Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 2

Skrót poprzedniego odcinka 1:

Poznaliśmy głównego bohatera i jego piękną żonę, a także niezwykłą planetę Xannę, miejscowe zwyczaje oraz technologię. Zolan cierpi na osobliwą i niewytłumaczalną bezsenność, zaś Nena uległa tragicznemu wypadkowi i jej życie zawisło na włosku…
„– Szpecące rany, to nie jest problem do troskania się na teraz – zwrócił uwagę tamten mężczyzna. – Żeby się nimi przejmować, najpierw musi przeżyć.
– Myśli pan, że ona może nie…
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – odparł ściszonym głosem i podrapał się w skroń”…

Link do całego poprzedniego odcinka 1 – na końcu tekstu.

 

Bieżący odcinek 2:

Rozdział VII – Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Trzeci Dzień Tygodnia – ciąg dalszy

Nena odzyskała przytomność jeszcze przed końcem burzy. Rozpłakała się z bólu i próbowała dotknąć palcami swojej szyi. Ktoś delikatnie chwycił ją za ręce i zabronił.

– Proszę tak nie robić. Zawieziemy panią do Szpitala.

Nena zacisnęła zęby i pokiwała głową, płacząc.

– Czy ktoś może zawiadomić mojego męża? – jęknęła. – W kieszeni mam komputer, on nazywa się Zolan.

Tamten rzeczowy mężczyzna zanurzył rękę w chuście-fartuchu, którą Nena miała przewiązaną w talii. Namacał w niej tafelkę przenośnego monitora o wymiarach mniej więcej osiem na dwanaście centymetrów. Monitor miał z tyłu przytwierdzoną kapsułkę z zolem – istotę komputera. Wygaszony komputer wyglądał jak szybka. Mężczyzna włączył tę szybkę poprzez dłuższe przytrzymanie dłoni na dotykowym ekranie. Rozbłysnęły kolory i mężczyzna zaczął korzystać z dotykowych klawiszy nawigacyjnych. W ten sposób dostał się do menu głównego i w książce adresowej odszukał imię „Zolan”. Spróbował nawiązać połączenie audiowizualne, ale komputer Zolana milczał po drugiej stronie. Zolan nie odbierał. Mężczyzna spróbował parę razy, ale nic z tego nie wyszło.

– Przykro mi, proszę pani.

Nena rozpłakała się jeszcze bardziej.

– Piecze. Nie mogę wytrzymać. Jakby wypalał mnie ogień – powiedziała porwanym od szlochu głosem. – To jest taki dzień. Ja nie zabrałam ze sobą kapsułek z tlenem, a Zolan nie odpowiada – dodała, nie przestając płakać. – To już taki dzień. Naprawdę ciężki do zniesienia.

– Nie miała pani kapsułek z tlenem? – podchwycił ktoś z boku. – Więc to dlatego? A nie przez wadliwy kombinezon?

Nena kiwnęła głową. Rany na szyi zapiekły.

– Kombinezony są dobre – odparła cicho. – Po prostu nie miałam czym oddychać. Musiałam odpiąć. To moja wina – powiedziała i zakryła sobie oczy obiema dłońmi.

Wyglądało, że chce jeszcze coś dodać, ale…

– Burza się skończyła! – zawołał ktoś radośnie.

– W porządku – rzekł mężczyzna. – Zabieramy stąd panią. Proszę się trzymać.

Krąg ludzi stojących nad Neną rozstąpił się i mężczyzna uważnie, żeby nie urazić jej w ranne miejsce, wziął Nenę na ręce i wyniósł na zewnątrz. Za chwilę miał pojawić się Ł-lot ratunkowy.

*

Było już popołudnie, Zolan sprasował wyjątkowo dużo szkieletów i poczuł się zmęczony. Pomyślał, że na dziś wystarczy. Nie czuł już wcześniejszego gniewu, nic nie czuł. Po prostu był zmęczony. To dobrze. Już miał iść do domu, kiedy zdecydował, że jeszcze w miejscu pracy wprowadzi aktualizację stanu surowych szkieletów do centralnej bazy danych. Sięgnął do kieszeni wszytej w chustę-fartuch i zorientował się, że nie ma przy sobie przenośnego komputera. Widocznie fatalne emocje o poranku wzięły nad nim górę do tego stopnia, że zapomniał nawet o osobistym komputerze. Wszystko tego dnia wymknęło mu się spod kontroli.

– Najwyżej uzupełnię dane po powrocie – powiedział do siebie.

Wzruszył ramionami i opuścił Fabrykę w obojętnym nastroju. To dobrze. W końcu o to mu chodziło. Właśnie tak miała na niego podziałać praca fizyczna. Rozładować go z wszelkich odczuć, rozważań i wewnętrznych kombinacji.

Nie miał siły wracać piechotą, więc zawołał Taryfę. Dzień zmierzał powoli w stronę wieczora i barwy otoczenia straciły na intensywności. Pomimo tego słońce było jeszcze na tyle żywe, że Zolan mógł pożywić się jego energią, siedząc w półprzezroczystej Taryfie i podziwiając widok Miasta z wysokości dwunastu metrów.

– Ciekawe dlaczego dwanaście metrów? – mruknął i przymknął oczy.

Po chwili potrząsnął głową i zaniechał tych rozważań. Pomyślał, że najpierw przychodzą mu do głowy te wszystkie idiotyczne pytania, biorą się nie wiadomo skąd i pętlą mu umysł, a potem ma problem ze snem. To na pewno dlatego. Bo stale łapie samego siebie na niekończących się, durnych wątpliwościach w stosunku do całego świata. Powinien mniej podważać, a więcej cieszyć się życiem. Wszyscy dookoła cieszyli się życiem i nie zadawali idiotycznych pytań. Dlaczego Zolan był taki? Skąd brały mu się te wiecznie zmącone myśli? Dlaczego zamiast napawać się pięknem świata, on wciąż szukał dziury w całym? Czy rzeczywiście mógł być taki niespokojny z powodu dziecka, z przyczyny, że Nena nadal nie zachodziła w ciążę?

Przez chwilę zastanawiał się nad tym. I doszedł do wniosku, że nie był taki z powodu dziecka. Wcale nie martwił się na zapas. Fakt, że Nena jeszcze nie była w ciąży – nie miał dla niego większego znaczenia. A na pewno nie miał znaczenia na tyle, by powodować dziwne pytania o rzeczywistość, by powodować bezsenność. Dziecko pojawi się, kiedy się pojawi – jest na to mnóstwo czasu, mnóstwo dobrego czasu we dwoje. Nena była młoda, piękna. Zolan nie miał podstaw do niepokoju. Dlaczego więc targało nim to dziwaczne nieuspokojenie, podskórne przeświadczenie, że coś na świecie jest nie tak, że coś do czegoś nie pasuje?

Teraz, kiedy zaczął zastanawiać się nad tym, przyszło mu do głowy, że ten dziwaczny nastrój, rozemocjonowanie, gorączka myśli i nerwowość – to wszystko nie zaczęło go ogarniać cztery miesiące temu, kiedy wyłoniła się pierwsza bezsenność. Teraz, gdy nad tym rozmyślał, uświadomił sobie, że w pewnym sensie był taki zawsze. Właśnie taki: nieprzystający, inny. Czuł to zawsze, odkąd sięgał pamięcią. Od dziecka taki był. A przynajmniej w tej chwili – takim siebie pamiętał z dzieciństwa: inny, szukający wiatru w polu, podważający świat wokół.

Odepchnął od siebie te myśli, bo naraz zatęsknił do Neny.

Miał piękną żonę. Razem czekało ich wiele dobrego. Powinien skupić się właśnie na tym: na potencjale zwykłego, codziennego szczęścia, który mieli we wspólnym zasięgu. Powinien naprawić relację z Neną. Zadbać o Nenę, docenić. Przecież szkoda życia na takie poranki, jak dziś. Szkoda życia na idiotyczne pytania, na gniew, na izolowanie się od bliskich.

Z tymi myślami Zolan wysiadł z Taryfy. Wszedł do domu pełny optymizmu co do nadchodzącego wieczoru. Dzisiejsza wytężona praca najwidoczniej go uzdrowiła. Ale w domu było pusto.

Wyszedł na tyły domu. Ogród też był pusty.

Przespacerował się wokół domu. Ale Neny nigdzie nie było.

Pewnie obraziła się na Zolana i wybrała z wizytą do koleżanki. Może siedzą teraz gdzieś na trawie i chichoczą. Może Nena chciała tylko utrzeć Zolanowi nosa, a wcale nie czuła do niego złości. Tak czy inaczej – po prostu nie było jej w domu i Zolan musiał się z tym pogodzić.

Na łóżku wciąż leżały Owoce i Kielichy, które przyniósł Nenie na śniadanie. Poczuł jakiś płytki, kłujący rodzaj żalu na ich widok. Dlatego, że straciły na świeżości. Nie nadawały się już do niczego. Sprzątnął je i wysypał na Grunt w ogrodzie, żeby mogły się wchłonąć. Położył się na łóżku i na chwilę zamknął oczy. Był zmęczony, ale jeszcze nie śpiący. A przecież poprzedniej nocy prawie w ogóle nie spał. Bezsensowna bezsenność. Czuł się dziwnie.

Raptem przyszło mu do głowy, że może wydarzyło się coś nietypowego i Nena próbowała się z nim skontaktować. Usiadł na łóżku i podniósł z nocnej szafki przenośny komputer. Faktycznie, miał zarejestrowane cztery połączenia nieodebrane od Neny. Oddzwonił. Ale Nena milczała. Pewnie nie chciała z nim rozmawiać. Rano przestraszył ją swoim wybuchem agresji, w ciągu dnia nie odebrał połączenia od niej, więc teraz nie mógł się dziwić. Westchnął i – skoro już miał komputer w ręku, a Neny i tak nie było – zaczął wprowadzać aktualne informacje o stanie szkieletów do centralnej bazy danych. Było to kilka zdań, które wpisał do systemu bardzo szybko, bo korzystając z meta symboli.

Z chwilą kiedy odkładał komputer na szafkę nocną, drzwi się otworzyły i do środka weszła Nena. Miała zarzuconą na ramiona obszerną chustę, którą przytrzymywała z przodu jedną ręką – za drugą rękę, jednocześnie podtrzymując całe ramię, prowadził ją Pielęgniarz. Zolan rozpoznał go po żółtej opasce, zawiązanej na ramieniu. Poderwał się na równe nogi, podszedł do żony.

– Ostrożnie – uprzedził go Pielęgniarz, zanim Zolan zdążył o cokolwiek zapytać. – Najpierw połóżmy ją do łóżka. Miała gorączkę, a teraz jest słaba. Podaliśmy jej dożylnie xanninę.

Xannina była wyciągiem roślinnym o działaniu przeciwbólowym, przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym. Na razie więc Zolan zrozumiał tyle, że Nenę nie na żarty bolało. Wziął ją delikatnie za drugie ramię i zaprowadził do łóżka. Miała szkliste, nieobecne oczy. Wyglądało, że była kompletnie nieświadoma, jak gdyby spała – z tym że oczy pozostały otwarte. Pielęgniarz jakby czytał w myślach Zolana.

– Ma taki wzrok po xanninie. To silny środek. Dzięki niemu się nie cierpi, no ale oczy są wtedy takie. Na szczęście powinna zaraz zasnąć. Dawka, którą podaliśmy, będzie ją trzymała do rana. Odpocznie sobie. A rano ktoś do niej przyjdzie i zbada. Wtedy zobaczymy, co dalej – wyjaśnił Pielęgniarz oględnie.

– Zobaczycie, co dalej? – Zolan się wystraszył. – To znaczy, że co? Czy coś jej grozi? Nie wiadomo, co z nią będzie? Co do ciężkiej Ważki się stało?

– Przepraszam – powiedział Pielęgniarz. – W Szpitalu przywykliśmy do takiego skrótosłowia. No ale przecież pan nic nie wie.

– No więc?

– Życiu pana żony nic nie zagraża – Pielęgniarz spróbował się uśmiechnąć. – Odniosła dosyć głębokie rany, dlatego cierpi, poza tym przeżyła wyjątkowo silny stres. Sądzimy, że gorączka wystąpiła po części z przyczyny tego stresu. Chodzi o to, że nie miała przy sobie zapasu kapsułek z tlenem. Możemy sobie tylko wyobrażać jej zdenerwowanie.

Zolan opadł na skraj łóżka. Przysiadł na samym brzegu – identycznie, jak rano. Zupełnie jak w lusterku. Z tą różnicą, że rano nie mogli dojść do konsensusu, a teraz – Zolan był przerażony o życie Neny. Usłyszawszy, że nie miała przy sobie kapsułek z tlenem, domyślił się, że musiał jej się przydarzyć jakiś wypadek w związku z Burzą Pyłową. Rano więc, siedząc na łóżku obok niej jednakowo jak teraz – spierał się z nią i boczył na nią. I to o co? O bezsensowną bezsenność. Tymczasem lękał się, że mógł ją stracić. Patrzył na nią, na jej nieobecne oczy, mając dziwne poczucie, że życie sklamrowało ich tą właśnie formą – tym właśnie jednakowym siedzeniem na łóżku obok siebie. Fatalny dzień jak się rozpoczął, tak i zakończył. Coś podobnego przyszło Zolanowi do głowy. Bał się odchylić chustę i spojrzeć, co kryło się pod spodem.

– Nie miała przy sobie kapsułek, ale była w kombinezonie, prawda? – zapytał z trwogą.

– Była w kombinezonie – potwierdził Pielęgniarz. – Ale odpięła go lekko, chcąc zaczerpnąć powietrza. Jednak miała osłonięte ciało, twarz i oddychała przez maskę. Pył osiadł tylko na szyi i na dekolcie. Ma w tych miejscach dosyć głębokie obrażenia, ale drogi oddechowe są czyste i dlatego jej życiu nic nie zagraża. Przywieźli ją do nas pracownicy Ochronki. Podobno to się stało przed samą Świetlicą. Dlatego nie musi się pan przejmować. Ci ludzie ją uratowali. Ma takie rany, ale wszystko dobrze się skończyło. Gdyby zasłabła w szczerym Lesie, nikt z nas nie mógłby niczego poradzić. Ma takie rany, ale za wcześnie o tym mówić. Zobaczymy, jak zareaguje na leczenie. Ta noc wiele wyjaśni. Rano Szpital kogoś przyśle i wtedy wszystko będzie wiadomo.

Zolan westchnął ciężko. Wstał z łóżka. Kiwnął głową.

– Rano ktoś przyjdzie? – upewnił się. – Mam coś robić do tego czasu? Mogę jakoś pomóc? – zapytał.

– Rano ktoś przyjdzie. Nie musi pan niczego robić – odparł Pielęgniarz. – Proszę tylko pozwolić jej się wyspać – dorzucił i znowu spróbował się uśmiechnąć.

Zolan podał mu rękę.

– Dziękuję – powiedział drętwo i odprowadził go do drzwi.

Kiedy wrócił do łóżka, Nena już spała. Miała zamknięte oczy. Oddychała regularnie, głęboko, spokojnie. Pogłaskał ją po czole. Było chłodne – ani śladu po gorączce. Położył się obok. Wkrótce słońce zaczęło zachodzić i wnętrze domu wypełniło się stłumionym, fluorescencyjnym blaskiem. Zolan zasnął, nie wiadomo kiedy.

Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Czwarty Dzień Tygodnia

Zolana obudził cichy, ale przejmujący dźwięk. Usiadł na łóżku i zobaczył, że Nena płacze. Dopiero świtało. Ściany domu jeszcze lekko emanowały fioletowawą fluorescencją. Zbliżył się do Neny, uważając, żeby jej nie urazić i pocałował ją w skroń. Była wilgotna od łez. Nena leżała na wznak na zupełnie płaskim materacu, z mocno odchyloną do tyłu brodą. Tak więc łzy sturliwały się na boki i spływały w dół – po skroniach.

– Nie chcę płakać, ale nie mogę przestać – odezwała się. – Dlatego, że mnie boli.

– Okropnie mi przykro – szepnął jej do ucha.

– Wiem – odparła.

– Mogę zobaczyć?

– Lepiej nie – powiedziała. – Przynajmniej dopóki nie przyjdzie Lekarz.

– To moja wina. Gdybym nie ciskał się tak od rana, na pewno sprawdziłabyś, czy masz kapsułki.

Przez chwilę milczała.

– Kiedy przyjdzie Lekarz? – spytała po chwili. – Chyba przyślą kogoś do mnie?

Zolan zerknął na ścianę domu, przez którą można było śledzić częściowo Ruch Słońca.

– Musimy trochę poczekać – stwierdził. – Dopiero co skończyła się zorza. Ledwie świta. Ale niedługo na pewno ktoś przyjdzie.

– Spróbuję pospać do tego czasu – odparła obojętnie i zamknęła oczy.

Zolan przez chwilę wpatrywał się w jej skronie. Wciąż były wilgotne od łez. Wcale nie wysychały. Prawdopodobnie Nena nadal płakała. Postanowił zostawić ją w spokoju i wyszedł do ogrodu nazrywać świeżych Owoców i Kielichów.

Po niedługim czasie pojawił się pracownik Szpitala. Rzeczywiście – tym razem był to Lekarz, nie Pielęgniarz. Zolan rozpoznał go po błękitnej opasce na ramieniu. Poza tym miał ze sobą walizeczkę, która wyglądała jak z miękkiego płótna, chociaż naprawdę była sztywna i miała wbudowane półeczki na ruchomych wysięgnikach. Lekarze w takich walizeczkach przenosili środki medyczne.

– Jak ona się czuje? – zapytał Lekarz, kiedy Zolan prowadził go do łóżka z chorą.

– Wydaje mi się, że obudziła się z bólu. Poza tym jest przytomna, spokojna i raczej nie ma gorączki.

– Jeżeli obudziła się sama, to bardzo dobrze – odparł Lekarz. – Xannina różnie wpływa. Niektórzy zbyt długo pozostają ospali i chociaż odczuwają mniejszy ból, to ich rekonwalescencja jest dłuższa i bardziej oporna – wytłumaczył pokrótce.

Ale nie uspokoił tym Zolana, który prawdę mówiąc – nie mógł się pogodzić z zaistniałą sytuacją, póki nie ujrzał ran, jakie odniosła jego żona. Obydwaj dotarli do Neny.

– Dzień dobry. Jak się pani czuje? – zapytał Lekarz.

– Boli – odrzekła krótko.

– To dobrze. Znaczy, że nie jest pani szczególnie podatna na xanninę. Będziemy mogli zwiększyć dawkę, żeby mniej bolało, a pani nie będzie nadmiernie otumaniona – wyjaśnił, po czym przysiadł na łóżku i chwycił brzegi tkaniny, którą Nena była okryta od wczoraj. – A teraz spojrzę, jak to wygląda – dodał i rozsunął chustę na boki.

Chusta w dwóch miejscach przywarła do ran. Nena zasyczała z bólu. Lekarz spryskał te miejsca jakimś płynem i dalej tkanina dała się odjąć już bez dodatkowego bólu. Zolan zobaczył dekolt i szyję żony, aż po podbródek – w postaci żywego, krwawiącego mięsa. Nie rozpoznał kształtu szyi, który znał i pamiętał, ani kształtu dekoltu, który aż po górną, wypukłą linię piersi – był zupełnie inny, wyżłobiony, rozszarpany. Był to szokujący widok. Lekarz podał dożylnie zwiększoną dawkę xanniny, a następnie zaczął nakładać wprost do otwartych ran białą, bezwonną, tłustą maść. Kiedy skończył z maścią, obłożył rany jakimiś ciemnopurpurowymi liśćmi.

– Na pewno najadła się pani strachu, ale już po wszystkim – powiedział.

Zauważył, że oczy Neny stają się szkliste, nieobecne. To xannina zaczynała błyskawicznie działać. Dlatego postanowił dać jej spokój i zwrócił się do Zolana.

– Zostawię panu wyciąg z Kielicha. Dlatego, że żona nie będzie chciała jeść, a nie można w tym stanie wystawić jej na słońce. Przez kilka dni będzie tak leżała i spała. Za każdym razem, kiedy się przebudzi, proszę zmuszać ją do wypicia wyciągu z Kielicha. Nawet skromna kropla raz na parę Nut Solarnych wystarczy, żeby żona się nie odwodniła. Dostarczaniem organizmowi kalorii zajmiemy się w późniejszym czasie. Na razie skupimy się na uśmierzaniu bólu xanniną i na opatrunkach – wyjaśnił Lekarz. – Poza tym chcę panu powiedzieć, że jak na wypadek z pyłem, wygląda to naprawdę dobrze. Wszystko zmierza w jak najlepszą stronę – dodał.

– W jak najlepszą? – Zolan szeroko otworzył oczy. – Pan widział to, co ja? Przecież ona ma żywe mięso na wierzchu.

– Wiem, widziałem. Jednak proszę mi wierzyć, że nie jest tak źle, jak wygląda. Nałożyłem maść, która ma doskonałe właściwości gojące. Już po jutrze rana będzie dwukrotnie płytsza. Jeszcze się pan zdziwi.

Zolan pokręcił głową. Nie mógł uwierzyć, że to wszystko rzeczywiście się wydarzyło.

– Co to za maść? – spytał.

– Roślinna, oczywiście – odparł Lekarz. – Oprócz tego zrobiłem okład z liści Morowca. Znakomicie oddziałuje na oparzenia. Zapobiega zrostom.

– Zapobiega zrostom – powtórzył Zolan bezmyślnie.

– Będę przychodził o tej samej porze przez następne cztery dni z rzędu i robił to samo. Potem zobaczymy – powiedział Lekarz i wstał. – Niech żona odpoczywa tak jak teraz. Proszę jej niczym nie okrywać. Zauważył pan, że tkanina może przywierać do rany, a to nie jest przyjemne.

– Na pewno nie.

– Do jutra.

– Dziękuję. Do jutra – odpowiedział Zolan.

Resztę dnia spędził na wpatrywaniu się w śpiącą Nenę. Kręcił się po domu i jadł Owoce. Nie wychodził na słońce. Nie chciał zostawiać jej samej. Miał wyrzuty sumienia. Czuł, że to wszystko jego wina. Gdyby nie cierpiał swojej bezsensownej bezsenności, gdyby umiał nad sobą zapanować i nie uderzył pięścią w ścianę – wtedy ona spakowałaby do podręcznej chusty brakujące kapsułki z tlenem. Tymczasem tak się nie stało. Dlatego, że Zolan najpierw nie opanował własnych nerwów – a potem wyprowadził z równowagi ją.

Przytrafiło im się coś złego. Przytrafiła im się jego bezsenność. Nena miała rację. Jego bezsenność – była ich wspólnym problemem. Nie umiał się z tym pogodzić. Chciał jej tego oszczędzić. Chciał odsunąć ją od swojej pełnej niepokoju, bezsennej strony. Nie mógł jej odsunąć. Widocznie nie mógł, skoro poniosła szkodę na zdrowiu, skoro miała wypadek, skoro ją bolało. I on był za to odpowiedzialny.

Wczesnym wieczorem – Nena przebudziła się.

– Chce mi się pić – rzekła cicho.

Sama zakomunikowała o swoim pragnieniu. Zolan nie musiał zmuszać jej do picia. Uznał to za dobry znak. Uniósł jej głowę i podał buteleczkę z wyciągiem z Kielicha. Wypiła parę małych łyków i opadła bezsilnie na materac.

– Adoptowałam Lepiątko – powiedziała nieoczekiwanie.

– Poważnie? Kiedy? – zdziwił się.

– Przed wypadkiem. Oznaczyłam terrarium chustą, ale później miałam wypadek i nie wiem, co się z nim stało. Chciałabym, żebyś pojechał do Laboratorium i sprawdził to. Poznasz moją chustę, prawda?

Zolan nie spodziewał się usłyszeć czegoś podobnego. Nie miał zamiaru zostawiać jej samej.

– Chętnie to sprawdzę, ale dopiero, kiedy poczujesz się lepiej – powiedział wymijająco.

– Poczuję się lepiej, kiedy przywieziesz do domu nasze Lepiątko.

– Dzisiaj nie mogę. Wolę siedzieć tu z tobą. Mam poczucie winy z powodu wypadku i nie wiem, jak naprawić tamto wszystko pomiędzy nami.

– Przywieź Lepiątko.

– Nena – Zolan mruknął bezradnie.

– Poznasz moją chustę, tak?

– Poznam, ale nie chcę załatwiać tego dzisiaj. Zaczekajmy, aż sytuacja się rozwinie.

– Jeśli nie załatwisz tego dzisiaj, ktoś może go zabrać. Adoptowałam go dla nas. Oznaczyłam go chustą. Nie chcę, żeby ktoś nam go zwinął sprzed nosa.

– Jeśli oznaczyłaś go chustą, na pewno czeka na nas w Laboratorium. Odbiorę go jutro, najdalej pojutrze – przekonywał.

Ale Nena nie chciała się poddać.

– Ty nic nie rozumiesz. Ja szybciej wyzdrowieję, kiedy on będzie tutaj.

Zolan westchnął.

– On?

– Owszem. Samczyk. Tak jak Urbo.

Pocałował ją w ucho.

– W porządku – powiedział.

Spełnił jej życzenie. Wsiadł w Taryfę i pojechał do Laboratorium. Ale nie znalazł terrarium z chustą Neny. Udał się do Wysokiej Izby, ale powiedziano mu, że wszystkie Lepiątka przywiezione wczoraj zostały już odebrane przez swoich właścicieli. Wrócił więc do domu z pustymi rękami. Nena na szczęście spała.

Tymczasem Zolana – dopadła bezsenność. Jednak tej bezsennej nocy wyjątkowo nie spędził przed domem, wpatrując się w księżyce. Tym razem prawie do świtu przetrzepywał centralną bazę danych, usiłując natrafić na ślad utraconego Lepiątka. Poprzez sieć kontaktował się z wieloma pracownikami Ochronki i zostawiał dla nich wiadomości, ale nie znalazł niczego. Ogarnęło go dziwne poczucie, że sprowadza smutek do swojej rodziny. Najpierw był winny wypadku Neny, teraz był winny temu, że rankiem przekaże jej złe wieści odnośnie do Lepiątka. Czuł się, słowem: paskudnie. Położył się obok Neny i do świtu gapił we fluorescencyjny sufit.

Xanna. Miesiąc Trzeci 503 r. Piąty Dzień Tygodnia

Zolan nie zdążył przekazać Nenie złych wieści, bo spała do samej wizyty Lekarza, który wykonał te same rutynowe czynności. A kiedy odprowadził Lekarza do drzwi, okazało się, że czeka przed nimi następny gość.

Była to kobieta, której Zolan nigdy dotąd nie widział. Zupełnie obca. Ale uśmiechała się jak stary przyjaciel. Miała Lepiątko na rękach. Wychylało ono delikatnie z tkaniny, w jaką było owinięte.

– Tutaj mieszka ta dziewczyna, która poparzyła się pyłem? – spytała kobieta.

Zolan zmarszczył brwi. Czy ludzie teraz tak będą opisywać jego żonę – ta, która poparzyła się pyłem?

– To moja żona – żachnął się lekko. – Mogę w czymś pomóc?

– Pan w nocy szukał przez sieć okazu adoptowanego przez żonę. Szukał pan prawie całą noc. Widziałam rano.

Nie odpowiedział. Nie wiedział, do czego kobieta zmierza.

– Znalazł pan? – zapytała.

Pokręcił głową.

– To świetnie się składa – ucieszyła się wyraźnie.

W zewnętrznych kącikach oczu pokazały się sympatyczne zmarszczki-śmieszki, świadczące o mocno dojrzałym już wieku. Zolan nie odpowiadał. Nie wiedział, co sądzić.

– Przyszłam przekazać pana żonie swój okaz. Poznałyśmy się wczoraj w pracy.

Zolan nie mógł w to uwierzyć.

– Chce pani oddać Nenie swoje Lepiątko?

– Przecież ją poparzył pył i dlatego nie mogła dopilnować swojego okazu. Pomyślałam, że tak trzeba. W końcu przytrafiło jej się coś strasznego. Niech pan weźmie ode mnie maleństwo i przekaże jej z pozdrowieniami. Jak ona się miewa? Poprawia jej się?

Zolan wziął Lepiątko z rąk kobiety.

– Tak, z Neną lepiej. Lekarz mówi, że bardzo dobrze jak na coś takiego. A jak się pani nazywa? – zapytał. – Nena mi nie daruje, jeśli nie będzie wiedziała, komu osobiście podziękować. Chyba że przedstawiłyście się sobie w tej Ochronce.

– Nie. Nie przedstawiłyśmy. Ale to nieważne – odparła kobieta. – Powiem panu, że najlepsze uczynki powinny pozostać anonimowe – to powiedziawszy, puściła Zolanowi oko i poszła przed siebie. – Zresztą, wie pan, jak człowiekowi zależy, to w sumie może się dowiedzieć wszystkiego – rzuciła jeszcze przez ramię i pomachała Zolanowi na pożegnanie.

– Zgadnij, co dla ciebie mam – powiedział, podchodząc do łóżka.

Nena nie mogła zbyt ekspansywnie obrócić głowy, żeby spojrzeć, ale nawet w ciemno wiedziała, co.

– Przywiozłeś naszego Lepiaka.

– Niezupełnie. Miałaś rację. Ktoś zwinął nam go sprzed nosa.

– Nie rozumiem.

– Jakaś kobieta przekazuje ci swój okaz z pozdrowieniami. Mówi, że tak trzeba – to powiedziawszy, podsunął do twarzy Neny tkaninę z wychylającym łebkiem, żeby mogła zobaczyć.

Przez zbolałą twarz Neny przetoczył się odruchowy uśmiech, ale zaraz potem zalała się łzami. Zolan odłożył zwierzę w nogi łóżka i pochylił się nad Neną.

– Nena – zaczął niepewnie.

– Byłam ładna, a teraz zostaną mi blizny – rozpłakała się i ukryła twarz w dłoniach.

Rozsunął jej ręce i ułożył po bokach ciała, uważając, żeby jej nie urazić. Z góry spoglądał na zapłakaną twarz.

– Nie zostaną. Słyszałaś, co powiedział Lekarz. Wszystko wspaniale się goi. Na tym poziomie medycyny nie będzie żadnych blizn.

– A jeśli będą?

– Nie będzie, a jeśli upierasz się przy tym, jestem zmuszony powiedzieć, że to nie ma żadnego znaczenia.

– Żadnego?

– Jesteś najpiękniejsza na świecie.

Oparła dłoń na jego dłoni. Ale jeszcze nie mogła przestać płakać.

– Ludzie właściwie nigdy nie płaczą, prawda? – odezwała się przez łzy.

– Prawda – przyznał cicho.

– Wydaje mi się, że jak raz zaczęłam, to nie będę mogła skończyć.

– Chodzi ci o to, że już zawsze będziesz płakała?

Pociągnęła nosem.

– Tak – odpowiedziała. – Nie wiem dlaczego, ale tak mi się wydaje.

– Nena, to się stało przeze mnie. Cała sprawa z pyłem. Gdyby nie moja bezsenność, nie doszłoby do tamtej wymiany zdań pomiędzy nami, a potem…

– Nie mówmy już o tym – przerwała mu.

Spuścił oczy i przez chwilę wisiał tak nad nią. Widziała, jak przeskakują mu mięśnie żuchwy. Rozumiała, że bije się z myślami. Że coś się w nim gotuje. Ale nie wiedziała, co. Nie była jeszcze na tyle zdrowa, żeby się w to zagłębiać. Wreszcie Zolan uniósł oczy i spojrzał jej w twarz.

– Nena, ja jestem za to odpowiedzialny. Ty miałaś rację. Przytrafiła nam się moja bezsenność. Chciałem ją zbyć milczeniem, ale ty miałaś rację. Powinienem o tym porozmawiać.

– Chyba jeszcze nie nabrałam sił.

– Nie z tobą. Z kimś innym. Ja muszę coś zrobić. Nie mogę tak tego zostawić. Zwłaszcza teraz, po tym, co przeżyłaś.

– Co ty chcesz zrobić?

Pocałował ją w rękę.

– Obiecuję ci, że to rozwiążę. Dowiem się wszystkiego, co jest do dowiedzenia. To się musi wyczerpać i zniknąć. Ja to rozszyfruję i poukładam. O nic mnie nie pytaj. Załatwię to.

– Ale jak?

Zastanawiał się przez chwilę.

– Myślę o tym przez cały czas. O bezsenności. Wypieram się tego, ale i tak myślę – podjął. – I wiesz, co wymyśliłem ostatnio?

To było pytanie retoryczne. Oczywiście Nena nie mogła wiedzieć.

– To się nie zaczęło cztery miesiące temu. Ja w pewnym sensie zawsze to czułem.

– Co czułeś? Że nie chce ci się spać?

Roześmiał się czule.

– Nieuspokojenie. Wyobcowanie. Tego typu rzeczy – wytłumaczył. – Ja byłem taki od zawsze. Dlatego gdzieś musi tkwić tego obiektywne źródło. I ja mam zamiar je znaleźć.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Położył palec wskazujący na jej ustach.

– Csiii. Odpoczywaj – szepnął. – Po prostu przyrzekam ci, że rozwikłam zagadkę bezsensownej bezsenności. I tyle masz wiedzieć. Że ja ci przyrzekam.

Zdjął palec z jej ust i ucałował je lekko.

– Bezsensowna bezsenność. Może i tak – odrzekła Nena.

Księga II – Ukrwione dziąsło

Rozdział I

Upływały dni. Upływały tygodnie.

Upływały? „Upływały”. Jakie dziwne słowo. Upływ czasu wydawał się Zolanowi nierealny. Może gdyby na Xannie istniały rzeki. Może gdyby deszcz padał nie z drzew, lecz z chmur. Może wtedy pojęcia takie jak „upływ czasu” miałyby więcej logiki. Ale w okolicznościach xannijskiej skóry, to jest w okolicznościach Gruntu, powierzchownej tkanki planety o zadziwiającej cesze („martwe i żywe naraz”), różne mniejsze i większe elementy rzeczywistości układały się jedna przy drugiej tak zgrabnie, trwały w tak harmonijnie ustanowionych miejscach i kształtach, że samo płynięcie czasu siłą rzeczy mogło być odbierane trochę na opak.

Zolan od dawna miewał refleksje o czasie i nie tylko, choć dotychczas były one raczej rozmyte. I nawet jeśli próbowały wyostrzyć się w swoim obrazie, ostatecznie do tej pory udawało mu się powstrzymać to wyostrzanie. Można powiedzieć, że chciał – i nie chciał zarazem dowiedzieć się różnych rzeczy o sobie i o świecie. Miał ambiwalentne odczucia. Jednak od wypadku Neny przestał walczyć ze sobą i z całych sił otwierał oczy jak najszerzej. Przyrzekł Nenie, że wszystko załatwi, że rozwiąże. Tak więc usiłował dotrzymać danego słowa, choć na razie nic z tego nie wynikało.

Od wypadku Neny Zolan zaczął traktować inaczej wiele aspektów codzienności. Między innymi płynięcie czasu. Już nie trzymał się twardo codzienności takiej, jaką znał, jaka była klarowna i prosta do pojęcia. Pozwalał rozwijać się abstrakcyjnym myślom, swoim rozmytym dotychczas refleksjom pełnym niedomówień i cieni. Płynięcie czasu zaczął rozumieć jako coś namacalnego, chociaż zarazem było to coś, po czym nie widać żadnej różnicy. Może gdyby noce nie były białe, może gdyby istniały ptaki frunące skądś dokądś, może gdyby zwierzęta formowały się w klucz czy ławicę, może wtedy byłoby widać, że czasu rzeczywiście ubywa. Może gdyby zmieniały się pory roku, może gdyby klimat na południu odbiegał od klimatu na północy, może gdyby na niebie nie było trzech księżyców, tylko jeden. Ale Zolan nie mógł sobie tego nawet wyobrazić. Nigdy nie słyszał o ptakach, o deszczu z chmur, ani o wielu innych sprawach. Nie miał o nich pojęcia. Dlatego, że był Xannijczykiem.

A Xanna obleczona w swoją dziwaczną skórę (w Grunt – „martwe i żywe naraz”) tworzyła świetnie poukładany i kolorystycznie dopasowany świat. Świat, w którym nie było miejsca ani na kluczące w kierunkowym szeregu ptaki, ani na konsekwentnie, uparcie ryjące swoje koryta nurty rzeczne. Nie było ptaków, nie było rzek…

Xanna była harmonijnym światem. Ale odkąd Nena uległa wypadkowi, Zolan przestał hamować swoje absurdalne myśli, wrażenia, rozmyte i irracjonalne skojarzenia. Odtąd pozwalał im narastać do woli i zwyczajnie czekał, co z nich wyniknie. Dlatego, że obiecał Nenie rozstrzygnąć pewne rzeczy.

Jednocześnie często łapał się na wewnętrznym, spontanicznym przeświadczeniu, że niezależnie od punktu widzenia – istnieje wyłącznie jedna rzeczywistość, wspólna dla wszystkich. Nie potrafił do końca przeciwstawić się temu przeświadczeniu. Przecież z tym przeświadczeniem się urodził. To wszystko zdawało się poplątane i nie do rozstrzygnięcia. To wewnętrzne przeświadczenie Zolana – jak gdyby starało się powstrzymać go przed popadaniem w refleksyjność, przed dotrzymaniem danego żonie słowa. To było tak, jakby coś wewnątrz usiłowało mu powiedzieć, że nic z tego nie wyjdzie, że nie ma niczego do odkrycia, że nie ma pokładów prawdy głębszych od tej, która unosi się na powierzchni życia – będąc jedyną i wspólną dla wszystkich. Czuł się tak, jakby skóra Xanny, jakby Grunt, po którym stąpał – jakby właśnie ta skóra, ten Grunt próbowały zniechęcić go do jakichkolwiek poszukiwań. To było tak, jakby sama Xanna mówiła do niego – uspokój się, nie możesz doszukać się niczego więcej, tutaj wszystko jest na miejscu i jest wiadome, nie masz powodów do niepokoju. Oczywiście miał tylko takie poczucie „wewnętrznego głosu”. Ten przekaz nie był werbalny, nie był niczym konkretnym. Brał się znikąd i owiewał jak ciepły wiatr. Zupełnie jakby w środku Zolana ktoś otworzył dwoje naprzeciwległych drzwi i zrobił mały przeciąg. Coś w tym rodzaju.

Tak więc najpierw upłynęły dni, a następnie tygodnie. I dookoła nic się nie zmieniło. Panowało to samo niekończące się lato, ludzie chodzili do pracy, spacerowali, żywili się słońcem, i tak w kółko. Nic nie różniło się od niczego. Czyżby to miała być jedyna słuszna prawda, jedyny wymiar rzeczywistości? Jakoś nie mógł całkowicie w to wierzyć, chociaż jednocześnie nie wiedział, jak temu zaprzeczyć. Nie wiedział, z kim porozmawiać. Nie wiedział, o co się zahaczyć – gdzie leży trop, potencjalnie wiodący ku czemuś.

Tutaj jest wszystko i jest na wyciągnięcie ręki. Nie masz czego szukać. Nie masz powodów do niepokoju…

Jak człowiekowi zależy, to w sumie może się dowiedzieć wszystkiego. Jak powiedziała tamta kobieta, która przyniosła Lepiaka. Z jakiegoś powodu – zapamiętał to zdanie.

Od wypadku Neny upłynęły tygodnie i właściwie nic się nie zmieniło. Tylko zorza co dzień była inna – ale to też było stałe. W tym doskonałym, składnym świecie Zolan na siłę szukał pewnej nieścisłości. Szukał jak gdyby uchyłku, szczeliny, ukrytych drzwi. Bo obiecał żonie.

Rany na szyi i dekolcie, zgodnie z tym co zapowiedział Lekarz, naprawdę bardzo ładnie się zagoiły. W dodatku dosyć szybko. I nie została ani jedna blizna. Na pierwszy rzut oka, jak gdyby nic nie drgnęło. Nie było widać różnicy, jakby czas stanął w miejscu. Nie można było zobaczyć po niczym, że czasu ubywa. A jednak jeśli przyjrzeć się dokładniej…

Jak człowiekowi nie żal niczego, jak człowiek się skupi i porządnie zastanowi, to wtedy może odkryć różne rzeczy. To musi być możliwe. Jak człowiekowi zależy, to może się dowiedzieć wszystkiego.

Kiedy Zolan spoglądał na szyję, na dekolt Neny – coś nie dawało mu spokoju. Coś się stało. Coś stało się Nenie wtedy, w dniu wypadku i on był za to odpowiedzialny. Coś jej się stało – tam, gdzieś głęboko, jakby pod skórą. Co to mogło być? To nie było nic realnego. To nie było nic fizycznego. Po prostu coś jej się stało – coś złego, przez jego bezsenność. Był tego świadomy, dlatego obiecał Nenie rozwiązać ten problem. Obiecał jej i miał zamiar dotrzymać słowa, żeby nie wiem co.

Od wypadku zaczął patrzeć na Nenę inaczej. Niby z wierzchu po niczym nie było widać różnicy, lecz naprawdę świat zmieniał się nie do poznania – gdzieś w niedostępnej głębi, gdzieś we własnym niewidzialnym wymiarze, jakby na drugim dnie. Doświadczał tej myśli za każdym razem, kiedy spoglądał na Nenę. Wszystko, absolutnie wszystko wokół się zmieniało – nawet kobieta, z którą był. I on to odbierał. Jakimś sposobem zauważał otaczające różnice, chociaż czas zdawał się nie płynąć, a stać w miejscu.

Nenie nie zostały blizny, ale skóra na szyi i dekolcie zrobiła się trochę jaśniejsza. Nie było widać żadnych nierówności czy innych śladów, lecz lekko zmienił się sam kolor. Te miejsca na ciele nie były już wyraźnie oliwkowozielone, tylko swoiście blade. Zolan nie był do takiego odcienia cery przyzwyczajony. Gdyby ktoś nie wiedział, że Nena uległa wypadkowi, pewnie nawet nie zauważyłby tej barwowej przemiany. Ale Zolan wiedział. Patrzył na Nenę i delikatna bladość w miejscach całkiem niedawnych ran, obca przecież i nieswoja, kojarzyła mu się z czymś wiarygodnym, dawała do zrozumienia o czymś bliskim. Nie było w tym najmniejszej logiki. Jakby skóra, która normalnie jest zielona, miała prawo być różowawa, zupełnie inna. Nie było w tym logiki, lecz Zolan stopniowo oswajał się z absurdami narastającymi w nim samym, w jego głowie, w jego percepcji. Z dnia na dzień pozwalał snuć się tym absurdom i wiązać z bieżącym życiem. Musiał iść tym niejasnym, ledwie wyczuwalnym śladem. Chyba nie miał wyboru. Dlatego, że nie miał innego punktu zaczepienia. Niczego o niczym nie wiedział. Musiał iść w to, co miał przed oczami – musiał w to brnąć. Dlatego, że obiecał rozwiązać zagadkę bezsenności. Zagadkę? Czy tkwiła w tym jakaś zagadka? Nie wiedział nawet tego. Lecz z jakiegoś instynktownego powodu – jego bezsenność, wypadek Neny, trzy księżyce: to wszystko łączyło się ze sobą, ślepe i głuche na brak logiki, na brak realnych powiązań.

Rany się zasklepiły i nie zostały blizny. Lekko zmienił się kolor cery, ale nikt z zewnątrz za bardzo tego nie zauważał. Teoretycznie Zolan i Nena mogli o wszystkim zapomnieć i iść dalej swoją drogą, nie oglądając się za siebie. Bezsenność męczyła go w dalszym ciągu co drugą noc, ale żaden wybuch złości czy agresji od czasu owego fatalnego poranka ani razu się nie powtórzył. Patrząc na to w ten sposób, trudno byłoby powiedzieć, że bezsenność była czymś złym, czymś męczącym. O świcie Zolan rozpoczynał kolejną dobę – przytomny, pozytywnie nastawiony i nie odczuwał żadnych skutków swojej wyjątkowej przypadłości. Męczyła go sama świadomość, że coś jest nie tak, że coś do czegoś nie pasuje, że coś z czymś się łączy. Rozumiał z tego tyle, że musi dotrzeć do sensu tych połączeń, choć nie mógł ich namacać w racjonalnym świecie. Musiał brnąć w wewnętrzny absurd. I to właśnie było męczące, smutne, drażniące.

Rany się zagoiły i przepadły prawie bez śladu. Ale coś się zmieniło – gdzieś w głębi, pod skórą. Coś stało się inne, niż przedtem. Wgłębienie między szyją a obojczykiem – to miłe miejsce, na które Nena zawsze była uwrażliwiona, podatna – od wypadku straciło swoją moc. Nena przestała reagować na pocałunki w to swoje miejsce. Coś wydarzyło się z nerwami, ale to było dziwne, niewytłumaczalne. Dlatego, że Nena czuła na szyi i dekolcie wszelkie bodźce tak samo, jak zawsze. Skóra w tych miejscach nie wytraciła czucia, Nena odbierała przyjemną temperaturę wiatru, odczuwała ciepło Lepiaka, którego przytulała często i nosiła na rękach. Z praktycznego punktu widzenia nie było powodu, żeby dotyk Zolana miał nie wywierać na nią wpływu. Zbliżał się do tego magicznego jej miejsca, dotykał je – jak zawsze. Ale Nena przestała na to odpowiadać. Coś się zmieniło – bez realnych przyczyn.

– Czy ciebie boli, kiedy tam dotykam? – Zolan zapytał pewnego dnia.

– Nie boli. Chodzi o to, że już tego nie chcę. Nie potrafię ci dobrze wyjaśnić. Po prostu ja to bardzo wyraźnie czuję i już tego nie potrzebuję – powiedziała.

Nie wiedział, jak ją rozumieć. I sama Nena – chyba też nie wiedziała. Przez chwilę milczeli.

– Chodzi ci o to, że nie chcesz, żebym się do ciebie zbliżał? Czy w jakiś sposób ci przeszkadza, kiedy jesteśmy razem? – próbował doprecyzować swoje wątpliwości.

– Nie to miałam na myśli. Chcę, żebyśmy się kochali. Żebyśmy nadal starali się o dziecko – odpowiedziała. – Po prostu tamten punkt na mojej szyi stracił znaczenie. Czuję w tym miejscu tak samo, ale już nie mogę się w to zagłębiać. Nie wiem, dlaczego. To jest takie uczucie, jakbyś miał wyjechać bardzo daleko i na bardzo długo. I dlatego ja już nie mogę być taka jak wcześniej. Na pewno tego nie rozumiesz.

Zmarszczył brwi. Zastanowił się poważnie nad jej słowami.

– A ty sama to rozumiesz? – spytał.

Pokręciła głową.

– Niespecjalnie – odparła. – To tylko takie uczucie. Że nie mogę być taka, jak przedtem, dopóki ty nie będziesz taki, jak przedtem. To jest bardzo trudne do wytłumaczenia. Po prostu myślę o moim wypadku w taki sposób, że się musiał stać, że nie można było mu zapobiec. I teraz, kiedy mnie tam dotykasz, to już nie ma znaczenia. Kiedy mnie tam dotykasz, to jest tak, że jeśli byłabym taka jak przedtem, to by ci w czymś przeszkodziło. Zapobieglibyśmy czemuś, czemu nie można zapobiec. To tylko puste, niewiele mówiące myśli. Tak jak gdybym stała ci na drodze. No ale w końcu niczego nie można na to poradzić. Dlatego, że droga, to droga. I jeżeli ma coś z tego wyniknąć, to wyniknie. Więc nie musisz się tym przejmować – powiedziała.

Oczywiście nie mógł się tym nie przejmować. Nosił w sobie jej słowa przez kilka dni. Gryzł się nimi, ale oczywiście nie potrafił przydać im sensu.

Kochali się bez żadnych problemów. Nie mieli kłopotów w codziennej komunikacji, a w łóżku – poza tamtym miejscem na szyi – Zolan nie zauważył więcej różnic, jakichś zmian. Żyli ze sobą zwyczajnie i było im dobrze. Po prostu tamto jej miejsce straciło znaczenie, ale może nic się za tym nie kryło. Może naprawdę nie musiał się przejmować. Oboje wrócili do pracy, a Lepiak chował się zdrowo. Nadali mu imię – na cześć poprzednika: Uro.

Czas płynął, nie odciskając po sobie śladów. Świat zdawał się niczym nietknięty. Rośliny nie kończyły swojego trwania, więdnąc – nic na świecie nie dotykało kresu w sposób, jakiego mógłby oczekiwać człowiek. Nie było podstaw do żywienia wątpliwości. Lato trwało niczym niezmącone, nieprzełamane. Doprawdy, jeśli tak na to popatrzeć, trudno doszukać się w owym całym xannijskim równaniu jakiegokolwiek znacznika świadczącego o tym, że czasu ubywa, że życie – drga, że gdzieś w tym wszystkim tkwi zgrzyt. Bo niby w czym, gdzie?

Po kilku tygodniach, w czasie których rany Neny się wygoiły, Zolan zaczął powracać myślami do danej obietnicy – dosłownie. Pewnego popołudnia, gdy wrócił z pracy, raptem zatrzymał się przed domem jak wryty. Doznał wrażenia podobnego do tego, kiedy w bezsenne noce siadywał na trawie przed domem i wpatrywał się w niebo z trzema księżycami. „Na niebie jest o dwa księżyce za dużo” – myślał wtedy. Lecz tym razem wrażenie niepasującej do ilustracji świata myśli – było dużo silniejsze. To było jak elektryczny impuls. Jakby poraził go prąd. Wrócił z pracy i już miał wejść do domu, kiedy zatrzymał się jak porażony. I szarpnęła nim kompletnie odklejona od rzeczywistości myśl. „Dlaczego domy są okrągłe?” – wyświetliło mu się w głowie pytanie. Nie obmyślił go, nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym – bezsensowna myśl wyłoniła się sama. Spadła na niego samoistnie, z góry, i zaskoczyła tak, jakby ktoś zrzucił mu na głowę kamień. Nagle zdało mu się, że jak na niebie powinien widnieć tylko jeden księżyc – tak domy powinny mieć kształt z kantami. Kwadrat, prostokąt, sześcian – te trzy słowa przesypywały mu się w wyobraźni, same z siebie, w żaden sposób niezaproszone. To był czysty absurd. Pominąwszy proste i jasne dla wszystkich fakty, Zolan dodatkowo był Budowniczym. Na co dzień zajmował się hodowaniem domów, tak więc nikt nie miał prawa bardziej od niego być opatrzonym z tym, że budynki – jak świat światem – były, są i będą krągłe. Zdębiał, kiedy przez umysł przewinęły mu się kwadratowe kształty. „Kanty. Budynki powinny mieć kanty” – myślał, stojąc przed domem, dziwiąc się samemu sobie. Od tej chwili zaczął zastanawiać się nad złożonym Nenie przyrzeczeniem dosłownie.

Tamtego dnia, kiedy przyrzekł, że rozwiąże kwestię bezsenności, przyznał Nenie słuszność. Powiedział, że miała rację upierając się, żeby o tym porozmawiał. Powinien wydobyć na wierzch swój problem i wszystkie wiążące się z nim wątpliwości, aby później się ich raz na zawsze pozbyć. I obiecał jej, że właśnie tak postąpi. Że musi o tym pomówić. Nie z nią. Z kimś. Teraz, myśląc o tym, że domy powinny mieć kanty, przypomniał sobie o tym. „Już czas – pomyślał. – Nie mogę tak tego zostawić. Już pora”. Zadecydował, że jeszcze tego samego dnia – pomówi z kimś. Dlatego, że nie mógł dłużej zwlekać. Nie mógł czekać, aż coś wyniknie, wypłynie na powierzchnię bez pomocy. Należało coś wykonać – wyłowić coś na wierzch. Coś łączyło się z czymś i Zolan musiał zacząć realnie w to brnąć. W co? W czysty absurd. On sam – był czystym, chodzącym absurdem, odmieńcem. Musiał zatem pójść za wewnętrznym impulsem. Musiał w to iść, zbadać to, zgłębić do końca. Nie mógł dłużej żyć, jakby nigdy nic, i w dodatku ciągnąć za sobą Nenę. I tak odpowiadał już za wypadek z pyłem. Nie mógł więc dalej wisieć nad własnym i Neny życiem w inercji. Musiał to jakoś rozwiązać. Udać się dokądś, pogadać z kimś. Już najwyższy czas. Pogadać. Ale z kim?…

Stojąc tak przed domem (okrągłym), naraz pomyślał o Brenie.

Rozdział II

Pod wieczór Zolan pojechał do najlepszego przyjaciela. Nie uprzedził go, nie nawiązał żadnego kontaktu, chociaż nie widział się z nim od ładnych paru miesięcy. „To już parę miesięcy” – uprzytomnił sobie Zolan, kiedy zatrzymawszy się przed własnym domem, niechcący pomyślał, że budynki powinny mieć kanty. Powinny? Co to, u licha, miało znaczyć? Przecież domy były okrągłe. Zwyczajnie: były okrągłe. I tyle.

Tego dnia Zolan uświadomił sobie, że nie widział się z Brenem od chwili, gdy zdarzyła mu się pierwsza bezsenna noc. To było ponad pięć miesięcy temu. Od pierwszej bezsennej nocy Zolan udawał przed światem, że nie dzieje się nic specjalnego. Co prawda poszukiwał jakiegoś tropu, ale szybko tego zaniechał. Odsunął się od najlepszego przyjaciela. Bywał w Bibliotece, w Szpitalu, chodził i pytał dyskretnie, to prawda – ale niczego nie znalazł. A Brenowi nic nie powiedział. Jakby go unikał. Zdziwił się tym teraz. W pewien sposób czuł się pokrzywdzony, okaleczony czymś, lecz mimo tego starał się trzymać przyczynę swego „okaleczenia” w sekrecie. Gdyby nie fakt, że był żonaty, najprawdopodobniej do tej pory nikt by nie wiedział, co się z nim dzieje. Bo nikomu nic nie mówił. Żonę też izolował od tego. Chował przed nią myśli wynikające z bezsenności. Gdyby nie fakt, że Nena wyczuwała przez sen puste łóżko, nawet ona o niczym by nie wiedziała. Właśnie dotarło do Zolana, że chociaż nie chciał być odmieńcem, ukrywał się ze swoją odmiennością przed całym światem, przez co jeszcze bardziej ją zaogniał. Owszem, swego czasu bywał w Bibliotece, wypytywał Lekarzy i seniorów Miasta, ale niczego się nie dowiedział. I wypytywał ich w sposób anonimowy. Nikomu nie zdradził, że chodzi o niego. Że to on nie śpi co kilka nocy, a w krótkim czasie – już co drugą noc. Bez wątpienia Nena miała rację. Czegoś podobnego nie należało zbywać milczeniem.

W dniu kiedy szarpnęła Zolanem myśl o domach z kantami, po prostu wezwał Taryfę i bez żadnego uprzedzenia pojechał z wizytą do Brena. Dotarło do niego, że zbyt długo milczał. A teraz nie była to już kwestia dumy, niechęci przyznania się do swojej słabości, do jakiegoś niewiadomego pochodzenia uszczerbku, tylko kwestia wierności samemu sobie. Dlatego, że Zolan przyrzekł coś żonie – ale przyrzekł sam, dobrowolnie. Ani Nena, ani nikt, ni nic – nie skłoniło go do tego. Sam wiedział, że musi coś zrobić. Dlatego nie mógł dłużej milczeć. Nie mógł pozostawać bezczynny. Potrzebował wymiernie zadziałać. Dlatego pomyślał o Brenie.

Bren był młodszy od Zolana o trzy lata. Znali się od wczesnego dzieciństwa, ponieważ ich matki się przyjaźniły. Można więc powiedzieć, że wychowali się razem, nieomal jak bracia. Bren od małego nie przejawiał żadnych konkretnych zdolności, niewiele go interesowało. Zawsze był małomówny i rozmyślał o bzdurach. Ostatecznie został pilotem, bo zwykł twierdzić, że na tym jałowym, kolorowym świecie, jeśli człowiek chce zyskać jakąkolwiek wartość, to lepiej, żeby oblatywał Xannę i podziwiał ją z góry, niż snuł się po Lasach i pobierał sadzonki. Pewnie było w tym coś słusznego, choć Zolan nie zgadzał się z tym do końca. Wolał budować. Dlatego został Hodowcą Domów. W konstruowaniu upatrywał coś o wiele więcej znaczącego, niż w oblatywaniu xannijskiego Gruntu. Co można było zauważyć z dużej wysokości, czego nie miałoby się przed oczami tu i teraz, każdego dnia poruszania się po Gruncie na własnych nogach, po skórze Xanny? Nie wiedział. Nie rozumiał tego. Nie ciągnęło go do oblatywania. Bren i Zolan różnili się więc od dziecka. Ale być może dlatego potrafili się ze sobą porozumieć i przeważnie nie było między nimi żadnych dysonansów.

Tego dnia, kiedy Taryfa z Zolanem zaparkowała przed domem Brena, ten właśnie wychodził z domu.

– Coś podobnego – uśmiechnął się na widok Zolana. – Gdzie byłeś, kiedy cię nie było? – zapytał wesoło.

Uścisnęli sobie ręce.

– Gdzieś byłem. Chyba sam nie wiem, gdzie. – odparł Zolan. – Wychodzisz? – zauważył. – Pewnie randka? – zażartował.

Dobrze wiedział, że Bren właściwie stronił od kobiet. Rzadko kiedy umawiał się na spotkania we dwoje i dotąd nie znalazł nikogo na stałe. Na co dzień oszczędny w słowach, w czasie randek zanudzał dziewczyny ekspresyjnymi opowiastkami o oblatywaniu i różnych szczegółach technicznych dotyczących pojazdów lotnych. Kiedy miał dziewczynie opowiedzieć coś o sobie, nie mógł się powstrzymać – i mówił o pilotowaniu. Uważał, że mówi właśnie o sobie. Nie potrafił inaczej. Po prostu był pilotem – i ubóstwiał to.

– Mam wieczorny dyżur na Ł-locie – prychnął Bren i wzruszył ramionami. – Nie randka, a obowiązki – dodał z akcentem na „obowiązki”, czym pomiędzy wierszami jednoznacznie podkreślił, co w życiu jest dla niego najważniejsze.

Tak czy inaczej, Zolan był trochę zawiedziony. Żałował, że przyjaciel nie ma dla niego czasu – właśnie teraz, kiedy spontanicznie zdecydował się na wizytę.

– Okej. Wpadnę innego dnia – odezwał się bez przekonania.

– Może lepiej nie – odrzekł Bren. – Nie jestem aż tak głupi.

Zolan potrząsnął głową. Nie wiedział, do czego Bren nawiązuje.

– Wiem, że jeśli nie odpowiadasz na mejle, jeśli wpadasz ot tak, o coś ci musi chodzić – wyjaśnił Bren. – Niewiele wiem, ale coś mi się kołacze po łbie. Do czegoś ci jestem potrzebny. Dlatego lepiej załatwmy to od razu.

Zolan przytaknął ruchem głowy.

– Nie jesteś głupi – uśmiechnął się z sympatią. – No ale przecież wychodzisz.

– To co? – Bren klepnął przyjaciela w ramię. – Pogadamy sobie tam na górze.

– Mam wpakować się z tobą do Ł-lotu? I gadać z tobą na górze?

Bren drugi raz klepnął go w ramię.

– A czemu nie? – podsunął. – Za długo się nie widzieliśmy. Szkoda mi czasu na odkładanie cię do następnego przypadku. Dlatego możesz się ze mną przefrunąć Ł-lotem. Nie widzę problemu.

– Jasne, żaden problem – zgodził się Zolan. – Zaskoczyłeś mnie tylko. Wiesz, że jeszcze nigdy nie wiozłeś mnie Ł-lotem?

– Że co? – zdumiał się Bren. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie leciałeś?

– Dokładnie tak – przyznał Zolan. – Nigdy, naprawdę.

– Na jakim świecie ty żyjesz? – roześmiał się Bren.

Te słowa szarpnęły Zolanem w specyficzny sposób. Mimowolnie zerknął na niebo, chociaż słońce jeszcze nie zaszło i było za wcześnie na trzy księżyce.

– Chyba nie na tym – stwierdził ogólnikowo. – Chyba na jakimś innym świecie, słowo daję.

Bren wezwał Taryfę. Wyruszyli do kompleksu laboratoryjnego. Tam, w sercu Miasta, w jednym z budynków wielkiego kompleksu mieścił się Hangar z Ł-lotami i Kulotami. Zolana czekała więc pierwsza w życiu prawdziwie powietrzna wycieczka.

– Jak to możliwe, że nigdy dotąd nie leciałeś? – zapytał Bren po drodze.

– Jakoś się nie złożyło. Dla ciebie to może i dziwne, ale przecież moja praca jest stacjonarna. Nigdy nie musiałem zapuszczać się w żadne odległe rejony. Nigdy nie musiałem odrywać się od Gruntu.

– Może i tak. Ale dla mnie to faktycznie dziwne. Ja nie umiałbym żyć bez tych widoków z góry.

Zolan spojrzał na przyjaciela z ukosa.

– Ja nie umiałbym żyć bez ukochanej kobiety. Nie mógłbym żyć wyłącznie pracą. Co ci po twoich widokach, kiedy nie masz komu o nich opowiedzieć?

Bren zrobił kwaśną minę. Ale nie pogniewał się na przyjaciela. Oni dwaj – po prostu się różnili. To wszystko.

– Co mi po moich widokach? – roześmiał się szczerze. – Zaraz się przekonasz, co. Zobaczymy, czy będziesz chciał komuś o nich opowiedzieć. Kto nie jest Oblatywaczem, ten życia nie zna – dorzucił pół żartem, pół serio.

Śmiali się jeszcze, kiedy Taryfa zaparkowała przed laboratoryjnym kompleksem. Wysiedli i poszli pomału w stronę Hangaru.

– Skoro już wdepnęliśmy na temat związków, powiedz, co u Neny – poprosił Bren.

Zolan opowiedział mu pokrótce o wypadku. Na razie pominął swój gniew wtedy o poranku, bezsenność i wszystko, co rzeczywiście istotne. Bren nie mógł uwierzyć, jakim cudem Nena nie sprawdziła zapasu kapsułek z tlenem. Współczuł przyjacielowi, chociaż nie wiedział, jak to wyrazić. Milczeli przez dłuższą chwilę.

– Ale już wszystko dobrze? – odezwał się w końcu. – Między wami wszystko gra?

– Gra – odpowiedział Zolan. – Nadal staramy się o dziecko.

„I nadal nic z tego” – dodał w myślach. Ale nie powiedział tego na głos. Nie musiał. Bren to wyczuł.

– Bez efektów? – spytał krótko.

– Z efektami – zaśmiał się Zolan. – Adoptowaliśmy nowego Lepiaka – wyjaśnił zwięźle.

Jednak nie było już czasu na dalsze komentarze, bo znaleźli się właśnie przed głównym wejściem do Hangaru.

Hangar składał się z kilku wielopoziomowych budynków – oczywiście kulistych. Poszczególne piętra danego budynku – to były pomosty, między jakimi przemieszczało się za pomocą wielu niezależnych względem siebie wind. Mechanizm windy został rozwiązany analogicznie do instalacji taryfowej, z tą różnicą, że windy poruszały się wyłącznie w pionie. Działanie każdej windy opierało się więc na samej lepności (opuszczaniu na niższy poziom i wciąganiu do góry kapsuły windy na lepnej wypustce). Pojedynczą windę można by opisać jako pojazd taryfowy („kapiącą łzę”) – bez poziomych taśm-szyn.

Na pomostach parkowano pojazdy lotne. Pomosty te potocznie określano mianem „garażu”, choć naprawdę pełniły one funkcję pasów startowych. Po uruchomieniu pojazdu znajdującego się na danym pomoście – naprzeciwległa względem pomostu ściana, wyposażona w czujnik pozycjonowania, otwierała się. W rzeczywistości ściany całego Hangaru miały wbudowane w siebie liczne wrota, przez jakie wyfruwało się na zewnątrz.

W sumie Hangar gromadził w sobie grube dziesiątki maszyn latających. Właściwie nie było wiadomo, po co aż tak dużo. Na całej Xannie, w prawie ośmiuset tysięcznym społeczeństwie nie było nawet wystarczająco wielu pilotów, żeby dosiąść wszystkich tych maszyn. A nawet gdyby istniało dość pilotów, nie było potrzeby angażować ich jednocześnie. Dyżury oblatujące odbywały się najczęściej pojedynczo, a co najwyżej parami. Ponadto dyżury te należały do ściślej nieokreślonego rytuału i nie odbywano ich w konkretnych datach. Nie przyświecała im prawie żadna praktyczna idea. Pewnie dlatego, że na Xannie nie znano typowej religii, a jedyną okazją godną celebrowania było pierwsze zazielenienie dziecka. Wyłącznie ta okazja pretendowała do miana święta, bo poza nią nawet śluby i pogrzeby odbywały się tak naturalnie, zwyczajnie, że nie wymagały żadnej ceremonii. Być może z tych przyczyn ludzkość w niewysłowionym domyśle miała swoistą lukę – może w ludzkość z natury rzeczy pozostawała wpisana pewna luka przeznaczona na pielęgnowanie duchowości, na kultywowanie czemuś głębokiemu. A ponieważ w cudnym, doskonale poukładanym świecie Xanny nie było miejsca na niepokoje, na dosadne poszukiwanie czegoś głębokiego, na kultywowanie czemuś – dyżury oblatujące traktowano jako swoisty rytuał. Jako coś, co odbywało się i czego przestrzegano na Xannie od zarania, od około pięciu wieków, od momentu ustanawiania się społeczeństwa tworzącego osadę – Miasto. Można więc powiedzieć, że od zarania odbywano pojedyncze bądź parzyste dyżury oblatujące i traktowano je jako iście poważny rytuał, jakoby kult, celebrowanie. Ale nikt za bardzo nie wnikał, skąd utarł się ten zwyczaj, jaka była jego geneza i co miał oznaczać. Czyniono tak i nie zadawano pytań. Prawdopodobnie zresztą i tak nic szczególnego za tym nie stało. Pewnie to tylko naturalne pragnienie człowieka – dbania o coś, odpowiadania czemuś, podświadoma chęć hołdowania jakiejś tradycji. Poza tym niekiedy ta tradycja zyskiwała także pragmatyczny wymiar i być może dlatego była łatwiejsza do zaakceptowania – bez zadawania pytań. A zresztą, nawet jeśli by uprzeć się na dociekanie prawdy, i tak nie było kogo zapytać. Nikt niczemu nie przewodził. Nie było warstwy rządzącej. Panowała samoorganizacja.

Maszyny latające dzieliły się na dwie grupy, choć łączyło je jedno: wszystkie były bardzo zwrotne, mogły rozwijać ogromne prędkości i miały niesamowite przyspieszenie. Innymi słowy – chociaż inżynierom nie udało się przełożyć na maszyny latające doskonałego, zygzakowatego sposobu fruwania Ważki, i tak miały wcale niezłego kopa. Dlatego pasy startowe były bardzo krótkie, w zamian czego w Hangarze mogło być ich bardzo wiele na wielu różnych poziomach. Wyglądało więc, jakby Hangar specjalnie skonstruowano w taki sposób, żeby mogło z niego wyfrunąć wiele maszyn – naraz, choć nie było takiej potrzeby i nie było tylu pilotów. W każdym razie obie grupy maszyn latających nie musiały rozpędzać się po pasie, aby uzyskać określoną, większą prędkość do wystartowania. Można było podrywać je prawie natychmiast z podłoża – a potem wolniutko, bez pośpiechu wyprowadzać już w powietrzu przez otwarte w ścianie wrota Hangaru. W tym sensie odrobinę przypominały Ważki. Dlatego, że były lekkie w obrazie swojego lotu. Jak gdyby bystre i lekkie.

Pierwszą grupę maszyn latających stanowiły Ł-loty. Mimo że najczęściej latano nimi w pojedynkę, były to dwuosobowe pojazdy wyraźnie podobne wyglądem i rozmiarem do Taryfy. O ile Taryfa miała kształt wypływającej z oka, kapiącej łzy – Ł-lot także miał kształt łzopodobny, z tym że była to łza pozioma. Jeżeli ustawić łzę obłym końcem do przodu, a spiczastym końcem do tyłu – a przy tym jeżeli spłaszczyć podstawę łzy, to otrzymywało się aerodynamiczny kształt popularnej maszyny latającej na Xannie, czyli Ł-lotu.

Oczywiście wszystkie maszyny latające oprócz czujnika pozycjonowania (takiego samego jak w instalacji taryfowej), dzięki któremu „porozumiewały się” ze ścianą i wrotami Hangaru wyposażonymi w ten sam czujnik (to jest „wyczuwacz ruchu” jednakowy z tym, poprzez jaki „komunikowały się” taśmy-szyny z Taryfami) – posiadały również radar. Rola radaru była nader prosta i jasna. Ponieważ maszyny latające, w przeciwieństwie do Taryf, nie poruszały się po torach (po taśmach, po szynach), lecz po nieograniczonej przestrzeni powietrznej, musiały w razie czego móc sprawnie się omijać. I właśnie do tego celu służył radar. O ile czujnik pozycjonowania – dzięki połączeniu ze zautomatyzowaną, centralną siecią komputerową – służył do „opisywania ruchu”, do odbierania położenia pojazdu jakoby przytwierdzonego do określonego podłoża, o tyle radar odpowiadał za wymianę informacji nawigacyjnych i współrzędnych położenia pojazdu lotnego, którego możliwości przemieszczania były właściwie nieograniczone. Radar danego pojazdu lotnego mógł więc „wyczuwać” zarówno inne pojazdy lotne, jak i wszelkie pozostałe obiekty, mogące znaleźć się teoretycznie w zasięgu danego toru lotu.

Ł-loty służyły głównie do kontrolnego, prostego oblatywania Xanny. Przeczesywały świat na poziomie atmosfery. Raz czy dwa razy dziennie dało się zauważyć jednego albo dwa Ł-loty wyfruwające z Hangaru, z kompleksu laboratoryjnego, z centrum Miasta – o różnych porach. Nie istniał skonkretyzowany grafik takich lotów i Oblatywacze ustalali go między sobą, z dnia na dzień, bez specjalnego planu, tak jak każdy miał ochotę. Chodziło tylko o to, żeby wypełnić rytuał. Właściwie nie było czego kontrolować i z każdorazowego oblecenia Xanny Ł-lotem – nie zdarzyło się jeszcze, żeby którykolwiek pilot przywiózł ze sobą nowe wiadomości o stanie środowiska, czy jakiekolwiek inne. Odbywając więc kontrolny, dyżurny, codzienny oblot Ł-lotem, pilot obserwował tereny Xanny wykraczające poza obręb Miasta. Miasto było co prawda wielkie, a ponieważ domy stawiano w znacznym oddaleniu od siebie, Miasto dodatkowo stale rozrastało się na boki. Jednakże zdarzało się przecież, że należało opatrzyć się z odległymi względem Miasta fragmentami planety, zobaczyć, jaka roślinność gdzie porasta, pooglądać, czy gdziekolwiek poza Miastem cokolwiek się dzieje. Nigdy jeszcze nic się nie działo, no ale zdarzało się, że trzeba było zawieść dokądś Zbieraczy czy Zalesiaczy. Czasami Zbieracze (ludzie pracujący jako gromadzący, dostarczający rośliny celem przetworzenia ich na lekarstwa bądź inne użyteczne substancje) albo Zalesiacze (ludzie, których praca polegała na pobieraniu sadzonek i rozprzestrzenianiu roślinności) potrzebowali dostać się do pewnych surowców czy szczepów roślin macierzystych, znajdujących się daleko poza granicami Miasta. A wówczas nie mieli innej możliwości szybkiego dotarcia tam i z powrotem – niż skorzystanie z pomocy pilota. Czasami trzeba było wybudować Świetlicę – stworzyć Ochronkę, pobrać okazy Lepiaków możliwe do adopcji z odludnych obszarów. Innymi słowy, czasami trzeba było dostać się szybko, przefrunąć w tę i we w tę, żeby przetransportować do Miasta terraria z Lepiakami, sadzonki i tym podobne, a wtedy Ł-lot okazywał się niezbędny. Istniały też Ł-loty medyczne, które pełniły rolę karetki pogotowia – właśnie takim Ł-lotem przetransportowaną do Szpitala ranną Nenę. I pewnie dlatego akceptowano sam rytuał oblatywania – bo towarzyszyła mu także strona pragmatyczna.

Odrębny aspekt – tak techniczny, jak i dotyczący niewytłumaczonego do końca rytuału oblatywania – towarzyszył drugiej grupie maszyn latających. Mianowicie Kuloty, jak sama nazwa wskazuje, miały idealny kształt kuli. Różniły się jednak od Ł-lotów znacznie bardziej, niż kształtem. Po pierwsze – były dużo większe. Jeden Kulot mógł pomieścić w sobie do sześciu osób. Poza tym w przeciwieństwie do Ł-lotów, Kuloty nie były przezroczyste. A przynajmniej – nie, kiedy patrzyło się na nie z zewnątrz.

Kulot z zewnątrz wyglądał jak gładka, metalowa kulista bryła. Miało się wrażenie, że patrzy się na zbity, ciężki i bezwładny przedmiot. Ten przedmiot nie tylko w kolorze zdawał się metaliczny. Rzeczywiście do wykonania karoserii wykorzystywano rodzaj metalu. Wiązało się go z podstawowym xannijskim materiałem budulcowym (wywodzącym się ze szkieletu Lepiaka) tak, że patrząc na cichy, zaparkowany Kulot – zdawało się, że widzi się martwą, zimną rzecz. Wrażenie to rozpraszało się po wejściu do środka. W środku – nawet w wygaszonym pojeździe – nie było już śladu po zimnej metaliczności. Wnętrze prezentowało się podobnie do wnętrza domu – zdawało się w pewnym sensie miękkie, ciepłe, jakoby płócienne i lekko przepuszczające światło (jak ściany domu). Po uruchomieniu pojazdu – od wewnątrz pojazd stawał się zupełnie przezroczysty (tak samo jak Ł-lot). Przeświecało przez niego wszystko – przez podłogę, przez ściany i sufit było widać absolutnie każdy szczegół. I to tak wyraźnie, jakby frunąc, było się kompletnie w przestworzach, bez żadnej obudowy, na wierzchu luźnej przestrzeni, w samym środku i jednocześnie na marginesie całego świata. Tak było od środka. Natomiast z zewnątrz frunący Kulot wyglądał jak ognistopomarańczowa, delikatnie falująca kulka. Ci, którzy widzieli startujące Kuloty, którzy patrzyli na nie z daleka, z powierzchni Gruntu, mieli wrażenie, że patrzą na rozświetlony bąbel z żywym ogniem. Tak jakby płomień udało się zamknąć w kulistym przedmiocie. Jakby jakiś kulisty przedmiot rozbłysł od środka oranżowym światłem – podobnym do tego, jakie dawał Trzeci Księżyc. Z tym że Trzeci Księżyc – ćmił, usypiał, błyszczał w sposób stłumiony. A Kulot był ekspansywny w obrazie jak prawdziwy płomień, zdawał się gorący. Jak gdyby żywy ogień stał się cieczą – przepływającą swobodnie poprzez ściany, przez sklepienie przemierzającej niebo kuli.

Zarówno Ł-loty, jak i Kuloty pilotowało się komputerowo. Pilot przed wystartowaniem zanurzał dłonie w kleistej cieczy, a potem przytykał je do specjalnie wyżłobionych punktów w pulpicie z przodu pojazdu. Owa ciecz była zolem – tym samym, który stanowił istotę wszystkich komputerów na Xannie, których działanie opierało się na roztworach DNA. Zol, w którym maczał ręce pilot, miał właściwości obojętne dla skóry, natomiast czynność ta pozwala na połączenie się z tkanką pojazdu, czy to Ł-lotu, czy Kulotu. Można powiedzieć, że poprzez zamoczenie rąk w komputerowym zolu pilot dokonywał czegoś w rodzaju sprzęgnięcia własnego umysłu z funkcjami pojazdu. Jednak należy to traktować jako bardzo ogólny opis pilotowania, w rzeczywistości bowiem odbywało się ono dzięki oktonionom.

Oczywiście gdyby zapytać Brena o oktoniony, ani trochę nie potrafiłby ich przybliżyć. Dlatego też nigdy nie nauczał pilotowania młodych adeptów, a po prostu – był pilotem. Sam co prawda przebrnął przez dosyć żmudną na poziomie teoretycznym edukację, ale przebrnął przez nią dlatego, że usilnie pragnął latać. Miał serce do latania – nic więcej, choć być może miał dokładnie tyle, ile trzeba, by osiągać wyżyny. Tak czy inaczej posługiwanie się oktonionami było niezbędne do „psychicznego” sterowania pojazdem lotnym, a polegało na umiejętności dokonywania w umyśle pewnych obliczeń. Nie chodzi jednakże o dodawanie czy przemnażanie konkretnych liczb. Dlatego, że – to jasne – w czasie pilotowania pojazdu nie miałoby się czasu i przestrzeni w głowie na szczegółowe liczenie. Czegoś podobnego zresztą Bren nigdy by sobie nie przyswoił. Posługiwanie się oktonionami oznaczało więc tyle, co wywoływanie w swoim umyśle jakoby wykresu – osi odpowiadających trzem wymiarom, w jakich istniał człowiek. Powiedzmy, że jeśli wyobrazić sobie trzy osie oznaczone odpowiednio jako x, y, z – to gdzieś pomiędzy nimi, na ich terytorium stycznym, jak gdyby na wypadkowej, istniał określony punkt. Patrząc na pilotowanie w ten sposób – mając plastyczną świadomość, wyczucie tych osi, terytorium o jakim mowa – terytorium to trzeba by pojmować jako centrum z punktu widzenia pilota, a więc jako ścisły punkt oznaczający położenie-usytuowanie pojazdu. Mając tę plastyczną świadomość własnego położenia (usytuowania pojazdu w przestrzeni powietrznej), można nie tylko efektywnie przesuwać się do przodu, do tyłu, w prawo czy w lewo, ale przede wszystkim można decydować o odchyleniu, kącie kierowania się i obracania w dowolną stronę. I Bren z tego wszystkiego doskonale zdawał sobie sprawę. Nie wytłumaczyłby nikomu, czym są oktoniony, ale widział je w swojej świadomości tak łatwo i biegle, jakby jego mózg (jakby jego wyobraźnię) wypełniała ilustracja nici (osi wykresu), pomiędzy jakimi odbijała się i frunęła piłeczka (punkt na wykresie odpowiadający położeniu pojazdu w przestrzeni i nachyleniu i obracaniu pojazdu pod danym kątem). Mówiąc wprost: Bren czuł maszynę. Może niewiele rozumiał, może nie do końca władał czymś intelektualnie – ale czuł maszynę. Starczało to w zupełności, aby wiedział, kim jest i co robi.

Karoserię maszyn latających – jak wszelkie przedmioty na Xannie – wykonywano na bazie materiału budulcowego ze szkieletu Lepiaka. Szkielet Lepiaka, podobnie do ciała żywego zwierzęcia pokrytego Korą, w pewnym sensie zachowywał zadziwiającą właściwość Gruntu („żywe i martwe naraz”). Tak więc w pewnym sensie wszelkie stworzenie na Xannie – poza człowiekiem – przejawiało i zachowywało tę samą właściwość. Dla przeciętnego Xannijczyka pozostawało to trudne do wyjaśnienia, jednakże zdawano sobie sprawę, że wszystko na świecie jakimś sposobem przenika się wzajemnie, powstaje i wraca do tego samego, czyli z i do Gruntu, a więc do zewnętrznej tkanki, do skóry Xanny. Do skóry – właśnie tak. Dlatego wszelkie przedmioty wykazywały pewną właściwość tej skóry, tej powierzchownej tkanki. Innymi słowy – świat wokół, nawet będąc materią nieżywą, w pewnym stopniu pozostawał zarazem tkanką. I chociaż „czucie” i „żywotność” takich tkanek nie mogły być odbierane jako „życie” i „tętno” w rozumieniu typowo człowieczym – w jakimś sensie było to jednak życie, tętno, tkankowość.

Z przodu – czy to Ł-lotu, czy Kulotu – znajdował się rodzaj deski rozdzielczej, na jakiej widniały komputery (ekrany dotykowe analogiczne z tymi, którymi posługiwał się każdy Xannijczyk – analogiczne z komputerami stacjonarnymi i przenośnymi). Zatem teoretycznie można by sterować dowolną maszyną latającą za pośrednictwem klawiszy dotykowych z meta symbolami. Ale poprzez zanurzenie rąk w komputerowym zolu – sterowanie maszyną odbywało się znacznie płynniej i sprawniej. Przede wszystkim pilot nie musiał koncentrować się na akcentach technicznych. Nie musiał pilnować, gdzie kładzie ręce, jakiego klawisza dotyka, jakie funkcje maszyny uruchomi. W zamian tego mógł bez żadnych ograniczeń patrzeć na tor lotu, na świat – przez przezroczyste ściany pojazdu. Zol, w którym uprzednio moczył dłonie, umożliwiał mu niby organiczne zarządzanie maszyną. Sterował nią tak, jakby jego głowa i funkcje maszyny stanowiły jeden „żywy” organizm. Pilot skupiał swoje myśli na tym, dokąd zmierza, jaki kierunek chce obrać albo jaką prędkość chce uzyskać – pilot „widział oktoniony”. Myślał o nich i delikatnie dociskał prawą rękę do wyżłobienia w pulpicie pojazdu, na „desce rozdzielczej”. Przyciskał tam prawą rękę, kiedy myślał „w prawo”. Poprzez takie dotykowe połączenie, jasne polecenia zostawały przenoszone z „tkanki” stanowiącej bryłę, powłokę pojazdu – wprost do głównego komputera. Oczywiście to jedynie duże uproszczenie, podczas gdy piloci uczyli się tego szczegółowo. Musieli nabyć świadomości oktonionów i rozszerzyć zasięg własnej wyobraźni. Oblatywacze mawiali, że należy się „zestroić” z maszyną. Dziecko nie wsiadłoby do środka i nie popilotowało – ot tak. Trzeba było się z tym oswoić. Oprzeć swoją wyobraźnię na możliwościach drzemiących w pojeździe. Przyjąć, że samemu nad niczym się nie panuje – że człowiek musi współpracować, że nic nie zależy w stu procentach od samego człowieka. Żeby zostać samodzielnym Oblatywaczem – konieczna była edukacja. Krótko mówiąc, w tajniki zawodu wprowadzał doświadczony Oblatywacz. Tłumaczył i pokazywał, co – jak działa. Dawał przykład, że zsynchronizowanie własnego dotyku z „tkanką pojazdu” (dzięki komputerowemu zolowi i oktonionom) jest realne. Oswajał z tym i udowadniał to.

Podsumowując kwestię obu grup maszyn latających – Ł-loty były łzopodobnymi, niezbyt sporymi pojazdami, w całości przezroczystymi, czy to w spoczynku, czy w ruchu. Ich przezroczystość rysowała się lekko dymnie, pozostawała minimalnie stłumiona, tak samo jak w przypadku Taryf i całej ich instalacji. Stąd potocznie mówiono o niej jako o półprzezroczystości. W przeciwieństwie do nich – idealnie okrągłe Kuloty mogły zgromadzić w sobie do sześciu osób, były więc dużo większe. W spoczynku wyglądały na metalowe, zimne i ciężkie, podczas gdy w ruchu przypominały ciekły, pomarańczowy ogień. Kiedy spoczywały, nie można było przez nie zajrzeć do środka. Kiedy spoczywały, a weszło się do środka – ich ściany nadal nie były przezroczyste, lecz przepuszczały skromną ilość światła niczym niby płócienna ściana domu. Jednak z chwilą uruchomienia, wystartowania – ściany, patrząc od środka, stawały się najzupełniej prześwitujące. Pilotowanie tak jednej, jak drugiej grupy pojazdów odbywało się przy pomocy komputera opartego na DNA (przy pomocy komputerowego zolu i oktonionów). Poza tym pomiędzy tymi grupami – istniała jeszcze jedna ważna różnica.

O ile Ł-lotom przyświecała doza pragmatyzmu, ponieważ oprócz rytualnych lotów kontrolnych przewoziły od czasu do czasu Zalesiaczy czy pracowników Ochronki – o tyle Kuloty były wykorzystywane wyłącznie do celów kontrolnych, a więc rytualnych. Nigdy nie przewoziły pasażerów, nigdy nie wykorzystywano ich rozmiarów i nie wprowadzano do środka więcej niż dwie osoby, czyli pilota i ewentualnie osobę towarzyszącą. I co najważniejsze: lot kontrolny na Kulocie – w przeciwieństwie do dyżuru na Ł-locie – nie dotyczył obfrunięcia Xanny, ale wydostania się poza granicę atmosfery. Kuloty służyły do odbywania tak zwanych lotów kontrolnych na poziomie przestrzeni planetarnej, a mówiąc konkretnie – na poziomie Układu Solarnego Xanny, czyli jednego z układów solarnych Galaktyki. I to był czysty rytuał. Dlatego, że nie istniały praktyczne przyczyny do przeczesywania Kosmosu. Nie było w tym żadnego sensu, żadnej wskazówki, żadnego uzasadnienia.

Oczywiście Galaktyka była tylko jedną spośród wielu galaktyk składających się na Wszechświat. Naukowcy wiedzieli o tym od lat i nie dostrzegali niczego specjalnie wartego uwagi w kolejnym i kolejnym brnięciu w przestrzeń kosmiczną (nawet gdyby technicznie było wykonalne przemierzać tak duże odległości – nawet gdyby dało się wyfrunąć poza Układ Solarny). Pomimo tego średnio raz na dwa tygodnie wypuszczano się Kulotem w szeroko pojętą dal. W dosłowną, czarną, kosmiczną dal. Był to zwyczaj, kult, rytuał – czysty w swoim przebiegu, niepoprawny, rzec by: romantyczny. Wszak ogólnie rozumiany Wszechświat mógł być jednym z możliwych wszechświatów, z realnych rzeczywistości. Nie było co do tego niedomówień i nauka dobrze zbadała zaplecze danych, co w efekcie dało upust w miarę prostym zależnościom. O ile jeden wszechświat rozszerzał się z narastającą prędkością, o tyle w tym samym tempie – kurczył się wszechświat równoległy, czy raczej wszechświat sytuujący się po prostu naprzeciw danego, tego wszechświata (jak w odbiciu lustrzanym). Naukowa świadomość życia i wszechotaczającego środowiska, wszelkich warunków budujących nader rozległe, kosmiczne tło – mówiła o tym, że jeżeli jeden wszechświat się kurczył, to drugi w tym samym czasie rozszerzał. Przypominało to przewlekanie nogawki z lewej na prawą stronę (albo odwrotnie). Wszyscy o tym wiedzieli. Jednocześnie w obrębie wszechświata (danego, „określonego” wszechświata) zawierała się niepoliczalna ilość galaktyk. Każda galaktyka mogła składać się z kilku… z kilkunastu? Kilkudziesięciu? Kilkuset tak zwanych układów solarnych? Iks – układów solarnych… Każda galaktyka mogła się składać z pewnej ogromnej ilości układów solarnych.

W Galaktyce, czyli w tym obrazie „tła” kosmicznego, na jakim sytuowała się Xanna, istniała niezbadana ilość układów solarnych. Jeśli chodzi o Układ Solarny Xanny, nadrzędną oś tego układu stanowiło Słońce, będące gwiazdą plazmową, wokół którego krążyła Xanna i parę innych planet. Pomiędzy Xanną a Słońcem (wokół Słońca) orbitowało wiele zbiorników z wodą. Naukowcy określili je mianem Bąbli Wodnych. Następna zaś w kolejności była Xanna, a za nią dwie mniejsze Błękitne Planety, ciemnobłękitne, metanowe. To wszystko. Cały Układ Solarny. Żadnych najmniejszych niedomówień, niewiadomych.

Tym bardziej z pragmatycznego punktu widzenia co dwutygodniowe oblatywania Układu Solarnego Kulotem – można by uznać za niedorzeczne, niemające racji bytu. Nikt się w to nie zagłębiał. Kultywowano te oblatywania, oddawano im milczącą cześć, jakby to była msza, pewna „duchowa konieczność”. Nikt tego nie kwestionował. Chociaż nie przyświecała temu żadna jasno mówiąca idea. Nie było wiadomo, skąd wzięła się ta tradycja. Na pewno nie szukano w kosmicznym sąsiedztwie najmniejszych przejawów życia, bo za dobrze wiedziano, że nie ma realnych możliwości ustanowienia się „gdzieś obok” jakiejkolwiek humanoidalnej formy. Natomiast poza obręb tego Układu Solarnego nie można się było oddalić, gdyż nie pozwalał na to obecny poziom wiedzy, techniki (odległości do pokonania były zbyt ogromne).

Każdy Oblatywacz odbywał kontrolny dyżur Kulotem średnio raz na dwa tygodnie. Oprócz tego, na co dzień oblatywano samą Xannę Ł-lotami. Patrzono, jak miewa się skóra planety, co gdzie porasta, i od czasu do czasu przewożono pasażerów – stąd dotąd. To wszystko.

Tego dnia Bren miał standardowy oblot na Ł-locie. Nikogo ze sobą nie wiózł. Nie było więc przeszkód, aby zabrał ze sobą przyjaciela i rozmawiał z nim tam, na górze.

Kiedy weszli do Hangaru, Zolan poczuł niewiadomego pochodzenia chłód. Zadarł głowę i z dołu popatrywał na grube ilości pojazdów zaparkowane na wielu różnych pomostach. Na parterze – daleko, opodal następnej ściany – kręciło się jakichś dwóch ludzi. Pewnie inżynierowie albo inni piloci.

Zolan i Bren wsiedli do pierwszej lepszej windy. Bren dotknął odpowiedniego klawisza na wewnętrznym sterowniku i właściwie bezgłośnie wjechali na trzeci poziom.

– Skąd wiesz, z jakiego poziomu brać maszynę? – spytał po drodze Zolan.

Bren parsknął.

– Czy ja cię pytam, skąd bierzesz konewkę z chemikaliami do podlewania domów? – zapytał ze śmiechem. – Tak samo jak każdy, najpierw sprawdzam w sieci, co jest do zrobienia. Patrzę, która maszyna jest do wylotu, która ma największy zapas biopaliwa i tak dalej.

– No tak – odparł Zolan.

Zrobiło mu się głupio, że zadał tak naiwne pytanie. Zamilkł więc, kiedy wysiedli z windy i nie odezwał się ani słowem aż do chwili, kiedy Bren odpalił Ł-lot.

Wnętrze wygaszonego Ł-lotu wydało się Zolanowi praktycznie identyczne z wnętrzem Taryfy. Przezroczystość ścian, podłogi, sufitu – była dokładnie taka sama. Oczywiście pulpit z ekranami komputerowymi prezentował się znacznie okazalej. Zwłaszcza kiedy Bren je włączył, kiedy rozbłysły wieloma kolorowymi światłami. Poza tym trudno było dopatrzeć się decydującej różnicy. Ale pierwsze zwyczajne wrażenie Zolana – rozproszyło się w okamgnieniu. Kiedy tylko Bren poderwał maszynę do góry, kiedy cichutko wyfrunęli na zewnątrz Hangaru.

Nie było słychać żadnego buczenia, żadnego warkotu. Lekko wciskało w fotel, ale poza tym nic nie trzęsło i Zolan poczuł się, jak gdyby nie frunęli, lecz jakby płynęli przez powietrze. To było dziwnie lekkie, zaskakujące uczucie. Bren momentalnie wspiął się na około sześć tysięcy metrów wysokości i rzeczywistość, którą normalnie Zolan miał na wyciągnięcie ręki – teraz okazała mu swoje nowe oblicze. Kiedy przez przezroczystą karoserię z tak dużej wysokości patrzył na Grunt, zrobiło mu się miękko w dołku i przez chwilę nie mógł się uspokoić. Zdziwiły go odruchy własnego ciała. Do tej pory uważał się za silnego, raczej twardego i wytrzymałego, a teraz – był skołowany, dziwnie miękki i pogubiony w środku, jak dziecko patrzące na świat odwrócony do góry nogami.

Zolan miał wrażenie, że Bren prowadzi Ł-lot jakby przez środek nieba. Niebo było już głęboko szare, ponieważ zaczynało zachodzić słońce. Oczywiście wieczorem ciągle było widno, jak i przez całą dobę, jednak podczas zachodu słońca przemieniała się główna barwa światła. Wciąż było widno, ale jakoby bardziej soczyście, inaczej. Daleko przed nimi powoli ujawniał się Pierwszy Księżyc. Wyglądało to tak, jakby nie frunęli przez powietrze, lecz jak gdyby niebo było gęste, nieomal mięsiste. Zarazem oni dwaj – oddzieleni od nieba konturem pojazdu – pozostawali lekcy i energiczni. Zbliżali się – wizualnie, nie fizycznie – do olbrzymiej niby szklanej tarczy białego księżyca i czuli się wolni, pod nic niepodlegli. Być może właśnie poprzez tę delikatnie narastającą księżycową poświatę niebo wyglądało na gęste, prawie że lepkie. Nigdzie nie było chmur – nie znano chmur. Nie było mgły lub innych smug i frunąc po takim niebie, miało się wrażenie, że to sen. Zadziwiające i uzdrawiające wrażenie.

Kiedy Zolan spojrzał w dół, zobaczył rzeczywistość, której się nie spodziewał. Chociaż dobrze wiedział, że żyje w kolorowym, pięknym świecie purpury, Gruntu, Kory, to jednak naturalne walory świata z tak dużej wysokości wydały mu się nierealne. I o ile wskutek bezsenności Zolan miewał poczucie nieprzystawania do rzeczywistości, o tyle teraz – rzeczywistość nie przystawała do niego, zdawała się zupełnie chybiona, nienormalna i odklejona. Zdało mu się, że patrzy nie na prawdziwy świat, lecz na wymyślony. Na świat nierzeczywisty, nieprawdopodobny i w żadnym sensie niemożebny. Jak to możliwe, że na świecie istniało aż tyle żywych kolorów? Jakim sposobem człowiek mógł stąpać po Gruncie ze spokojem, bez najmniejszego rozglądania się na wszystkie strony, bez zadawania pytań? Skąd wzięło się tyle barw wszelkiego otoczenia, tyle gry świateł i cieni? Jakim cudem ludzie funkcjonowali w tym zagęszczeniu, właściwie wcale na nie nie reagując? Czy to naprawdę było możliwe? Jak można było w tym nasyceniu ciepłem i kolorystyką nie potracić zmysłów, a utrzymywać spokój i poczucie bycia pogodzonym ze światem?

Kiedy Bren prowadził Ł-lot, Zolan patrzył głównie w dół i nastała w nim myśl, czy może raczej emocja, że świat, w którym żyją, jest nierealny. Oczywiście wiedział, że to nieprawda, ale po prostu nie mógł się oprzeć tej myśli. Pewnie też myśl tę podsycała przezroczystość podłogi. Patrząc przez podłogę, miało się dojmujące wrażenie, że przebywa się na wierzchu – bez żadnej obudowy. Oczywiście było wiadomo, że się nie spadnie, ale wrażenie i tak łapało za gardło. Świat otumaniał, jakby był nierealny, jakby to był sen.

Drzewa Deszczowe, rosłe na około sto metrów, siermiężne i surowawe z wyglądu, teraz przypominały ciemnofioletowe drobne wykałaczki. Purpurowy, pomału bijący fluorescencją Grunt wyglądał jak żywe dziąsło. Odcienie purpury zaczynały się rozświetlać i wzajemnie przenikać, jakby skóra, jakby powierzchowna tkanka Xanny była ukrwiona. Rozmaite elementy przyrody zdawały się śmiesznymi kropkami i kreskami na tym bogatym, rozmigotanym tle. Jakby ktoś obsypał skórę niewiele znaczącymi, ale przebarwnymi pieprzykami. Zolan aż nie mógł uwierzyć w te kolory, w ten świat – a przecież deptał po nich na co dzień. Zarazem ten świat wydał mu się sztuczny i podejrzanie opustoszały. Rozglądał się dookoła jak ogłupiały, nie mogąc przestać się dziwić. Instalacja taryfowa zawieszona dwanaście metrów nad Gruntem – dotychczas najwyższa wysokość, na jakiej bywał Zolan – teraz sprawiała wrażenie dramatycznie dalekiej, prawie niewidzialnej i pogmatwanej, zaledwie lekko srebrnej nitki. Zamiast rożnych szczegółów przynależnych do Miasta, objawiały się oto akcenty rozległej przyrody – Oczka, niebieskie monumenty skalne i leśne pierścienie. Wszystkie te akcenty dzikich obszarów Xanny rysowały się jednakże równie ciepło i kolorowo, co Miasto – wszystko zdawało się niewiarygodnie zgodną całością. Nawet najdalsze skały i drzewa sprawiały takie wrażenie, jakby chciały zaprosić do środka. Jakby Xanna chciała człowiekowi coś powiedzieć, coś zaofiarować.

Było tak cicho, absolutnie cicho. Ta cisza wydawała się nieprawdziwa, sztuczna. Jakby specjalnie miało być tak cicho, tak pięknie – jakby ktoś wymyślił tak specjalnie po to, by Xanna pewnego dnia mogła się do człowieka odezwać. Co za dziwaczne, rozstrojone myśli. Myśli i skojarzenia oddarte od realiów, wyzute z logiki. A może należało się przyzwyczaić do nielogicznych myśli? Myśl o tym, że na niebie powinien być jeden księżyc. Myśl o domach z kantami. Myśl o tym, że dzika Xanna wygląda na zaplanowaną, na zapraszającą człowieka, na chcącą mu coś powiedzieć. Zero logiki. Może Zolan miał kolekcjonować te myśli – przyzwyczajać się do nich i przyjmować jak powszednie? A może dzisiejsza przejażdżka Ł-lotem była następną cząstką skrzętnego, choć nielogicznego planu? Może Zolan miał ujrzeć rzeczywistość jak gdyby w krzywym zwierciadle? Może potrzebował tego doświadczyć – dostrzec rys sztuczności w naturalnym i cudnym świecie? Bo niby dlaczego właśnie dzisiaj Bren zaproponował mu tę przejażdżkę? Właśnie dziś, kiedy Zolan zdecydował się opowiedzieć mu o bezsenności. Za dużo tutaj przypadków jak na zwykły przypadek. Właśnie, opowiedzieć o bezsenności. Zolan potrząsnął głową i spojrzał na przyjaciela.

Bren trzymał obie dłonie z przodu pojazdu, w owych wgłębieniach na pulpicie z komputerami. Patrzył to przed siebie, na tarczę Pierwszego Księżyca, to w dół, na rozmigotaną purpurę Gruntu. Oczy mu błyszczały i Zolan zrozumiał, że na co dzień niezbyt rezolutny Bren – w całości składał się z pilotowania. To była prawda. Urodził się – złożony z tego, dokładnie i całkowicie z tego: z latania. Uśmiechał się połowicznie, a jego oczy zdawały się całkowicie wessane w niebo, w okalające widoki. I Zolan zrozumiał, że Bren tu i teraz jest w domu. Właśnie teraz, właśnie tutaj – będąc w powietrzu. Bren miał taki wyraz twarzy, że zdawało się, że jego głowa jest zupełnie oczyszczona z myśli – jakby nie było w niej miejsca na nic więcej poza lotem, poza specyficznym poczuciem kompletnej niezależności. Nawet Zolan odczuwał po części tę niezależność i choć może była to tylko iluzja i udzielająca się magia chwili, to jednak właśnie w tej chwili zrozumiał przyjaciela lepiej, niż rozumiał dotąd. Dopiero teraz mógł sobie wyobrazić, jak szczerze i głęboko niezależny musiał czuć się Bren, kiedy sterował latającą maszyną. Zolan wszak tylko siedział na pasażerskim fotelu, podczas gdy coś wyjątkowego, co nie było dostępne dla każdego – Bren trzymał w swoim władaniu i on za to odpowiadał. To musiało być wspaniałe uczucie. Można powiedzieć, że Zolan nabrał do niego czegoś w rodzaju szacunku. Nie chodzi o to, że lekceważył go czy deprecjonował wcześniej, lecz traktował go jako młodszego i trochę nieporadnego brata. Bren nie radził sobie w dialogach z kobietami, prowadził samotnicze i małomówne życie i Zolan aż do dzisiaj wcale nie widywał go „w akcji”. Dlatego, że nigdy jeszcze nie frunął i dotychczas nie mógł zdawać sobie sprawy, jak bardzo Bren ożywa tu w powietrzu, jak ściśle staje się scalony z niepojętym, aż jakby wyreżyserowanym pięknem otoczenia. Zobaczył w całej sytuacji, w wyrazie twarzy Brena coś ważnego, cennego, niezaprzeczalnego. Jeszcze nie wiedział z czym to powiązać, ale obraz półuśmiechniętego, zadowolonego z siebie, pilotującego Brena wrył się Zolanowi gdzieś we świadomość i pewnie miał tam pozostać na bardzo długo. Ciekawe, na jak długo? Ciekawe, po co. Naraz poczuł, że pierwsze emocje z maszyny latającej – zaczęły z niego opadać. Jakby przyszedł do siebie. Zaczął zbierać myśli.

– Słuchaj, czy ty nie masz czasem wrażenia, że Xanna coś próbuje ci powiedzieć, dać do zrozumienia? – rzucił Brenowi na próbę. – Że na świecie specjalnie jest tak cicho, żeby można było usłyszeć, jakby to powiedzieć, głos świata?

– Ależ Xanna mówi do mnie bez przerwy – odpowiedział Bren nieoczekiwanie.

– Serio? – Zolan nie mógł w to uwierzyć.

– Jasne. Gada do mnie i gada non stop – roześmiał się Bren. – Jestem cała twoja, Brenie, mówi. Należę do ciebie, leć, leć, leć.

To powiedziawszy Bren wybuchł serdecznym śmiechem. Wyglądało, że po prostu jest szczęśliwy. W całości składał się z latania. Kiedy frunął, świat należał do niego. Zolan uśmiechnął się – chcąc, nie chcąc. Zadając niefortunne pytanie, najwidoczniej się przeliczył. Chyba poniosła go magia chwili – magia lotu. Chyba zmylił go szacunek, którym zaczął darzyć Brena, zobaczywszy, jak radzi sobie w powietrzu, jak jest panem sytuacji. A może po prostu nie wiedział, jak zacząć właściwą rozmowę i stąd niefortunne pytanie. W końcu bezsenność była głównym powodem tej wycieczki. Jakoś musiał się za nią zabrać, zacząć mówić. Jakkolwiek – byle już. Znów wpatrzył się w Grunt w dole. Jakby widział żywe, ukrwione dziąsło. Niesamowity widok.

– Miałeś rację – przyznał Zolan uczciwie. – Kto nie jest Oblatywaczem, ten życia nie zna.

Bren roześmiał się jak dzieciak.

– I co? Masz ochotę opowiedzieć o tym Nenie? Podzielić się z nią tym, co tu widziałeś? – zapytał z jawną pewnością w głosie.

Zabrzmiało to jak dziecinne przechwalanie. Ale nie rozdrażniło Zolana. Cieszył się, że zobaczył to, co zobaczył tu w górze. Że Bren miał swój dom – coś własnego na świecie, prywatne miejsce, którego nic nie mogło mu odebrać. To było dobre, móc być świadkiem czegoś takiego – zobaczyć spełnionego najlepszego przyjaciela.

– Powtórzę ci jeszcze raz: miałeś rację – uśmiechnął się Zolan. – Nie będę Nenie o niczym opowiadał. To trzeba przeżyć samemu.

– I tu cię mam – Bren sprawiał wrażenie niebotycznie rozradowanego. – Teraz wiesz, jak to jest mieć dla siebie te wszystkie widoki. Rozumiesz, że nie można się nimi podzielić tak po prostu. Nawet z nie wiadomo jaką kobietą.

– I tu mnie masz – przyznał Zolan.

– A skoro tak, to może chciałbyś spróbować?

– Spróbować? – zdziwił się Zolan. – Usiąść za sterem?

– Popilotować sobie przez chwilę – przytaknął Bren. – Może nabrałeś ochoty? Nie zazdrościsz mi trochę, co?

Zolan wiedział, że była to dziecinna prowokacja ze strony Brena. Nawet gdyby nabrał ochoty, nie mógł bez wcześniejszej nauki – wyobrazić sobie oktonionów. Nie było takiej możliwości. Zerknął na dłonie przyjaciela uprzednio zanurzone w zolu, a teraz mocno przytknięte do pojazdu. Potem zapatrzył się w tarczę białego księżyca.

– Pooopilotowaać – powtórzył przeciągle. – Nigdy nad tym nie myślałem. Teraz, kiedy jestem tutaj, rozumiem, o co ci chodzi. Ale to nie dla mnie. Nawet na chwilę.

Bren prychnął i pokręcił głową.

– Ty zawsze byłeś jakiś dziwny, stary – stwierdził bez namysłu. – Serio. Jakiś taki z boku, nie w środku. Nie wiem, jak to powiedzieć. Nie rozumiem, jak można nie chcieć latać.

Zolan nie odrywał oczu od księżyca. Dziwny. Jakby z boku. Może i tak. Na pewno.

– Sam lot może chwycić za serce. Udowodniłeś mi to dzisiaj – odezwał się poważnie. – Chodzi o to, co powiedziałeś wcześniej. Popilotować. O to mi chodzi.

– O jedno słowo? Popilotować?

Bren zmarszczył brwi. Zdaje się, że gubił wątek.

– Być pilotem, siedzieć za sterem, przewodzić – wyjaśnił Zolan. – O tym mówię. To nie dla mnie. Ja się nie widzę w roli pana sytuacji. Wolę budować. Stać na Gruncie i budować. Nie chcę odpowiadać za coś w takim sensie, żebym musiał kierować. Nie wiem, dlaczego. Nigdy nie uważałem się za słabeusza. Sam nie wiem. Sądzę, że jestem w miarę konkretny i rozgarnięty. Nie boję się nauki, nie biorę pod uwagę, że czemuś nie sprostam. Po prostu budowanie jest według mnie ważniejsze. Mogę stać z boku, nie muszę się pod niczym podpisać, a przy tym robię coś wymiernego, namacalnego. Tworzę coś, rozumiesz? Nie dowodzę czymś na zewnątrz, czymś poza mną, tylko kreuję coś. Kreowanie jest ważne.

– Stać z boku. Właśnie dlatego jesteś dziwny – podsumował Bren.

– Może i tak – Zolan wzruszył ramionami. – Zostawmy to na razie.

Bren spoważniał. Jakby sobie o czymś przypomniał.

– No dobra – odezwał się. – Jak już ostygłeś z pierwszych emocji tu w powietrzu, to mów teraz, co miałeś do mnie tam na dole. Wygarnij to z siebie i miejmy to z głowy – powiedział.

Zolan lubił go za tę prostolinijność i bezpośredniość. W porządku. Bezsensowna bezsenność. Właśnie tak. Musiał to z siebie wyrzucić.

– Od ponad pięciu miesięcy nie śpię. I postaraj się nie kpić i nie przerywać, kiedy będę ci to tłumaczył krok po kroku – podjął. – Dlatego, że tu nie chodzi o sam brak snu. Chodzi o to, co się pojawia zamiast niego.

– Nie śpisz prawie od pół roku? Czemu? – zdziwił się Bren.

Spoglądał teraz na Zolana wytrzeszczonymi, błyszczącymi, okrągłymi oczami. Całkiem jak dzieciak.

– Patrz, gdzie lecisz. Chcę wrócić na kolację w jednym kawałku – upomniał go Zolan.

Bren miał zamiar się odciąć, ale zrezygnował i tylko odwrócił głowę z powrotem na przestrzeń przed nimi. Zrozumiał, że tak będzie lepiej. Zacisnął zęby, żeby nie wciąć się niechcący między zdania i zaczął słuchać.

– Nie mogę zasnąć co drugą noc. Wcale by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie rzeczy, które wyłaniają się w mojej wyobraźni, kiedy nie śpię. Miewam myśli, których nikt inny nie miewał, jak świat światem. Poza tym czasami czuję złość, jakby ktoś wyrządził mi wielką krzywdę. Tak jakby ktoś mnie oszukał. Mam głupie wrażenie, że moje miejsce jest całkiem gdzie indziej. Że ktoś jest mi winny coś wytłumaczyć. Wyjawić przyczynę, dla jakiej mnie oszukał. Coś w tym rodzaju. To tylko głupie wrażenie. Pewnie nie możesz wiedzieć, o co mi chodzi. Ale to nie szkodzi. I tak jesteś mi potrzebny. Po prostu musisz tego wysłuchać, bo ja mam przez to kłopoty. Na przykład pośrednio odpowiadam za wypadek Neny. Pokłóciliśmy się tamtego dnia właśnie o moją bezsenność. Wyszła do pracy zdenerwowana i potem poparzyła się pyłem. I dlatego potrzebuję kogoś, żeby mi pomógł pozbierać myśli do kupy. Bo to są absurdalne myśli. Wpadają mi do łba od chwili, kiedy przestałem spać, jak należy. Tak jakby w miejscu pustym po śnie powstawały absurdalne myśli. Coś kosztem czegoś. Czuję nieuspokojenie. Wydaje mi się, że w pewnym sensie ja zawsze taki byłem. Ale dopiero kiedy przytrafiła mi się bezsenność, dotarło do mnie, że nie mogę być taki nadal. Nie mogę czuć tego niepokoju przez całe życie. Stąd potrzebowałem o tym komuś powiedzieć. Żeby wyłowić to na wierzch, a potem się tego pozbyć – wyjaśnił najdokładniej, jak umiał.

Bren długo milczał, wpatrzony w przestrzeń przed nimi. Zolan czekał cierpliwie, co powie, ale nie mógł się doczekać. Zmęczył się tym, co sam opowiedział i liczył już na jakąkolwiek reakcję ze strony przyjaciela. Ten jednak milczał i milczał. Jakby czas stanął w miejscu.

– Pokwapisz się o mały komentarz? Czy krajobraz pochłonął cię bez reszty?

Bren łypnął na niego spode łba.

– A wolno mi komentować? – odbił piłkę. – Czy miałem tylko uważać, żeby odstawić cię do domu w jednym kawałku?

Zolan wziął głęboki wdech. Wypuścił powietrze ze świstem. Zmarszczył brwi i zapatrzył się w dal niewidzącym wzrokiem. Rzeczywiście wyglądał na niespokojnego. Dopiero tym w pewien sposób poruszył przyjaciela. Bren zamyślił się na chwilę. Tak intensywnie, jak tylko potrafił.

– Mówiłeś, że masz się za konkretnego – powiedział. – Więc mów konkretnie, jakie to są myśli. Te w pustym miejscu po śnie.

Zolan raz jeszcze zaczerpnął powietrza, jakby przygotowywał się do nurkowania – po czym opowiedział o wrażeniu, że na niebie jest o dwa księżyce za dużo i że domy powinny mieć kanty.

– Poza tym czasami rozmyślam o kolorze skóry. Zdaje mi się, że skóra mogłaby być różowawa, zamiast zielona. I że wtedy wyglądałaby bardzo naturalnie, zwyczajnie – dodał na koniec. – I czasami myślę też o całej Xannie. Że na świecie dzieje się coś przekłamanego, a świat swoimi kolorami jakby usiłował temu zaprzeczyć. Jakby Xanna miała coś do powiedzenia na jakikolwiek temat. Myślę o tym, że albo czas się zatrzymał, albo na świecie naprawdę coś jest nie tak. Nie potrafię usystematyzować tych myśli. Ale daję ci słowo, że nie oszalałem. Pytałem zresztą Lekarzy i tak dalej. Nie mówiłem, że chodzi o mnie, ale chciałem się czegoś dowiedzieć. Później chciałem o tym zapomnieć i nie dowiadywać się niczego. Ale tak się dłużej nie da. Jakby coś na mnie czyhało, wisiało mi nad łbem. Dlatego potrzebuję kogoś, żeby mi pomógł włożyć rozstrojone myśli do jednego pudełka. Muszę je spiąć jakąś klamrą, rozumiesz?

Czy Bren mógł to rozumieć? Sam Zolan nieomal nic nie rozumiał. Rzeczywiście, nie umiał opisać niczego konkretnie. Pewnie i tak nic by to nie dało. No ale przynajmniej podjął próbę otworzenia się przed przyjacielem.

– Jedziemy do domu. Na dzisiaj wystarczy. Wszyscy i wszystko ma swoje miejsce na świecie. Swój dom. Własny świat – odezwał się Bren i energicznie skręcił w lewo, zawrócił.

Wypowiedź zdała się dwuznaczna, a więc zupełnie nieadekwatna do jego prostolinijności. Zolan milczał.

– I podobało ci się w moim świecie? – spytał Bren niby ni stąd, ni zowąd.

– Czy podobało mi się latanie?

– Tak.

– Owszem. Podobało – potwierdził Zolan szczerze.

– A mnie się nie podobało w twoim.

– Nie podobało ci się w moim świecie? – upewnił się Zolan. – Masz na myśli bezsenność? Nie miałeś ochoty o niej słuchać?

– Uhm – zgodził się Bren. – Twoja bezsenność jest do niczego. A zwłaszcza głupie myśli o domach z kantami – powiedział.

– Przykro mi, że musiałeś tego słuchać – odparł Zolan.

Nie miał zamiaru dodawać niczego więcej. I tak nie mógł niczego ułatwić – ani Brenowi, ani sobie.

– A mnie nie jest przykro – Bren zdawał się ciągnąć pewną dwuznaczność, jakoby domysł, który wcale do niego nie pasował. – Mówię tylko, że nie podobało mi się, co usłyszałem. A ty w dodatku powiedziałeś, że potrzebujesz, żeby ktoś ci pomógł to poukładać.

– Słuchaj, Bren, ty naprawdę nie musisz…

– Ty naprawdę jesteś dziwny – przerwał mu Bren. – Powiedziałeś mi dzisiaj dziwne i trudne rzeczy, a ja nie mam do tego głowy. Nic nie wiem o niczym więcej, niż to-o tutaj – to powiedziawszy oderwał na chwilę dłoń od steru i popukał nią w bok pojazdu. – Znam się tylko tym. Na lataniu. Moje myślenie jest proste. Jak mógłbym pozbierać twoje myśli do kupy? Te głupie myśli, takie jak o domach z kantami? – zastanowił się, po czym mówił dalej, najwyraźniej nie chcąc pozwolić sobie przerwać. – Ja nic nie wiem. Skąd mam wiedzieć, czy twoje myśli są tylko głupie, czy dziwne, czy jakie? Nie jestem ci do niczego potrzebny.

– Przepraszam, że zawróciłem ci głowę…

– Przymknij się na chwilę – uciął Bren. – Żerujesz na tym, że jesteś szybszy w myśleniu? Jesteś ważniejszy, bo budujesz, zamiast latać? Bo umiesz wypluć z siebie dużo słów za jednym zamachem?

Zolana trafiła ta uwaga. Nastrój zgęstniał, kiedy Bren najwyraźniej próbował mu powiedzieć o czymś istotnym. Prawdę mówiąc, Zolan nie przypominał sobie, kiedy ostatnio Bren wyrzucił z siebie tyle słów z rzędu. Zrozumiał, że Bren walczył ze sobą, że starał się z czymś przebić, że usiłował szczerze pomóc, znaleźć jakąś wskazówkę. Po prostu temat go przerastał. A Zolan był za bardzo skupiony na sobie, żeby to od razu zauważyć. Dlatego, chociaż miał ochotę żywo sparować ostatnią wypowiedź, ugryzł się w język. Domyślił się, że Brenowi zależy, żeby się wykazać. Musiał to uszanować i spokojnie poczekać, aż się wypowie, aż ubierze intencję w słowa. Zacisnął więc zęby i czekał. Ale Bren odezwał się dopiero, kiedy zatoczyli niski łuk nad Hangarem. Na niebo wstąpił już Drugi Księżyc.

– Ze wszystkiego, co mówiłeś, doszło do mnie właściwie jedno – odezwał się Bren. – Że trzeba ci kogoś, kto pozbiera ci myśli do kupy – powiedział, kiedy w ścianie Hangaru otworzyły się wrota.

Zolan wciąż czekał, w czasie gdy Bren wprowadzał maszynę do środka, a potem miękko posadził ją na tym samym pomoście, z jakiego wcześniej wyfrunęli. Następnie wyłączył komputery sterujące i wytarł ręce w podręczną chustę. Zol wyglądał na kleisty i pewnie był nieprzyjemny w dotyku.

– Ja tego nie umiem, ale znam kogoś, kto zna się na tym jak nikt inny na świecie – powiedział.

– Na czym? Na zbieraniu myśli do kupy? – strzelił Zolan.

Bren pokiwał głową i uśmiechnął się dumnie. Nie była to jednak duma wynikająca z chęci wywyższenia, lecz ze zdrowej satysfakcji. Innymi słowy – Bren był dumny, że na coś wpadł. Że potrafił coś wymyślić.

– Dokładnie na tym – uśmiechnął się. – Ona to robi zawodowo. Znaczy się, profesjonalnie. Zbiera myśli do kupy – wyjaśnił z zadowoleniem. – A w dodatku powinna ci się spodobać. Dlatego, że jest idealnie w twoim typie – dorzucił wesoło.

Zolan zmarszczył brwi.

– Nena jest w moim typie – warknął przez zęby.

– Ej, nie w tym sensie – Bren obruszył się, aż podniósł ręce do góry. – Chodzi o to, że jak ty jesteś dziwny, tak ona jest totalnie pomylona. Dlatego mówię, że powinna ci się spodobać. Że pewnie się dogadacie.

Zolan nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Na Brena nie można było za długo się wściekać. Niedawna ścięta atmosfera – przepadła, jakby nigdy jej nie było.

– Bren, nigdy nie chciałem traktować cię z góry – odezwał się Zolan. – Wręcz zaimponowałeś mi dzisiaj tam, na górze. Tym, jak pilotujesz. Wcale nie mam się za lepszego, bo buduję, zamiast latać. Nie w tym rzecz.

– Okej – odparł Bren. – Chociaż może być i tak, że na serio jesteś lepszy. Wiem o tym, że jesteś i dlatego na siłę wyczołguję się ze straconej pozycji. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego czasem się ciskam.

– Nie jestem lepszy – podkreślił Zolan.

– A jednak miałeś rację. Tworzysz – uśmiechnął się Bren. – A ja mam tylko to: powietrze. Nic wielkiego.

– Powietrze – powtórzył Zolan. – Duża rzecz. Wszyscy je mamy. Ale nie wszyscy w tak wysokim stopniu, jak ty – dodał i klepnął Brena w plecy.

Rozdział III

Kiedy Zolan wrócił do domu, Nena była już w łóżku i lekko drzemała. W nogach materaca leżał skulony Uro. Zolan przeniósł go do terrarium, a potem przez ułamek chwili przyglądał się Nenie. Była na boku, z delikatnie zgiętymi kolanami. Ściany biły charakterystycznym fluorescencyjnym, lekko stłumionym wewnątrz domu blaskiem. Ciemne, długie włosy z fioletowymi refleksami przypominały pędy jakiejś rośliny. Było bardzo ciepło i cicho. Niechcący zawisł w tej ciszy, jakby we śnie – jakby za moment miał utracić wszystko, co zna, co bliskie i ważne. A może wcale nie wiedział, co jest ważne. Uśmiechnął się do swoich myśli, chcąc je rozproszyć. Zdjął ubranie i bezgłośnie ułożył się na skraju łóżka. Nena lekko się poruszyła.

– Wcale nie śpię – mruknęła sennie.

Przylgnął do jej pleców i otoczył ją swoim ciałem. Był w domu.

– Nie zgadniesz, co dzisiaj robiłem – wyszeptał jej do ucha.

– Mrrr – zamruczała tylko.

Przez chwilę milczał i próbował odebrać sobą bicie jej serca. Ale poza ciepłem drugiego ciała, niczego nie wyczuł. Za to wydało mu się, że jego własne serce przyspieszyło. Pewnie było trochę niespokojne. Być może mógł się do tego przyzwyczaić.

– Bren przewiózł mnie Ł-lotem – szepnął. – Leciałem.

– Coś pięknego, prawda? – odszepnęła. – Niesamowite wrażenia, tak?

Odsunął od niej brodę. Zdziwił się i zerknął nieco z góry na półsenne ciało.

– Ty już leciałaś? – zdumiał się. – Byłaś w powietrzu?

– Kilka razy. Z jednej Ochronki do drugiej. Nie raz, nie dwa.

– Nic nie mówiłaś – zdumiał się.

– A czy Bren opowiada ci o tym, co widuje tam, na górze?

– Nie.

– No widzisz – odparła. – Bo nie da się opowiedzieć.

Zolan uśmiechnął się do własnych myśli.

– To trzeba przeżyć samemu – szepnął.

– Trzeba przeżyć samemu.

Przytknął usta do jej karku i zaczął usypiać. Trzeba przeżyć samemu. Dokądś się udać, nad czymś zapłakać. Przemknęło mu przez głowę coś takiego. Nad czymś zapłakać. Jakby czegoś mogło mu brakować. A może czegoś miał za dużo? Nie wiedział. Legł w sen.

*

Nazajutrz po południu wybrał się do Laboratorium. Nie miał pojęcia, co z tego wyniknie, ale ponieważ słowo się rzekło – nie miał wyboru i musiał tu przyjść.

– Jeżeli ty jesteś dziwny, to ona jest totalnie pomylona – wyjaśnił wczoraj Bren. – Nazywa się Gaja i jest naukowcem.

– Gaja? – Zolan aż rozdziawił oczy ze zdumienia. – A co to za imię?

– Pojęcia nie mam – Bren wzruszył ramionami. Wysiedli z Ł-lotu i zjechali windą na parter Hangaru. – Ale mniejsza o to. Rzecz w tym, że ona codziennie zbiera myśli do kupy. Nie potrafię tego lepiej powiedzieć. Składa razem różne rzeczy, a potem ma na nie niewiarygodne teorie. Pewnie będzie wniebowzięta, kiedy opowiesz jej o bezsenności. Zachwyci się po prostu. Zrobi z ciebie materiał doświadczalny i prześwietli na wszystkie strony.

Zolan nie bardzo widział w tym sens. Lekarze nic nie wiedzieli o bezsenności, stąd szczerze wątpił, żeby pierwsza lepsza pani naukowiec uleczyła go swoją pokręconą teorią.

– Pomylona, mówisz? – skrzywił się. – Ufam, że w twoim języku to komplement – zakpił.

– Pomylona. Pokręcona. Obłąkana. Chora. Po prostu cudowna – Bren rozciągnął usta w pełnym uśmiechu. Wyglądał jak dziecko, które po raz pierwszy w życiu pożywiło się energią ze słońca. Słowem, miał szczęście wymalowane na twarzy. – Żebyś wiedział, że komplement – dodał z przekonaniem.

Zolan spojrzał na niego podejrzliwie. Wyszli z Hangaru i zawołali Taryfę.

– Hej, czy ta jakaś tam Gaja aby nie wpadła ci w oko? – rzucił.

Trafił w sedno, bo Bren zazielenił się na całej twarzy. Wypieki oblały go od góry czoła, przez uszy, aż po podbródek.

– No proszę. Oczom nie wierzę – roześmiał się Zolan. – Jakkolwiek to zabrzmi, ale ty chcesz się mną posłużyć jako wabikiem na dziewczynę. Wysyłasz mnie do niej z bezsennością, żeby mogła być ci wdzięczna, że załatwiłeś jej oryginalny problem do rozwiązania – powiedział, patrząc przyjacielowi w oczy.

Ale nie był o to zły. Raczej bawiło go i cieszyło, że przypadkiem odkrył, że Bren po raz pierwszy w życiu poczuł coś silnego do jednej wybranej kobiety.

– Milcz, mądralo – palnął Bren pod nosem.

Przyjechała Taryfa i Zolan postanowił przejechać się z Brenem do jego domu, żeby dokończyć rozmowę. Wsiedli.

– Bierzesz ją na intelekt. To znaczy, że musi ci zależeć. Coś podobnego. A więc dla każdego wybija moment próby. To tak, jakby jakaś dziewczyna, chcąc poderwać ciebie, podsunęła ci lekko uszkodzonego Ł-lota do podrasowania – Zolan rozpracował Brena po drodze. – Czyli kierujesz mnie do Gai, żeby przemówić jej językiem. Jakbyś dawał jej prezent. Mnie. To znaczy moją bezsenność. Cóż za poświęcenie – zaśmiał się.

– Nie wyobrażaj sobie, że pozjadałeś wszystkie rozumy – wycedził Bren.

Nie był jednak urażony, tylko zawstydzony. Zolan zorientował się, że nie wolno mu przeholować. Intymne uczucia były zbyt drażliwą warstwą człowieka. Nie chciał w nią specjalnie godzić.

– W porządku, chłopie – odezwał się poważnie i klepnął go w bark. – Powiedz tylko, jak ją poznałeś. I kiedy? Pewnie w czasie tego pół roku, kiedy się nie widzieliśmy. Przez bezsensowną bezsenność wypadłem z obiegu. Przegapiłem takie wydarzenie – uśmiechnął się już wyłącznie z przyjaźnią, bez żadnej kpiny.

Kolory na twarzy Brena przygasły. Pewnie skoro prawda sama wyszła na jaw, postanowił się trochę odprężyć.

– Spotkałem ją, kiedy miałem siedemnaście lat. Ona miała wtedy piętnaście – wyznał nieoczekiwanie.

Zolan zdziwił się nie na żarty. Szybko policzył coś w pamięci.

– Czyli jakieś piętnaście lat temu – powiedział, zaskoczony.

– Dokładnie czternaście. Mieliśmy jednego nauczyciela od pilotażu. I tak się poznaliśmy. Gaja chciała najpierw zostać Oblatywaczem, jak ja. Ale wycofała się z kursu. Stwierdziła, że to nie dla niej. I poszła w zupełnie inną stronę. W każdym razie trafiła mnie od razu, skoro już musisz wiedzieć. Przyjaźnimy się. Kolegujemy. Rozśmieszam ją i poprawiam jej samopoczucie. Nic więcej. Od czternastu lat. Dlatego nie rób z tego wielkiej sprawy – wyjaśnił Bren i westchnął.

To było ciężkie westchnienie. Ale zarazem pobrzmiała w nim jak gdyby pogoda ducha. Zolan zrozumiał, że najlepszy przyjaciel, ten sam, z którym się wychował, którego traktował jak młodszego nieporadnego brata – potrafił utrzymać w tajemnicy coś tak dużego. Z punktu zrozumiał, że Bren nie do końca stronił od kobiet, nie dając sobie rady z umiejętnym wchodzeniem w ich kanał komunikacyjny. Po prostu od czternastu lat był zakochany w jednej kobiecie. Najpierw piętnastoletniej dziewczynce, a dziś pani naukowiec, dwudziestodziewięcioletniej kobiecie. Przyjaźnił się z nią, rozśmieszał ją i poprawiał samopoczucie. Co oznaczało, że Gaja albo nie wie o uczuciu Brena, albo go nie odwzajemnia. Co w sumie na jedno wychodzi. I w jakiś sposób Bren umiał się z tym pogodzić. Wolał przyjaźnić się z Gają, pewnie chowając emocje głęboko, byle by tylko móc ją widywać. Naraz Zolan pożałował swych wcześniejszych żartów. Wręcz poczuł do siebie niesmak podbity złością. Nie spodziewał się dowiedzieć historii tak grubego kalibru. Myślał, że niewinnie żartuje z bieżącej sytuacji, że Bren nareszcie spotkał kogoś, z kim będzie mógł ułożyć sobie życie. Nie domyślił się, że siedzą w tym mocniejsze korzenie. Teraz dotarło do niego, że Gaja jest dla Brena nieosiągalnym ideałem. Nagle pomyślał, że dzisiejszy wieczór – w całości należał do Brena. Na co dzień nieskomplikowany, małomówny, nierozgarnięty – w powietrzu ożywał, ukazując rzeczywistą pasję, witalność. I od prawie piętnastu lat – zwyczajnie kochał jedną kobietę. Wiernie, idealistycznie, z pewnością platonicznie. Zolan doznał mieszanych odczuć. Zdało mu się to tyleż samo godne szacunku, co litości. Nie, raczej nie litości. Na pewno musiał zaakceptować, że w ciągu jednego wieczora dowiedział się o Brenie więcej niż przez całe życie, mimo że praktycznie razem się wychowali. Niby po niczym nie było widać różnicy. Niby nie dało się stwierdzić, że czasu rzeczywiście ubywa. Ale naprawdę – świat zmieniał się nie do poznania. Gdzieś w głębi, jak gdyby pod skórą. Coś łączyło się z czymś głębokim, odległym i Zolan wiedział o tym intuicyjnie. Miał wrażenie, że coś zaczyna rozumieć. Jeszcze nie racjonalnie, jeszcze nie wymiernie. Jednak nieuchronnie zbliżał się do czegoś. Na pewno tak. Jakby wskutek bezsenności zaczynał otwierać oczy. Jakby dotychczas żył we śnie, jakby dopiero za chwilę miał się na dobre obudzić. Kiedy o tym pomyślał, Taryfa zaparkowała przed domem Brena. Usiedli w ogrodzie, zerwali sobie po Kielichu i siedząc tak we dwóch, obserwowali zmieniające się kolory nieba. Było już dosyć późno, bo Drugi Księżyc – śmieszny, niby podobny do nerki, niby do okruchu skalnego – osiągnął nieomal zenit. Milczeli przez dłuższą chwilę.

– Ona o niczym nie wie, prawda? – odezwał się Zolan.

Pytajnik na końcu był tylko proformą. Wiedział, że ma rację. Bren wpatrywał się w niebo.

– Dlatego mi nie zależy, żeby twoją bezsennością zwrócić jej uwagę – odparł, nie odrywając wzroku od nieba. – Nie robię z ciebie żadnego wabika. Na nic nie liczę. Za wysokie progi. Wiem o tym od dawna.

Zolan zastanowił się nad czymś.

– Mówisz o Gai? – podjął poważnie. – Że Gaja jest dla ciebie niedostępna? Chyba jesteś zbyt surowy dla siebie. Może warto dawać sobie pewne szanse.

Bren zwrócił się do przyjaciela. Spojrzał na niego z impetem.

– Taki jesteś bystry, a przegapiasz banalne drobiazgi – powiedział otwarcie. Nie było w tym żadnej urazy. – Dobrze wiem, że nie mam najmniejszych szans. I wiem, że to nie moja wina. Ani Gai. Po prostu nie jestem dla niej dość mądry, rozumiesz? To widać z daleka. Taki drobiazg. Całkiem banalny.

Zolan upił wody z Kielicha. Bren z powrotem popatrywał na jeden czy drugi księżyc. Zolan zrozumiał, że musi odpuścić delikatny wątek.

– Pogadajmy o Gai w kontekście tego, jak ona może mi pomóc – zaproponował. – Powiedziałeś, że chciała zostać Oblatywaczem, ale zrezygnowała.

– Powiedziała, że się pomyliła. Od dziecka miała nabity łeb. Ciągnęło ją do wiedzy. Jak skończyła piętnaście lat, wydało jej się, że chce nauczyć się latać. Mówiła, że ma jakieś plany na bardzo dalekie podróże. Nie pamiętam dokładnie, na jakie. To było dawno. Ale miała na myśli coś ambitnego i to się wiązało z maszynami latającymi. Dlatego poszła na kurs pilotażu. Od razu łyknęła oktoniony i wszystko, jakby urodziła się z komputerem w głowie. Pewnie nie ma mózgu, tylko czysty zol. Zol w czaszce. Łyknęła całą teorię i nagle zrezygnowała. Ani razu nie usiadła za sterem. Powiedziała, że odechciało jej się latać. Ale tak naprawdę wyglądało, jakby uznała, że teoria jej wystarczy. Jakby już dowiedziała się, czego potrzebowała. Dlatego mogła sobie pójść –  wyjaśnił Bren. – Na szczęście zdążyłem się z nią zakolegować. Ona mnie naprawdę lubi. Nie może żyć beze mnie, chociaż nie jest tak, że nie widzi poza mną świata. Właściwie jest całkiem odwrotnie. Ona nie widzi niczego poza światem. Składa do siebie różne części świata, łączy w całość, w kółko nad czymś dłubie. Mówi, że musi dokładnie zrozumieć różne rzeczy. I pewnie dlatego mnie lubi. Bo wie, że nie jestem dość mądry, żeby przeszkadzać jej w pracy. Uważa, że poprawiam samopoczucie. Mówi, że gdyby nie ja, mogłaby jej wybuchnąć głowa. Wentyluję jej ten nabity łeb, czy coś w tym rodzaju – dodał i uśmiechnął się z autoironią.

Ale Zolan nie odniósł się do tego. Prawdę mówiąc, zatrzymał się myślą na paru wcześniejszych zdaniach Brena. Na tych o bardzo dalekich podróżach. O tym, że Gaja potrzebowała specjalistycznej wiedzy o maszynach latających. Ciekawe po co? Miała wówczas zaledwie piętnaście lat. Z jakiegoś powodu dotknęło go to zdanie. Sam nie wiedział, dlaczego. Chyba nabierał ochoty, żeby spotkać się z tą Gają.

– I za co się wzięła, jak już zrezygnowała z latania? – zapytał.

Bren się roześmiał.

– Za wszystko, stary, za wszystko – powiedział wesoło.

Zolan potrząsnął głową.

– Mówiłeś, że ona jest naukowcem – przypomniał. – Jaką dziedziną się zajmuje?

Bren znowu się zaśmiał. Aż oczy mu się zaskrzyły.

– Każdą. Biologia, matematyka, fizyka, chemia, robotyka – wyliczył jednym tchem. – Nie wiem, czy czegoś nie pominąłem. Do dwudziestych urodzin miała cztery fakultety. Potem się zgubiłem. Łupie mnie w skroniach, jak pomyślę o tych czterech. To mi naprawdę wystarczy.

Zolan wydmuchnął powietrze z głośnym „puf”. Co za dziewczyna.

– Musi być faktycznie pomylona – rzekł z podziwem.

– Totalnie – ucieszył się Bren. – Jest absolutnie, totalnie, od podstaw pomylona – dorzucił z błyszczącymi oczyma.

– No to siup – zbilansował Zolan. – Zafundujemy jej piąty czy dwudziesty piąty fakultet. Z bezsenności.

Podniósł się i podał przyjacielowi rękę.

– Odprowadzę cię do Taryfy – powiedział Bren. – Z samego rana zadzwonię do Gai i was umówię. Potem dam ci znać.

Zolan kiwnął głową. Wyszli z ogrodu na tyłach domu i zatrzymali się przed frontowymi drzwiami. Bren dotknął sterownika instalacji taryfowej. Trawa przed domem biła miękkim ultrafioletowym światłem. To był pełny dzień. Pełny, dający do myślenia dzień. W milczeniu czekali na Taryfę, kiedy Zolan postanowił raz jeszcze nawiązać do delikatnej kwestii.

– Ostatnie osobiste pytanie. Jeżeli nie będziesz mógł odpowiedzieć, po prostu tego nie rób – zaznaczył. – Powiedz, dlaczego ty ją kochasz? – zapytał.

Po prostu musiał o to zapytać. Liczył się, że może nie usłyszeć odpowiedzi, ale nie mógł nie zapytać. Z jakiegoś powodu potrzebował to wiedzieć. Ku jego zaskoczeniu Bren ani chwili nie zastanowił się nad odpowiedzią. Najzwyczajniej w świecie – zaczął mówić:

– Nie umiem jej nie kochać. Nie mogę wyobrazić sobie świata bez niej. Myślę, że gdyby jej nie było, gdyby coś jej się stało, pewnie nie mógłbym nawet dalej latać. Bez niej nic nie ma sensu. Jestem szczęśliwy tylko dlatego, że ona jest na świecie.

To było tak naturalne, spontaniczne i bez ogródek, że Zolan jeszcze raz podał mu rękę. I uścisnął ją mocno. Z szacunkiem.

– Mądry z ciebie gość – powiedział. – Sprawność szarych komórek i mądrość, to dwie różne rzeczy. Pamiętaj o tym.

– Będę się starał – odparł Bren, kiedy zjawiła się Taryfa.

Kiedy Zolan wrócił do domu, Nena była już w łóżku i lekko drzemała. W nogach materaca leżał skulony Uro. Zolan przeniósł go do terrarium, a potem przez ułamek chwili przyglądał się Nenie. Bren nie potrafił wyobrazić sobie świata bez Gai. A Zolan właściwie codziennie wyobrażał sobie świat z jednym księżycem, z kwadratowymi domami i ze skórą, która nie jest zielona. Mówiąc wprost, Zolan codziennie wyobrażał sobie świat – bez Neny. Jak to możliwe, skoro ją kochał? Nie wiedział. Wiedział tylko tyle, że był to całkiem inny świat, obce miejsce, które przyciągało go niczym magnes, któremu nie mógł się oprzeć. Był to świat, w którym nie było dla Neny miejsca – w którym nie było miejsca na nic, co Zolanowi znane i bliskie.

Nena była na boku, z delikatnie zgiętymi kolanami. Ściany biły charakterystycznym fluorescencyjnym blaskiem. Ciemne, długie włosy z fioletowymi refleksami przypominały pędy jakiejś rośliny. Było bardzo ciepło i cicho. Niechcący zawisł w tej ciszy, jakby we śnie – jakby za moment miał utracić wszystko, co zna, co bliskie i ważne. A może wcale nie wiedział, co jest ważne. Uśmiechnął się do swoich myśli, chcąc je rozproszyć. Zdjął ubranie i bezgłośnie ułożył się na skraju łóżka…

Tak oto nazajutrz po południu – znalazł się przed drzwiami Laboratorium.

*

Bren umówił ich przed głównym wejściem. Dlatego, że Zolan nie mógł samodzielnie wejść do środka. Laboratorium łączyło się ze Szpitalem i działem produkcyjnym lekarstw. Należało trzymać się pewnych procedur. A skoro Zolan tu nie pracował, musiał zostać wprowadzony przez kogoś z wewnątrz. Tak więc stanął w pustym przeszklonym korytarzu i spokojnie wpatrywał się w drzwi – w wewnętrzne główne wejście do Laboratorium. „Co to za imię, Gaja?” – zdążył pomyśleć, kiedy do korytarza – weszła ona.

Była to bardzo szczupła, wręcz wiotka postać, obleczona od stóp do głów w jaskrawożółty kombinezon, tak obcisły, jakby to była druga skóra. Włosy miała w całości schowane w równie ciasnym czepku o tym samym kolorze, a poniżej brody dyndała maska, zawiązana na szyi – podobna do tej, w jaką wyposażone były kombinezony ochronne (przeciwpyłowe). Jej uroda przedstawiała się bardzo przeciętnie, chociaż było w niej coś interesującego. Miała owalną, bardzo łagodną w konturze twarz o drobnych ustach, pozbawionych jakiejkolwiek miny, i o jasnozielonej cerze. Jak gdyby zazieleniła się ledwie ze dwa dni temu. Kości jarzmowe się nie odznaczały, pozostawały całkiem płaskie, co czyniło oblicze niecharakterystycznym, trudno zapamiętywalnym. Oczy były wielkie, głęboko osadzone, okolone szerokimi brwiami, przenikliwe i koncentryczne w wyrazie – w kolorze ciemnobrązowe i szkliste, jak u wszystkich Xannijczyków. Ponieważ włosy były ukryte pod czepkiem, Zolan chcąc, nie chcąc, przyjrzał się jej uszom. To były dosyć duże, równe, odrobinę odstające, całkiem ładne uszy. Od razu jakoś polubił ją za te uszy. Pomyślał, że to wielka szkoda, że nie odwzajemniała uczucia Brena. Powinna je odwzajemniać – i to miało związek z jej ładnymi uszami. Byłaby z niej i Brena ładna para. Facet z sercem do latania – i dziewczyna z komputerowym zolem zamiast mózgu. Było w tym coś kuszącego. No ale niczego nie można na to poradzić. Podeszła do Zolana prężnym, sztywnym krokiem. Patrzyła prosto w oczy i nie okazywała najmniejszej mimiki.

– Gaja – powiedziała krótko.

Nawet nie zdążył się zorientować, jaką ma barwę głosu. Chciał się uśmiechnąć, ale natychmiast tego zaniechał. Dlatego, że było w niej coś, co wzmagało uwagę, co sugerowało opanowanie. I tak ją polubił. Za te ładne, duże uszy.

– Zolan – odpowiedział i wyciągnął do niej rękę. – Mam nadzieję, że jestem o czasie. Trochę zagadałem się z żoną i wyszedłem z domu później, niż planowałem – dodał ze skruchą.

Nie skomentowała tego. Ale kiedy wyciągnął do niej rękę, dopiero wtedy zauważył, że dłonie też miała ubrane w owo ciasne, jaskrawożółte coś. Jej ręce wisiały spokojnie wzdłuż tułowia – pewnie nie mogła podać mu ręki przez to coś jak za ciasna rękawiczka.

– Uniform antyseptyczny. Wymóg – wyjaśniła, bezbłędnie odczytując jego myśli. – Ty również będziesz musiał przez to przejść. Nie ma rady.

– Nie chciałbym sprawiać kłopotu. Równie dobrze możemy umówić się poza twoją pracą.

– Szkoda czasu – odparła zwięźle. – Bren powiedział, że masz problem ze snem. Resztę opowiesz mi w środku. Dlatego najpierw zanurzymy cię w żółtym stroju – stwierdziła.

Skinęła na Zolana głową i odwróciła się do drzwi. Poszedł za nią – bo skoro słowo się rzekło, nie miał wyboru. Co prawda zrozumiał niewiele z tego, co powiedziała, ale musiał za nią iść, nie było innej rady. Oczywiście słyszał wcześniej o antyseptycznych wymogach Laboratorium, ale nigdy tutaj nie bywał i nie znał szczegółów zakładania na siebie tego dziwacznego stroju. Już za moment miał się tego dowiedzieć.

Kiedy przeszli przez owe drzwi, znaleźli się w małym przedsionku – z następnymi drzwiami. W przedsionku stała misa wypełniona żółtym proszkiem. Misa była ciężka z wyglądu i sięgała Zolanowi do kolan.

– To jest kadź z uniformem antyseptycznym – rzekła Gaja. – Musisz wejść do środka i obsypać nim całe ciało, nie zapominając o włosach. To produkt czysto roślinny o silnych walorach antyseptycznych. W kontakcie ze skórą, błyskawicznie zastyga, modyfikując swoje właściwości fizyczne. Mówiąc potocznie, proszek znajdujący się w kadzi po zetknięciu ze skórą człowieka staje się niekrępującym ruchów, śliskim ubraniem. Niestety, jak widzisz, trochę dającym po oczach, jak gdyby odblaskowym. Powiedzmy, że to mały defekt wspaniałej rośliny – wytłumaczyła. –  No, bęc, wskakuj do kadzi. Aha, przedtem musisz zdjąć ubranie, w przeciwnym razie będzie ci niewygodnie. Za kadzią jest schowek na osobistą garderobę – dodała, nie zmieniając nic niemówiącego wyrazu twarzy.

Była jednakże tak rzeczowa i zorganizowana, że Zolan nie miał żadnych pytań. A nawet gdyby miał, pewnie i tak nie zdążyłby ich zadać. Dlatego, że Gaja go wyprzedzała. Wyglądała może na przyczajoną, ale bez wątpienia nie mógł odmówić jej dynamiczności. Zdawała się być kilka kroków przed Zolanem – i przed całym światem. Takie odniósł pierwsze wrażenie. Głos miała ciepły, chociaż wypowiadała się właściwie bez intonacji. Co za dziewczyna. Bez słowa skierował się do kadzi i zaczął zdejmować ubranie.

– Odwrócę się – odezwała się Gaja, zanim zdążył o tym pomyśleć.

Kiedy wyszedł z kadzi, z nieufnością zerknął na swoje ciało. Gaja znów odczytała mu myśli.

– Zmywa się bez oporu. Wystarczy, że wejdziesz do zbiornika z wodą albo postoisz w deszczu. Od razu się spłucze. Możesz udać się nad Oczko i popływać. Woda pozostanie czysta. Dlatego, że to proszek roślinny. Rozpuści się, nie zostawiając po sobie śladu. Oczywiście kiedy już skończymy tam w środku, będziesz mógł skorzystać z prysznica. Kabiny prysznicowe są tutaj, w pokoju obok. Później ci pokażę. W każdym razie zmycie z siebie proszku jest bardzo łatwe – powiedziała. – Nawet nie pachnie. Czujesz przecież – dodała.

Zbliżył przedramię do nosa.

– Faktycznie – odparł. – Bezwonne.

– Z boku kadzi jest kieszonka z maskami – ciągnęła. – Weź sobie jedną.

Schylił się i posłusznie sięgnął po maskę.

– A ty nie musisz maczać się tu drugi raz? – zaciekawił się. – Wyszłaś przecież po mnie na zewnątrz, do tamtego korytarza. Chyba powinnaś z powrotem się odkazić.

– Nie ma takiej potrzeby. To doskonały środek. Wystarczy go nałożyć tylko przed pierwszym wejściem. Potem można chodzić w tę i we w tę bez żadnego ryzyka. Nic się do tego nie przyczepi. Nawet pół bakterii – wyjaśniła.

Oboje ubrani w jaskrawożółte uniformy, z maskami zasłaniającymi nos i usta, przeszli kolejnymi drzwiami. Znaleźli się w rozległym, przeszklonym pomieszczeniu z licznymi blatami i masą najrozmaitszych przedmiotów na nich. Na najbliższym stole znajdowały się kuliste przezroczyste pojemniki z jakimiś żywymi, rosnącymi roślinami. Nad sąsiadującymi pojemnikami pochylało się trzech ludzi, oczywiście w żółtych strojach i w maskach. Każdy był skoncentrowany na swoim pojemniku. Przez ścianki przyglądali się roślinie przez specjalny okular. Raz po raz wypuszczali z okularu do środka wiązkę światła, która trafiała w roślinę, następnie notowali coś w podręcznych komputerach. Było to zaraz przy wejściu, dlatego Zolan odruchowo machnął do nich ręką, żeby się przywitać, ale nikt mu nie odpowiedział. Gaja jednak zauważyła jego gest.

– Nie widzą cię, bo są zajęci. Chociaż to nudne, co robią – wytłumaczyła bez intonacji. – Usiądziemy na chwilę przy tamtej ścianie, tam jest siedzisko – powiedziała, uniósłszy brodę w kierunku ściany naprzeciw.

– Dlaczego nudne? – spytał Zolan po drodze.

– W tych kapsułach znajdują się zminiaturyzowane szczepy roślin korowych. Bada się na nich reakcje Kory na wszelkie bodźce z zewnątrz. To nudne, bo nic nie wnosi. O Korze wiedziałam wszystko, zanim zdążyłam się zazielenić – powiedziała. – Dużo ciekawsze są donice z Gruntem – rzuciła.

Usiedli na wąskiej ławeczce bez oparcia. Gaja zwróciła się sylwetką w stronę Zolana, położyła równiutko dłonie na kolanach. Patrzyła mu prosto w oczy. Przez maskę ukrywającą trzy czwarte twarzy – jej wielkie oczy zdawały się jeszcze większe i bardziej przenikliwe.

– Dlaczego donice z Gruntem są ciekawe? – spytał Zolan.

– To nie jest temat, który można poruszyć z byle kim – odparła. – Tamci trzej przy wejściu to nowicjusze. Dlatego bawią się Korą. Ostatnie projekty badawcze nad Gruntem prowadziłam ja. To były zaawansowane projekty. Nie zrozumiałbyś – dodała.

Ale nie zirytowała tym Zolana. Nie wyglądało, żeby wymądrzała się celowo, czy żeby chciała go obrazić – intencjonalnie. Swoją drogą Zolan nie wyobrażał sobie na razie, jakim cudem Bren mógł się z nią zaprzyjaźnić. Nie chodziło o to, że była dla Brena niedostępna. Raczej – dla nikogo nie była dostępna.

– Zaawansowane projekty – powtórzył machinalnie. – Ukrwione dziąsło. – palnął na głos, przypomniawszy sobie specyficzny widok Gruntu z wysokości około sześciu tysięcy metrów.

Powiedział to ot tak, bez żadnego rozmysłu. Ale niechcący sprowokował tym Gaję – spostrzegł to. W całości opanowana, zachowawcza, nagle uniosła brwi i lekko przekrzywiła na bok głowę. Może był to prywatny kod ciała. Pewnie robiła tak, obserwując coś analitycznie. Zolan mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się pod maską – szeroko i radośnie. Był pewien, że wyczuł jej uśmiech.

– Zolan – odezwała się, jakby dopiero w tej chwili jej się przedstawił. – Może kiedyś opowiem ci o Gruncie. I może nawet zrozumiesz – odezwała się tajemniczo. – Ale nie teraz. Teraz ty musisz opowiedzieć mi o bezsenności.

Wzruszył ramionami i przekazał jej dokładnie to samo, co Brenowi. Tak precyzyjnie, jak umiał, niczego nie pomijając. Gaja pokiwała głową, jakby sobie o czymś przypomniała.

– Nie miałam zamiaru opowiadać ci o Gruncie, ale za to wypłynęło coś innego, o czym muszę ci opowiedzieć. A ty musisz tego dobrze wysłuchać – zaczęła.

Zaskoczyła tym Zolana.

– Myślałem, że zrobisz ze mnie materiał doświadczalny. Przecież chyba nie po to chciałaś spotkać się w Laboratorium, żebyśmy na zmianę się sobie zwierzali – rzekł z małym rozczarowaniem.

– Oczywiście, że będziesz materiałem doświadczalnym, można tak to ująć – odparła bez żadnych emocji w głosie. – Ale w tym celu musisz uważnie czegoś wysłuchać. Musisz zrozumieć, w jakim kierunku oboje zmierzamy. A to nie jest trywialnie proste. Ani dla ciebie, ani dla mnie. Ja będę musiała się nagłówkować. A ty nie jesteś przypadkiem klinicznym, co dodatkowo komplikuje sprawę. Mówiąc łopatologicznie, nie nadajesz się do leczenia. Zupełnie nie w tym rzecz.

– Więc w czym? – Zolan poczuł się nieswojo.

– Ja jestem ambitna. Dociekliwa i ambitna. Chcę tworzyć bardzo unikalne i użyteczne rzeczy. Chcę, aby efekty mojej pracy przekładały się na dobro dla całej ludzkości. Dlatego prowadzę zaawansowane badania. A to wymaga czasu. Nie traciłabym czasu na rozmawianie z tobą, ani z nikim, gdybym nie miała w tym pewnej korzyści. Nie chodzi o to, że jestem egoistką, tylko o to, że poszukuję wartościowych, cennych i rzecz jasna niesztampowych informacji o świecie. Łączę ze sobą różne dane, a potem konkluduję. Tak więc będziesz materiałem doświadczalnym. Po to, żebym mogła rozwinąć się dla dalszej nauki. A w rezultacie dla ludzkości. W tym sensie ty i ja jesteśmy ze sobą powiązani. Ja pomogę tobie, a ty mnie. Dlatego zostaniesz moim obiektem do obserwacji. Lecz musimy do tego dojść stopniowo. Zrozum, że ja nie szastam czasem na prawo i lewo. Więc jeśli mówię, że nie możemy niczego przyspieszyć, to znaczy, że nie możemy. A jeśli mówię, że musimy do czegoś dojść, to znaczy, że naprawdę musimy. Poza tym pamiętaj, że nie ma większej ingerencji w zdarzenie, niż spokojna i bliska obiektywizmu obserwacja tego zdarzenia. Stawiając sprawę wprost, „materiał badawczy” to nie jest najstosowniejsze wyrażenie. Przypuszczam, że podsunął je Bren. To w jego stylu. Bardzo szczere i otwarte sformułowanie. Dlatego z chęcią je przyjęłam. Ale jeżeli chodzi o nasz dialog, o twoją bezsenność i mój wkład w nią, to uzmysłów sobie, że skoro ty będziesz badanym, a ja badaczem, równie dobrze na koniec możemy niechcący zamienić się rolami. Myślę, że jesteś wystarczająco inteligentny, żeby to zrozumieć. Dlatego nie powinieneś się spieszyć. I nigdy nie ponaglaj mnie. Bo kiedy ja poświęcam komuś czas, to znaczy, że wiem, co robię. Bo ja naprawdę zawsze wiem, co robię – wytłumaczyła. – Dlatego zanim wejdziemy w odpowiednie role i obierzemy wspólny kierunek, najpierw opowiem ci o S-Botach – podsumowała.

Rzeczywiście Zolan nagle przestał się spieszyć. Zupełnie jakby Gaja odcięła od niego gorączkę myśli – laserem. Na chwilę odjęło mu mowę. Co za dziewczyna.

– Powiedziałaś, że nie jestem przypadkiem klinicznym – zastanowił się po chwili. – Czy nie tak powiedziałaś?

– Czujesz się zawiedziony, wiem o tym – znowu przekrzywiła na bok głowę. – Wolałbyś usłyszeć, że jesteś chory. W zupełności to rozumiem. Medycyna stoi na w miarę sensownym poziomie i w takiej sytuacji najprawdopodobniej można by stosunkowo łatwo cię uleczyć. Ale nawiasem mówiąc, przez swój obecny poziom medycyna stała się nudna. W tej materii niewiele zostało do ulepszenia, więc nie byłabym sobą, gdybym nie zaznaczyła, że wieje stamtąd nudą, aż w kościach strzyka. Od urodzenia mam alergię na nudę, jeżeli już się sobie zwierzamy. Niestety, podobnie jak na twoją bezsenność, na nudę również nie ma lekarstwa. W tym sensie jesteśmy do siebie niezwykle podobni. Dlatego, że nuda i bezsenność nie są schorzeniami. W każdym razie, o ile medycyna jest nudna, o tyle ty jesteś ciekawy. Pociesz się tym na razie, żebym mogła spokojnie opowiedzieć ci o S-Botach.

Co za dziewczyna. O rany.

– O S-czym? – spytał Zolan…

… Ciąg dalszy nastąpi.

 

Przeczytaj cały poprzedni odcinek 1:

Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 1

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *