domy i przydomowe ogrody z krzewami owocowymi i z Kielichami. Gama wszechotaczających purpurowości i fioletów sprawiała, że ciepła mleczna szarość budynków mieszkalnych stawała się idealnie odcięta od tła – i kiedy patrzyło się na tę szarość z góry, wtedy widziało się, jak bardzo była ona bliska barwie nieba.

Naraz, myśląc tak o kolorach domowych kokonów, Nena niechcący przywołała w pamięci tamten cios, jakim Zolan trafił ścianę ich domu. Przypomniała sobie, jak już po wyjściu Zolana pogłaskała dłonią wybrzuszoną w kształt pięści ścianę – i mimowolnie przypomniała sobie, że ściana w tym miejscu straciła na kolorze i temperaturze. Tak oto wszystko, co złe, a co pomyślnie spłukał z niej niedawny deszcz pełny urody i tęczy, od nowa zadźgało ją gdzieś za mostkiem, powodując ten sam smutek i chęć do płaczu. Smutne myśli dopadły Nenę z odświeżoną, niewyczerpaną – jak właśnie się okazało – siłą. I mimo że nie zapłakała od nowa, to westchnęła boleśnie i straciła ochotę na posiłek. Wcisnęła niedojedzony Owoc do kieszeni wszytej w podręczną chustę-fartuch i oparła się czołem o szybę, jak gdyby była okropnie zmęczona. Rzeczywiście – czuła się zmęczona, chociaż wciąż było zaledwie rano. Zmęczona – po jego bezsennej nocy. Bezsensowna bezsenność. Właśnie tak. Raz jeszcze westchnęła ponuro, kiedy „łza” zatrzymała się w jednej z Ochronek w południowym skrzydle Miasta. „Nareszcie” –  ucieszyła się w myślach, licząc, że kiedy zajmie się pracą, wtedy kategorycznie uda jej się wyzbyć dźgających strzępków ponurego nastroju.

Taryfowa „łza” opuściła się na lepnej wypustce wprost na Grunt, otworzyły się drzwi i Nena mogła wyjść na zewnątrz. Znalazła się w środku leśnej gęstwiny, którą tworzyły rosnące pierścieniowo drzewa zwane Morami. Przed nią – rysowało się Oczko, czyli naturalny, krągły zbiornik wodny o średnicy mniej więcej ośmiu metrów, ale głęboki na jakieś dwadzieścia, a być może nawet trzydzieści metrów. Zbiorniki wodne miały kolor błękitny jak deszcz, ale jako że znajdowały się zawsze w środku leśnych pierścieni, odbijała się w nich purpura okalających drzew. Tak też było w tym przypadku.

Nad Oczkiem fruwały Ważki. Purpurowo-złocisto-niebieskie owadzie stwory o podwójnej parze przezroczystych skrzydeł rozpiętych średnio na szerokość trzydziestu centymetrów i o silnie purpurowym wierzchu głowotułowia o podobnej długości. Tak wyglądały Ważki na Xannie – jedyna zwierzyna latająca oraz jedno z dwóch występujących rodzajów zwierzyny.

Tu i teraz Ważki fruwały swoim zadziwiającym, zygzakowatym sposobem nad powierzchnią wody i furkotały przy tym tak, że miało się wrażenie, że łopocze na wietrze jakaś niespotykana, szeleszcząca tkanina. Ważki były piękne, nierealne z wyglądu i niedoścignione w swoim sposobie latania. Dotychczas ludzkość nie potrafiła przełożyć tych zwrotnych i bystrych mechanizmów na działanie maszyn latających, mimo że Ważki frapowały od pokoleń. Mimo że można było wpatrywać się w nie bez znudzenia przez wiele z rzędu Nut Solarnych.

Ważki rodziły się, a później przeżywały swoje życie i wsiąkały w Grunt – zawsze nad Oczkami. Widocznie darzyły wodę wyjątkowym szacunkiem i przywiązaniem, bo tuż po zakończeniu Pory Deszczowej, czasami – chociaż niezwykle rzadko –  przyfruwały do Miasta. Lądowały wówczas na parujących drobinkach deszczu, zupełnie jakby piły wodę z kałuży. W zachowaniu były łagodne, powściągliwe, jak gdyby świadomie stroniące – a w każdym razie nie wykazywały cech agresywności i nigdy nie kąsały. Stąd ludzie traktowali je obojętnie, jak również, zdaje się, Ważki traktowały obojętnie ludzi. Można rzec, że jedne i drugie stworzenia nie wkraczały za bardzo na przypisane im codzienne ścieżki, tak więc o Ważkach wiedziano w sumie okropnie mało. Bo jeżeli nawet raz na jakiś czas pojawiały się one w Mieście, to nie robiły wtedy niczego specjalnego i poza swym naturalnym pięknem zewnętrznym, niczym nie zwracały uwagi. Co prawda podziwiano ich urok i zdolności oblatywania, ale nie odczuwano do nich nic ważnego, żadnego sentymentu. Ważki i ludzie żyli w dwóch oddzielnych krainach i zdaje się, że obie strony pozostawały z tym pogodzone, chociaż ich drogi zachodziły na siebie od czasu do czasu. Jednak w takim przypadku – zachodzące na siebie drogi w dalszym ciągu się nie krzyżowały, a tylko trwały równolegle do siebie, bez punktu stycznego. Ogólnie nie było wiadomo, w jaki sposób uzasadnić istnienie Ważek w ekosystemie i panowało jedynie potoczne przekonanie, że żywiły się one tym samym pyłem, który dla ludzi był groźny. Ponoć w czasie codziennej Burzy Pyłowej – Ważki były bardziej aktywne niż zazwyczaj i mówiło się, że pełnią wtedy rolę ogromnie chłonącego odkurzacza, wciągającego ów pył. Jaka była prawda na temat Ważek i pyłu – nie wiedziano dokładnie. Pewnie zresztą z tej prostej przyczyny, że w czasie Burzy Pyłowej ludzie pozostawali w ukryciu i nie mieli wtedy ani czasu, ani luźnej przestrzeni w głowie pozwalających na zajmowanie się Ważkami.

Co do Mor, osiągały one wysokość około sześciu metrów, nie były więc szczególnie wybujałe. Za to lubiły rosnąć ciasno, jedno drzewo bliziutko drugiego, jak gdyby chciały splatać się konarami, jakby trzymały się za ręce, tworząc niby taneczny krąg. Miały pulchne pnie korowe, pulsujące bogatą purpurą dzięki znacznemu odcięciu pni od żywego strumienia światła słonecznego. Korony Mor budowały płaskie, zbite ciemnofioletowe liście, co stanowiło dużą barierę dla światła. W niektórych miejscach poszczególnych koron, między większymi skupieniami sąsiadujących ze sobą liści – pojawiały się pewne nieścisłości, jak gdyby luki. Przez takie luki słońce wpadało do środka leśnego, morowego pierścienia – niczym nagły, zagubiony gdzieś po krętej drodze gość. Poszarpane, okrojone, fragmentaryczne słońce powodowało drżenie purpury morowych pni tak, że patrząc na nie, miało się wrażenie, że drzewa te naprawdę trzymają się za ręce i tańczą. Pierścień morowego lasu był więc smakowitą ucztą dla oka – zdawał się  przenikać umysł, aż człowieka oblewało nagłe wzruszenie obrazem świata, gdzie istniały takie optyczne cuda. Zarazem nie można było się dziwić, że najwięcej Ochronek powstawało właśnie w lasach morowych. Innymi słowy podziwiając rozwibrowaną purpurę Mor – tę leśną grę świateł i cieni, i Kory, jaką sprawiła matka natura – nie można było dziwić się Lepiakom, które najczęściej rodziły się i zadomawiały właśnie wśród drzew morowych. Trudno bowiem byłoby wyobrazić sobie piękniejsze środowisko naturalne dla najpiękniejszego zwierzęcia na Xannie – to jest dla Lepiaka.

            Rozdział VI – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia – ciąg dalszy

Kiedy z  naświetlonej ze wszystkich stron Taryfy Nena wysiadła wprost do przytłumionego przez barierę liści, gęstego pierścienia Mor – musiała dosyć mocno zmrużyć oczy, żeby przyzwyczaić je do nieomal wieczornego zmierzchania. Do wieczornego zmierzchania – w samym środku dnia, z samego rana. Ponieważ noce na Xannie były białe, pod pojęciem „wieczornego zmierzchania”, czy pod bardziej potocznym pojęciem „wieczoru”  – należy rozumieć po prostu wrażenie zachodzącego słońca, a więc wyostrzenie się (uaktywnienie) Pierwszego Księżyca.

Dookoła Neny kręciło się wielu ludzi – dorosłych i dzieci. Z chwilą gdy wzrok odzyskał normalną ostrość, zaczęła rozróżniać czynności wokół. Niektórzy już zajmowali się jakimiś okazami. Inni dopiero wpatrywali się w Grunt, szukając charakterystycznych śladów, jakie odciskały pełzające Lepiaki. Przez moment zastanawiała się, co robić. Wciągnęła w nozdrza ciężki, duszący zapach Mor, aż w końcu zdecydowała się skierować najpierw do Świetlicy Ochronki i tam spokojnie zastanowić, co dalej. Wiedziała, że kiedy cierpliwie rozezna się w sytuacji i przybierze realny tok postępowania, wtedy nie będzie miała czasu i woli troskać się o Zolana, o jego bezsenność i cały fatalizm, który wykluł się tego dnia wcześnie rano. Podeszła więc do pierwszej lepszej osoby i zapytała, gdzie mieści się Świetlica.

– Proszę iść prosto na południe. W trzecim z kolei pierścieniu Mor, będzie Świetlica – wyjaśniła jakaś kobieta, owijająca akurat w tkaninę maleńkie Lepiątko i przytulając je do siebie. – Pani tu pierwszy raz, tak? – spytała, uśmiechając się ciepło.

– W tej Ochronce, owszem – przytaknęła Nena i odwzajemniła uśmiech. – Ale nie po raz pierwszy w ogóle w Ochronce. Po prostu częściej jeździłam na zachód. Jakoś tak wychodziło – wytłumaczyła.

Kobieta uśmiechnęła się bardziej powściągliwie. Tak jakby zamierzała zdradzić Nenie pewien sekret. Kobieta była przyjemna z wyglądu i wyraźnie zazieleniona. Miała też dość głębokie zmarszczki-śmieszki w zewnętrznych kącikach oczu, które świadczyły o mocno dojrzałym już wieku. Swoim wyglądem wzbudzała zaufanie.

– Niech pani żałuje, że dotąd jeździła na zachód – odezwała się do Neny. – Jak już człowiek trafi do południowej Ochronki, od razu sobie wyrzuca, że nie pracował tu od początku.

– Jak to? – zdziwiła się Nena.

– Tak to – odrzekła kobieta i puściła Nenie oko. – Lasy są tutaj czysto morowe, dlatego zagęszczenie Lepiaków jest o wiele większe, niż w lasach mieszanych.

– To zrozumiałe. Czytałam dziś w sieci, jaki typ lasów porasta południowe tereny. Teoretycznie jestem przygotowana.

– Z pewnością. Jednak mnie nie chodzi o samo zagęszczenie Lepiaków. O tym rzeczywiście mogła pani dowiedzieć się z sieci – ciągnęła kobieta niby zagadkowym, chochlikowym tonem. – Ja mówię o wysokim ponad przeciętną zagęszczeniu niemowląt gotowych do adopcji.

Nena aż uniosła brwi na tę niewiarygodnie brzmiącą informację, w całości wygłoszoną jak gdyby drukowanymi literami…

Lepiaki obok Ważek – utożsamiały drugi gatunek zwierzyny żyjącej na Xannie. Przychodziły na świat w leśnej gęstwinie, w małym wgłębieniu w Gruncie. Ciężarne samice zdaje się tworzyły takie wgłębienie swoimi ciałami, mocno przywierając do podłoża. Nigdy nie widziano porodu, gdyż samice rodziły w nocy i w ukryciu, i pracownicy danej Ochronki przychodzący do Lasu następnego dnia rano – zwykle znajdowali niemowlę ułożone w płytkim dołku w Gruncie. Przyjmowało się sądzić, że Lepiątka rodziły się pod osłoną nocy dlatego, że Lepiaki były czystym uosobieniem nieśmiałości i łagodności. Dlatego rodziły się w osamotnieniu, daleko od ludzi.

Świeżo narodzone niemowlę, czyli Lepiątko, miało kształt obły, zbliżony do nieco wydłużonej kulki o średnicy około dziesięciu centymetrów. Było dużo jaśniejsze od dorosłego osobnika, rozmiarem zdecydowanie mniejsze, ale kształtem i funkcjami życiowymi oraz samodzielnością nie odbiegało nawet na jotę. Dorosłe okazy osiągały rozmiar obły o średnicy około pięćdziesięciu centymetrów i miały intensywnie purpurowy kolor ciała, podczas gdy niemowlaki były jasnoróżowe. Długość życia Lepiaka wynosiła od dwóch i pół roku do trzech lat. Dojrzewały one i rozmnażały się – bardzo wcześnie. Ich ciało stanowiło szczególnie urokliwą zagadką natury, ponieważ pokrywała je Kora – zupełnie ta sama, która pokrywała wiele roślin na Xannie. Dzięki korowemu ciału Lepiak był i chropowaty, i gładki, i twardy, i miękki – jak każda roślina korowa. Co najciekawsze, zdaje się, że dzięki temu, iż był jednak organizmem zwierzęcym, a nie roślinnym, rozwinął on właściwości Kory do niesłychanego maksimum. Potrafił być zachwycająco miękki i ciepły w dotyku, tak jak nie była żadna roślina – nawet najbardziej miękki mech pokryty drobnymi łuskami Kory. Lepiaki były do tego stopnia i sprężyste, i kleiste, nadzwyczajnie miękkie oraz gładkie zarazem, że można było tylko się nimi zachwycać. Z wierzchu purpurowe jak wszelka roślinność – odżywiały się również tak samo jak rośliny, bo czerpiąc energię ze słońca. Ale wymagały bardzo mało światła, gdyż miały powolną, niezwykle wydajną przemianę materii, a do tego prowadziły nader bierny tryb życia. Można powiedzieć, że spędzały życie – przylepione do korpusu drzewa w Lesie. Oplatały pień swoim ciałem i przylegały do niego tak ściśle, że aż stawały się lekko spłaszczone, jak gdyby nadlane wokół pnia. Początkujący pracownicy Ochronki na pierwszy rzut oka brali je więc za część Kory drzewa i najczęściej mijało parę dni, zanim człowiek nauczył się efektywnie oddzielać ciało Lepiaka od drzewa. Czasami Lepiak spełzał z drzewa, chcąc zmienić je na inne – i wtedy pozostawiał w Gruncie płyciutkie ślady po sobie. Nigdy jednak nie widziano przemieszczających się Lepiaków. Zapewne robiły to w nocy, za dnia zaś można było spotkać je wyłącznie przylepione do drzewa albo w dołku w Gruncie, jeśli dopiero co przyszły na świat. W takim dołku niemowlę spędzało zwykle dwa do trzech dni, pozostawione przez matkę w spokoju. Po tym czasie – pod osłoną nocy wpełzało na drzewo i przylepiało się ciałkiem do jego pnia. Było w pełni przygotowane do samodzielnego życia. Dlatego matki nie opiekowały się swoim potomstwem. Generalnie każdy Lepiak żył oddzielnie, samotnie.

Lepiaki były wyposażone w obłe, jak gdyby przelewające się i klejące ciało. Nie posiadały typowych kończyn, a łeb od reszty ciała zaledwie minimalnie się odcinał. Z łebka wyzierało dwoje symetrycznie rozmieszczonych, okrągłych oczu. Oczy Lepiaków nie miały białka – były jednolite i szkliste jak wypolerowane kamyki w głębokim odcieniu granatu. Nie było w nich źrenicy, tylko sama szklista granatowa tafelka gałki. Nie było pyska ani też małżowiny usznej, chociaż Lepiaki miały bardzo dobry słuch. Ich łapy działały na zasadzie nibynóżek. Pokazywały się tylko wtedy, kiedy Lepiak przygotowywał się do opuszczenia drzewa. Łapy wyodrębniały się wówczas z ciała, zupełnie jakby były galaretową substancją i nie zawierały najmniejszej kostki.

W rzeczywistości stale przelewający się i miękki Lepiak posiadał bardzo twardy szkielet. Szkielet Lepiaka składał się z kulistej czaszki z oczodołami, z łukowatej osi szkieletu prowadzącej od podstawy czaszki do tylnego końca Lepiaka (był to odpowiednik kręgosłupa) i z kości czterech kończyn, przednich i tylnych. Kości kończyn wyrastały bezpośrednio z osi szkieletu, tak jak rozwidlałaby się gałąź jakiegoś drzewa. Nie było chrzęstnych połączeń między kośćmi, nie było stawów, ani nic podobnego. Kości wyrastały jedna z drugiej i były gładkie i lśniące jak biała porcelana – całkiem twarde i sztywne, a nawet dosyć ciężkie. Jeżeli przepiłowało się kość Lepiaka – w środku nie było szpiku. Wnętrze kości pozostawało tak samo lite, twarde, gęste i gładkie jak wierzch, jak zewnętrze kości. Szkielet Lepiaka był więc czymś zadziwiającym i od wieków naukowcy pracujący w Laboratorium zachodzili w głowę, jak ciało o rozwiniętych zdolnościach plastyczności, giętkości – mogło nosić w sobie tak twardy, nieruchomy, a wręcz bezwładny szkielet.

W ciągu pierwszego półrocza życia Lepiak intensywniał w ubarwieniu i rósł w oczach. Po pół roku był tak samo duży i wyraziście purpurowy, co okaz roczny, półtoraroczny czy dwuletni. Po pierwszym pół roku osiągał też dojrzałość płciową, co oznaczało, że był gotowy do spełznięcia z drzewa i poszukania sobie partnera. Następował okres rozrodczy. Dany okaz tylko jeden raz w życiu był gotowy do rozmnożenia. Było to właśnie po pierwszym półroczu życia. Jednocześnie – rodziły się okazy bezpłodne. Pracownicy Ochronki, kiedy zetknęli się z danym okazem, obojętnie czy to niemowlakiem, czy osobnikiem dorosłym – najpierw musieli odwracać go w rękach tak, aby zobaczyć brzuch zwierzęcia. Ta czynność miała dla całej Ochronki znaczenie koronne.

Niemowlęta na jasnoróżowym brzuchu mogły mieć dwa rodzaje znamienia – czyli małego, wypukłego, okrągłego zrogowacenia na korowej skórze. Był to zarazem pępek – kikut po pępowinie, która opadając ze świeżo narodzonego Lepiątka, zostawała wchłonięta przez Grunt. Po odwróceniu Lepiątka brzuchem do góry można było zaobserwować owo znamię-pępek.

Pierwszy rodzaj znamienia małego Lepiaka – miał kolor fioletowy. Okazy z tym znamieniem miały być płodne w przyszłości. Oznaczało to, że po pierwszym półroczu życia będą mogły wejść w fazę rozrodczą, która dla każdego Lepiaka trwała cztery miesiące. W tym czasie jedna samica wydawała z siebie od trojga do sześciorga szczeniąt – w krótkich odstępach czasu. Drugi rodzaj znamienia miał kolor kremowożółty. Lepiątka z tym znamieniem rodziły się na szczęście rzadko, ponieważ to właśnie znamię oznaczało, że okaz będzie bezpłodny. Takie Lepiątko mogło więc zostać zaadoptowane przez człowieka i wychowywane jako domowe zwierzątko – od pierwszych chwil życia. Dlatego, że w naturze nie mogło ono zdziałać niczego i nie było sensu pozostawiać go w lesie. Znamiona na brzuchu obserwowano również u dojrzałych osobników. Wieku dorosłego Lepiaka nie można było ocenić po jego rozmiarze – okaz półroczny był tak samo duży, co okaz na przykład półtoraroczny. Pracownicy Ochronki badali więc znamiona wszystkich Lepiaków napotkanych na danym terenie, aby stwierdzić, czy są one w wieku – przed, czy po okresie rozrodczym.

Jeżeli dorosły okaz miał płomienne pomarańczowe znamię na brzuchu – oznaczało to, że już przeżył swój okres rozrodczy. Że już urodził młode (gdy był samicą) lub że już zapłodnił samicę (gdy był samcem). Czy to samiec, czy samica – okaz o pomarańczowym znamieniu nie mógł po raz kolejny wydać z siebie potomstwa czy zapłodnić samicy. W takim przypadku można było bez przeszkód go zaadoptować – tak samo jak niemowlę oznaczone znamieniem bezpłodności.

Jeżeli zaś dorosły okaz miał znamię w kolorze błękitnym – oznaczało to, że jest to okaz płodny, który jeszcze nie wstąpił w okres rozrodczy. Taki okaz należało pozostawić na miejscu, aby w przyszłości mógł on przyczynić się do powiększenia gatunku.

Poza tym czy to niemowlęta, czy dojrzałe osobniki – płeć rozpoznawano na podstawie oczu. Oczy samic były usytuowane blisko siebie, z przodu łebka – oczy samców znajdowały się na bokach łebka, w sporym oddaleniu. Płeć Lepiaka nie miała jednak znaczenia dla Ochronki. Pracownicy ustalali ją tylko dlatego, że obcowanie z Lepiakami było wyjątkowo przyjemne i zwierzęta te wyzwalały najpiękniejsze i najcieplejsze emocje. W związku z tym pracownicy często nadawali napotykanym zwierzętom imiona, a w tym celu potrzebowali znać płeć okazu.

Natomiast cała idea tak zwanej Ochronki osadzała się na czymś zupełnie innym. Można powiedzieć, że zadaniem pracowników była właśnie segregacja okazów w zależności od ich płodności. Okazy bezpłodne albo te, które miały za sobą okres rozrodczy – można było adoptować. Ale co by się stało, gdyby ktoś adoptował okaz płodny – przed okresem rozrodczym? Wówczas pozbawiłby danego Lepiaka możliwości rozmnożenia, a zatem – taki człowiek byłby odpowiedzialny za uszczuplenie gatunku. Na coś takiego nie można było sobie pozwolić, a zarazem należało wynosić z lasów i umieszczać w terrariach przeznaczonych do adopcji jak najwięcej okazów bezpłodnych lub okazów po okresie rozrodczym. Innymi słowy – niepłodne z takich bądź innych przyczyn okazy musiały mieć zapewnione warunki do życia w domu człowieka, bo kiedy takie domowe zwierzę przeżywało całe życie, korowe ciało opadało z niego płatek po płatku, aż pozostawał surowy szkielet. A szkielet Lepiaka odwożono do laboratorium – do części Fabryki, gdzie składowano wszystkie pozyskane szkielety. Szkielety pozyskiwano od Lepiaków, które umarły śmiercią naturalną – nigdy ich nie zabijano ani w żaden inny sposób nie krzywdzono. Można przedstawić całą sytuację i ideę Ochronki też z innej, uproszczonej strony. Mianowicie, gdyby można było pozyskać szkielet po zmarłym Lepiaku bezpośrednio w przyrodzie – z pewnością nie adoptowano by niepłodnych okazów na tak szeroką skalę. Ale nie było takiej możliwości z uwagi na specyficzną właściwość Gruntu („martwe i żywe naraz”). Jeśli więc jakiś okaz Lepiaka zmarł ze starości w Lesie, gdzie – niezauważony – trwał przez całe życie, to bez żadnego rozkładu ani procesu gnilnego ciało opadało z niego i zostawało wchłonięte przez Grunt. Takie wchłanianie szczątków tkanek miękkich trwało przez około dwa dni. Po tym czasie surowy szkielet Lepiaka również wsiąkał w Grunt, po czym zostawał przez Grunt momentalnie pochłonięty. Nie można więc było natrafić na ślad szkieletu w przyrodzie, nie można go było w żaden sposób odzyskać. Dlatego trzeba było adoptować okazy niepłodne, które hodowano w ciepłych terrariach niewypełnionych Gruntem. Gdy Lepiak umierał w terrarium – ciało opadało z niego tak samo, jak działo się to w lesie, ale nie miało w co wsiąknąć. Po dwóch dniach takiego opadania ciała  – ukazywał się surowy szkielet. Wtedy można było odnieść szkielet do Fabryki, a płatki ciała – wyrzucić na goły Grunt, by w niego wsiąkły i tam mogły spocząć.

Można więc powiedzieć, że idea Ochronki była następująca: pozostawić w lesie wszystkie płodne okazy (po to, by rozmnożywszy się w przyszłości – zapewniły ludziom nowe szkielety do pozyskania w naturalnym cyklu życia tych zwierząt), natomiast znaleźć domy okazom niepłodnym, aby spokojnie można było oczekiwać na ich szkielet.

Szkielet Lepiaka stanowił główną matrycę wytwarzania wszystkich przedmiotów na Xannie. Na ogół Lepiaki były bardzo płodne, więc z zasobami szkieletów nie było problemu. Surowe szkielety prasowano w Fabryce na specjalnej prasie, następnie powstały proszek ogrzewano do uzyskania tak zwanej masy lepnej. Krok po kroku niezwykłe lepiące i kleiste właściwości szkieletów wykorzystywano w codziennym życiu. Po włączeniu do Taśmy Przetwarzania (tym mianem określano fabryczny, produkcyjny szlak podstawowego materiału budulcowego na Xannie – od surowego szkieletu po materię końcową) stosownych domieszek, uzyskiwano oczywiście kilka rodzajów materiału, jednak wszystkie czerpano właśnie stąd: ze szkieletu Lepiaka, a więc z Ochronki.

Dzikie, jeszcze niezaadoptowane Lepiaki – najlepiej czuły się w Lasach morowych. Prawdopodobnie, chociaż potrzebowały do przeżycia bardzo mało słońca, to ogromnie lubiły wysoką temperaturę. A wśród Mor zawsze było gorąco, duszno. Powietrze wewnątrz każdego pojedynczego pierścienia morowego wydawało się wręcz cierpkie i mdlące i nawet Oczka często spotykane w takich pierścieniach zdawały się nie nawilżać i nie odświeżać atmosfery. Lepiaki uwielbiały ten morowy, duszny mikroklimat. Rozmnażały się tutaj wyjątkowo chętnie i każda samica wydawała z siebie od sześciorga do dziewięciorga młodych – a więc była płodna ponad przeciętną. Jednocześnie natura jak gdyby sama regulowała ten nadmiar, ponieważ – jak właśnie się dowiedziała Nena – w Lasach morowych przychodziło na świat dużo niemowląt naznaczonych znamieniem bezpłodności. Oznaczało to, że w Ochronce na terenie Lasu morowego pracownicy umieszczali w terrariach adopcyjnych więcej Lepiątek, niż w Ochronkach na terenach z Lasami mieszanymi.

Nena do tej pory jeździła do pracy do Lasów mieszanych, które porastały zachodnie tereny Xanny. Nie kierowała się niczym specjalnym, nigdy nie nastawiała się na pracę w konkretnym typie leśnej gęstwiny. Tak po prostu jej się układało. Ani razu nie wyszła z domu bez połączenia się centralną bazą danych i akurat dotychczas natrafiała na zapotrzebowanie do pracy w Ochronkach zachodnich. Poza tym nigdy nie wpadła na trop w sieci mówiący o tym, o czym właśnie powiedziała jej ta kobieta – że w południowych Ochronkach występuje wiele niemowląt gotowych do adopcji (to jest bezpłodnych). Gdyby Nena dowiedziała się o tym wcześniej, gdyby wyczytała to z sieci – na pewno przyjechałaby na południe już dawno temu. Z drugiej strony – gdyby takie informacje stały się w sieci popularne, pewnie wszyscy chcieliby pracować tylko tutaj, podczas gdy pozostałe Ochronki by zaniedbywano. Dopiero uświadomiwszy to sobie, Nena zrozumiała, dlaczego ta kobieta uśmiechała się do niej tak, jakby zdradzała jakiś sekret. Bo idąc tym śladem, faktycznie to był pewien sekret. Po części na pewno dlatego, że oprócz dorosłych – w Ochronkach pracowały też dzieci. A dzieciom szczególnie trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego nie mogą jeździć na południe tak często, jak by chciały, bowiem dla dzieci esencją Ochronki były same zwierzęta – przymilne jak nic innego na świecie. Tuląc je, obracając w rękach, żeby zobaczyć brzuchy, dzieci uczyły się troskliwości i czułości względem zwierząt i przyrody, natomiast kwestia pozyskania szkieletu miała dla nich znaczenie drugoplanowe.

Aktywne udzielanie się dzieci w Ochronce traktowano jako rodzaj szkoły. Dlatego, że na Xannie dzieci nie chodziły do typowej szkoły. Oczywiście zdarzało się, że niektóre wykazywały skłonności do technicznych zawodów czy po prostu do nauki. Takie dzieci mogły przychodzić do Laboratorium i dowiadywać od naukowców o sprawach, które je pociągały. Czasami chciały uczyć się na przykład matematyki – bywało, że zdradzały intelektualną dążność do zrozumienia swoistego uniwersum świata, że szukają pewnej wypadkowej dla wielu dziedzin życia, że pragną rozwijać swój zasób informacji o świecie i badać otaczającą rzeczywistość. Laboranci czy inżynierowie chętnie tłumaczyli takim dzieciom różne rzeczy, stąd na Xannie nigdy nie brakowało świeżego narybku, to jest rosnącej potencjalnej kadry do pracy w Laboratorium, w Hodowli Domów, w informatyce… Ale typowej szkoły – nie znano. Dlatego dla dzieci, które nie rozwijały się w profilowany sposób – Ochronka była idealnym rozwiązaniem. Lekkie, wyjątkowo przyjemne poświęcanie czasu na opiekę nad Lepiakami, na selekcjonowanie ich na poszczególne okazy i umieszczanie odpowiednich okazów w terrariach – było rozwijające dla dzieci niewykazujących specjalnych talentów. I tak oto największą grupę Ochronki – stanowiły kobiety i dzieci w różnym wieku.

Co ważne, w każdej Ochronce – bez względu na typ Lasu – stawiano średniej wielkości budynek nazywany Świetlicą. Budowniczowie transportowali z Fabryki do Lasu fragmenty szklanopodobnej kopuły i montowali ją na otwartej polanie. Taka polana mieściła się zawsze wewnątrz pierścienia leśnego i montowano na niej szklanopodobną kopułę. Do środka kopuły, do niby szklarni w szczerym Lesie – ludzie pracujący jako Zaopatrzeniowcy nanosili z Fabryki szklanopodobne terraria adopcyjne, do jakich pracownicy Ochronki wkładali z kolei okazy Lepiaków przeznaczone do adopcji. Oznaczało to, że dowolny pracownik Ochronki mógł na koniec dnia zabrać terrarium z Lepiakiem prosto do domu (jeśli chciał zaadoptować), mógł zabrać ze sobą terrarium z myślą o swoim sąsiedzie czy przyjacielu, który chciał zaadoptować. Mógł też miejską Taryfą przetransportować terrarium do kompleksu laboratoryjnego.

Oczywiście wszyscy pracownicy Ochronki życzyli sobie natykać się na jak najwięcej Lepiątek oznaczonych znamieniem bezpłodności. Dlatego, że marzeniem każdego Xannijczyka było posiadanie jak najmniejszego Lepiaka, obcowanie z nim i pielęgnowanie go od chwili narodzin. Niestety nie było to realne, a mając na uwadze dobro własne i społeczeństwa, należało pamiętać, że cel Ochronki – stanowił szkielet (a nie sama adopcja). To na szkieletach Lepiaków zasadzała się xannijska technologia, cały świat materii wykreowany przez człowieka.

Ogólnie rzecz ujmując – wszystkie Lepiaki, czy to młode, czy dorosłe, były identycznie urocze (bez wątpienia dzięki walorom Kory pokrywającej ich ciała). No ale Lepiątka, czyli lepiakowe niemowlęta – wydawały się dodatkowo rozczulające. Miały przymknięte powieki i były bladoróżowe, poprzez co zdawały się jeszcze bardziej bezbronne, choć w rzeczywistości dorosłe purpurowe okazy były równie bezbronne, co niemowlęta. Co najlepsze – niemowlęta wydawały z siebie szczególne dźwięki. Dźwięki wydawane przez świeżo narodzone Lepiątka były podobne do szczenięcego pomruku, ale zarazem przypominały trochę szeleszczące furkotanie Ważki. Były to wyjątkowo miłe dźwięki, a jako że Lepiaki nie posiadały pysków – niemowlęce kwilenie dobiegało z wnętrza brzucha. Podsumowując więc, każdy pragnął zabrać takie zwierzątko do domu, a przecież nie zawsze było to możliwe. Chyba że niemowlę posiadało pępek sugerujący niepłodność w przyszłości.

Nena i Zolan stracili swojego pierwszego wspólnego, domowego Lepiaka ponad rok temu. Nena przyniosła go z jednej z zachodnich Ochronek jako około roczny okaz. Każdy świeżo adoptowany Lepiak, czy to niemowlak, czy dorosły, był bardzo nieśmiały. Po odklejeniu od drzewa należało otulić go tkaniną i przenieść do terrarium, trzymając blisko ciała, by czuł ciepło żywego organizmu. Następnie umieszczało się go delikatnie w terrarium wyściełanym fragmentami drzewnej Kory (najlepiej – morowej Kory) i leśnego mchu. Porcje mchu do terrarium zrywano w taki sposób, żeby nie ostały się grudki Gruntu, pamiętając, iż mogłyby one zakłócić ostateczne pozyskanie szkieletu. Ułożony w terrarium osobnik zwijał się w kłębek tak, że nie można było odróżnić łebka od tułowia. W takiej nieruchomej postaci, nawet codziennie głaskany i tulony, pozostawał przez kilka tygodni lub miesięcy. Kiedy w końcu się poruszył i rozprostował, wtedy dopiero był oswojony. A kiedy ujawniał nibynóżki i próbował pełznąć w obrębie terrarium – znaczyło to, że całkowicie się zadomowił i przywiązał do swoich właścicieli. Lepiak Neny i Zolana był rocznym samczykiem, który trwał w postaci kulistej bardzo długo, bo ponad pół roku. Ale kiedy nareszcie się rozprostował i pokazał łebek – od razu też rozwinął nibynóżki, zamaszyście pełzając po podłodze terrarium. Można więc powiedzieć, że jak na Lepiaka – był to wyjątkowo ruchliwy okaz. Obydwoje przywiązali się do niego i nadali mu imię – Urbo. Kiedy Urbo zmarł, zanieśli jego szkielet do Fabryki, a opadnięte płatki ciała położyli w przydomowym ogrodzie, gdzie zostały wchłonięte przez Grunt. Przeżyli tę stratę ogromnie i aż do tej pory, mając niezmiennie w pamięci Urbo, nie adoptowali nowego okazu. Mniej więcej synchronicznie z tymi wydarzeniami podjęli natomiast decyzję o dziecku. Nie ma co ukrywać, że taka decyzja przynajmniej po części musiała być wynikiem odejścia ukochanego zwierzęcia. Lepiaki w ogóle uruchamiały w ludziach mechanizmy opiekuńczości i empatii, a zwłaszcza kiedy przychodził trudny moment rozstania z pupilem – ludzie dosłownie nie mogli znaleźć sobie miejsca, wciąż kręcąc się wokół pustego terrarium i nie umiejąc wyobrazić sobie dalszego życia pozbawionego troszczenia się o małą, całkiem bezbronną istotę.

Od tamtych wydarzeń minął jednak już ponad rok, a Nena nadal nie była w ciąży. Udając się więc tego dnia do południowej Ochronki, gdzie jak właśnie dała jej do zrozumienia ta kobieta, istniała wielka szansa na znalezienie niemowlęcia gotowego do adopcji – Nena poczuła, że podskakuje w niej serce z radości. Oto otworzyła się dla niej szansa napotkania następcy Urbo. Pomyślała, że to może być nagroda dla niej – jakoby rekompensata za fatalnie rozpoczęty dzień, za gniew Zolana. A może rzeczywiście jego bezsenność i nieuspokojenie brały się z nadmiernego przejmowania pragnieniem posiadania dziecka? Może Nena miała rację, mówiąc mu o tym rano – może naprawdę za bardzo martwił się na zapas? A jeżeli tak, to kiedy Nena przyniesie do domu Lepiątko, małego nowego domownika – być może wówczas ich wzajemne relacje przekują się z powrotem w niedawną, a dziś utraconą harmonię. A zatem Nena dostrzegała same plusy całej sytuacji i była ogromnie wdzięczna tej, całkiem obcej przecież, kobiecie.

– Chce pani przez to powiedzieć, że rodzi się tu dużo Lepiątek z żółtym znamieniem? – upewniła się Nena.

– Sporo, całkiem sporo niemowląt gotowych do adopcji – przytaknęła kobieta. – Pierwsi pracownicy dzisiaj znaleźli o świcie sporo dołków w Gruncie z nowo narodzonymi okazami. Przenieśliśmy je już do Świetlicy. Ale może się pani poszczęści i znajdzie pani jeszcze jakiś. Albo proszę zajrzeć do Świetlicy, może będzie pani mogła wziąć sobie któregoś z tamtych – dodała.

– Wszystkie miały żółte pępki? – nie dowierzała Nena.

– Wszystkie. Czternaście sztuk – powiedziała kobieta. – Absolutnie wszystkie, takie jak ten. Proszę zobaczyć – to dodawszy, lekko odchyliła tkaninę i pozwoliła Nenie obejrzeć skulone Lepiątko.

Nena ostrożnie wzięła malucha w dłonie. Kwilił i furkotał. Nena uśmiechnęła się mimowolnie. Powoli obróciła zwierzątko w rękach i zerknęła na jego brzuch.

– A niech mnie, naprawdę żółty – powiedziała na widok pępka-znamienia.

Kobieta wyjęła jej zwierzątko z rąk.

– Ten jest mój – rzekła stanowczo.

Nena nie miała jej za złe tej uwagi, bo za dobrze wiedziała, że Lepiaki wzbudzają bardzo silne emocje. Nic więc dziwnego, że kobieta wolała trzymać nowo pozyskany okaz ciasno przy sobie. I tak była bardzo otwarta i zdradziła Nenie ważne szczegóły na temat tutejszej Ochronki. Trudno, żeby jeszcze dzieliła się z nią swym świeżo zaadoptowanym okazem. Dlatego Nena uśmiechnęła się tylko, kiwnęła głową i ruszyła przed siebie.

– Gratuluję pięknego okazu – rzuciła kobiecie przez ramię.

Skierowała się najpierw do Świetlicy, czyli szklanopodobnej kopuły doskonale przepuszczającej światło i powietrze, zaś nie przepuszczającej złego pyłu. Wewnątrz stały liczne terraria – to jest szklanopodobne misy o średnicy około półtora metra i głębokie na około metr z hakiem. Niektóre terraria były jeszcze puste, choć już wyściełane Korą i mchem. Inne były już zajęte, a zatem tamta kobieta mówiła prawdę.

Większość terrariów, w których znajdowały się Lepiątka, miała zarzuconą płachtę osobistej chusty do połowy. Był to umowny znak respektowany przez pracowników każdej Ochronki: kiedy terrarium z okazem było okryte tą tkaniną, znaczyło to, że okaz ten jest zaadoptowany. Innymi słowy – w ten sposób oznaczano „rezerwację”, to jest dawano innym do zrozumienia, że dany okaz już ma właściciela.

W tej Świetlicy znajdowało się czternaście (jak wzrokowo policzyła Nina) terrariów z Lepiątkami. Prawie wszystkie zostały już zaadoptowane, ale Nena zauważyła, że dwa terraria nie miały jeszcze narzuconej chusty. Obok tych sąsiadujących ze sobą terrariów z Lepiątkami stały dwie kobiety i jeden chłopiec. Nena postanowiła do nich podejść, żeby rozeznać się w sytuacji.

Okazało się, że jedna kobieta chciała się wymienić z chłopcem na okazy, które każde z nich znalazło w Lesie. Jednocześnie druga kobieta, towarzysząca chłopcu, starała się go odwlec od adopcji obojętnie jakiego okazu. Była to matka chłopca, jak domyśliła się Nena.

– Mamy już cztery. Jak na jeden dom, to dosyć – powiedziała matka.

Ale chłopiec marudził i nie chciał się poddać. Druga kobieta również nie dawała za wygraną. Jak wynikało z kontekstu, znalazła ona w lesie Lepiątko-samczyka, podczas gdy chłopiec znalazł samiczkę. Kobiecie bardzo zależało na adoptowaniu samiczki, dlatego usiłowała się zamienić. Chłopiec nie chciał się zamienić, a jednocześnie matka chłopca starała się przekonać go do całkowitej rezygnacji z kolejnej adopcji. Do tego wszystkiego włączyła się Nena.

– A ja straciłam jedynego Lepiaka i nie mogę zajść w ciążę – rzekła. – Chętnie wzięłabym okaz od chłopca, na którego i tak czeka w domu nadmiar, i równie chętnie zamienię się z panią, która woli samiczkę. Prawdę mówiąc, ja wolałabym samczyka. Lepiak, którego straciłam, też był samczykiem. Dlatego bardzo chętnie się z panią zamienię – wytłumaczyła przymilnym głosem.

Matka chłopca rozpromieniła się na te słowa. Do tej pory starała się rozegrać sytuację łagodnie, ale gdy do sytuacji włączył się kolejny zainteresowany – było jej to na rękę. Postanowiła dłużej nie przekonywać chłopca, tylko postawić na swoim. Zdawało się, że miała na to ochotę od dłuższej chwili, tylko brakowało jej sensownego bodźca do podjęcia decyzji. Z momentem kiedy zjawiła się Nena, matka chłopca dostała swój bodziec.

– A widzisz – odezwała się do syna. – Inni potrzebują tego Lepiątka bardziej od ciebie. Ty masz już cztery. A ta pani nie ma ani jednego. To niesprawiedliwe, dlatego oddasz jej swój okaz. Już postanowione.

– Ale mamo…

– Żadnych „ale” – przerwała matka.

W ten sposób Nena zyskała swoje Lepiątko. Oczywiście nie musiała o nie zabiegać – mogła przecież udać się między Mory i poszukać swojego okazu. Zważywszy jednak, że tego poranka odnaleziono już czternaście niemowląt, liczenie na jeszcze jedno niemowlę było ryzykowne. Nena ucieszyła się więc z tego obrotu sytuacji, przytuliła swoje Lepiątko (samczyka, na którego zamieniła się z drugą kobietą), a potem ułożyła je z powrotem w terrarium, narzucając na wierzch podręczną płachtę tkaniny (swoją chustę). Oznaczywszy terrarium w ten sposób, spokojnie oddaliła się do Lasu, żeby popracować nad resztą okazów.

Dzień w południowej Ochronce upływał mile. Przeczesująca morowe zarośla Nena znalazła kilka przyklejonych do drzew dorosłych Lepiaków, które były płodne i przed okresem rozrodczym. Oznaczało to, że mimo dzisiejszego wylęgu wielu okazów bezpłodnych – Ochronkę tę i tak czekał rychły, nowy wylęg. Tutejsza grupa Lepiaków miała więc przed sobą normalne szanse na zwiększenie liczebności. A zatem ilość szkieletów do pozyskania w przyszłości była niezagrożona. To były bardzo pozytywne fakty, dzięki którym dzień toczył się w pogodnej atmosferze i Nena zajęta pracą, rzeczywiście nie myślała o bezsenności męża.

Wczesnym popołudniem znalazła się z powrotem w pierwszym z miejscowych pierścieni Mor. W tym samym, do którego przywiozła ją Taryfa – tam, gdzie nad Oczkiem furkotały Ważki. Niebawem zamierzała skończyć pracę, zabrać swoje Lepiątko i wrócić do domu. Ale przedtem postanowiła opuścić teren bliski Świetlicy i cofnąć się o trzy pierścienie Mor, żeby przeczesać jeszcze trochę tę leśną gęstwinę. Oznaczało to, że Nena przebywała teraz w odległości około siedmiuset metrów od budynku Świetlicy.

Właśnie miała zamiar odkleić od drzewa napotkany dorosły okaz, żeby obejrzeć jego brzuch, kiedy poczuła wibrację zegarka. Zaniepokoiła się odrobinę, ponieważ wiedziała, że skoro tego dnia odbyła się już Pora Deszczowa – ta wibracja mogła zwiastować tylko jedno: Burzę Pyłową. Westchnęła z niechęcią i zerknęła na nadgarstek, na którym miała zapięty zegarek. Wskazówka na tarczy znajdowała się na wąskim pomarańczowym polu. Znaczyło to, że należało bez nerwów wydobyć z chusty-fartucha kombinezon ochronny i kapsułkę z tlenem. Taki kombinezon trzeba było założyć na siebie już teraz – albo za moment, kiedy wskazówka wkroczy na szersze czerwone pole. Zły pył zaczynał prószyć nie wcześniej, niż w jednej trzeciej czerwonego pola. Tak więc Nena miała przed sobą jeszcze pokaźną chwilę, aby przygotować się do burzy. Dlatego spokojnie odkleiła Lepiaka, obejrzała znamię (był to okaz płodny), przykleiła go z powrotem do drzewa – i dopiero sięgnęła do kieszeni wszytej w chustę, żeby wydobyć kombinezon. Wskazówka znajdowała się wtedy już w jednej piątej czerwonego pola. Zostało więc niewiele czasu. W sam raz na to, żeby ubrać się w kombinezon i uaktywnić kapsułkę z tlenem.

Tylko jeden typ roślinności na Xannie wytwarzał pył. Był to ciemnofioletowy przygruntowy kwiat. Tak ciemny, że aż prawie czarny. Jego główka wyrastała bezpośrednio z Gruntu. Nie było żadnej łodygi, przez co główka sprawiała wrażenie obumarłej, odciętej od jakiejś większej całości. Kwiaty miały kształt elipsy i były wysklepione. Inaczej mówiąc, były uformowane w taki sposób, jakby czekały, że coś wpadnie do środka. W środku kwiatu rosły – równie ciemne, co płatki – pręciki, które trzęsły się i wibrowały niezależnie od podmuchów wiatru. Poruszały się samoistnie i przypominały trochę ludzkie włosy. Raz na dobę, za każdym razem o innej porze, pręciki wydzielały niesłychanie obfite i gęste chmary żółtego pyłu, tak lekkiego, że unosił się nawet całymi kilometrami, zanim osiadł. Była to więc jedyna roślina na Xannie, która nie potrzebowała zalesiania – która rozmnażała się sama, bez pomocy człowieka. Dlatego rosła wszędzie, dosłownie na każdym kroku. Pył, którym zarzucała, był tak gęsty i drobniutki, że aż podobny nieomal do cieczy. Nie wyglądał na ciało stałe, którym de facto był, lecz na płynną żółć zalewającą dookoła. Był to jednak pyłek kwiatowy, który po opadnięciu na Grunt przeobrażał się w nasiono zdolne do wykiełkowania i wydania z siebie kolejnych kwiatów. Dzięki takiemu pyłkowi roślina rozprzestrzeniała się z olbrzymią łatwością. Tymczasem pył w zetknięciu z człowiekiem był czymś straszliwym, a można śmiało powiedzieć – czymś śmiercionośnym. Z tego powodu ludzie najchętniej potraktowaliby tę roślinę jako chwast i wypełli ze skóry Xanny. Nie mogli jednak wykluczyć jej zupełnie, ponieważ naukowcy odkryli, że pył posiadał właściwości chłonąco-trawiące podobne do Gruntu. Z tą różnicą, że pył chłonął nie tyle szczątki, co wirusy i bakterie unoszące się w powietrzu. W wyniku rozległych badań naukowych Xannijczycy doszli do wniosku, że ludzkość nie zapada na choroby dzięki tej właśnie, przerażającej na co dzień, roślinie. Dlatego nie można było pozbyć jej się całkowicie, choć oczywiście wyrywano ją w pewnych mniejszych ilościach, aby ograniczyć obfitość Burzy Pyłowej.

Poza tym, że pył wchłaniał w siebie i trawił niepożądane wirusy i bakterie – był obojętny dla wszystkich istot żywych poza człowiekiem. Nie szkodził niczemu wokół – ani drzewom, ani krzewom, ani Ważkom, ani Lepiakom. Nie wyrządzał także szkód żadnym budynkom, przedmiotom. Nie przyczepiał się do przedmiotów, ponieważ był bardzo sypki i suchy do tego stopnia, że aż prawie śliski. Jeśli więc nawet pokonawszy wiele kilometrów – zetknąłby się z jakimś budynkiem, domem, czymkolwiek, to nie osiadłby nań, gdyż miał w zwyczaju opadać na Grunt, lgnąć wprost do niego. A jeśli nawet pozostawiał gdzieś po sobie unoszącą się w powietrzu warstewkę żółtawego kurzu, ponoć takimi śladowymi ilościami pyłowymi pożywiały się Ważki. Gdyby więc nie straszliwa właściwość pyłu, objawiająca się wyłącznie w zetknięciu ze skórą człowieka, roślina ta nie sprawiałaby najmniejszego kłopotu. Niestety natura zorganizowała swój ekosystem inaczej.

Suchy, miałki pył w zetknięciu ze skórą człowieka zmieniał się w ciecz o silnych właściwościach żrących. Gdyby człowiek znalazł się w środku Burzy Pyłowej bez kombinezonu ochronnego, pył wciekłby w jego skórę, wżarł się w nią niczym kwas. Rany odniesione wskutek zetknięcia z pyłem byłyby ciężkie do zagojenia – otwarte, krwawiące, długo jątrzące się i bardzo bolesne. A najgorsze, gdyby pył wciągnęło się do płuc – razem z powietrzem, którym się oddychało. Takie poparzenie dróg oddechowych równałoby się właściwie natychmiastowej śmierci. Tak więc, ponieważ Xannijczycy większość życia spędzali na dworze, w otwartej przestrzeni pełnej przyrody, ubrani tak skąpo, aż niemal półnadzy, a Burza Pyłowa odbywała się codziennie o innej porze – trzeba było opracować system chroniący zdrowie i życie ludzi.

Po pierwsze – wynaleziono owe zegarki, nieodzowne składowe dziennej garderoby, które bezpośrednio ostrzegały przed burzą. Po drugie – skonstruowano kombinezony ochronne i kapsułki z tlenem, dzięki jakim w razie potrzeby, w razie gdyby pył zaskoczył człowieka na otwartym, niczym nieosłoniętym terenie, można było ewakuować się w bezpieczne miejsce, przechodząc przez pył bez ryzyka okaleczenia ciała.

Między innymi również dlatego dzieci w wieku sprzyjającym chodzeniu nago musiały bawić się zawsze pod ścisłym nadzorem rodziców. Nie chodziło tylko o pilnowanie ich pod kątem diety i rozwijania samożywności. Ponieważ każdy dorosły Xannijczyk na co dzień przewiązywał się ową chustą, w której trzymał kombinezon i kapsułki z tlenem, mógł w porę rozdać takie same kombinezony dzieciom, które chodziły jeszcze nieubrane, a więc nie miały żadnych kieszeni, w jakich mogłyby nosić własne kombinezony. Kombinezony dla jeszcze nagich dzieci – musieli zabezpieczać rodzice. Dlatego właśnie dzieci bawiły się zawsze nieopodal domu, czujnie obserwowane. W razie wibracji zegarka i wskazówki na pomarańczowym polu – rodzice bez paniki mogli spędzić bawiące się dzieci do domu, a jeśli któreś oddaliłoby się zanadto, rodzice mogli donieść mu kombinezon i spokojnie doprowadzić do domu ubrane, zabezpieczone już dziecko.

Kombinezon ochronny szyto z tkaniny wywodzącej się ze szkieletu Lepiaka (jak wszystkie przedmioty na Xannie). Był to ten sam rodzaj niby płóciennej, jasnej tkaniny, z której wytwarzano kokony domów, osobistą garderobę, chusty-fartuchy i inne. Co do powierzchni domów czy budynków kompleksu laboratoryjnego – można było dodać do masy lepnej, z której powstawały, domieszkę syntetyku, dzięki któremu ściany przepuszczały powietrze i światło, natomiast nie przepuszczały Burzy Pyłowej. Jeżeli chodzi o kombinezon ochronny, jako że to ubranie – nie można było dodać do materiału tego samego syntetyku, ponieważ ubiór stałby się sztywny (jak ściany budynków) i nie można by w nim poruszać się, chodzić. Stąd należało dodać do wyjściowej masy lepnej inną syntetyczną domieszkę. Nowa domieszka spełniła swoje zadanie, ponieważ kombinezon zachował miękkość i elastyczność tkaniny i nie ograniczał ruchów – a przy tym nie przepuszczał Burzy Pyłowej. No ale jego poważnym minusem było, że nie przepuszczał też powietrza. I tak Xannijczycy byli zmuszeni wynaleźć podręczne kapsułki z tlenem. Warto wspomnieć, że przed wynalezieniem technologii kombinezonów i kapsułek – w czasach, gdy ludzie prowadzili wędrowny tryb życia – przed Burzą Pyłową chronili się poprzez obłożenie ciał liśćmi Mor (które łagodziły oparzenia), w których wskakiwali do Oczek, aby w wodzie przeczekać zagrożenie, bądź chowali się w wydrążonych niebieskich skałach. Był to system dość skuteczny jeżeli chodzi o przetrwanie, ale było sporo rannych (choć nie ofiar śmiertelnych), co wymagało długotrwałego leczenia, a więc także spowalniało wędrówkę.

Kombinezon ochronny był półprzezroczystym strojem, dzięki czemu nie ograniczał pola widzenia, osłaniającym całe ciało człowieka: od czubków palców u stóp, przez kończyny i tułów, aż po głowę i twarz. Oblekano się w niego, poczynając od nóg. Był wyposażony w pełni przezroczysty kaptur, którym zakrywano głowę i twarz w ostatniej kolejności. Przed ostatecznym zapięciem kombinezonu z przodu tułowia, należało wyjąć z podręcznej chusty-fartucha kapsułkę z tlenem i przykleić ją do wnętrza kaptura. Dopiero po tej czynności można było ubrać się całkowicie, to jest – zaciągnąć kaptur. Oprócz tego kaptur był wyposażony w rodzaj maski, którą najpierw nakładało się na nos i usta, a dopiero potem zaciągano resztę kaptura. Tę maskę można by porównać do chirurgicznej. To było dodatkowe zabezpieczenie – na wypadek gdyby coś nieprzewidzianego i wadliwego stało się z kombinezonem w czasie burzy. Gdyby na przykład zapinanie z przodu się rozszczelniło, do czego prawie nigdy nie doszło, pył oblepiłby, poparzył i okaleczył ciało, ale dzięki masce można było na pewno uchronić się przed jego nawdychaniem, co równałoby się ze śmiercią. Kapsułka z tlenem była wykonana z tego samego biomateriału, co wszystko inne – a zatem miała zachowane właściwości lepne, stąd przyklejało się ją do wewnętrznej strony kaptura bez najmniejszego kłopotu. Od tego momentu tlen niezbędny do oddychania – zaczynał się z kapsułki wydostawać i wypełniać wnętrze szczelnie zapiętego kombinezonu. Tlen z kapsułki uwalniał się dzięki reakcji chemicznej. Przebieg tej reakcji samoregulował się w oparciu o stężenie tlenu wewnątrz kombinezonu. Dlatego, że kapsułka zawierała bakterie, które „lubiły” egzystować w stężeniu gazów odpowiadającym ich proporcjom w zewnętrznej atmosferze. Tak więc bakterie w kapsułce produkowały sam ciepły tlen, podczas gdy człowiek wewnątrz kombinezonu wydychał dwutlenek węgla. Ponieważ wydychany przez człowieka gaz był ciężki i w efekcie mógł mieć oddziaływanie toksyczne, usuwano jego nadmiar z kombinezonu dzięki wentylowi. Wentyl był parzysty i umieszczano go w butach kombinezonu. Konkretnie – na tyłach cholewek. Po to, aby mógł wydostawać się na zewnątrz zgodnie ze swoimi właściwościami, czyli z poziomu, na  jakim najchętniej się gromadził. Oczywiście wentyl działał tylko w jedną stronę – to znaczy, że wydzielał dwutlenek węgla na zewnątrz, natomiast nie zasysał powietrza (z pyłem) do środka. Na przeczekanie jednej Burzy Pyłowej, będąc w kombinezonie ochronnym – starczała jedna, rozmiarem skromna, kapsułka. Dlatego, że burza na szczęście nie trwała zbyt długo. Była co prawda obfita, ale przetaczała się w kilka momentów – trwających najdłużej do jednej czwartej Nuty Solarnej. Na taki czas – z małą kroplą zapasu – została zaprojektowana kapsułka z tlenem.

Kiedy więc wskazówka na zegarku znalazła się w jednej piątej czerwonego pola, Nena wiedziała, że ma dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na założenie maski na nos i usta, uaktywnienie kapsułki z tlenem, zaciągnięcie na głowę kaptura i zapięcie kombinezonu. Zabrała się za te czynności z należytym opanowaniem, kiedy tuż przy sięganiu do chusty- fartucha celem wydobycia kapsułki – zdumiała się, jak jeszcze nigdy w życiu. Ogarnęła ją trwoga. Była to trwoga najzupełniej uzasadniona – Nena miała jak najsłuszniejszy powód do tego, aby zdenerwować się nie na żarty, aby opanował ją miażdżący strach. Okazało się bowiem, że w kieszeni nie było ani jednej kapsułki z tlenem. Ani jednej. A od Świetlicy, czyli od pierwszego zadaszonego miejsca, dzieliło ją około siedemset metrów. Żaden człowiek nie wstrzymałby oddechu na czas przebycia takiej drogi. Nena mogła iść bardzo szybko, mogła nawet spróbować ograniczyć liczbę wdechów i wydechów. Ale czy mogła przemieścić się wystarczająco prędko, żeby uniknąć rozszczelnienia kombinezonu w samym środku burzy? Szczerze w to wątpiła. I wcale nie dlatego, że brakowało jej wiary we własne możliwości, lecz dlatego, że miała realne powody do wątpienia. Stawiając sprawę wprost, pospiesznie ubierając się w kombinezon, Nena miała pełną świadomość, że znalazła się w tragicznym impasie.

Być może gdyby Xannijczycy potrafili biegać – wtedy szansa Neny byłaby zdecydowanie większa. Ale na Xannie nie znano nawet pojęcia „biegu”. Nasycenie tlenem xannijskiej atmosfery było tak mocne, a przyciąganie Gruntu na tyle łaskawe, że cały świat zdawał się strzelisty, prężny i pnący w górę. Poruszano się z lekkością, toteż w takich warunkach ludzkość nie zaznała stanu, w jakim przez ułamek chwili obie stopy naraz odrywały się od podłoża. Na Xannie nikt nigdy nie biegał. Nie znano tego pojęcia, nie wykorzystywano umiejętności, która się za nim kryła. Nigdy nikomu umiejętność takowa nie była potrzebna – i dlatego nigdy jej nie odkryto.

Zatem Nena szła przed siebie najszybciej, jak mogła – zarazem starając się oddychać najwolniej i najrzadziej, jak mogła. Ograniczenie oddychania było jednak praktycznie niemożliwe – przy jednoczesnym energicznym tempie chodu i łomoczącym ze strachu sercem. Starała się odwracać własną świadomość od stresu, jaki czuła, ale właściwie nie była w stanie skupić myśli i sukcesywnie ogarniała ją panika. We wnętrzu kombinezonu robiło się coraz bardziej duszno i ciężko. Nena bardzo się starała, ale nie potrafiła skoncentrować się na niczym więcej poza beznadzieją, w jakiej się znalazła. Nie mogła pojąć, jak do tego doszło. Owszem, zdawała sobie sprawę, że powinna już uzupełnić podręczny zapas kapsułek z tlenem, ale pomyślała sobie tego ranka, że w kieszeni na pewno były jeszcze ze dwie. Dlaczego nie było ich teraz? Jak to się mogło stać? Zaciskała usta, próbując nie oddychać zbyt łapczywie, ale stawało się to coraz bardziej awykonalne. Im bardziej chciała się powstrzymać, tym więcej pragnęła świeżego haustu. Męczyła się i nie wiedziała, co robić. Z jakiegoś powodu – w kieszeni nie było ani jednej kapsułki i Nena powinna była to sprawdzić. Dlaczego tego nie zrobiła? Bo była rozbita, rozkojarzona i smutna. Nigdy wcześniej coś podobnego jej nie spotkało. Na Xannie panowały czytelne dla wszystkich, utarte zwyczaje i nigdy się nie zdarzyło, by ktoś od nich odstąpił. Tymczasem Nena – właśnie dziś rano nie była sobą, nie zachowała się jak należy, nie dopilnowała prostej czynności kontrolującej tak ważny zapas, jakim był tlen niezbędny do oddychania.

Szła z ogromnym wysiłkiem, a żółty pył otaczał ją ze wszystkich stron. Wyciągniętymi przed siebie ramionami odpychała się od pni Mor, przez które się przedzierała, aby przydać sobie jak najwięcej tempa. Mory wyglądały jak żółte, jadowite potwory. Ich rozwibrowane, roztańczone w niewielkich kroplach światła, purpurowe korpusy – były teraz przesłonięte złym pyłem. Była w tym jakaś ironia, jakieś niedopatrzenie matki natury. Dlatego, że człowiek w istocie nie miał na naturę żadnego wpływu. Pył, który dla człowieka był zabójczy, dla reszty świata pozostawał niewinną cząstką krajobrazu, składającego się na kompletny świat. Był w tym pewien dramat. Ponieważ z niedoboru tlenu robiło jej się trochę ciemno przed oczami, miała wrażenie, że pył jest gęsty i ciężki, że znalazła się w środku ogromnej, dziwnej kadzi z jakąś gorącą mazią, że za moment się w tej mazi ugotuje. Szła pochylona i słaba, powoli tracąc wolę do przeciwstawiania się sile natury. Chyba zaczynało do niej docierać, że przegrała to starcie. Chyba dłużej nie była w stanie stawiać burzy oporu. Zrezygnowana, zrozpaczona – uniosła głowę i poprzez chmarę żółtego pyłu zerknęła w dal, sama nie wiedząc, po co…

I wtedy – zobaczyła przed sobą budynek Świetlicy. Nie rozumiała, jakim cudem dotarła aż tutaj, ale nareszcie zobaczyła przed sobą budynek Świetlicy. Poczuła się ocalona. Wokół szalała Burza Pyłowa i Nena znalazła się w rozpaczliwej sytuacji, ale najwidoczniej udało jej się wybrnąć. Nie mogła w to uwierzyć, ale – udało jej się. Widziała przed sobą Świetlicę, naprawdę. Świetlica była rzeczywista, a do dostania się do środka zostało nie więcej, niż dziesięć metrów.

Już miała uśmiechnąć się do swoich myśli, kiedy – raptem wszystko się skończyło. Zrobiło jej się głucho w uszach, mroczki ograniczające pole widzenia się wzmogły i Nena runęła na Grunt jak długa. W nagłej bezsilności odbieranej wszystkimi mięśniami – zdążyła uzmysłowić sobie z całą grozą, że najzwyczajniej pod słońcem: dusi się i nie została jej już ani chwila. Instynktownie, ale przy tym zupełnie świadomie – chwyciła zapięcie tuż pod brodą, pociągnęła je w dół w kierunku mostka i rozchyliła kombinezon. Twarz cały czas miała osłoniętą. Pył zaczął więc oblepiać jej szyję i dekolt i dosłownie zjadać ciało w tych miejscach. Nena zachłystywała się powietrzem, tak pysznym i rześkim, które docierało do niej z potrojoną mocą – przez maskę chroniącą drogi oddechowe. Zaciągała się powietrzem z taką tęsknotą i radością, że prawie nie czuła bólu na poparzonym ciele i wydawało jej się, że to wszystko nie jest prawdziwym życiem, lecz dziwnym snem na jawie…

Ale – to była prawda, która trwała jedną, krótką chwilę, po czym Nena straciła przytomność. W tym czasie podeszli do niej jacyś ludzie w kombinezonach. Szli jak najszybciej, dojrzawszy wypadek przez szklanopodobne ściany Świetlicy. Błyskawicznie zapięli Nenie kombinezon, chwycili ją za nogi i za ręce i zanieśli do środka. Przy wejściu stało kilka osób (oczywiście w kombinezonach), które przy pomocy płacht tkaniny rozpędzało zarzucające chmary pyłu. Dzięki temu – można było otworzyć drzwi bez obawy, że pył naleci, i ludzie niosący Nenę, schowali się wewnątrz.

Położyli ją na podłodze. Pewna starsza kobieta usiadła przy niej i wzięła jej głowę na swoje kolana. Natychmiast też zdjęto Nenie kombinezon i koszulkę, żeby ubranie nie przywarło do rozkrwawionych, świeżych ran. Spała – z niczego nie zdając sobie sprawy. Może to i lepiej, bo dzięki temu nie czuła bólu. A przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim czułaby go, pozostając świadomą.

Pracownicy Ochronki stłoczyli się wokół niej, raz po raz unosząc głowy i spoglądając przez szklanopodobne ściany pomieszczenia. Spokojnie oczekiwali końca Burzy Pyłowej. Nic więcej nie mogli dla Neny zrobić. Musieli czekać, aż pogoda się unormuje, aż pyłki złego kwiatu się wyciszą i osiądą na Gruncie. Oczywiście dobrze wiedzieli, że trzeba jak najprędzej zawieźć ranną do Szpitala, ale musieli czekać – nie było innej rady. Stali więc wokół niej bez słowa i czekali. Jakaś dziewczynka rozpłakała się, odwróciła buzię i przytuliła się do mamy. Było zupełnie cicho, całkiem inaczej niż na co dzień. Było nieznośnie cicho…

– Jak to się stało? – szepnął ktoś. – Czy kombinezony nie są bezpieczne? Powinniśmy to zgłosić? Oddać je na jakiś przegląd techniczny?

– Nie wyciągajmy pochopnych wniosków – odezwał się jeden z nielicznych mężczyzn i pochylił nad Neną. – Wypadek z powodu wadliwego kombinezonu miał miejsce tylko raz i to na samym początku Miasta. Nie ma sensu doszukiwać się podobieństw między wtedy a teraz. Teraz jesteśmy już w zupełnie nowym punkcie technologii. Nie mieszajmy ze sobą pewnych spraw, póki nie poznamy faktów – wyjaśnił rzeczowo.

– Poza tym powinniśmy się skupić na tej młodej pani – powiedziała jakaś kobieta i pogłaskała Nenę po włosach. – Zobaczcie, jaka jest piękna. A teraz ma takie rany. Strasznie mi jej żal – dodała.

– Szpecące rany, to nie jest problem do troskania się na teraz – zwrócił jej uwagę tamten mężczyzna. – Żeby się nimi przejmować, najpierw musi przeżyć.

– Myśli pan, że ona może nie…

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – odparł ściszonym głosem i podrapał się w skroń…

            … Ciąg dalszy nastąpi.

Przeczytaj wywiad z autorem powieści, Adamem Zakiem:

http://tosterpandory.pl/wywiad-z-adamem-zakiem-autorem-powiesci-sf/

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *