Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 3

Skrót poprzednich odcinków:

Poznaliśmy najlepszego przyjaciela Zolana, Brena, który przewiózł nas Ł-lotem. Dowiedzieliśmy się również, kim jest Gaja, dziewczyna o ładnych uszach i komputerowym zolu zamiast mózgu…

„Niestety, podobnie jak na twoją bezsenność, na nudę również nie ma lekarstwa. W tym sensie jesteśmy do siebie niezwykle podobni. Dlatego, że nuda i bezsenność nie są schorzeniami. W każdym razie, o ile medycyna jest nudna, o tyle ty jesteś ciekawy. Pociesz się tym na razie, żebym mogła spokojnie opowiedzieć ci o S- Botach.
– O S-czym? – spytał Zolan”…

Linki od poprzednich odcinków – na końcu tekstu.

Bieżący odcinek 3:

Rozdział IV

– Zrozumiesz wszystko krok po kroku – powiedziała Gaja. – Wytłumaczę ci po kolei i prosto, jak dziecku. Gdybyś za czymś nie nadążył, oczywiście możesz zadać mi pytanie. Sądzę jednak, że nie będziesz o nic pytał w trakcie mojej opowieści. Pewnie zapytasz o coś później, kiedy skończę. Tak czy inaczej, muszę opowiedzieć ci o S-Botach, więc postaraj się przestać najeżać, tylko przestaw na odbiór. Od tego właśnie zaczniemy. Dlatego, że musisz ze mną współpracować, jeżeli chcesz posunąć się naprzód.

– Niech będzie – westchnął Zolan. – Słucham.

Opowieść Gai o S-Botach – część I

Przede wszystkim posłuchaj o biosferze. Dlatego, że będzie ona miała głos decyzyjny w kwestii S-Botów. Nie zbliżysz się do nich, jeśli nie przyjmiesz do siebie cech tła. Jeśli nie skupisz się na aurze, nie będziesz wiedział, jak odebrać całokształt. W pierwszej kolejności opowiem ci więc o biosferach.

Biosfera Xanny polega na tym, że każdy z obecnych w niej elementów przenika się wzajemnie. W tym rodzaju biosfery pomiędzy wszelkimi formami żywymi obowiązuje współpraca. W przeciwwadze do tego unaocznij sobie zupełnie inną biosferę. Taką, w jakiej wszelkie elementy konkurują ze sobą, zamiast współgrać jak na Xannie. Patrząc na to od tej strony, spróbuj sobie wyobrazić, że moim celem od zawsze było utworzenie największego z możliwych – sformułowania sfery bio. Postaram ci się jasno wytłumaczyć, dlaczego.

Na Xannie istnieje nie więcej niż kilkanaście gatunków organizmów żywych. Oficjalnie znamy jedynie dwa rodzaje zwierzyny – Lepiaki i Ważki. Choć biorąc pod rozwagę właściwości Gruntu, powyższa informacja o ogólnej liczebności form życia nie jest do końca miarodajna. Ale to nie jest w tej chwili najważniejsze. Póki co postaraj się skupić na tym, że nawet owe kilkanaście (założonych a nieoficjalnych) gatunków – z naukowego punktu widzenia, to mniej niż mało. Innymi słowy, tak uszczuplony stan rzeczy jest prawie że niemożliwy, a na pewno nudny. Dodatkowo te gatunki nie są niczym zagrożone. Panuje między nimi niezachwiana równowaga, o czym zapewne wiesz, bo nawet jeśli rozpatrzyć szkodliwe bakterie i wirusy – resetuje je Burza Pyłowa. Czyli – nic z niczym się nie kłóci, ani nie walczy. Pewnie mogłeś o tym słyszeć. Ale dlaczego większość elementów xannijskiej biosfery egzystuje w tak znakomitej równowadze? Zastanawiałeś się nad tym kiedyś?

Otóż wszelkie elementy (przynależne do jakiejkolwiek biosfery) do takiej równowagi dążą – naturalnie. Gdyby istniała na świecie pewna nadwyżka gatunków, powodowałaby ona tak zwaną równowagę dynamiczną. Są to jedynie naukowe domysły. Ale już faktem jest, że mamy w swoim środowisku do czynienia z tak zwaną równowagą wymuszoną. Czy takie określenie nie wydaje ci się podejrzane albo co najmniej dziwne?

W wyniku równowagi wymuszonej nauka założyła, że być może w dalekiej przeszłości dochodziło do katastrof naturalnych, na skutek których – niektóre gatunki wyginęły. I właśnie dlatego świat pozbawiony został równowagi dynamicznej. Wygląda to więc tak, jakby Xanna wytworzyła samodzielny ekosystem. I ten – nasz – ekosystem ostatecznie można by opisać jako nudny.

Nudny, podczas gdy ja chcę przyczynić się do żywej i ważnej kreacji. Pragnę unormować biosferę w taki sposób, żeby współpracowała ona z człowiekiem. Można ująć to inaczej: pragnę wykorzystać biosferę w najwyższej z możliwych użyteczności. Inaczej mówiąc, według mnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, żeby człowiek eksploatował biosferę w dowolnym zakresie, od bakterii – po owady lub po więcej złożone od owadów formy ustanowione przez biologię w przyszłości.

Chcę przez to powiedzieć, że człowiek – korzystając wyłącznie z zaplecza swojego umysłu – mógłby poszerzać biosferę w tę i we w tę. Po to, aby samemu stać się coraz głębiej osadzoną jej centralną częścią. Tak oto obmyśliłam ideę stworzenia roju, który jest niby biologicznym czujnikiem i otacza człowieka. Jednakże otaczając – towarzyszy mu i służy, nie zaś osacza.

Nie potrzeba nam telepatii, ani oczu z tyłu głowy, żeby zobaczyć zagrożenie, czy po prostu zmienną sytuacyjną dziejącą się za naszymi plecami. W zamian oczu z tyłu głowy – każdy człowiek mógłby zostać zaopatrzony w ów rój, w S-Boty, które przekażą mu informacje na przykład ostrzegające przed szeroko pojętym niebezpieczeństwem. S-Boty służą bowiem do rozbudowywania rzeczywistości sensorycznej człowieka.

Sami ludzie nie muszą wszak zmieniać się biologicznie – nie ma po temu bodźców. Co nie oznacza, że nie da się wykreować warunków mogących z człowiekiem wyjątkowo sprawnie współgrać. Innymi słowy – ogólny progres człowieka tożsamy z poszerzaniem jego wielorakich możliwości może się odbywać za pośrednictwem głębszej współpracy z biosferą. I nie mówię o tym, że należałoby wszczepiać Ważkom czipy, tylko o tym, że my-ludzie możemy powoływać do życia owady prawie identyczne z Ważkami. A te nasze-ważki, to jest S-Boty, mogą powstawać, jakoby rodzić się z przeświadczeniem, że ich funkcją życiową jest – ścisła współpraca z człowiekiem i ochrona człowieka.

S-Boty mogłyby więc poszerzyć codzienne możliwości wszystkich ludzi. Dajmy na to, z zamkniętymi oczami potrafiłbyś przejść przez leśny pierścień bez obawy, że potkniesz się o drzewo. Nie potkniesz się, jeśli ostrzeże cię przed tym osobisty owad.

Może nie musiałbyś posługiwać się prymitywnym zegarkiem zawiadującym o Burzy Pyłowej, gdybyś miał blisko ramienia S-Bota.

Poza tym takie owady mogą wydawać z siebie bardzo specyficzne sygnały ostrzegawcze. Można zaprogramować je w sposób dostosowywany indywidualnie. Mogą zasyczeć lub zabzyczeć, kiedy tak będzie ci wygodniej. Mogą trzymać się od ciebie na dystansie dwustu lub więcej metrów, a przyfrunąć w okamgnieniu, gdy wyłoni się autentyczne zagrożenie. Mogą być nie tylko niewadzące, nierzucające się w oczy, ale wręcz niewidoczne, bezdźwięczne i nieobecne, dopóki nie ukaże się bodziec, na jaki zareagują. Jeżeli mowa o odruchach S-Botów, ich gama jest właściwie nieograniczona. S-Boty programuje się i profiluje pod kątem danej jednostki. Czy S-Bot zareaguje dźwiękiem, czy obrotem w powietrzu, czy zwielokrotni zamachanie skrzydełkami – podstawą jest, aby człowiek znał swojego S-Bota i aby S-Bot rozróżniał swego pana.

Zolan wysłuchał wszystkiego cierpliwie i rzeczywiście – nie przerwał ani jednym pytaniem. Ale teraz miał mętlik w głowie. Równowaga nie dynamiczna, a wymuszona. Wygląda na to, że Xanna samodzielnie wytworzyła określony, zharmonizowany ekosystem. Faktycznie – wydało mu się to podejrzane. W sumie opowieść okazała się ciekawa, ale nie zauważył związku ze swoją bezsennością. Poza tym nie bardzo potrafił zobrazować sobie S-Boty.

– Mówisz, że S-Boty to wyprodukowane przez człowieka owady. Jakby sztuczne ważki – podjął. – I że jeden człowiek może mieć ich cały rój. A jeżeli tak, to w jaki sposób miałby identyfikować taką grupę owadów? Jeśli rozmiarem przypominałyby prawdziwe Ważki, to jak owady tej wielkości miałyby nie zwracać na siebie uwagi? I udawać nieobecne? I nie pomylić się z innymi, cudzymi owadami?

Gaja przekrzywiła na bok głowę. Zolan był interesujący. Tyle pytań na raz. Zdaje się, że miał skłonności do myślenia syntetycznego. Gaja uwielbiała słowo „synteza”. Na co dzień zajmowała się syntezą. Łączyła ze sobą różne dane, spajała je i ustanawiała wspólny mianownik. Jednak, żeby móc tego dokonać, najpierw musiała posłużyć się analizą. Musiała rozbierać świat na jak najdrobniejsze elementy, żeby później sklejać je od nowa. Tymczasem Zolan – w ogóle tego nie potrafił. Nie miał głowy do analizy. Zadał wiele pytań na raz i zmieszał ze sobą odrębne rzeczy. Zaciekawił ją tym.

– Wątek identyfikacji własnego roju, to akurat rzecz banalna –odpowiedziała. – Człowiek nie musi rozpoznawać S-Botów po wyglądzie, ani w żaden sposób uważać, żeby się nie zgubiły. Wystarczy, żeby wiedział, jakim sygnałem ostrzegawczym jego rój się posługuje. Można to zaplanować. Samemu wybrać odpowiedni sygnał. Jak mówiłam, może to być dźwięk, ruch albo sekwencja ruchu. Ważne, żeby było to coś charakterystycznego, coś własnego. Reszta należy już do S-Botów. To one wiedzą, do kogo przynależą. To one rozróżniają swojego pana, a ponieważ poznają go po zapachu, nie mogą się pomylić. Tak więc absolutnie nie trzeba zawracać sobie nimi głowy. One same się pilnują, wiedzą gdzie ich miejsce. Oczywiście tłumaczę ci to po ludzku, podczas gdy S-Boty nie posługują się takim jak nasze-ludzkie rozumowanie. S-Boty nie myślą, tylko robią. Wszystko sprowadza się do dzieła człowieka, do zaprogramowania S-Botów na konkretne działanie. Ponadto nie są one tak duże jak żywe Ważki. Są wręcz malutkie. Jedna sztuka ma wymiary dwa i pół na dwa centymetry. Naprawdę nie rzucają się w oczy.

Zolan miał mętlik w głowie. Zamachnął się ręką, chcąc przeczesać włosy, ale natrafił opuszką na antyseptyczny czepek. Jakoś zapomniał, że ma na głowie coś takiego.

– No ale w końcu to nie są owady, tylko fruwające roboty, tak? – odezwał się bez przekonania.
– Roboty – przytaknęła Gaja.

Zolan się skrzywił.

– Ciekawe dlaczego człowiek miałby chcieć, żeby towarzyszyły mu roboty?
– No właśnie – podjęła Gaja. – Ciekawe dlaczego.
– Nie widzę w tym logiki – powiedział szczerze.
– No właśnie – ciągnęła Gaja. – A na Xannie wszystko jest logiczne, prawda? Wydaje się, że wszystko ma swoje miejsce na świecie. Nie ma wokół najmniejszych odchyleń. Wszystko jest poukładane. Wszystko jak gdyby wywodzi się z Gruntu, a potem do niego powraca. Nie ma żadnych zagrożeń ani nieścisłości. Bo nawet groźny dla człowieka pył w rzeczywistości unicestwia chorobotwórcze wirusy. Ekosystem sam wobec siebie zachowuje się neutralnie i tylko w odniesieniu do człowieka jakoby kreuje wrażenie, że jesteśmy mu do czegoś potrzebni. Otaczają nas wielorakie postacie Barwnika, potocznie ciałka purpury. I tylko człowiek ma zieloną skórę. Zdawać by się mogło, że nie ma na świecie żadnych nieścisłości, że niczym nie trzeba się martwić. Pomyśl jednak, co by się stało, gdyby coś przebiło tę idealną różową bańkę. Gdyby w przyszłości miało ukazać się coś zagrażającego człowiekowi. Czy w takiej sytuacji nie chciałbyś być uzbrojony w coś, co cię ostrzeże?

Zolan poczuł dziwne ukłucie za mostkiem. Gaja tknęła go tymi słowami. Tkwiło w nich coś silnego, coś dziwnego.

– Dlaczego coś miałoby zagrozić człowiekowi? – zdumiał się. – Myślisz, że czyha na nas coś takiego?
– Nic na to nie wskazuje – przyznała Gaja. – I właśnie dlatego to jest inspirujące. Pomyśl o tym w ten sposób. Że cała Xanna to doskonale usystematyzowane równanie matematyczne. Mówiąc bardziej dosadnie, Xanna opiera się na równowadze wymuszonej. Dla przeciętnego człowieka w tym równaniu nie ma praktycznie żadnej niewiadomej. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że żyją w nudnym świecie. Po prostu tego nie widzą. Ale ja jestem uczulona na nudę. Mówiłam ci wcześniej. I według mnie brakuje tutaj jakiegoś atraktora. Powiedzmy, że świat wygląda tak, jakby miało na nim powstać coś nowego. Dlatego, że obecnie nie ma pierwiastka wprowadzającego chaos do idealnego xannijskiego równania. A sądzę, że powinien istnieć taki pierwiastek. Pewien szczególny atraktor. Coś w rodzaju katalizatora chaosu. A wówczas podręczne roboty mogłyby naprawdę się przydać – wyjaśniła. – Poza tym uważam, że kwestia katalizatora chaosu ma związek z twoją bezsennością – dodała tak zwyczajnie, jakby obwieszczała, że niebo jest szare, a Lepiaki miękkie i przytulne.
– Nie widzę tego związku – powiedział Zolan uczciwie. – I nie mogę wyobrazić sobie tych twoich S-Botów.
– Pokażę ci – odparła Gaja.

I znów zabrzmiało to zwyczajnie. Tak naturalnie, jakby rozmawiali o czymś błahym.

Wyprowadziła go z dużego laboratoryjnego pomieszczenia i znaleźli się w korytarzyku z windą – identyczną z tą w Hangarze. Wjechali na trzecie piętro. Po wyjściu z windy otworzyli pierwsze napotkane drzwi. Weszli do średniej wielkości pokoju, którego zewnętrzną, delikatnie krągłą ścianę w całości wykonano ze szklanopodobnego materiału, tak więc w środku było bardzo dużo przyjemnego światła słonecznego, choć niewątpliwie ściana nie mogła przepuszczać powietrza, ponieważ przebywali w sterylnym środowisku. Był to osobisty gabinet Gai – prywatne laboratorium wyposażone w liczne blaty podobne do tych, które Zolan zobaczył wcześniej na parterze. Na blatach u Gai leżało okropnie dużo różnych rzeczy, chociaż wszystkie były uporządkowane. Przezroczyste kule z jakimiś purpurowymi substancjami, szklane pojemniki, bańki i podłużne probówki, ciecze, proszki i inne chemikalia, kilka komputerów i błyszczących, jakby metalicznych narzędzi oraz dziesiątki innych cudacznych przedmiotów. Gaja poprowadziła go do stołu, którego koniec znajdował się blisko przeszklonej ściany – gigantycznego okna. Odruchowo spojrzał w to okno. Widok wychodził na pole uprawne z domami. Stały w równych rzędach, w różnych fazach wzrostu w ciągnącym się daleko niby szklarnianym, kopulastym tunelu. Zolan przebywał tam na co dzień, ale teraz mógł zobaczyć miejsce swojej pracy z pewnego dystansu. Znów pomyślał o domach z kantami. Dlatego, że symetrycznie osadzone w Gruncie budynki jak kuliste kokony uderzyły go swoim obrazem. „Idealne równanie matematyczne – przemknęło mu przez głowę. – Zero niewiadomych”.

Gaja sięgnęła do szuflady pod blatem. Wierzch szuflady wyglądał jak komputerowy panel. I rzeczywiście, szuflada wysunęła się dopiero po tym, jak Gaja wpisała do panelu kod. Zanurzyła dłoń w szufladzie, po czym wyłożyła na stół garść małych przedmiotów. Posypały się z twardym, ale nikłym odgłosem. Były to obłe, skrzydlate, martwe stworki – podobne do Ważek, ale znacznie uproszczone. Nie miały równie wymodelowanych kształtów. Prosty głowotułów o długości dwóch centymetrów i rozpiętość skrzydeł na dwa i pół centymetra. Były półprzezroczyste i wypełnione mazią wyglądającą na komputerowy zol. Na pewno był to ów zol. Ostatecznie trzeba nimi jakoś zawiadować – musiały być sterowane informatycznie. To akurat wydawało się logiczne.

– Mój ostatni produkt inżynieryjny. S-Boty – Gaja przemówiła takim tonem, jakby dokonywała bardzo uroczystej prezentacji. – Robotyka jest niezwykle odświeżająca. Powiedziałabym: artystyczna. W tym sensie, że znakomicie otwiera wyobraźnię – dodała lekko.

Zolan tylko pokręcił głową. Patrzył na stół.

– Nie ruszają się. Przepraszam, ale nie dostrzegam w nich nic specjalnego – stwierdził. – W przeciwieństwie do tego, co powiedziałaś o robotyce, ja nie widzę w niej artyzmu. Fakt, że ty go widzisz, naprawdę robi wrażenie – dorzucił.

Zdało się, że średnio ją obchodzi jego zdanie o robotyce.

– Nie ruszają się, ponieważ są uśpione – odrzekła mu po prostu. – A dokładniej, nie tylko uśpione, ale wręcz puste. To znaczy, że odinstalowałam im oprogramowanie. Mówiąc językiem laika, te tutaj S-Boty, raz, dwa… sześć sztuk, które wyjęłam z szuflady, na chwilę obecną nie posiadają swojego pana, nie znają niczyjego zapachu, ani na nic nie reagują. Niedawno zakończyłam z nimi pracę, a potem wyczyściłam je z pamięci. I dlatego teraz się nie ruszają – wyjaśniła.

– Chodzi ci o to, że ten projekt jest już poza tobą? – upewnił się Zolan.
– Tak.
– Ale dlaczego, skoro, jak twierdzisz, to taki odkrywczy, wspaniały, prawie artystyczny projekt? – zdziwił się.
– Dlatego, że na całej Xannie nie ma ani jednego realnego zagrożenia dla człowieka. Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę z ryzyka stykania się z burzą, ale kombinezony antypyłowe w połączeniu z kapsułkami tlenowymi i zegarkami stanowią wystarczającą, mimo że prymitywną barierę zabezpieczającą, patrząc na tę kwestię od strony technologicznej. Natomiast od strony biologicznej, przypominam, że ponieważ pył wyniszcza chorobotwórcze bakterie i wirusy, tak więc w efekcie tak czy inaczej człowiekowi nie grozi nic. Można powiedzieć, że sprzyja nam cały klimat –zaczęła. – Dlatego po zwieńczeniu testów sprawnościowych na widocznych tu S-Botach wspólnie z kolegami naukowcami zadecydowałam o wycofaniu ich z wdrażania. Mówiąc lakonicznie, projekt upadł. Prawdę mówiąc, koledzy mnie przegłosowali. Oczywiście to było z ich strony logiczne. Innymi słowy, doskonale komponujące się z wszechotaczającą logiką. Czy jeśli wolisz, z logiką xannijskiego ekosystemu.

Zolan zmarszczył brwi.

– Mówisz więc, że S-Boty nie wejdą w życie? – nie był pewien, czy dobrze zrozumiał.
– Tak. Nie zostaną wdrożone – przytaknęła Gaja. – Będziesz zatem pierwszym i zapewne ostatnim nie-naukowcem, mogącym zapoznać się z ideą S-Botów osobiście.
– Ale po co? Po co właśnie ja miałbym się z nimi zapoznawać? Czy one mają jakiś związek z moją bezsennością?
– W tej chwili nie odpowiem ci na to pytanie – odrzekła Gaja. – Teraz możesz mnie pytać wyłącznie o sprawy, które bezpośrednio wiążą się z S-Botami –  odpowiedziała wymijająco.

Znów zmarszczył brwi.

– No dobrze. Jest coś takiego, o co chciałbym zapytać – podjął. – Tam na dole mówiłaś, że twoim głównym celem jest, aby biosfera współpracowała z człowiekiem, prawda?
– W zasadzie już współpracuje, bo klimat wybitnie jest po naszej stronie. Tymczasem moim celem jest stworzenie najwyższego z możliwych sformułowania sfery bio. Tak mówiłam – sprecyzowała.
– No dobrze – podjął Zolan. – Ale przecież te tutaj małe niby ważki są robotami, a nie prawdziwymi owadami. To przedmioty. Nie należą do biosfery. Nie są częścią natury, tylko materią sztuczną. Jak to się ma do twojego wysokiego formułowania sfery bio? Czy możesz to jakkolwiek wyjaśnić?
– Widzisz tutaj roboty, to prawda. Jednak są one tylko pierwszym krokiem do komplementarnego projektu. Można powiedzieć, że S-Boty, które tu widzisz, to czysta, jeszcze niewcielona idea – odpowiedziała Gaja. – Podczas gdy w identyczny sposób mogę programować realne, żywe owady albo więcej skomplikowaną zwierzynę. Inaczej mówiąc, miano „S-Boty” określa nie te tutaj sztuczne przedmioty, tylko mój autorski program informatyczny, który mogę przysposobić do dowolnych elementów składających się na biosferę. Oznacza to, że mogę uczynić S-Boty z żywych Ważek czy z Lepiaków. S-Boty to po prostu określenie żywotnego roju, którego motorem napędowym jest ochrona człowieka. Oczywiście naprawdę nie mam zamiaru programować ani Ważek, ani Lepiaków. Ważki są za duże, a Lepiaki za wolne, a właściwie bezwładne. Jednakże gdyby w przyszłości miał ujawnić się zupełnie inny typ organizmu żywego, dajmy na to analogiczny do owada takiego jak Ważka, mogłabym uczynić z niego S-Bota. Odpowiadając więc na twoje pytanie wprost: jestem przygotowana teoretycznie i praktycznie do tego, aby w dowolnej chwili uczynić S-Boty z dowolnych zwierzęcych organizmów żywych. Wynika z tego, że teoretycznie i praktycznie potrafię stworzyć obszar biosfery o najwyższej jakości, to znaczy taki, który poprzez ścisłą ochronę i współpracę z człowiekiem, stawia człowieka w samym centrum tejże biosfery. To znaczy, że cała biosfera może stać się emanacją człowieka. To jest dokładna odpowiedź na twoje pytanie. Odrębną sprawą jest, co dopowiem ci od razu, dlaczego potrafiąc dokonać czegoś takiego, wcale tego nie dokonam. Otóż dlatego, że w widzialnym spektrum naszej biosfery nie istnieje ani jeden gatunek o adekwatnych do idei S-Butów cechach. Ponadto, jak już wspominałam, S-Boty zostały wykluczone z wdrażania. Oczywiście czuję lekką gorycz z tego tytułu, ale jestem świadoma, że nie wycofano ich bez powodu. Logicznie myśląc, nie ma po co ich wdrażać. Chyba domyślasz się, czemu?
– Bo człowiekowi nic nie zagraża – odparł Zolan.

Można powiedzieć, że powoli wciągał się w osobistą krainę Gai. Nadal jednak nie rozumiał, dlaczego właśnie on jeden spośród całego społeczeństwa miał zapoznać się z S-Botami. Po prostu nie widział związku swojej bezsenności z nimi.

– Czy chciałbyś jeszcze o coś zapytać, zanim zademonstruję ci, jak one działają? – spytała Gaja.

Spojrzał w jej wielkie, przenikliwe oczy.

– To znaczy, że uruchomisz je teraz?
– Oczywiście, że tak – odparła. – Gdybym nie miała tego w planie, po co przemieszczalibyśmy się do mego gabinetu? – spytała retorycznie. – Sam wygląd S-Botów mogłam opisać ci tam na dole. Nie byłoby sensu ciągnąć cię na górę dla uśpionego, pustego robota. To oczywiste.
– Może i tak – zgodził się Zolan. – Po prostu po tym jak powiedziałaś, że skończyłaś pracę nad nimi, jakoś nie brałem pod uwagę, że możesz je poruszyć.
– Fakt, że projekt nie jest już w toku, nie oznacza, że roboty nie są sprawne – zwróciła mu uwagę. – Poza tym mam zamiar nie tylko obudzić je na twoich oczach – rzekła z namysłem. – Mam zamiar pozwolić ci je odczuć na twojej własnej skórze, że tak się wyrażę – dodała swobodnie.
– Na mojej skórze? – Zolan poczuł małą obawę.
– Nie aż tak dosłownie – uspokoiła go. – Mam na myśli, że zaprogramuję je pod twoim kątem. To znaczy, że zareagują na twój zapach i ochronią cię przed potencjalnym zagrożeniem – rzekła. – A poza tym sam przecież chciałeś jak najprędzej zostać moim materiałem doświadczalnym. Podejdź więc do tego w ten sposób.
– Przez cały czas, od chwili kiedy się poznaliśmy, staram się podchodzić do wszystkiego tak, jak sobie życzysz – zauważył Zolan. – Mam nadzieję, że widzisz te starania. Choć nie ukrywam, że twoje S-Boty nie do końca są mi na rękę, mimo że wydają się nawet interesujące. Ale dobrze. Postaram się zrozumieć wszystko najlepiej, jak się da. Dlatego, że jestem na twojej łasce. Jeżeli chcę, żebyś rozwiązała moją bezsenność, muszę się tobie poddać – powiedział.
– Żadne z nas nie jest na żadnej ni niczyjej łasce – sprzeciwiła się Gaja. – Mówiłam już o tym. Ja pomogę tobie, a ty mnie. To obopólna zależność. Bez zwycięzców i bez pokonanych – podkreśliła. – Co do bezsenności, to nieco oddzielny wątek. Na razie skup się na S-Botach. I nie dlatego, że ja ci każę, tylko dlatego, że po prostu musisz dokładnie o nich wysłuchać. I dlatego zastanów się najpierw, czy chcesz jeszcze o coś zapytać, zanim, że tak powiem, poczujesz je na swojej skórze.
– Na skórze – powtórzył niechętnie. – Tak. Mam jeszcze jedno pytanie.
– Słucham.
– Mówiłaś, że jesteś w stanie przemienić dowolny organizm biologiczny w S-Bota – podjął. – Chcę zapytać, w jaki sposób byłabyś w stanie zaprogramować żywe zwierzę. Technicznie pytam. Musiałabyś je chyba zoperować? Wszczepić mu jakiś nadajnik?
– Żadnych czipów – zastrzegła. – Wszczepy to anachronizm. Beznadziejna i nudna przebrzmiałość. Kompletnie nieużyteczna – wyjaśniła. – Odpowiem na twoje pytanie, przywołując przykład naszego wspólnego przyjaciela.
– Brena? – zdumiał się Zolan. – A co on ma z tym wspólnego?
– Jest pilotem. Wiesz, w jaki sposób steruje pojazdem lotnym?
– Chodzi ci o to, że najpierw zanurza ręce w zolu?
– Trafiłeś w sedno – pochwaliła. – Pilot zanurza dłonie w zolowej istocie komputera opierającej się na roztworach DNA. Następnie poprzez świadomość siatki oktonionowej posyła po części sensoryczne polecenia pojazdowi. Sensoryczne, to znaczy poprzez dotyk. Jest to żenujące wręcz spłycenie tematu, jednakże jeśli poprawnie je zrozumiesz, będziesz mógł sobie mniej więcej wyobrazić, że za pomocą analogicznego mechanizmu można zaprogramować żywy organizm. W tej chwili nie wyłuszczę ci szczegółów tego, lecz możesz wierzyć mi na słowo, że potrafię teoretycznie i praktycznie objąć programem komputerowym dowolne żywe stworzenie bez konieczności szprycowania go archaicznym czipem. Czy taka odpowiedź na razie ci wystarczy?
– Zdecydowanie – przytaknął Zolan. – Nie przeczę, że to ciekawe, ale prawdę mówiąc, wolałbym już przejść do konkretów. To znaczy zobaczyć, jak to coś fruwa, i miejmy nareszcie całe S-Boty z głowy.
– Nie widzę przeszkód – odparła Gaja. – Ale jak zaznaczyłam we wstępie, musisz wysłuchać o S-Botach cierpliwie i dokładnie. Dlatego przystępując do obudzenia tych tutaj sześciu sztuk, znów będę opowiadała ci krok po kroku, jak dziecku, żebyś mógł w pełni pojąć, w czym rzecz. I żebyś nie zgubił się po drodze – powiedziała, jakby od niechcenia. – Gotów? – dorzuciła.
– Miejmy to z głowy – powtórzył Zolan.

Opowieść Gai o S-Botach – część II

Wysypałam tu na blat sześć pojedynczych S-Botów. Gdyby wdrożyć je w życie, otoczyłby cię rój, a więc liczba większa od sześciu. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści… W tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. Dlatego, że do ogólnego zilustrowania idei S-Botów wystarczy niniejsza niewielka garść.

Na pewno zauważyłeś, że właściwie są przezroczyste i zawierają w sobie klasyczny komputerowy zol. Czyli kleistą substancję, której funkcjonowanie, jak powszechnie wiadomo, odbywa się dzięki obliczeniom wynikającym z dzielenia się roztworów opartych na DNA. Przy tej okazji chcę wspomnieć, że zol wynaleziono cztery wieki temu. I że wydarzenie to w kluczowy sposób przetarło nauce wielorakie późniejsze szlaki. Nie wiem, czy jesteś tego świadom, ale poprzednikiem popularnego zolu było ciało stałe. Prosta, zimna, twarda płytka z krzemu. Przed czterystu laty – płytka z krzemu stanowiła istotę komputera. To znaczy – procesor. Lecz odkąd pozbyliśmy się krzemowej płytki, w ślad za tym opadło z nas bardzo wiele innych archaizmów. Mówiąc dobitnie, gdyby nie zol – będący wynalazkiem moich wybitnych poprzedników, czyli naukowców żyjących czterysta lat temu – coś takiego jak S-Boty nie mogłoby się urealnić. Mówię o tym rzecz jasna na marginesie, choć nie bez celu. Przede wszystkim chcę ci uzmysłowić, że nauka to niezwykle płynna i plastyczna struktura, objawiająca się w ciągłości czasu. I nie wyobrażaj sobie owej ciągłości czasu jako liniowego splotu zdarzeń przyczynowo-skutkowych. Takie wyobrażenie byłoby dla nas (dla naukowców) upokarzające (subtelnie mówiąc). Dlatego, że nauka zasadza się na strukturze – okrągłej, wschodzącej i powracającej z i do wielu równoległych punktów jednocześnie; tak jakby wielki cykl życiowy bez początku i końca. Mówię ci o tym również po to, żebyś mógł zrozumieć, dlaczego wynalazców zolu określiłam jako wybitnych. W rzeczywistości bowiem sama idea zastąpienia płytki z krzemu zolem – jest nader nieskomplikowana. Gdyby moi poprzednicy (ówcześni naukowcy) nie wpadli na ten prosty, acz kapitalny pomysł, nie ulega wątpliwości, że wpadłabym na niego ja, i to najprawdopodobniej już około dziesiątych urodzin. Do tego stopnia nieskomplikowany jest zol. Toteż nie wypada mi się nie przyznać, że ponieważ jestem bardzo ambitna – trochę zazdroszczę swoim poprzednikom, że to oni wynaleźli zol, a nie ja. Z drugiej jednakże strony – muszę być im wdzięczna. I rzeczywiście jestem. Dlatego, że ich wynalazek przyczynił się bezspornie do usprawnienia wielu aspektów życia, dzięki czemu ja osobiście – która aktualnie aspiruje do wynalezienia nowych, porównywalnych w swoim zasięgu do zolu, unikalnych i genialnych przełomów – jeszcze będąc dzieckiem, od razu mogłam startować już z jakiegokolwiek pułapu. Chcę przez to powiedzieć, że ponieważ narodziłam się w świecie, gdzie od około czterech wieków – już istniał zol, to w rezultacie nie musiałam zawężać się do zajmowania nudnymi podstawami. Innymi słowy – mogłam rozpocząć swoje rozliczne prace naukowe od podwyższonego poziomu. Chciałabym, żebyś ustosunkował się do tego jako do określonej atmosfery człowieczego progresu. Po prostu przyjmij, że demonstrację S-Botów rozpoczęłam tym sposobem od przedstawienia ci w kilku zdaniach okrągłości cyklu życiowego szeroko pojętej nauki. Sumując: wszystko (co naprawdę cenne, co wiążące) zaczęło się od zolu. Od totalnego przeobrażenia elementarnej istoty komputera.

Tak wskutek przełomu w dziedzinie komputeryzacji, czy jeśli wolisz – informatyki, to jest w około czterysta lat od wynalezienia zolu – S-Boty mogły się urealnić.

Jak już wiesz, mój projekt upadł, ponieważ nie jest to projekt logiczny. A przynajmniej nie w pojęciu xannijskiej logiki, to znaczy nie w rozumieniu biosfery Xanny. Niemniej chociaż projekt upadł, S-Boty nadal są i są realne. Patrzysz bowiem na fizyczne przedmioty w całości wypełnione zolem. Jest to zatem w pewnym sensie powrót do źródła, do głębokich korzeni. Zupełnie świeża, nowatorska, niewiarygodnie wręcz oryginalna idea, czyli S-Boty, została przeze mnie osadzona na pierwszym sążnistym wynalazku, na onginym kardynalnym przełomie, czyli na zolu. I właśnie w tym sensie robotyka jest artystyczna.

Wracając do meritum, oto, co zaraz nastąpi…

Najpierw przy pomocy stacjonarnego komputera prześlę do tych sześciu egzemplarzy próbnych S-Botów specjalistyczne oprogramowanie. Jego zainstalowanie zajmie chwilę. Przesłanie danych nastąpi zdalnie – to jest na zasadzie podobnej do tej, na jakiej komunikuje się dotykowy ekran każdego komputera z faktycznym komputerem, czyli z kapsułą z zolem. W analogiczny zdalny sposób dokona się instalacja specjalistycznego oprogramowania w leżących tu na stole S-Botach. W trakcie tego krótkiego procesu – roboty staną się pełne. Poznasz to po przelewających się ruchach zolu – zobaczysz, jak będzie się przesuwał, dzielił, poruszał. Mniej więcej w ten sposób roboty się napełnią – co oznacza, że zainstaluję im odpowiedni program. Potocznie można by powiedzieć, że wpuszczę do środka pustego robota jego właściwą istotę. Nie oznacza to jednak, że synchronicznie z tym – robot się obudzi.

Następny krok będzie należał do ciebie. W stosownej chwili poproszę cię, żebyś dotknął dowolnego S-Bota opuszką dowolnego palca. Nie ma znaczenia, którego S-Bota wybierzesz, ponieważ wszystkie są takie same, a poza tym pozostają w ścisłej, choć oczywiście zdalnej, korelacji. Innymi słowy poszczególne egzemplarze stanowiące rój będą zachowywały się synergistycznie względem siebie i będą się między sobą stale komunikowały. Oczywiście używam tutaj dla znacznego uproszczenia słowa takiego jak „komunikacja”. Dlatego, że proste S-Boty nie rozmawiają, nie rozumują i nie zastanawiają się nad niczym. One – istnieją, robią i reagują. Tak więc ciągłe komunikowanie się ze sobą osobników jednego roju wyraża ni mniej, ni więcej niż nieprzerwaną wymianę informacji.

Kiedy dotkniesz opuszką S-Bota, S-Bot zapamięta twój zapach. I znów „zapamięta” – to uproszczenie. Mówiąc jeszcze prościej, choć w miarę dokładnie, przez zetknięcie się palca z powłoką S-Bota twój indywidualny niepowtarzalny zapach przeniknie przez przepuszczającą powietrze powłokę S-Bota do jego wnętrza, a tam zespoli się z zolem. W ten sposób S-Bot pozna swoje właścicielstwo – czyli swój pierwotny wzór. To, że masz na sobie uniform antyseptyczny, że twoje dłonie także zostały obleczone żółtym proszkiem, nie ma najmniejszego znaczenia. Dlatego, że proszek antyseptyczny jest bezwonny, a ponadto nie komponuje się z twoim własnym zapachem i nie wchodzi w reakcje ze skórą. Tak więc twój zapach spokojnie przeniknie przez rękawicę.

Wiedz, że nie możesz przytrzymać palca na S-Bocie. Musisz przyłożyć do niego opuszkę pewnie i dosyć mocno, ale nie wolno ci trzymać zbyt długo. Dlatego, że w ten sposób obudziłbyś leżącą tu grupę. Dłuższe dotykanie jednego egzemplarza wyprowadza ze stanu uśpienia cały rój. W takim wypadku rój zapamiętałby twój zapach – przed ustaleniem schematu zwiastującego, to jest potocznie sygnału ostrzegawczego.

Tymczasem określony schemat zwiastujący należy ustalić koniecznie przed wybudzeniem roju. Niebawem będziesz musiał wybrać sposób, dźwięk czy ruch, za pomocą jakiego twój rój ma cię ostrzegać. Jeśli nie wprowadzimy S-Botom kodu twojego sygnału ostrzegawczego przed finalnym wybudzeniem – poderwą się do lotu bez ładu i składu i spróbują cię obsiąść, aby móc pilnować z jak najściślejszego bliska. Po prostu poderwą się do lotu – ogłupiałe i denerwujące. W takiej sytuacji musiałabym na powrót je uśpić, później wyczyścić im pamięć i cały proces zacząłby się od początku. Z twojego punktu widzenia byłoby to żmudne i żenujące, z mojego zaś – nudne i uwsteczniające. Dlatego lepiej tego uniknąć, a żeby wszystko poszło jak z płatka, musimy mieć na względzie wyznaczoną kolejność czynności i nie możemy przeprowadzić niczego odwrotnie. Tak więc pamiętaj, żeby przytknąć i natychmiast odjąć palec od S-Bota, kiedy cię o to poproszę.

Po podstawowym zaprogramowaniu S-Botów oraz po uwrażliwieniu ich na zapach danego człowieka (w tym przypadku twój) trzecim krokiem będzie nauczenie ich wybranego schematu zwiastującego. I tu zastanów się nad następującymi rzeczami…

Jaki sygnał ostrzegawczy preferujesz? To znaczy, chciałbyś żeby – co S-Boty uczyniły w formie uprzedzenia cię o zagrożeniu?

Jaki dystans docelowy ma dzielić S-Boty od ciebie w sytuacji bezpiecznej? To znaczy, jak daleko bądź na ile blisko ciebie powinny się one znajdować, kiedy w środowisku zewnętrznym nie ma groźnej zmiennej sytuacyjnej?

Oczywiście S-Botom można wpoić o wiele więcej szczegółowych znaczników. Na przykład mógłbyś określić, w jaki sposób winny zachowywać się w przestrzeni domowej: wolałbyś, żeby sytuowały się na podłodze, czy na suficie? W którym miejscu będą dla ciebie najmniej zauważalne, nieabsorbujące – na dole, czy na górze? Czy chciałbyś, żeby przyfruwały do ciebie wyłącznie w chwili bezpośrednio uprzedzającej negatywne zdarzenie, czy także na zawołanie? Tego wszystkiego można ich nauczyć. Czyli wpoić im dużo, mniej lub więcej złożonych, różnych szczegółów.

Jednak ponieważ leżące tu na stole S-Boty możemy nazwać twoim rojem próbnym, nie będziemy programowali go w rozbudowany sposób. Wiedz tylko, że jest to możliwe, pomimo czego twojemu rojowi próbnemu wpoimy wyłącznie dwa konieczne, fundamentalne znaczniki. Pierwszy z nich opisze formę, w jakiej S-Boty będą cię ostrzegały, drugi znacznik opisze w jakiej odległości od ciebie będą się utrzymywały.

I to już w zasadzie wszystko o S-Botach. Mogę jeszcze dodać, że są one ładowane energią słoneczną, w związku z czym nie ma ryzyka, że w najmniej odpowiedniej chwili – wyczerpią im się siły. Gromadzą tę energię błyskawicznie i efektywnie, a zapasy właściwie gromadzonej energii słonecznej – w ogóle są ogromnie wydajne, o czym jako organizmy posługujące się samożywnością wszyscy doskonale wiemy. Natomiast nawet długo nieeksploatowane S-Boty, jak nasze dzisiejsze, próbne, które wydobyłam z ciemnej (bez światła słonecznego) szuflady, wciąż zawierają w sobie sporą ilość energii. W paru słowach: nadal są nieźle naładowane. Zapas energii S-Bota jest magazynowany na zasadzie ATP, to jest identycznie jak w przypadku baterii z biopaliwem w Taryfie. Jest to dodatkowo uzasadnione dlatego, że większość obszaru S-Bota zajmuje zol, a ten potrzebuje czerpać energię w formie odpowiedniej do przeprowadzenia reakcji chemicznej, to znaczy w sposób jak najbardziej biologiczny. Dlatego też, co do rozmiarów, S-Boty muszą mieć rozpiętość skrzydeł nie większą niż dwa centymetry, ponieważ nie łamią wtedy zasady dynamiki wirów, inaczej mówiąc – są przez to bardzo wydajne w sensie zużycia zapasów energii. Mówię tu o umiejętnym wykorzystywaniu przez owada praw aerodynamiki. Chodzi o bardzo szczególne prawa mówiące o tym, że dodatkowa siła nośna, owszem, pojawia się – ale tylko dla rozmiaru skrzydeł o bardzo małej powierzchni. W ten sposób wydajność utrzymywania się w powietrzu, mówiąc w skrócie, jest o około cztery razy większa i bardziej skuteczna niż u żywych Ważek, jakie – jak wiemy – dysponują dosyć sporymi rozmiarami.

I to już koniec. Sądzę, że opowiedziałam wszystko najdokładniej, jak mogłam opowiedzieć komuś takiemu jak ty. A zarazem sądzę, że ktoś taki jak ty – mógł zrozumieć wszystko bez większego kłopotu poprzez sposób, w jaki opowiadałam.

Tak więc w tej chwili nie pozostaje nam nic innego, jak wykonać po kolei trzy ramowe kroki, które ci przedstawiłam – i S-Boty powstaną do akcji. Myślę, że spodoba ci się ten pokaz. Darzę ten projekt wielkim sentymentem i przyznam się po raz drugi, że rzeczywiście czuję pewną gorycz w związku z faktem, że nie zostanie on wdrożony. No ale nie ma na to rady. Trudno. Zresztą już nieważne. A teraz do dzieła.

Kiedy Gaja zakończyła swoją opowieść, Zolan rzeczywiście nabrał wielkiej ochoty obejrzeć S-Boty w akcji. Opowieść nie tylko go nie znużyła, ale też szczerze zafrapowała. Prawdę mówiąc, nie mógł się doczekać, aby już przebiegł pokaz – jak powiedziała Gaja – jego własnego roju próbnego. Był więc zadowolony, kiedy Gaja przystąpiła do napełniania S-Botów – rzeczowo i prężnie. I jak po wysłuchaniu pierwszej części – miał mętlik w głowie i potrzebował zadać kilka pytań pomocniczych, tak po wysłuchaniu części numer dwa – ani trochę nie był zagubiony, zawiedziony czy nierozumiejący. Miał w głowie jasność, był bardzo ciekawy pokazu i ogólnie Gaja pozytywnie nakierowała go do życia.

Instalowanie podstawowego programu, czyli napełnianie robotów (krok pierwszy), zajęło nie więcej, niż chwilę.

Następnie Gaja poprosiła, żeby Zolan tknął dowolny egzemplarz opuszką. Tak zrobił.

Teraz Gaja poleciła, żeby Zolan opisał jej, jak ma wyglądać sygnał ostrzegawczy, którym będzie posługiwał się jego rój. Powiedział, że mają zamruczeć i zrobić fikołek w powietrzu.

– Przeciwstawny ruch skrzydeł wygeneruje dźwięk. A fikołkiem niech będzie „beczka”, czyli figura Oblatywacza – skomentowała Gaja. – Bardzo ciekawe – dodała, jakby do samej siebie.

Wpisała coś do komputera stacjonarnego, posługując się klawiszami dotykowymi z meta symbolami, a jednocześnie z tym – zol widoczny w „ciałach” S-Botów znowu zaczął się przelewać.

– Jaki dystans względem twojej sylwetki powinien zachowywać rój? – spytała.

Zolan rozejrzał się po pokoju. Jego szerokość mogła wynosić jakieś sześć metrów.

– Cóż, w końcu to tylko próba – odparł. – Niech będzie, że cztery metry.

Gaja znowu wpisała coś do komputera.

– Gotowe – oznajmiła raptem. – Teraz możesz wybudzić swoje S-Boty. Już znają twój zapach, dlatego wybudzą się, kiedy dłuższą chwilę przytrzymasz dotykiem któregokolwiek z nich. W tej chwili nie zareagowałyby na niczyj inny dotyk – wyjaśniła.

Położył więc palec na jednej sztuce, na chybił-trafił, a po chwili skromny rój bardzo cicho poderwał się w górę i błyskawicznie oddalił na cztery metry od Zolana. S-Boty zawisły jeden obok drugiego, machając skrzydełkami – i ustawiły się w szeregu. Nieszczególnie rzucały się w oczy, ale być może dlatego, że było ich tylko sześć. Wisiały w powietrzu jak maleńkie ważki, choć oczywiście było widać, że są to sztuczne stworzenia, a nie zwierzęta. Przez chwilę przypatrywał im się z naturalnym zaciekawieniem. Naprawdę były bardzo ciche, aż prawie bezdźwięczne. Szumiały zaledwie skrzydełkami – podwójną parą skrzydeł, jak u Ważki. Postąpił dwa kroki wprzód – S-Boty cofnęły się tak, aby utrzymać dystans czterech metrów w stosunku do Zolana. Cofnął się o trzy kroki – S-Boty znów zareagowały. To było ciekawe.

– A teraz co? – zapytał, nie wiedząc, co dalej, zapatrzony na S-Boty.

Być może to było nieco naiwne pytanie, a być może Gaja była dla Zolana zbyt bystra. Tak czy inaczej, nie pomyślał już o niczym więcej – i nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Nie zdążył. Dlatego, że z chwilą kiedy kończył zadawać naiwne pytanie, Gaja – zupełnie bez uprzedzenia, zupełnie niczego sobą nie zdradziwszy – chwyciła coś ze stołu i energicznie zamachnęła się tym na Zolana, wyrzucając to w jego kierunku. Czegoś podobnego ani trochę się nie spodziewał. Ale co najdziwniejsze, chociaż rzut wcale nie wyglądał na żart, chociaż był to zwyczajny, mocny, szybki ruch – choć Zolan nie dałby rady się przed nim uchylić, przedmiot nawet go nie musnął. Nie zdążył. Dlatego, że nadzwyczajnie błyskawicznie, jak gdyby w pół chwili przed dofrunięciem przedmiotu do jego odwróconej głowy – pomiędzy twarzą Zolana a przedmiotem pojawiły się S-Boty. Mruczały głośno i fikały w powietrzu – a było to tak ekspansywne i nagłe, tak bliskie ciała Zolana i tuż przed samymi oczami, że zanim zdążył zdać sobie ze wszystkiego sprawę, sam nieświadomie uchylił się z toru padania przedmiotu. Po prostu na nie zerknął i zobaczył lecący na niego przedmiot. Intuicyjnie zrobił unik. Przedmiot upadł na podłogę. To było zadziwiające i wspaniałe doświadczenie. Po prostu nie mógł się nadziwić. Zanim cokolwiek powiedział, nieufnie popatrzył na przedmiot, którym Gaja próbowała go uderzyć, a który teraz – leżał na podłodze. Było to całkiem spore, metalowe, ciężkie z wyglądu narzędzie. Coś w rodzaju nożyc. Nie do wiary. Co za dziewczyna. Gdyby trafiła go czymś takim w głowę…

– Coś podobnego – rzekł z podziwem, gdy tylko złapał oddech.
– Dziękuję – odparła Gaja, jak zwykle: bez intonacji.

Następnie znów dotknęła klawiatury, wpisała jakieś informacje i w efekcie S-Boty przyfrunęły na blat, w to samo miejsce co wcześniej, znieruchomiały i usnęły. To był koniec pokazu.

– Po podaniu do oprogramowania kodu uśpienia, roboty wracają na ostatnie miejsce, w jakim nastąpiło wybudzenie – wytłumaczyła.

Zolan naprawdę zachwycił się tym, co zobaczył. Było to coś surrealnego, ale miało niezaprzeczalny urok.

– Wspaniały projekt – pochwalił szczerze. – A teraz powiedz proszę, dlaczego mi go pokazałaś. W jaki sposób S-Boty wiążą się z moją bezsennością, z powodem, dla którego do ciebie przyszedłem? – zapytał poważnie, pełen gwałtownie rozbudzonej nadziei.

Spojrzała mu w oczy.

– Po prostu chciałam o nich opowiedzieć, podzielić się nimi. Jak mówiłam wcześniej, projekt upadł. To znaczy, nie zostanie wdrożony. Bo nie ma realnych zagrożeń, wobec jakich produkt taki jak S-Boty mógłby stanowić barierę ochronną. Sytuacja, w której próbowałam w ciebie rzucić, była wymuszona i poza wszelakim prawdopodobieństwem. To była wyjątkowa, iście laboratoryjna sytuacja. Dlatego, że ludzie nie krzywdzą się wzajemnie i nie biją. Sam projekt więc, chociaż jak przekonałeś się naocznie – ogromnie ciekawy, ostatecznie nie okazał się dość racjonalny, by wprowadzić go do obiegu. Podczas gdy ja mam predyspozycje do dogadzania całej ludzkości. Mówiłam ci o tym. Dlatego musiałam zwierzyć się z tak szczególnego projektu komuś, kto nie jest naukowcem. Potrzebowałam sprawdzić twoją reakcję. Można powiedzieć, że w ten przewrotny sposób stałeś się moim obiektem badawczym. W czasie gdy ty obserwowałeś S-Boty, ja obserwowałam ciebie. Dzięki tobie poczułam się uzasadniona, ponieważ moje S-Boty, projekt wyczerpany, w pewnym sensie ukazały się moim oczom jako wciąż użyteczne. Dlatego, że przypatrywałeś im się z takim wyrazem twarzy, jakby miały logiczny sens – spokojnie wytłumaczyła Gaja. – Dlatego bardzo ci dziękuję, że wysłuchałeś tak cierpliwie mojej opowieści, że wszystko dobrze zrozumiałeś i że byłeś ciekaw mojego projektu – podsumowała.

Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Przez chwilę stał naprzeciw Gai – całkiem oniemiały i rozbity.

– Przepraszam, chyba źle cię zrozumiałem – odezwał się po dłuższej chwili. – Bo przecież to niemożliwe, żebyś powiedziała przed chwilą, że moja bezsenność i twoje S-Boty w żaden sposób się ze sobą nie wiążą. Przecież wcześniej stwierdziłaś, że moja bezsenność wiąże się jakoś z owym katalizatorem chaosu, którego według ciebie brakuje na Xannie. Że jestem jakoś powiązany z atraktorem, którego na Xannie brakuje. Pamiętam, że zasugerowałaś coś takiego. Przecież miałem słuchać cię uważnie.

– To były tylko luźne uwagi z mojej strony – odparła. – Nie miałam nic specjalnego na myśli. Twoja bezsenność z niczym realnym mi się nie kojarzy – wytłumaczyła bez intonacji.

To było tak naturalne i spokojne, że nie pozostawiało żadnej przestrzeni dla dalszych pytań. I gdyby nie specyficzna przenikliwość, intensywność oczu – można by pomyśleć, że nie wie, co mówi, że postradała zmysły. Niemniej koncentryczność jej wzroku przeczyła temu boleśnie. Zolan jeszcze nie mógł się z tym pogodzić.

– Wychodzi na to, że wykorzystałaś mnie do przetestowania swojej bezpłodnej, nic niewnoszącej idei – powiedział, zdruzgotany. – To znaczy, że pod pozorem rozprawienia się z moją bezsennością i wszystkimi niepokojącymi myślami, które się z niej biorą, ściągnęłaś mnie do Laboratorium, aby podstępnie pochwalić się swoją pracą.
– Można tak na to spojrzeć – przyznała Gaja. – Chociaż bliższe prawdy obiektywnej byłoby stwierdzenie, że wysłuchałeś o S-Botach, a potem je obejrzałeś, bo byłeś ich naturalnie ciekawy – dodała zagadkowo.

Zolan poczuł, że gromadzą się w nim silne, niejasne emocje. Zaledwie jedną z nich był gniew. A wręcz wściekłość, poczucie bycia oszukanym. Jeszcze przez moment stał i patrzył jej w oczy. Milczeli.

– Zapomnij, że mnie spotkałaś – powiedział w końcu. To było krótkie i suche. – Nic tu po mnie.

Jak stał, tak obrócił się i wyszedł. Był wściekły i rozczarowany. Oddalił się z Laboratorium, nawet nie pytając o kabiny prysznicowe. Było mu wszystko jedno.

Od razu po wyjściu zadzwonił do Brena. Szedł przez Miasto w niespłukanym antyseptycznym uniformie, niosąc w rękach osobistą garderobę i dzwonił do przyjaciela z przenośnego komputera.

– Jesteś dla mnie jak brat, dlatego powiem ci coś najłagodniej, jak to tylko możliwe – powiedział Brenowi. – Ona naprawdę jest obłąkana. Pomylona, szalona, słowem wariatka.

Bren się roześmiał. Jego twarz na wyświetlaczu wyglądała na rozpromienioną.

– Cudowna, prawda? – ucieszył się.

Zolanowi podniosło się ciśnienie.

– Nie słuchasz mnie, chłopie. Jesteś nią zaślepiony – odpowiedział. – Normalnie zapytałbym cię, co w niej widzisz. Ale ponieważ jesteś zaślepiony, to jasne, że nie możesz widzieć nic. Bo gdybyś widział, jak należy, wtedy byś wiedział, że w niej nic nie ma. Sama pustka, wypchana tupetem. Dlatego ciesz się, że wam nie wyszło. Jakakolwiek panna będzie dla ciebie milion razy lepsza od tej, pożal się losie, pani naukowiec. Nigdy w życiu już do niej pójdę. Nie mam po co. Całe spotkanie z nią, to jedna wielka pomyłka. I tobie też radzę, żebyś trzymał się od niej z daleka. Na ogół nic nikomu nie radzę, ale na nią naprawdę trzeba uważać, bo to jest jeden wielki wybryk natury. A już miałem ją polubić za te jej uszy…
– Ładne ma uszy, prawda? – wtrącił Bren radośnie.

Zolan spojrzał na jego twarz z dezaprobatą.

– Chłopie, zapomnij o jej uszach. Obchodź ją szerokim łukiem jak ogień. Mówię ci, że ona jest wybrykiem natury. W realnym świecie nie powinna istnieć…

Naraz urwał. Lekko tąpnęło go, co sam powiedział. Gaja nie powinna istnieć w realnym świecie. A więc może wszystko wokół – to nie był realny świat. Może realny świat istniał zupełnie gdzie indziej? Z całych sił potrząsnął głową, aby nie brnąć w absurdalne myśli.

– Więcej do niej nie pójdę – podkreślił, po czym pożegnał się w trzech słowach i zaraz przerwał połączenie, ekran zgasł.

Piechotą poszedł do najbliższego Lasu. Nie chciał pokazywać się Nenie w aktualnym stanie – znowu porywczy, niemogący nad sobą zapanować, jak owego fatalnego poranka, w dniu, kiedy miała wypadek. Nie mógł pokazać jej się takim – znowu wściekły, zimny, surowy, daleki, znowu niechcący w coś zaplątany. W coś absurdalnego, coś trudnego i ciążącego – coś w głębi, gdzieś na dnie samego siebie. Nena nie mogła go takiego zobaczyć.

Obiecał jej, że rozwiąże zagadkę bezsensownej bezsenności. Nie chciał jej zdradzić, z kim zamierza porozmawiać. Zresztą nie miał na to skrzętnego planu. Przypadkowo Bren podsunął pomysł udania się do Gai. Wydawało się, że może to dobry pomysł. Zolan miał mieszane uczucia, ale ostatecznie upatrzył w Gai nadzieję. A teraz wszystko się urwało. Ani trochę nie posunął się naprzód. Donikąd nie doszedł. Stracił nadzieję. W dodatku Gaja go oszukała. Nie było w tym najmniejszego sensu. To koniec. Już nic nie da się zrobić.

Był już wczesny wieczór, kiedy dotarł do Lasu. Poszukał Oczka, położył osobistą garderobę i komputer na brzegu, a potem zanurkował w przyjemnej wodzie. Błękitna czysta woda w moment sprała z niego żółty proszek, ale pływał w niej i nurkował znacznie dłużej, próbując znaleźć w wodzie jakiegokolwiek ukojenie. Niestety ukojenie nie przychodziło i emocje nadal wrzały. Nie było żadnej nadziei. Wszystko stracone. Wszystko się urwało. Sam jeden na świecie. Żadnego tropu. Żadnego punktu, o jaki mógłby się zahaczyć. Był odmieńcem – i tak musiało pozostać. A więc nie wywiąże się ze złożonego Nenie przyrzeczenia. Nie ma takiej możliwości.

Rozdział V

Zolan pozbierał rzeczy i wrócił do domu późnym wieczorem.

Wracając, intensywnie myślał o Nenie. Szedł już ubrany, ale jeszcze mokry po długim pływaniu w Oczku, a woda parowała z niego delikatnie. Idąc – suszył się w cieple zachodzącego, miłego słońca. Ale nie mógł ostygnąć. Odkąd wyszedł z Laboratorium, przez cały czas wrzał. Męczył się sam ze sobą. Najchętniej wyrwałby się ze własnej skóry i stanął obok. Szedł pełny napięcia i tętniących emocji. I kiedy tak szedł, jeden po drugim zaczęły wybuchać mu w głowie impulsywne obrazy tego, w jaki sposób będzie się kochał z Neną tej nocy. Ale odepchnął od siebie te rozognione myśli – jeszcze zanim dotarł do domu. Odepchnął je świadomie, celowo. Dlatego, że w pewien sposób się ich wystraszył. Dlatego, że widział się w nich jako ktoś władczy, aż brutalny. Przeraził się, że właśnie w taki sposób zapragnął rozładować swój gniew, nagromadzoną głęboko frustrację. Że pragnął wykorzystać Nenę – posłużyć się nią, i to nie jako Neną, kobietą o konkretnym imieniu. W nagłych fantazjach ujrzał ją co prawda taką, jaką była rzeczywiście, jaką znał – ale zarazem jako kobietę bez twarzy. Bo chociaż miała piękną twarz Neny, jej brzuch, jej uda, to jednak tylko z wierzchu była Neną, tylko w pewnym sensie. To było jak fatamorgana. Jak czary. W istocie kobieta z tych niby snów na jawie, kobieta o rysach, o wyglądzie Neny – nie była jego żoną, tylko ożywionym przedmiotem, anonimowym mięsem, które chciał przeniknąć, z którym chciał się połączyć na wskroś. Dlatego zaparł się w sobie i z całych sił – zaniechał tych myśli. Nie mógł sobie pozwolić na ich realizację. Było w nich coś silnego, coś bezkompromisowego, coś przyciągającego. Musiał się od tego odciąć.

Kiedy więc wrócił do domu, był milczący i nieobecny. A kiedy Nena podeszła do niego, żeby się przywitać, kiedy poczuł realne ciepło jej ciała, blisko, opodal, tuż – odsunął ją od siebie stanowczo. I nic szczególnego jej nie powiedział.

– Muszę pobyć sam ze sobą, przepraszam. Posiedzę przed domem. Nie czekaj na mnie – powiedział jej tylko.

Nic nie odpowiedziała. Widocznie realny świat – nie był realny. Albo zmieniał się nie do poznania. Tak czy inaczej, nie można było niczego rozwiązać. Nic nie dało się wyprostować.

Tej nocy nie zmrużył oka. Przeklęte S-Boty. Przeklęty, wymyślony świat. „Być może wszyscy jesteśmy postaciami fikcyjnymi, jak w fantastycznej powieści, nie ludźmi z krwi i kości”. Przychodziły mu do głowy takie myśli. Dosłownie wrzała w nim krew. W ogóle nie mógł się uspokoić. Pomyślał o Gai: „Nigdy w życiu się z nią nie spotkam. Czuję się oszukany. Głupio oszukany”.

Ale już nad ranem zrozumiał, że to nie Gaja go oszukała. W jej szaleństwie była jednak pewna metoda. Dotarło to do niego nad ranem. To nie Gaja była kłamczynią – była nią Xanna… Jeszcze nie wiedział, co to znaczy. To jeszcze nie był przełom, żadna dosadna, duchowa metamorfoza. Jednak coś w nim pękło. Wiedział, że dokądś doszedł. Że jednak posunął się naprzód – znalazł się na początku prawdziwej drogi.

Wrócił do Gai już następnego dnia. Zaraz po śniadaniu. Wczoraj uniósł się niby dumą, ale naprawdę nie mógł nad sobą zapanować. Po prostu nie potrafił odpowiednio szybko dojrzeć prawdziwego znaczenia. Z pewnością przez bezsenność. To jego niespotykana przypadłość pozostawiała za sobą widmo, niechlujstwo, swoisty bałagan w umyśle. To ona była wszystkiemu winna. To w niej tkwiła jakaś zawada. Zagubiona, schowana dla wszystkich, zabłąkana – odmienna rzeczywistość. Jak gdyby równoległy świat. Nie mogąc się z tą odmiennością, z tym wyczuwalnym, równoległym światem pogodzić, zobaczyć go rzeczywiście, wyraźnie – Zolan sukcesywnie wytracał zdrowy ogląd sytuacji. Dlatego wczoraj Gaja wywiodła go w pole. Dlatego nie zauważył od razu drugiego dna. Nie zauważył czegoś istotnego, co Gaja pomiędzy wierszami – z całą precyzją naukowca-idealisty bez pudła próbowała mu przekazać. Nie dała mu odpowiedzi na tacy, czego on oczekiwał, i dlatego mylnie ocenił, że w efekcie go okłamała. Tymczasem rzeczywistość była inna.

Żeby rozwiązać bezsenność, Zolan musiał iść za wewnętrznym absurdalnym głosem. I dotarło do niego, że Gaja – ona jedna na świecie też słyszy ten jego odśrodkowy głos. Oczywiście nie w znaczeniu dosłownym. Dlatego, że nie był to werbalny przekaz, lecz bezdźwięczny dla fizycznego ucha – być może głos intuicji. Coś w tym rodzaju. I ona jedna, Gaja, odpowiedziała na zakamuflowane wołanie Zolana. Na wołanie, które w jakimś stopniu pochodziło od świata zewnętrznego, od Xanny. To Xanna coś próbowała mu powiedzieć, dać do zrozumienia, czy może – omamić go. I Gaja była tego świadoma – tak samo jak Zolan. Coś łączyło się z czymś. Wystarczyło po to sięgnąć. Oni dwoje byli ze sobą powiązani. Dziwak i wariatka. Zolan i Gaja. Chory na bezsenność, uczulona na nudę. Należało połączyć siły. Wystarczyło ze sobą porozmawiać. I Nena, choć nie zdawała sobie sprawy z bieżącego obrotu sytuacji, niechcący – pierwotnie miała rację. Dlatego, że ni mniej, ni więcej, a właśnie otwarta, rzeczowa rozmowa stanowiła jedyny, jakkolwiek wymierny punkt wyjściowy do rozwikłania problemu bezsenności.

Zolan pojechał do Laboratorium bez zapowiedzi. Ponieważ już znał procedurę, zanurzył się w kadzi z żółtym proszkiem, a potem wsiadł do windy i wtargnął do gabinetu Gai z samego rana. Istotnie zastał ją u siebie, siedzącą przy stole, piszącą coś na komputerze. Kiedy wszedł, uniosła głowę, ale nie okazała sobą niczego i nie ruszyła się z miejsca. Po prostu patrzyła mu w oczy. Jakby nigdy nic. Przez maskę nie widział jej ust. Ale był pewien na sto procent, że ukrywał się pod tą maską ciepły, normalny uśmiech.

– Opowiesz mi różne rzeczy – powiedział na powitanie. – Na przykład o donicach z Gruntem. Dlaczego są ciekawe.
– Opowiem ci – odrzekła mu po prostu.

I uśmiechała się do niego (niewidzialnie).

– Wiedziałaś, że wrócę, prawda?
– Pewnie nie jesteś o tym przekonany, ale ja naprawdę jestem inteligentna. Nigdy nie mówię ani za mało, ani za dużo. Mówię dokładnie tyle, ile trzeba i zawsze w odpowiedniej chwili. Nigdy nie pojawiam się za wcześnie, nigdy za późno. Ja zawsze jestem o czasie. Punktualna. Stąd nie uprzedzam faktów i nie zasypuję jałowymi wnioskami. Wierzysz mi? – powiedziała.
– Czy wierzę? Czy tak sformułowałby pytanie realny naukowiec? – zapytał ją poważnie.
– A co na tym świecie jest realne?

Przez chwilę milczał.

– Całe spotkanie wczoraj, to był rodzaj testu, prawda? – zapytał.
– Chciałeś być materiałem doświadczalnym, czyż nie? – odparła pytaniem na pytanie. – Chciałeś być moim obiektem badawczym. Ale na koniec możemy zamienić się rolami. Miałeś o tym pamiętać – przypomniała mu.

Uśmiechnął się do niej. Odjęło mu mowę. Co za dziewczyna.

– Mówisz mi, że to ja jestem teraz badaczem, a ty… – nie mógł w to do końca uwierzyć.
– Przecież ty nie potrzebujesz ani uzdrowiciela, ani nawet dowódcy. Sam jesteś dowódcą. To ty badasz świat. Dostałeś teraz taki talent. Bezsenne noce. To ty zadajesz pytania i śledzisz ścieżki, po których one przemykają. Ja tylko zbieram różne myśli do kupy. Czy nie tak powiedział ci Bren? – uśmiechała się z sympatią (przez maskę). – Czy nie z tą myślą wróciłeś tu dzisiaj? Zauważyłeś, że wszedłeś i zacząłeś wydawać mi polecenia? – podjęła. – Jak myślisz, dlaczego?

Stał naprzeciw niej i kiwał głową. W porządku. Coś może było stracone, lecz coś z tego dało się odzyskać. Coś można było wydobyć na wierzch, żeby później się tego pozbyć. Zolan musiał wydobyć to na wierzch. To o niego chodziło. Zaczynał to akceptować. Wszystko po kolei. Krok po kroku. Tylko w ten sposób mógł posunąć się daleko naprzód. Musiał dojść do czegoś stopniowo.

– W porządku – odezwał się do Gai. – Wiem, że musiałem wysłuchać o S-Botach, chociaż nie miały ze mną realnego związku. Chodziło tylko o to, żebyś mogła mi przekazać różne wiadomości na temat biosfery. Prawdopodobnie gdyby nie S-Boty, nie potrafiłbym zilustrować sobie zależności naszego ekosystemu, prawda? A ty chciałaś mi coś zasugerować. Pokazać, że z Xanną coś jest nie tak, prawda? Ja to wiem, i ty to wiesz. Musimy tylko znaleźć klucz do tego. Nie znajdziesz go ani za mnie, ani beze mnie. Dlatego, że to ja jestem brakującym atraktorem. Czymś w rodzaju katalizatora chaosu. To ja, poprzez swoją bezsenność, jakoby wprowadzam niewiadomą, zmienną do idealnego xannijskiego równania. Wczoraj tego nie pojmowałem, nie umiałem dostrzec. Pewnie po części dlatego, że nigdy nie miałem się za indywidualistę. Uważałem się raczej za gracza zespołowego, za przeciętny wspornik drużyny. Podczas gdy w tej chwili wychodzi na to, że właśnie ja jestem kapitanem. Głównym, centralnym filarem czegoś w rodzaju dziwnej, podejrzanie doskonałej matrycy, z jakiej wszyscy pochodzimy, w jakiej na co dzień egzystujemy. Jeszcze nie wiem, jak to opisać. Wiem, że coś należy podważyć, a z czegoś się wyzwolić. Kojarzy mi się to trochę z jednym zdaniem, które powiedziałaś wczoraj. Powiedziałaś, żebym się zastanowił, co by się stało, jeśli by coś przebiło idealną różową, xannijską bańkę. Utkwiło mi to w głowie. A teraz chodzi o to, że nie tylko będę dowodził samemu sobie, ale też będę odpowiadał za coś szczególnego. Dlatego, że zmierzam dokądś, w pewne szczególne, duże miejsce. Prawda? Jeszcze nie wiadomo, dokąd dokładnie. Ale wiadomo, że gdzieś istnieje inny świat. Ja to wiem, i ty to wiesz. Być może nie dosłownie, ale istnieje inne, drugie dno. Dlatego, że z jakiegoś powodu, jak by to powiedzieć, wydaję się oporny na urok Xanny. Xanna powoduje w mojej głowie dziwne, niewerbalne echo. Odczuwam w sobie coś takiego. Idealna Xanna. Idealny świat. A jednak ja jeden czuję wyraźnie coś takiego. Dziwne, bezsensowne nieuspokojenie. A naprawdę, może wcale nie bezsensowne, lecz nielogiczne z xannijskiego punktu widzenia. Dlatego ani Lekarze, ani nikt, nic nie mogli dla mnie zrobić. Niczego nie wiedzą. To ja będę dowódcą. Kapitanem. I nie tylko samego siebie. Ja jestem Budowniczym. Będę coś konstruował, tworzył. W taki sensie, że będę za coś odpowiadał. Dlatego wczoraj nie mogłaś podać mi żadnej gotowej odpowiedzi. Musiałaś sprawdzić, na ile jestem suwerenny w myśleniu, w podejmowaniu decyzji. Musiałaś otworzyć mnie dopiero na dalszy dialog. Zrozumiałem to nad ranem. Rozumiem, że to ja będę zbierał brakujące informacje. To ja określę, w jakim kierunku pójdziemy, jakie dane będziemy ze sobą zestawiać. Będę przewodził… – naraz urwał, jakby przypomniał sobie coś ciekawego. – Kiedy przedwczoraj Bren wiózł mnie Ł-lotem, zapytał, czy nie chciałbym poprowadzić. Nie chciałem. Nigdy nie chciałem prowadzić. Tymczasem okazuje się, że muszę. Nie ma innej rady. To ja będę wyznaczał drogę, którą pójdziemy. Dotarło to do mnie nad ranem – dodał, patrząc jej w oczy. – To będzie absurdalna droga. Przynajmniej z xannijskiego punktu widzenia. Nielogiczna, nienormalna, kręta. Ale ważne, że idąc nią, rozwiążemy idealne matematyczne równanie. Idealny ekosystem. Doskonała biosfera. Ja to rozwiążę. Nie mam wyjścia.
– Nie masz wyjścia, kapitanie – uśmiechnęła się Gaja.

Milczeli przez chwilę. W tym milczeniu nie było niezręczności, a poczucie, że znaleźli wspólny język. Nie do wiary.

– Myślisz, że w całą bezsenność popchnęła mnie głęboka intuicja? – odezwał się Zolan. – Czy raczej mam w sobie pewien defekt, który powoduje tę inność, a który można pragmatycznie wytłumaczyć? – zastanowił się serio.
– Jeszcze nie wiem – odparła Gaja. – Dojdziemy do tego. Pomogę ci – podkreśliła. – Ty powiedz tylko, którędy mamy iść.
– Dobrze – podjął. – Opowiesz mi teraz o Gruncie – zadecydował. – Może nawet zrozumiem – sparafrazował jej wczorajsze słowa.

Pokiwała głową. Znów uśmiechnęła się niewidzialnie.

– O Gruncie – odrzekła. – Chodź tutaj – powiedziała. – Siądziemy przy tamtym stole – wskazała ręką dalszy stół, równoległy do okna.

Zapisała plik w komputerze, na jakim pracowała zanim pojawił się Zolan, po czym wspólnie usiedli przy stole, na którym stały cztery przezroczyste kuliste pojemniki z jakimiś purpurowymi substancjami w różnych odcieniach. Pojemniki były jednakowe z tymi, które widział Zolan wczoraj w głównym Laboratorium – z tymi, w których znajdowały się fragmenty Kory przeznaczone do badań. Purpurowe substancje, jakie zobaczył teraz, z pewnością były podobnymi próbkami czegoś. Gaja musiała prowadzić na nich zbliżone badania. Nie wiedział jednak dokładnie, czym są owe próbki, ani do czego służą.

– To są właśnie donice z Gruntem – zaczęła Gaja. – Chociaż nie dosłownie. Sam widzisz, że wyglądem nie przypominają typowego Gruntu, a bardziej kleistą, zawiesistą ciecz. I rzeczywiście, mówiąc językiem laika, jest to ciecz wyciągnięta z Gruntu – wyjaśniła ogólnie. Naraz zastanowiła się nad czymś. – Wiesz, czym zwróciłeś moją baczną uwagę wczoraj? W którym momencie wpadłam na to, żeby przedstawić ci cechy biosfery za pośrednictwem S-Botów? – spytała nieoczekiwanie.

Pokręcił głową.

– Kiedy wczoraj wspomniałam o tym, że Kora jest banałem, zaś donice z Gruntem o wiele ciekawsze, ty burknąłeś pod nosem: „ukrwione dziąsło” – podjęła. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, co powiedziałeś. Ale właśnie to sprawiło, że się zorientowałam, że mam do czynienia z kapitanem – uśmiechnęła się zagadkowo.

Oczywiście jej usta przez cały czas były schowane pod maską, pomimo czego Zolan jak gdyby nauczył się wyczuwać jej uśmiech. Jak gdyby w jego percepcji uchyliły się ukryte drzwi. Coś się rozszczelniło – coś w środku jego umysłu.

– Kiedy patrzyłem na Grunt z góry, kiedy leciałem z Brenem, wtedy wpadło mi do głowy, że patrzę na ukrwione dziąsło – przyznał się Zolan. – To skojarzenie zostało mi w pamięci, ale nie przypuszczałem, że stoi za nim coś grubszego.
– A stoi – potwierdziła Gaja. – Jak na pewno wiesz, Grunt tak samo jak wszystkie rośliny na Xannie, a nawet Lepiaki, zawiera w sobie Barwnik, który potocznie nazywa się ciałkiem purpury. Wiedz, że nawet w znacznej mierze błękitne Ważki zawierają w sobie ów Barwnik. To dzięki Barwnikowi sam Grunt, tak samo jak rośliny, potrafi absorbować maksymalną ilość światła z gwiazdy. Dlatego przyroda świeci w nocy, emanuje fluorescencją. A przede wszystkim taką fluorescencją emanuje sam goły Grunt. Wszyscy jesteśmy świadomi, że jest to możliwe dzięki ciałku purpury. Ale już nie dla każdego jest jasne, że ciałko purpury można by porównać do krwi. Oczywiście wszyscy wyczuwamy swoiste tętno wszechotaczającego świata, wszyscy mamy świadomość pulsu i żywotności naszej planety, ale jest to raczej metaforyczna, czy emocjonalna świadomość. Tak bym to ujęła. Podczas gdy ciałko purpury, a więc Barwnik, naprawdę jest specyficznym, lepkim płynem ustrojowym, który można porównać do krwi. Do prawdziwej krwi, w takim sensie, że właśnie on nadaje wszystkiemu realny krwiobieg, nadaje właściwości życiowe. Tak więc substancje, które widzisz w tych donicach, to po prostu krew Gruntu. Nawet nie wyobrażasz sobie, co powiedziałeś tam na górze, lecąc z Brenem. Ukrwione dziąsło. Naprawdę dokładnie czymś takim jest Grunt.

Zolan podrapał się za uchem.

– Mówisz więc, że wyodrębniłaś z gołego Gruntu jego podstawowy składnik, tę niby krew? – zapytał.
– Dokładnie tak – przytaknęła Gaja. – I to są właśnie donice z tą substancją, z istotą Gruntu. Ale to zaledwie początek grubszej historii. Nie masz pojęcia, jak grubej – uśmiechnęła się po części z satysfakcją, po części tajemniczo. – Zanim jednak dojdziemy do tej grubszej historii, opowiem ci po kolei o Gruncie. Wszystko zaczęło się właśnie od donic, chociaż dla mnie osobiście nie mają już one większego znaczenia.

Zolan zmarszczył brwi. Ale rozumiał już, że Gai nie należy ponaglać.

– Zamieniam się w słuch – powiedział więc zwyczajnie.
– Wszyscy wiemy o tym, że Grunt przejawia dziwną właściwość pod tytułem „żywe i martwe naraz” – zaczęła Gaja. – Dla przeciętnych ludzi wydaje się to zadziwiające, ale wiedz, że jest też takie dla naukowców. Sądzę, że pewnie nie muszę ci tłumaczyć akurat tego, że nauka potrzebuje zbadać każde niejasne zjawisko, przenicować je, a następnie wyciągnąć racjonalne wnioski. I poprzeć je namacalnymi dowodami. Stąd nic w tym niezwykłego, że prace badawcze nad Gruntem prowadzono już od wielu, wielu lat, nieomal od początku Miasta. Raz na pewien czas badania Gruntu są wznawiane. Czynią tak kolejne i kolejne pokolenia naukowców, które są ciekawe, czy dzięki swojemu świeżemu talentowi, aby nie odkryją czegoś nowego, wymiernego. I do takich młodych naukowców zaliczam się ja. Ponadto badania nad Gruntem są wznawiane tak czy inaczej z potrzeby obiektywnego sprawdzenia, czy na przestrzeni lat sam Grunt się nie zmienił, czy nie okaże sobą czegoś nowego. Lecz summa summarum jako rasa ludzka przez długie, długie lata nie posuwaliśmy się za bardzo w tych wszystkich badaniach. A na pewno nie w sensie przełomu, na jakim mnie osobiście, jak mówiłam ci wczoraj, bardzo, ale to bardzo zależy. Kiedy miałam dziewiętnaście lat, byłam gotowa do włączenia się do standardowych, typowych badań nad Gruntem. To były badania identyczne, co zawsze, jednakże jako młoda, ambitna i zdolna dziewczyna, do tego naładowana pragnieniem dokonania naukowej rewolucji, nie ukrywam, że po cichu liczyłam znaleźć coś, czego nikt przede mną nie znalazł. Pomyślałam, że być może w dotychczasowych, w sumie paru wiekowych badaniach nad Gruntem raz za razem coś przeoczano. Prawdę mówiąc, trochę życzyłam sobie, żeby się okazało, że moi koledzy, zarówno dalecy poprzednicy, jak i ci, z którymi zetknęłam się najpierw w swej edukacji, a później w podjętej własnej praktyce zawodowej, że oni wszyscy przeoczają coś istotnego. Chciałam, żeby tak było. I tak około dziesięć lat temu przyłączyłam się do grupy kolegów, którzy badali właściwości Gruntu w terenie. Nie w donicach, ale w terenie. Podobne badania, jak wspomniałam, przeprowadzano już od dawna w pewnych odstępach czasu. Od początku badano Grunt tak w donicach podobnych do tych tutaj, jak i w terenie. Już w okresie studiów zajęłam się samodzielnymi badaniami na donicach, no ale jako świeżo wykształcony, wybitnie zdolny naukowiec, będąc niespełna dwudziestoletnią dziewczyną, chciałam też wychylić nos poza donice, kiedy tylko nadarzy się sposobność. Tak więc przy pierwszej lepszej okazji wyruszyłam razem z kolegami w teren, żeby dowiedzieć się czegoś osobiście. I czegoś się dowiedziałam. Ale nie od razu.

Zanim ci o tym powiem, najpierw musisz zrozumieć, że już bardzo odległe w czasie badania Gruntu niosły ze sobą coś podejrzanego. Ową mistyczną właściwość – „martwe i żywe naraz”. Nauka musiała zaakceptować, że tak na świecie jest, lecz tak samo jak zwykli (nie-naukowcy) ludzie, nie mogła zrozumieć, dlaczego tak jest.

Na przestrzeni lat zawsze badano Grunt analitycznie. To znaczy, że wyselekcjonowany z Gruntu czysty Barwnik umieszczano w specjalnych donicach i tam poddawano go dalszej rozbiórce. Również będąc w terenie, podchodzono do Gruntu analitycznie.

Wracając do donic, wyselekcjonowany Barwnik, który umieszczano w różnych donicach, miał różną gęstość, zupełnie niezależnie od miejsca, z jakiego pozyskiwano próbkę Gruntu. Inaczej mówiąc, nawet na bardzo wąskim, a właściwie punktowym obszarze Grunt zawierał w sobie różne gęstości swojej jakoby krwi. To znaczy, że na jednym małym wycinku Gruntu płynęła krew o odmiennej konsystencji, o odmiennych odcieniach purpury. Dlatego, jak widzisz również w tych tutaj donicach, jedne z nich zawierają soczyście głęboki purpurowy kolor, i ten kolor jest bardzo gęsty, inne donice zawierają Barwnik bladoróżowy, a więc bardzo rzadki, ciekły. Wyobraź sobie, że całą tę paletę kolorystyczną Barwnika, czyli wszystkie obecne tu cztery donice, pozyskałam z jednego małego wycinka Gruntu. Oczywiście takich odcieni jest dużo więcej.

Na razie powiem ci na temat donic tyle, że jedne i te same próbki niby krwi Gruntu – w zależności od własnej fanaberii w jednej chwili wykazują cechy życia, a w innej cechy materii nieożywionej. Jednym zdaniem, każda pojedyncza donica to „martwe i żywe naraz” i nie wiadomo, dlaczego. Nie ma na to odpowiedzi. Nie przyświeca temu choćby najmniejsza prawidłowość. Choć nawiasem mówiąc, nawet gdyby istniała jakaś prawidłowość – powiedzmy hipotetycznie: gdyby jedna donica wykazywała cechy życia w dzień, a cechy materii nieożywionej w nocy – i tak nic by to nie oznaczało. Bo od czego tak na dobrą sprawę miałaby zależeć żywotność martwego Gruntu albo martwość żywego Gruntu? Nawet gdybyśmy się dowiedzieli, że ma to pewien związek z obecnością światła słonecznego (w dzień) lub obniżeniem światła (w nocy), i tak nic by to nie dało. Inna sprawa, że Grunt przełącza się pomiędzy tymi dwiema skrajnymi własnościami, pomiędzy życiem a nie-życiem, bardzo różnie, w różnych momentach, nieregularnie, bez żadnego planu i widocznych zależności. Przełącza się pomiędzy życiem a śmiercią, jak ma na to ochotę. Nic więc dziwnego, że nauka właściwie od zawsze chciała się dowiedzieć, dlaczego tak się dzieje i z czego to wynika. Niezależnie od chcenia naukowców, w tym również mojego, tak czy inaczej donice z Gruntem nigdy nic nie wykazały. Dlatego, że badano je analitycznie. A analiza była tu bezowocna, kompletnie bezużyteczna. Niebawem zrozumiesz dlaczego.

W każdym razie, ponieważ badania analityczne nic nie dały, podeszłam do sprawy syntetycznie. To znaczy, że najpierw postanowiłam zrozumieć to coś, czyli Grunt, a dopiero potem dowiedzieć się reszty. Zadałam więc sobie podstawowe pytanie: czy w sensie naukowym można zbadać w sposób wymierny coś, co bez przerwy się zmienia? I doszłam do dziecinnie prostego wniosku, że nie można. Zrozumiałam, że właśnie stąd brały się wszystkie wieloletnie problemy z pojęciem przez naukę własności Gruntu. I od tego miejsca zaczęłam.

Nie można zbadać czegoś, co wykazuje niekończącą się i anormalną zmienność. Anormalną, to znaczy bez zdradzania najmniejszej prawidłowości. Dlatego sam akt analitycznego badania w odniesieniu do Gruntu nie miał żadnego sensu. I to był ów mały niewinny kamyczek – coś, co przegapiali wszyscy moi poprzednicy, a potem mentorzy, a potem moi koledzy. Od tego wyszłam. Doszłam do w wniosku, że donice z Gruntem nie powinny być badane analitycznie, ponieważ takie badanie nie ma racji bytu w sytuacji, gdzie nie jesteśmy w stanie rozbić obiektu badawczego na elementarne składowe. Uświadomiłam sobie, co można zrobić w takiej sytuacji. Otóż zamiast rozbijać obiekt, można zajrzeć w niego od drugiej strony. To znaczy, że można poznać wpływanie obiektu na otoczenie, zamiast zajmować się rozbijaniem samego obiektu. Był to pewien postęp w myśleniu o Gruncie. Była to próba wyjścia naprzeciw Gruntowi za pomocą badań syntetycznych.

Mówię ci o tym, żebyś zrozumiał, że w przypadku Gruntu kluczem do sprawy było stwierdzić, jakie role posiada obiekt badawczy (Grunt) w stosunku do rzeczywistości. A więc nie analiza – a synteza. Wpadłam na to ja. To było owo coś błahego, co nauka przegapiała za każdym razem we wznawianych badaniach nad Gruntem – dopóki nie pojawiłam się ja. Innymi słowy nauka nie znała obiektu badawczego (Gruntu), gdyż posługując się analizą, nie mogła go poznać. Tymczasem dzięki mnie nauka mogła się dowiedzieć, jakie miejsce zajmuje obiekt badawczy w całym konglomeracie pozostałych obiektów. To znaczy, że należało najpierw ustalić, gdzie w biosferze sytuuje się Grunt. I tak na podstawie ekosystemu badawczego doszłam do swoistych innowacyjnych wniosków. Chociaż to był ledwie początek. Ale po kolei. Mówiąc ekosystem badawczy, mam na myśli donice z Gruntem takie jak te dzisiejsze. Powiedzmy, że to niezbędna do badań probówka – miniatura rzeczywistego ogromnego ekosystemu, jak gdyby makieta służąca do obserwacji, lecz tym razem do obserwacji syntetycznej, a nie wcześniejszej, czyli chybionej analitycznej. Oto jakie innowacyjne wnioski stały się moim pierwszym przełomowym odkryciem. Zanim jednak ci je wymienię, najpierw parę zdań o Gruncie, które nauka ustaliła przede mną.

Otóż Grunt ma własności tak zwanego replikatora. Replikator to najprostsza forma organizacji materii, która jest zdolna do samoistnego kopiowania się. Można domniemywać, że pierwsze formy samokopiujące powstały w swoistym pierwotnym konglomeracie cząsteczek. Nazwałabym ten pierwszy xannijski konglomerat – prazupą. W owej prazupie, powiedzmy, że prazupa to początek początku ekosystemu Xanny, podstawowe cząsteczki tworzyły oczywiście związki. Lecz mówiąc o replikatorze, mam na myśli pierwszą zwykłą cząsteczkę chemiczną zdolną do samoistnego powielenia samej siebie. I to był właśnie pierwszy replikator na świecie. Takich rodzajów cząsteczek jeden złożony, skomplikowany replikator może mieć bardzo wiele. Powiedzmy, że jedna grupa cząsteczek budująca całość takiego replikatora – może powielać się w wodzie, a inna na przykład w kwasie solnym w obecności azotu. Istotne, żebyś zrozumiał, że prosty replikator to jest etap pośredni między materią nieożywioną a życiem.

Patrząc na to od innej strony, najprostszą formą życia jest wirus. Jego materiał genetyczny również może się samokopiować, ale ścisłe centrum tego materiału przeznaczone do kopiowania jest otoczone, w przeciwieństwie do replikatora, błoną, a więc jest chronione. Co więc ważne, wirusy posiadają geny, czyli właśnie ścisłe centrum przeznaczone do powielenia i to jest podstawowa różnica pomiędzy podstawową formą życia, jakie znamy, czyli wirusem, a inną formą zdolną do samopowielenia, czyli replikatorem.

Idąc dalej, replikator powiela wszystko, czym jest i słowo „wszystko” ma tutaj znaczenie priorytetowe. Replikator kopiując się, powiela wszystko. Wirus natomiast ma konkretną informację do skopiowania i tym właśnie różnią się te dwie formy. Wirus zawiera po prostu daną informację, która znajduje się w jego ścisłym centrum. Tak więc wirus podaje dalej tylko tę daną informację i to ona jest tożsama z jego aktem kopiowania, ponieważ dotyczy ścisłej fizycznej części wirusa. Ta część do kopiowania jest ściśle chroniona przez pozostałe części wirusa. A więc życie, to taka forma replikacji, która wie, którą część siebie skopiować. Oczywiście słowo „wie” weź sobie w cudzysłów. Używam takich słów, żeby ci gładko wytłumaczyć charakter zjawiska, ale nie zapominaj, że nie mówimy tu o świadomości, ani o żadnym myśleniu. Wracając do meritum, życie to taka forma, która wie, którą część siebie kopiować. Podczas gdy replikator, to taka forma, która kopiuje wszystko. Robi to ślepo, nie mając o tym pojęcia. A teraz zastanów się, dlaczego życie ma być wyższą formą bytu od replikatora?

Pomyśl o tym, że wirus może być jakkolwiek, że się tak wyrażę – wadliwy, skaleczony. Ale jeśli przy tym kod DNA albo RNA wirusa nie będzie uszkodzony, to dany wirus może stworzyć drugiego, zupełnie nowego, zdrowego wirusa. Natomiast jeśli do replikatora dodamy cokolwiek, powiedzmy, że jakikolwiek rodzaj usterki, skazy, coś, czego pierwotnie w nim nie było, to będzie on kopiował w całości tę nową, czy jeśli wolisz – udziwnioną formę siebie.

Inaczej mówiąc, replikator przypomina więc pewnego rodzaju maszynę. Czy też może – jest formą pośrednią pomiędzy maszyną a życiem. Formą pośrednią, a to dlatego, że posiada on tylko jedną cechę życia, to jest zdolność do powielania się, i na odwrót. To jest – posiada jedną cechę maszyny, czyli wykonuje w sposób ślepy jeden rodzaj polecenia, czy po prostu funkcji.

A teraz przyjmij, że Grunt, to replikator. I wyobraź sobie, że musimy go porządnie zbadać… Jak mamy tego dokonać, jeżeli mamy świadomość, że to nie jest zwykły replikator? Na tym właśnie zasadzał się mój wyjściowy, i nas wszystkich naukowców, problem. Powiedzmy, że to była kłoda. Owo coś, co wszyscy moi poprzednicy przegapiali przez długie lata. Najpierw poprzednicy, a potem koledzy. Mnie udało się przeskoczyć tę kłodę, rozumiesz? I w tym sensie nie tylko robotyka, ale też cała nauka jest artystyczna. Dlatego, że naukowiec tak ambitny i dociekliwy jak ja, pragnie badać rzeczy ważne dla wszystkich, cenne i dobroczynne dla ludzkości. Lecz dotarcie do takich upragnionych wielkich wniosków jest możliwe wyłącznie dzięki uruchomieniu własnej głębokiej kreacji. To jest dzięki uruchomieniu takiego procesu myślowego, który będzie obejmował na przykład pracę na liczbach odklejonych od realnej rzeczywistości, i który za pomocą tych liczb spróbuje rzetelnie i prawdziwie opisać jądro świata. Wydaje się to niemożliwe, szalone, artystyczne. A jednak pomyleńcy tacy jak ja widzą obecność tych zimnych, odklejonych liczb w realnym, ciepłym świecie. Oczywiście nie uznaję się za artystkę, ponieważ dobrze wiem o tym, że badam, a więc sprawdzam już istniejące rzeczy. Jednakże konkluzje, do których docieram na bazie tych badań, bywają naprawdę odkrywcze, aż jakby twórcze. Dlatego, że nauka w swej istocie to artyzm. Zaraz przekonasz się, dlaczego tak twierdzę.

Najpierw jednak przypomnę ci, że zwykły replikator jest zwykłą cząstką chemiczną. Nie ma w nim niczego intrygującego, nic niejasnego. Dla wszystkich naukowców to jest bardzo łatwe do pojęcia. Dlatego, że zwykły replikator jest jak zwykła maszyna. Myślę, że ty również bez kłopotu to przyjmujesz. No ale Grunt, krew, która w nim krąży, a więc Barwnik, a więc ciałko purpury jest już replikatorem nadzwyczajnym, ponieważ wyraża i życie, i materię nieożywioną, to jest martwą jednocześnie. Skąd bierze się ten zadziwiający efekt? Otóż na to pytanie nie potrafi odpowiedzieć nikt. Wiadomo jedynie tyle, że czasami Barwnik wykazuje cechy życia, a czasami cechy nie-życia. Zależy, jaki ma humor, i to właśnie jest niezwykłe. Rozumiesz przecież tak samo jak ja i moi koledzy, że Grunt nie może miewać humorów. To czysta abstrakcja. Mówiąc wprost, badania analityczne nie wykryły żadnej prawidłowości w zachowaniu Gruntu. Dokładnie w tym punkcie badań wpadłam na trop niewiarygodnego przełomu. Od tego wyszłam. Jakby powiedział Bren: zaczęłam zbierać myśli do kupy. Mówiąc dosadnie, postawiłam na syntezę, co nakreśliłam ci wcześniej. Teraz jednak masz mniej więcej realne wyobrażenie, jak musiałam do tego dojść. A teraz opowiem ci o syntetycznych badaniach nad Gruntem.

Otóż zaczęłam rozmyślać, o co chodzi z Gruntem – badając na przykład Korę. Albo o co chodzi z Gruntem – badając Ważkę. Albo o co chodzi z Gruntem, badając Kielichy. Inaczej mówiąc, wymyśliłam tak zwane badania krzyżowe. Oznacza to, że do jednej donicy z Gruntem wprowadzałam jednocześnie inny element biosfery, na przykład Ważkę. Albo fragment Kory danej rośliny. Albo i Ważkę, i Korę danej rośliny. Kluczem do badania krzyżowego było ustanowienie w pojedynczej donicy takiej makiety, czyli takiej miniatury realnego ekosystemu, w której mogło zaistnieć jednocześnie nie więcej niż trzy wyselekcjonowane elementy biosfery, z których jednym elementem na pewno musiał być Grunt. Innymi słowy, jako jedyna na świecie zaczęłam badać Grunt na podstawie jego emanacji. I to już prawie przełom. Ale jeszcze nie całkiem. Posłuchaj, przez co się przegryzłam i dokąd trafiłam.

Jak powiedziałam, zaczęłam badać Grunt na podstawie jego emanacji. Dlatego, że cała biosfera wyrasta z Gruntu, tak więc postanowiłam przebadać Grunt na bazie wszystkiego, co z niego się wzięło lub z czym on współdziała. Aby tego dokonać, posłużyłam się badaniami krzyżowymi, których schematyczne znaczenie opisałam ci przed chwilą. I w efekcie tych badań, mówiąc zwięźle, mogłam zaobserwować, co – na co, jaki wywiera wpływ. Przypominam, że w jednej donicy z Gruntem umieszczałam próbkę Gruntu, a mówiąc ściślej, jego Barwnika, plus jeden wyizolowany z biosfery element lub co najwyżej dwa. Tak prowadzone żmudne badania krzyżowe przez pewien czas zawodziły mnie na całej linii, bowiem nie wykazywały niczego szczególnego. To znaczy na podstawie badań krzyżowych okazało się, że wszystkie elementy biosfery zawierają w sobie jedną z cech Gruntu, a mówiąc dokładniej – zawierają Barwnik, czyli charakterystyczną krew. Ta krew krąży we wszystkich elementach biosfery, we wszystkich organizmach, tak roślinnych, jak zwierzęcych, nawet w Ważkach. Ale to nie było nic szczególnego. Dopiero kiedy do jednej donicy z Gruntem wprowadziłam Kielichy. I wtedy odkryłam rzecz kompletnie zwariowaną, nonszalancką. Oto już przełom. Nieomal. Jeszcze nie wiem, dokąd on może prowadzić i prawdę powiedziawszy, poza tobą nikt jeszcze nie poznał absolutnie zniewalającego wyniku moich badań. Głównie też dlatego, że sama nie do końca mogę udokumentować ten wynik. Dlatego póki co, nie jestem w stanie nikomu go unaocznić, to jest przykleić do rzeczywistości. Również w tym sensie nauka jest jak sztuka. Można powiedzieć, że mój przełom to czysty artyzm. A wpadłam na niego dzięki Kielichom.

Najpierw zastanów się nad tym, dlaczego Kielichy zmieniają się w swoim wizerunku na naszych oczach tak, że nie możemy realnie zaobserwować tych przemian, tych optycznych metamorfoz. Dlaczego patrząc na Kielich, widzisz przed sobą kanciasty, geometryczny kształt, który w jednej chwili wydaje się zamkniętą kostką, sześcianem, zaś w następnej bliskiej chwili przypomina już zwielokrotniony trójkąt? W skrócie pytam. Słowem, Kielich zmienia się na naszych oczach tak, że można dostać oczopląsu, nie mogąc zauważyć niczego precyzyjnego, żadnego wytrychu do sensownego opisania kształtu kwiatu. Czy masz pojęcie, dlaczego tak się dzieje? Powiem ci, dlaczego. Przygotuj się. Jesteśmy już prawie na końcu tej historii. Prawie w samym środku mojego przełomu. Uważaj więc na wszystko, co ci teraz powiem.

Otóż Kielichy to nic innego, jak czyste tessarakty – rzekła Gaja ni stąd, ni zowąd. – Wiesz, co to takiego? – spytała niespodziewanie.

Zolan od dłuższej chwili nie wtrącał się ani pół słowem, był cierpliwy i wsłuchany w Gaję. Jednak teraz, gdy nieoczekiwanie włączyła go do nurtu opowiadanej przez siebie historii, szeroko rozwarł powieki, nie bardzo nadążając za całokształtem. Był oszołomiony. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Tessarakt? – zdumiał się nie na żarty. – Owszem, słyszałem o tessarakcie. Kiedyś, jako zielony szczeniak chodziłem trochę na lekcje matematyki. Pamiętam, że tessarakt to bryła w czwartym wymiarze. Chyba sześcian podniesiony do czwartego wymiaru.
– Bardzo ładnie – pochwaliła Gaja, aż zaklaskała w dłonie. – A Kielichy to nic innego, jak żywe tessarakty. Wyobrażasz sobie?
– Niby jak to możliwe? – Zolan nie mógł się nadziwić. – Przecież człowiek widzi wyłącznie w trzech wymiarach. Nie może dotrzeć do czterech. To po prostu niewykonalne – zaoponował.
– No właśnie – podjęła Gaja. – Możemy widzieć tylko w trzech wymiarach. Dlatego nie możemy zobaczyć dokładnie kształtu Kielicha. Bo Kielich istnieje w czterech wymiarach, a nie w bliskich nam trzech. To tessarakt. Czyli sześcian, do którego dodalibyśmy jeszcze jeden, czwarty wymiar. Wiesz przecież o tym, jaki dziwnie ruchliwy i zgeometryzowany cień rzuca Kielich niezależnie od kąta padania światła, prawda? – ciągnęła z naciskiem.
– No to co? O czym wiarygodnym może świadczyć zwykły cień?

Gaja zignorowała jego powoli budujące się poruszenie i po prostu kontynuowała.

– Nie możemy wyobrazić sobie, ani tym bardziej zobaczyć realnego tessaraktu, ale możemy zwizualizować cień rzucany przez tessarakt – rzekła. – To znaczy, że możemy obliczyć matematycznie kształt cienia rzucanego przez tę bryłę i wskutek tego możemy zwizualizować dokładny zarys tego cienia.
– I co z tego? – powtórzył Zolan.

Po prostu nie nadążał za Gają. Nie mógł uwierzyć w to, co próbowała mu powiedzieć. To nie mieściło się w głowie. Gaja zdawała się tego świadoma, bo wyprostowała się na stołku.

– Przygotuj się – poprosiła, po czym wzięła głęboki wdech. – Otóż cień rzucany przez Kielichy, cień rzucany przez żywe kwiaty w przyrodzie, w ich naturalnym środowisku to dokładny cień tassaraktu. Sprawdziłam to matematycznie. Wszystko się zgadza – obwieściła dumnym, chociaż przyciszonym głosem. – Ale to jeszcze nie koniec. Posłuchaj tego, na co wpadłam w efekcie odkrycia, że Kielichy to tessarakty. Tessarakt istniejący w realnej biosferze był punktem przełomowym. Trach. Jedno pociągnęło za sobą drugie… Ponieważ my-ludzie funkcjonujemy w rzeczywistości trójwymiarowej, to wszystkie elementy i żywe, i martwe składające się na naszą biosferę i ogólną sferę, również występują w trzech wymiarach. Pomyśl jednak, jak zmieniłoby się nasze pojęcie rzeczywistości, w której egzystujemy i którą mamy przed nosem, gdyby założyć, że cały świat, który widzimy w trzech wymiarach, to tylko wyciek, jak gdyby tylko przebitka świata z czwartego wymiaru?

Zolan nieco się zgubił. Popatrzył na Gaję pytająco, wzruszył ramionami. Był zszokowany.

– Wytłumaczę ci to na przykładzie biosfery, o której opowiedziałam ci już tyle, że tak chyba będzie ci najłatwiej przyswoić sobie mój przełom – podjęła. – Posłuchaj. Cała nasza biosfera ma tak zwane napięcie powierzchniowe. Innymi słowy, jest to pewne napięcie na skórze, a więc na samej powierzchni zewnętrznej planety. Mówię tu o swoistej zasadzie napięcia powierzchniowego. Otóż doszłam do wniosku, że Grunt jest dlatego i żywy, i martwy naraz, ponieważ w całości jest on zjawiskiem w czwartym wymiarze. Doszłam do tego dzięki urodzie Kielichów, czyli dzięki tessaraktom. Posłuchaj jednak, co odkryliśmy z kolegami, próbując dotrzeć daleko wgłąb Gruntu. To były owe dawne badania nad Gruntem w terenie. Te same, do których postanowiłam się przyłączyć, mając dziewiętnaście lat. Jednakże dopiero, kiedy około rok temu odkryłam tessarakty, wyniki tamtych badań w terenie, wtedy dosyć przezroczyste, niewiele dające, połączyły się z moimi osobistymi wynikami. A w zasadzie z wnioskami, o jakich mówię ci teraz. I o jakich nikomu jeszcze nie powiedziałam. Dopiero rozmyślając o Xannie w czterech wymiarach, tamto prawie dziesięć lat temu kopanie w Gruncie nabrało dla mnie sensu. Ale po kolei…

Żeby dotrzeć wgłąb Gruntu, postanowiliśmy najpierw wypompować wodę z dowolnego Oczka. Nie było sensu kopać nowego dołu, kiedy mamy dookoła Oczka o średniej głębokości trzydziestu metrów. Tak więc wypompowaliśmy wodę z Oczka i zeszliśmy na dół. Na głębokość trzydziestu metrów. I tam zaczęliśmy kopać.

Przez kolejne trzy metry – nie znaleźliśmy nic. Grunt jeszcze przez grubość trzech metrów poniżej dna oczka nie różnił się niczym od Gruntu na samej górze, czyli na powierzchni, ani od Gruntu na głębokości pięciu metrów, piętnastu, siedmiu, dwudziestu ośmiu i tak dalej. Specjalnie podaję ci liczby odpowiadające różnym głębokościom tak skokowo, żeby podkreślić, że Grunt jest wszędzie identyczny, niezależnie ani od głębokości, ani od terenu, na jakim by kopać. Powtórzyliśmy takie żmudne wykopki w pięciu różnych Oczkach. I odkryliśmy coś może i zastanawiającego, ale nic nowego. To było coś zupełnie jałowego i niczego nie mogło unaocznić. Podobne wykopki robiono całymi latami. Wnioski zawsze były te same.

Otóż poniżej jeszcze trzech metrów od dna oczka, Grunt nie był już tym samym Gruntem, lecz zwykłym piaskiem. Suchy, miałki piasek, miejscami glina, miejscami kwarc. I zero koloru purpury. Innymi słowy, Grunt jest nasycony Barwnikiem, swoją dziwną krwią, żywością i martwością zarazem, tylko od powierzchni Xanny do głębokości około trzydziestu trzech metrów. Poniżej tego pułapu, czyli w środku Xanny, nie ma nic żywego – sam piach, glina i trochę kwarcu. Zero Gruntu. Zero życia. To już nie „żywe i martwe naraz”. Po prostu banalna, martwa materia. Wyglądało więc, że nie odkryliśmy nic ważnego. Tak samo jak wszyscy przed nami. Dowiedzieliśmy się tylko tyle, co już było wiadome, że skóra Xanny, owa niesamowita żyjąca, czująca, a jednocześnie reagująca jak maszyna, jak nieożywiony przedmiot – skóra, napięcie powierzchniowe, krew, puls, tętnienie Xanny, otóż cała ta skórna, powierzchowna, zewnętrzna tkanka ma grubość około trzydziestu trzech metrów. To wszystko. Zaś pod skórą Xanny był tylko zwykły piach. Sam przyznaj: cóż to za odkrycie?

I wtedy zaczęłam na własną rękę podchodzić do sprawy Gruntu od strony syntetycznej. Zaczęłam prowadzić owe badania krzyżowe, nikomu się tym nie chwaląc. Po dłuższym czasie wpadłam na to, że Kielichy to tessarakty. To było rok temu. I wtedy powróciłam myślami do tego, co odkryliśmy prawie dziesięć lat temu, kopiąc.

Odkryliśmy rzekomo nic, prawda? Potwierdziliśmy tylko, że cała Xanna pokryta jest na swój, nieprzenikniony dla nas, sposób mądrą skórą o grubości trzydziestu trzech metrów. A więc Xannę pokrywa skóra, będąca purpurowym nietypowym replikatorem. Z uwagi na tę nietypowość określiłam ją jako „mądrą”. To słowo też weź sobie w cudzysłów. A teraz przedstawię ci mój przełom, który z tego wszystkiego wynika…

Ponieważ skóra Xanny ma zaledwie trzydzieści trzy metry grubości, uwierz, że jest to naprawdę chudy płaszcz skórny. Biorąc pod uwagę ogrom całej planety, można założyć coś optymistycznego w wyniku tego. Mianowicie optymistyczne założenie jest takie, że życiem, a więc wszelkimi formami, które rozumiemy pod definicją słowa „życie”, wypełniona jest tylko i wyłącznie skóra Xanny. Dlatego, że grubość tej skóry jest ustalona, ograniczona, zawierająca się w konkretnej liczbie.
– Skóra gruba na trzydzieści trzy metry – podchwycił Zolan.
– Właśnie – zgodziła się Gaja. – Poza tym ciałko purpury, a więc nasz główny bohater, replikuje się przy udziale, przy dostępie jakiegokolwiek światła słonecznego. W tym sensie można nawet racjonalnie przyjąć i uszanować, że głębiej niż na trzydzieści trzy metry purpurowy replikator już nie sięga. Bo nie ma po co sięgać. Dlatego, że na dalszą głębokość nie dociera już słońce. To zrozumiałe. Oczywiście światło nie dociera już nawet poza trzy metry w dół, dajmy na to. No ale biorąc pod uwagę niezwykłość replikatora, jakim jest Grunt, czy jeśli wolisz, biorąc pod uwagę „mądrość” skóry Xanny, załóżmy, że światło mogłoby docierać znacznie głębiej. Jednak na pewno nie głębiej, niż na około trzydzieści metrów. Właśnie w tym sensie można przyjąć, że nie ma w tym nic niespójnego.

Mamy więc ów trzydziestometrowy, mówiąc w przybliżeniu, zewnętrzny płaszcz, to jest specyficzną purpurową skórę oblekającą Xannę. Jak mówiłam, w odniesieniu do wielu tysięcy kilometrów średnicy planety, to jest bardzo cienka skóra. Cienka, a wręcz mikroskopijna. I tu docieramy do ciekawej idei napięcia powierzchniowego, o której ci przebąknęłam wcześniej. Otóż zarówno ja, jak i moi koledzy wyobrażamy sobie Xannę właśnie tak: jako wielką planetę o cieniusieńkiej skórze. Skóra w naszym wspólnym rozumieniu to po prostu pełnia życia, prosta sprawa, cały nasz ekosystem, cała biosfera, którą znamy i w której wszyscy funkcjonujemy. Jednak zrozum, że to jest rzeczywistość trójwymiarowa.

Zolan znieruchomiał. Po prostu wstrzymał oddech. Nic nie odpowiedział.

– I tak wskutek Kielicha-tessaraktu doszłam ostatecznie do mniej optymistycznych wniosków. To jest przełom, o którym jeszcze nikogo nie poinformowałam. Na razie odpuśćmy nadrzędne powody tego – ciągnęła Gaja. – Chodzi o to, że owe trzydzieści metrów, a więc skóra Xanny, którą wszyscy w mniejszym i większym stopniu znamy, może być w rzeczywistości tylko zupełnie wierzchnim, jak najbardziej zewnętrznym, rzec by: śmiesznym, napięciem powierzchniowym całej niepoznanej, niewidzialnej głębi życia.

Mówię o tym, że wiele wskazuje na to, że pod skórą, tam, gdzie pozornie znaleziono piach i glinę bez śladu ciałka purpury, że tam głęboko pod skórą może istnieć inna forma życia. Innymi słowy czwarty wymiar teoretycznie, to znaczy w naszym dotychczasowym rozumieniu, w wyniku podstawowych definicji, jest martwy, ponieważ nie zawiera w sobie Barwnika. Dlatego inni naukowcy zatrzymali się na poziomie purpurowej skóry, uznając ją i jej nietypowe własności za coś fascynującego. Tymczasem ja ci mówię, że to, co ciekawe, kryje się dopiero pod skórą. Ale nie w sensie trzeciego wymiaru, tylko czwartego…

Wieńcząc ten wątek i mój osobisty przełom dość oględnie, muszę ci powiedzieć, że nie potrafimy ujrzeć biosfery, która może być rzeczywistym bogactwem całego xannijskiego biosystemu. Nie możemy zobaczyć tego bogactwa, ponieważ dla istot trójwymiarowych, jakimi jesteśmy, jest to awykonalne. I to jest ów mniej optymistyczny, a właściwie wręcz przerażający wniosek. A przy okazji olbrzymi przełom, bez precedensu.

Pomyśl sobie, że schodząc na trzydzieści metrów w dół napotykasz piasek i glinę, podczas gdy naprawdę Barwnik, owe być może magiczne czy mistyczne, a na pewno niezrozumiałe dla nas wszystkich ciałko purpury, a więc krew Gruntu, a więc „żywe i martwe naraz”, schodzi jeszcze niżej, na sam dół, potrafi przeniknąć głęboko pod skórę i wstąpić prosto do czwartego wymiaru. To jest porażający, niewiarygodnie przełomowy wniosek, Zolanie, mówiący o tym, że tak naprawdę nie możemy wejść pod skórę, zdjąć jej, ani zobaczyć, co naprawdę pod nią jest…

Inaczej mówiąc, widząc w trzech wymiarach, a nie w czterech, nie możemy mieć najmniejszego pojęcia, jak głęboki i rozległy jest rzeczywisty ekosystem Xanny. Nie mamy pojęcia o faktycznych rozmiarach naszej biosfery. Mówię ci o tym, że wiele wskazuje na to, że tam w dole jest realny, przegłęboki nurt, zaplecze życia, wielość biosfery. I nie wiemy, czym jest to założone przeze mnie, niebotyczne zaplecze. Innymi słowy: tam, na dole jest naprawdę dużo miejsca!

Ale co najbardziej dające do myślenia: nie wiemy, ile „rozumie” Xanna. Możemy tylko sobie wyobrażać, co czuje. Wyobrażać sobie poprzez badania skóry, to jest Gruntu. Ale co ze wszystkim tym, co może mieścić się pod skórą? Zolan, tam może być dosłownie wszystko. Nie wiemy, czym jest Xanna. Ile „rozumie”, ani ile „wie”. Rozumie i wie, to swoista przenośnia, ale znakomicie oddaje ogrom tego, co ci teraz obwieszczam. Chodzi o to, że niczego o niczym nie wiemy.

Zolanowi na moment odjęło mowę. Poczuł niepokojące rozwibrowanie gdzieś w środku. Jakby składał się z wielu różnych supełków, które oto się wzmogły, napięły, lecz naraz miały popękać, porozwiązywać się jeden po drugim. Chciał jak najpełniej zrozumieć wszystko, co przekazała mu Gaja, ale nie potrafił nabyć tego zrozumienia automatycznie. Musiał okrzepnąć w tym, co usłyszał. Potrzebował chwili na ochłonięcie. Dopiero po pewnym czasie zabrał głos.

– No dobrze – podjął, wciąż trochę skołowany. – Mówisz, że Xanna w całości pokryta jest skórą. Czyli Gruntem, który dzięki specjalnej krwi, to jest ciałku purpury, powinien być przez nas rozumiany jako wyjątkowy replikator. Tyle mniej więcej mogę przyjąć. To akurat nie wydaje się szczególnie trudne do przyswojenia – przyznał. – Ale nie potrafię zrozumieć, co wyłożyłaś na końcu. Oczywiście wcale się nie dziwię, że nazywasz to przełomem. Rzecz w tym, że opowiadasz o tym tak naturalnie, że… – urwał na chwilę. – Po prostu nie mieści mi się w głowie, co opowiadasz.

Gaja roześmiała się serdecznie. Po raz pierwszy nie musiał domyślać się jej uśmiechu, wyczuwać go przez maskę. Tym razem usłyszał go, a więc to była prawda, Gaja rzeczywiście uśmiechała się do niego od chwili, gdy się tu dzisiaj pojawił. Miała bardzo przyjemny, żywy śmiech. Nie taki jak dziecko, ale radosny. Choć w pewnym sensie był to jednak śmiech świadomy, to znaczy nieco opanowany.

– Czy mógłbyś jakkolwiek uściślić swoje wątpliwości? – spytała lekko. – Bo nie wiem, od której strony podejść, żeby cię podtrzymać, kiedy zaczniesz mdleć – zażartowała.

Chcąc, nie chcąc – zawtórował jej śmiechem. Widocznie to było potrzebne obojgu. Dzięki temu nagłemu śmiechowi Gaja nie musiała pozostawać dłużej niedostępną dla całego świata. „Być może wcale taką nie była” – przemknęło Zolanowi przez myśl. Zolan natomiast mógł odprężyć się dzięki temu śmiechowi. Zapomnieć o wewnętrznych, ściskających go, usiłujących popękać – supełkach.

– Twierdzisz, że pod skórą Xanny mieści się wielkie zaplecze form życia. I że to zaplecze istnieje w czwartym wymiarze. Że zarówno Kielichy, jak i pozostałe uproszczone formy życia, rośliny, które znamy z dnia codziennego, w rzeczywistości mogą być jedynie znikomą przebitką tego, co głęboko w środku – podsumował Zolan poważnie. – To znaczy pod skórą. Pod napięciem powierzchniowym Xanny. No ale, jak sama przyznałaś, nie masz na to dowodu, prawda? – zastanowił się na głos. – Sama powiedziałaś, że nauka domaga się namacalnych dowodów. Podczas kiedy ty nie możesz swojego przełomu udokumentować. Więc tak naprawdę, co ty masz zamiar z tym zrobić?
– Rzeczywiście nie mogę do końca przełożyć swojego przełomowego wniosku na język nauki. Dlatego, że samo pokrycie się cienia Kielicha z określonymi działaniami matematycznymi oddającymi znane nam dane o tessarakcie, w ujęciu stricte naukowym jeszcze o niczym nie świadczy – przyznała Gaja. – Na razie nie mam w zanadrzu planu na udowodnienie światu, że w moim twierdzeniu tkwi prawda obiektywna. Choćbym nie wiem jak skłaniała się do tego, że mam rację, że pod skórą Xanny mieści się bogactwo życia w czwartym wymiarze, muszę nazwać ten przełom hipotezą. Żeby nie powiedzieć brutalnie: iluzją. Dlatego dotąd nie podzieliłam się tym z nikim. Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zdeprecjonował czy po prostu zignorował, wolałabym móc zaprezentować mój przełom w całej okazałości. Mówiąc wprost, mój przełom pozostanie hipotezą dopóty, dopóki nie obmyślę sposobu na opisanie jądra świata za pomocą swoistego uniwersum. Dopóki nie narzucę na swoje odkrycie widzialnej dla świata nauki siatki faktów. Metaforycznie można ująć to tak, że mój przełom i ja jesteśmy dla świata nauki tak samo niemożliwi, jak czwarty wymiar Xanny zdaje się niemożliwy dla nas dwojga, kiedy tu siedzimy i rozmawiamy. Dlatego niewiele mogę z tym zrobić. A przynajmniej niewiele mogłam, dopóki na mojej drodze nie wyłoniłeś się ty – dodała.

Ostatnie zdanie zabrzmiało podchwytliwie, aż nieomal prowokująco. Zolan zmarszczył brwi. Dokąd rozmowa z Gają miała go doprowadzić?

– Ale co ja mam z tym wspólnego? – zdziwił się. – W znaczeniu dosłownym pytam.

Znów uśmiechnęła się do niego.

– Sam pomyśl – zaproponowała. – Dlaczego wczoraj opowiedziałam ci o S-Botach, a dzisiaj o czwartym wymiarze Xanny? W jaki sposób te dwa aspekty mogą się ze sobą wiązać? – prowokowała. – A skoro pytasz dosłownie, pomyśl o tym tak: w jaki sposób te dwa aspekty łączą się z twoją bezsennością?

Znów zamilkł na dłuższy czas. Zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie dostrzegał żadnych związków między opowiedzianymi przez Gaję rzeczami a swoją bezsennością. Oczywiście doszukiwał się takiego związku, wyczuwał go jakoby podprogowo, ale nie umiał znaleźć świadomie, wyłonić na wierzch. Z drugiej strony nie chciał odkładać tego na później. Wiedział, że dzięki spotkaniu z Gają wczoraj – znalazł się na początku właściwej drogi. A teraz musiał nią iść. Nie mógł niczego odkładać, nie mógł robić uników. Musiał się postarać i wydobyć na wierzch te związki, różne punkty styczne pomiędzy różnymi rzeczami. Siedział więc dosyć długo, zastanawiając się nad tym. Nie irytował się jednak. Po wczorajszym spotkaniu rozumiał już, że ani niczego nie może przyspieszyć, ani też Gaja nie może mu podać gotowej odpowiedzi na tacy. Wiedział już, że jej rola była zupełnie inna. Aż w końcu – coś zaczęło mu świtać.

– Pamiętam, że zapytałaś mnie wczoraj, co by się stało, gdyby w idealnym xannijskim równaniu mogło pojawić się coś nowego, co zagrażałoby człowiekowi. Zapytałaś, czy w takiej sytuacji nie chciałbym być uzbrojony w roboty, które mnie ostrzegą – przypomniał sobie Zolan. – Zapytałem cię wtedy, czy sądzisz, że czyha na nas coś takiego. Jakieś niewidzialne niebezpieczeństwo. A ty odrzekłaś, że nic na to nie wskazuje. Lecz zaraz dodałaś, że właśnie to jest inspirujące – zastanawiał się na głos. – Dziś natomiast opowiedziałaś mi o Gruncie. O skórze Xanny, która jest mądra, czujna, żywa i martwa zarazem, zależnie od swojego humoru. Powiedziałaś, że pod skórą może istnieć całe bogactwo biosfery. To tak, jakby wszystko, co widzimy na co dzień, każdy mech, krzak, drzewo, które nawet nie potrafi samodzielnie się rozmnożyć, były de facto tylko śmiesznymi kamykami wyplutymi na powierzchnię przez centrum biosfery. To tak, jakby świat, który znamy w trzech wymiarach, był tylko śmiesznym paprochem unoszącym się na owym napięciu powierzchniowym. Na głębokiej, przebogatej wodzie życia ukrytej w samym środku planety, daleko przed naszymi oczami. Głęboko, w czwartym wymiarze. Lecz gdyby miało się wyłonić coś nowego. Czy nie chciałbym być uzbrojony w coś, co mnie ostrzeże. To właśnie dlatego wymyśliłaś S-Boty. Byłaś już wtedy po swoim wielkim przełomie. Wiedziałaś już, że w środku Xanny może istnieć znacznie więcej gatunków życia czy po prostu form bytu, niż tych śmiesznych kilkanaście, które wypluła planeta na sam wierzch, na swoją skórę. I wtedy wynalazłaś S-Boty. Na razie nie ma sensu ich wdrażać, ale ty jednak widzisz w nich sens. Wiesz, że w środku jest życie. Może być tam takie życie, przed którym nie będziemy wiedzieli, jak się obronić, prawda?
– Jesteś bardzo blisko sedna. Prawdę mówiąc, myślisz dosyć szybko jak na laika. Przekazałam ci dużo wiadomości na raz. Ale ty naprawdę dajesz radę – pochwaliła Gaja. – Przy tym ujmujesz wszystko bardzo ciekawie. To jest w sposób różny od mojego. Dlatego, że w tym, co mówisz, kryje się jakiś romantyzm – zastanowiła się, przekrzywiając na bok głowę. – Zostawmy to na razie. Trochę ci pomogę ugryźć to bardziej pragmatycznie… Wyobraź sobie, że jeśli pod xannijską skórą istnieje życie w czwartym wymiarze, to jest to życie, jak i ów wymiar, dalekie od naszej percepcji, ale zupełnie bliskie w fizycznym rozumieniu. A skoro tak, pomyśl, że życie, którego my nie możemy w żaden sposób zobaczyć, które chowa się pod skórą tam, gdzie patrząc w trzech wymiarach, jest tylko piasek, kwarc i glina, skoro tak, to znaczy, że to życie, które się tam mieści, może wyczuwać nas przez swoją skórę, to jest przez Grunt. Nie mówiąc o tym, że może nas widzieć. I to w tym samym czasie, kiedy my nie możemy ujrzeć jego, to owego tego życia pod spodem.

Dotarły do niego te słowa. Poruszyły nim.

– Chodzi ci o to, że w swojej aktualnej liczebności jesteśmy doskonale komponujący się z barwną urodą Xanny. Jak już mówiłaś, sprzyja nam cały klimat. Mówiłaś, że ekosystem sam wobec siebie zachowuje się neutralnie i tylko wobec człowieka generuje przeświadczenie, że jesteśmy mu do czegokolwiek potrzebni. Ciekawe, do czego? – zastanowił się. – A jeśli Miasto nazbyt się rozrośnie, jeśli ludzkość zanadto skórze zaciąży… – podchwycił i urwał na chwilę. – To wówczas może wyłonić się z samego środka planety taki element biosfery, którego tu i teraz w trzech wymiarach nie znamy. Powiedzmy, że może w dowolnej chwili wyskoczyć na nas Ważka, ale jakaś groźniejsza, większa. Taka, która chwyci nas za nóżki i zje – powiedział. – I właśnie dlatego wymyśliłaś S-Boty.
– Widzisz? To nie było wcale takie trudne, prawda? – ucieszyła się Gaja. – A teraz idźmy dalej. Czy już wiesz, jak to wszystko się ma do twojej bezsenności?
– Powiedziałaś, że tam pod skórą może być po prostu wszystko – podjął Zolan. – Powiedziałaś, że nie mamy pojęcia, na ile czuje i co wie Xanna. To tak, jakby Xanna myślała za pomocą swojej skóry. A jeśli naprawdę jest tak, jak mówisz i cała planeta myśli, to znaczy, że tam pod skórą jest ukryty świat. I ten ukryty świat, jakby odśrodkowe, xannijskie echo, właśnie ono wiąże się z moją bezsennością. Z tym, że nachodzą mnie myśli o domach z kantami i o niebie z jednym księżycem zamiast trzech… – znów urwał na chwilę. – Do jasnej zorzy, sądzisz, że to jest naprawdę możliwe? Że gdzieś głęboko istnieje drugi, niby równoległy świat?
– To ty mi powiedz, kapitanie – uśmiechnęła się Gaja. – Gdzie leży ten drugi świat, o którym myślisz, kiedy nie możesz zasnąć? Co Xanna próbuje ci powiedzieć, dać do zrozumienia? Gdzie mieści się inny wymiar, o którym marzysz, nie mogąc spać?

Zabrzmiało to jak prowokacja. Wsiąkł w to. Po prostu wpadł do środka krainy Gai.

– Pod skórą – odpowiedział nieomal machinalnie. – Mówisz, że świat, który w niewytłumaczalny sposób przyciąga mnie niczym magnes, może znajdować się w samym środku Xanny. Wewnątrz planety, która rozumuje poprzez skórę. Czy to jest naprawdę możliwe?
– Ty mi powiedz, kapitanie.

Rozdział VI

Na tym dziś poprzestali. Zolan musiał pobyć na świeżym słońcu, pożywić się jego energią i spokojnie zastanowić, co dalej.

– Na pewno będę miał jeszcze pytania odnośnie do twojego przełomu – powiedział. – Albo własne spostrzeżenia. Sam nie wiem. Ale na dzisiaj mi wystarczy – stwierdził.

Gaja nie miała mu za złe. Oczywiście mogłaby rozmawiać o Gruncie i biosferze całymi dniami, podczas gdy było dopiero wczesne popołudnie. Jednakże rozumiała, że Zolan miał prawo zmęczyć się psychicznie. I tak okazał się dzielny. Nie mogła mu niczego zarzucić. Trochę tylko żałowała, że to już koniec spotkania. Znów przekrzywiła głowę na bok, patrząc mu prosto w oczy.

– Dam ci mój teleadres i adres fizyczny – powiedziała, wyciągając z szuflady maleńką niby szklaną płytkę. Był to rodzaj pendrive’a. – Na wypadek gdyby ci się coś nasunęło, będziesz mógł do mnie zadzwonić albo przyjechać. Codziennie przez cały dzień znajdziesz mnie albo tu w gabinecie, albo gdzieś w Laboratorium. A wieczorami jestem w domu. Gdybyś potrzebował o coś zapytać. Albo podzielić się swoimi spostrzeżeniami –wyjaśniła. – Wieczorami w domu też pracuję. Pracuję właściwie na okrągło, nie prowadzę życia towarzyskiego, nie licząc Brena, ale to trochę inna sprawa. W każdym razie pracuję praktycznie przez cały czas, więc nie musisz się krępować – dodała, jakby chcąc podkreślić, że nie będzie miała nic przeciwko, jeśli Zolan odwiedzi ją w domu.

Pokiwał głową. Wziął od niej tafelkę z danymi.

– Dziękuję – powiedział szczerze. – Może skorzystam. Nigdy nic nie wiadomo.
– Nic nie wiadomo – uśmiechnęła się Gaja. – Naprawdę nic. O niczym.
– Coś z tego wyniknie – rzucił, wstając z miejsca. – Coś się okaże. Zobaczysz.
– Wiem o tym. Za dużo na świecie zgodności, jak na zupełny przypadek. Gdzieś mieści się tego obiektywny, wspólny mianownik.
– To tylko kwestia czasu – odparł, podchodząc do drzwi. – W końcu opiszesz jądro świata. Bez dwóch zdań.
– Wiem – przyznała.

Nie wyglądało to na zarozumiałą opinię. Wydawało się, że dobrze wie, co mówi. W tym, co mówi, nie było miejsca na zarozumiałość, tak samo jak nie było na fałszywą skromność. Już miał wyjść, kiedy nagle sobie o czymś przypomniał.

– Aha, taka drobnostka – powiedział, odwracając się przez ramię. – Gdzie dokładnie są kabiny prysznicowe? – spytał. – Drugi raz nie pójdę w tym czymś przez całe Miasto.

Roześmiała się.

– Szedłeś w uniformie antyseptycznym przez Miasto? – dziwiła się, śmiejąc. – Nieźle ci musiałam zaleźć za skórę.
– Nie mów już nic o skórze – żartobliwie pogroził jej palcem. – Opowiadałaś o niej przez kilka ładnych godzin. Chwilowo mam przesyt słowa „skóra”.
– Ale to przecież była całkiem inna skóra.

„I całkiem inne mięso, ów czwarty wymiar pod skórą” – pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.

– Mówiłaś, że gdzie te prysznice?

Wytłumaczyła mu pokrótce i Zolan pomachał jej na pożegnanie.

Po wyjściu spod prysznica założył spodenki, koszulkę, zapiął zegarek, przewiązał się podręczną chustą, po czym sprawdził, czy we wszytej kieszeni znajdują się wszystkie rzeczy, które powinny tam być. Kiedy w palce wpadła mu elektroniczna płytka z danymi kontaktowymi Gai – jakoś przytrzymał ją dłużej. Postanowił jeszcze na miejscu wczytać dane do osobistego komputera – wolał mieć je zapamiętane w komputerze, żeby móc po nie sięgnąć bez żadnych ograniczeń, jeśli poczuje taką potrzebę. A skoro już miał komputer w rękach, wychodząc z Laboratorium, tak samo jak wczoraj, od razu zadzwonił do Brena.

– Widziałem się z Gają – oznajmił krótko.

Twarz Brena na wyświetlaczu nie miała żadnego wyrazu. Nic nie odpowiedział.

– Przepraszam za wczoraj. Odwołuję na całej linii, co powiedziałem – rzekł Zolan serio.

Bren się uśmiechnął.

– Nie powiem na to: a nie mówiłem – ucieszył się.
– Miałeś rację. Gaja jest totalnie pomylona – uśmiechnął się Zolan. – Po prostu cudowna.

Bren pokiwał głową. Wyglądał na zadowolonego. Ale zaraz spoważniał na chwilę.

– Uważaj na wszystko, co powiesz do mnie w przyszłości – upomniał.
– Będę uważał – zgodził się Zolan. Dobrze wiedział, że jego wczorajsza reakcja była zbyt pochopna, rozemocjonowana. – A teraz powiem ci coś jeszcze na ten temat…
– Co za dziewczyna, prawda? – wtrącił Bren.

Zolan nie wytrzymał i parsknął wesołym śmiechem.

– Co za dziewczyna, o rany! – zawołał. – A w dodatku ma bardzo ładne uszy – przyznał uczciwie.

Tego dnia Zolan postanowił zrezygnować z pracy. Po prostu zrobił sobie wolne. Jakoś nie miał ochoty zajmować się domami. Odkąd odwiedził Gaję, odkąd wyjrzał przez okno jej gabinetu, pole uprawne z domami wydało mu się więcej sztuczne, obce, niż cokolwiek w czasie bezsennych, absurdalnych przemyśleń. To było wczoraj. Wczoraj wyjrzał przez okno u Gai, a dziś Gaja opowiedziała mu wyjątkowe, trudne i zadziwiające rzeczy. Przez te rzeczy – okrągłe domy, którymi zajmował się na co dzień, dodatkowo wydały mu się niewarte uwagi, bo niepasujące do obrazu świata, który go przyciągał.

Popołudnie upływało mu na wylegiwaniu się na słońcu. Znów pojechał do Lasu, nad Oczko. Tym razem jednak świadomie wybrał konkretny leśny pierścień. Zależało mu, żeby oprócz oczka były tam koniecznie Kielichy. Stojąc przed laboratoryjnym kompleksem, połączył się z komputerową bazą danych i szybko namierzył stosowną lokalizację. Następnie zawołał Taryfę. Pojechał do jednego z Lasów na południu. Ponieważ był to Las w przewadze morowy, mieściła się w nim jedna z popularnych Ochronek. W środku kilku leśnych pierścieni kręciło się więc wielu ludzi, ale w tej chwili zupełnie mu to nie przeszkadzało. Właściwie – było całkiem przeciwnie. Chciał spotkać ludzi, poobserwować ich, kiedy zajmują się swoją pracą. Postać z boku i popatrzeć, co robią – samemu nie robiąc nic. A co dla niego najważniejsze, o czym specjalnie wyczytał w sieci, w tym właśnie Lesie – oprócz przeważających Mor, porastały również Kielichy.

Usiadł nad krawędzią Oczka. Wokoło chodzili jacyś ludzie. Ktoś odklejał od drzewa Lepiaka i odwracał go w rękach, żeby zobaczyć brzuch. Jakieś dwie kobiety prowadziły za ręce dzieci. Małe, choć już zielone – gołe i zupełnie beztroskie. Jedno z nich uśmiechnęło się i pomachało do Zolana. Jakiś mały chłopczyk. Zamiast zwyczajnie odmachać, złożył palce razem, sztywno. Utworzył płaski, zwarty daszek z dłoni, po czym zbliżył dłoń do czoła, poziomo, trochę na ukos, i kiwnął nią mocno, energicznie. Nie miał pojęcia, skąd wziął mu się ten gest. Nigdy czegoś podobnego u nikogo nie widział. Chłopczyk roześmiał się pogodnie i powtórzył dziwaczny gest Zolana. Potem zniknął w gęstwinie Mor – w ślad za matką, która trzymała go za rękę.

Zolan popatrzył na taflę wody, którą miał przed sobą. Potocznie można powiedzieć, że siedział na brzegu Oczka. Ale oczko o średnicy około ośmiu metrów, było głębokie na jakieś trzydzieści. Co oznaczało, że jego ściany były bardzo strome, wręcz pionowe. Tak więc bliższe prawdy byłoby powiedzenie, że siedział nad krawędzią Oczka, jak gdyby nad przepaścią. Woda w Oczku była spokojna, błękitna i czysta. Nad powierzchnią unosiły się Ważki. Duże, skrzydlate zwierzęta. Prócz purpury, miały w sobie sporą domieszkę błyszczącego błękitu, przez co nie wyglądały, że wypełnia je krew – ta sama, dziwna krew, która krążyła w Gruncie, w drzewach, a nawet w Lepiakach. A jednak Gaja powiedziała, że ten rodzaj ustrojowego płynu, że ta kleista krew jest wszędzie, wypełnia wszystkie istoty ze znanego, widocznego dookoła ekosystemu. Ważki – też. Innymi słowy wszystkie istoty, wszystkie stworzenia żywe i martwe naraz, miały w sobie ową krew, czyli ciałko purpury. I tylko skóra człowieka była specyficznie zielona, bo wypełniona chlorofilem.

Zapatrzył się w toń. Mocno zmrużył oczy. Słońce świeciło pionowo z góry, było bardzo ciepło i bezwietrznie. Powietrze wydawało się duszne, aż cierpkie. To przez porastające wokół Mory. Charakterystyczne, ciasno rosnące drzewa nieomal splatały się ze sobą płaskimi, zadaszającymi liśćmi, jakby trzymały się za ręce i tańczyły. Wysoko postawione, jaskrawe słońce docierało więc tutaj trochę mniej przenikliwie, ale wystarczająco, by Zolan siedzący nad samym Oczkiem mógł wyłapywać z niego energię. Pomału regenerował więc siły psychiczne. Odżywiając ciało za pomocą energii słonecznej, pośrednio karmił także umysł, zmachany nieco szaleństwem Gai. I choć w jej szaleństwie była pewna metoda, choć dziś przekonał się, że było to pozytywne szaleństwo, jednak potrzebował chwili odpoczynku i niczym niezmąconego namysłu. Na chwilę oderwał wzrok od wody i spojrzał na drzewa po drugiej stronie, rosnące nad naprzeciwległą krawędzią Oczka. Dotarły do niego stamtąd jakieś głosy. Znów jakieś kobiety odklejały od drzewa Lepiaka, dyskutując żywo między sobą. Z jakiegoś powodu ucieszył się, że je zobaczył. Miał ochotę popatrywać na ludzi. Nie wiedział dokładnie, dlaczego. Z jakiegoś powodu zaczął zastanawiać się nad tym, że właściwie nieczęsto człowiek natykał się na innych. Oczywiście spotykało się ludzi w miejscu swojej pracy albo jadąc dokądś Taryfą, mijało się inną Taryfę wiozącą kogoś. Lecz terytorialnie Miasto było tak rozległe, a różne Ochronki czy obszary, po jakich poruszali się Zbieracze i Zalesiacze, były tak rozsiane, że właściwie, nie umówiwszy się specjalnie z kimś znajomym, rzadko spotykało się innych, nieznanych sobie, ot tak. Teraz uświadomił to sobie. I przez chwilę się nad tym zastanawiał.

Wyglądało to tak, że Xanna jest bardzo szeroka i łaskawa. Nikomu nie było na niej za ciasno. Wszyscy żyli zadowoleni z niezbyt dużego zagęszczenia. Mijali się najzupełniej swobodnie w codziennym toku prywatnych zajęć. Można powiedzieć, że swoją uwagę skupiali nieomal w całości na Xannie. Ciekawe dlaczego? Na Xannie, to znaczy – na skórze Xanny. Na Gruncie, z którego wyrastał cały świat. Skóra planety, wszędzie jednakowo żyzna, przyjemna, dawała jakoby początek i koniec wszelkiemu stworzeniu. Z jakiegoś powodu ludzie akceptowali przedziwny charakter tej skóry. Chociaż nie wiedzieli, dlaczego potrafi być i żywa, i martwa naraz. Mimo tego chadzali to tu, to tam, zbierali przyjazne surowce roślinne, pobierali sadzonki i pomagali rozprzestrzeniać planecie jej roślinność. Oczywiście z pożytkiem dla siebie. Świat był najzupełniej pełny, chociaż przy tym przestronny. Był różowy. Idealny.

Lecz patrząc na to od strony świata – to znaczy z punktu widzenia Xanny…

Zastanawiając się nad tym z punktu widzenia Gruntu, to jest skóry – dlaczego świat, który mówiąc w skrócie, jest złożonym, przedziwnym replikatorem, nie potrafi rozmnażać roślin, które go porastają? Przecież cecha replikatora świadcząca o jego żywotności odpowiada za samokopiowanie. Praktycznie więc rośliny zawierające w sobie tę samą krew, czyli Barwnik – ciałko purpury, co cała skóra planety, powinny samodzielnie się powielać. Lecz z jakiegoś powodu wcale tego nie robiły. Przeżywszy określony czasowo cykl życia na powierzchni skóry – po prostu osiadały w skórze, wnikały w nią, wchłaniały się w Grunt, wcale nie więdnąc. Dlaczego rośliny nie więdły – tak, jak starzał się człowiek?

Dlatego, że już za życia, za czasów rośnięcia na powierzchni skóry Xanny były i żywe, i martwe naraz. A umierając w rozumieniu człowieka, roślina naprawdę nie umierała. Dlatego nie więdła. Bo w rzeczywistości nie powracała do Gruntu, z którego pierwotnie powstała. Osiadanie rośliny w Gruncie zdawało się dla wszystkich jasne i w miarę łatwe do pojęcia. Tymczasem rzeczywistość mogła być kategorycznie różna od tego, co przeciętnie zwykło się sądzić. Być może w rzeczywistości roślina nie odchodziła – nie wsiąkała w Grunt, będąc umarłą. Być może nie musiała więdnąć – z prostego powodu. W rzeczywistości bowiem po prostu przestępowała pewien próg, ów wielki przełom Gai. Czy to mogło być realne?

A co na tym świecie jest realne? Zolan przypomniał sobie zdanie wypowiedziane przez Gaję.

A teraz spontanicznie pomyślał, że tak: to mogło być realne.

Rośliny na Xannie nie umierały, nie odchodziły. To, co dla człowieka wyglądało na ich śmierć, na odejście – odbywało się tylko tutaj, w ludzkim świecie, to jest w rzeczywistości trójwymiarowej. Podczas gdy roślina „siadając w Gruncie” bez najmniejszego więdnięcia, tak naprawdę wchodziła głębiej. Prosto do czwartego wymiaru.

Tam może być dosłownie wszystko.

Co tam może być?

Wszystko.

Replikator to taka forma organizacji materii, dla której słowo „wszystko” ma znaczenie priorytetowe. Akt samokopiujący dla replikatora jest tożsamy z powieleniem całości informacji, które się w nim zawierają.

Tam w dole – jest naprawdę bardzo dużo miejsca.

Co wypełnia to miejsce? Wszystko.

W środku Xanny, tam, gdzie dla trzeciego wymiaru znajduje się tylko piasek, kwarc i glina – tam może być czwarty wymiar, a w nim wszystko. Nie wiadomo, co. Dlatego, że nie da się tego dowiedzieć. Dlatego, że ludzie przynależą do świata sformułowanego w trzech wymiarach. A co z czwartym wymiarem? Co Gaja miała zamiar uczynić ze swoim przełomem? Nie sposób zajrzeć do czwartego wymiaru, podczas gdy czwarty wymiar może bez przeszkód wyglądać na wierzch skóry. Formy życia, które się w nim kryją, mogą być odmienne od definicji słowa „życie”, jaka obowiązuje ludzi tu na wierzchu. I są tutaj tessarakty, które unaoczniają, że Gaja może nie być w błędzie.

Naraz Zolan zapatrzył się na Kielichy, które rosły nad krawędzią Oczka. Tuż obok jego lewego ramienia. Przyjechał tutaj specjalnie dla nich. Naraz sobie o tym przypomniał.

Kielichy miały nieprzenikniony kształt i niezależnie od kąta padania światła – rzucały dziwny cień. Cień, który idealnie zgadzał się z cieniem tessaraktu. Można było udowodnić to matematycznie. Nie da się poprawnie zobaczyć tessaraktu, ale można w wyniku matematycznych działań opisać cień tej czterowymiarowej bryły, jak gdyby obracanej w palcach.

A zatem wszystko, o czym usłyszał, o co sam zapytał – poniekąd wiązało się z jego bezsennością. Wskutek bezsenności wyczuwał instynktownie inny, równoległy świat. Podczas gdy z rozmowy z Gają wynikało, że ten świat może być najzupełniej realny. Może tkwić pod skórą Xanny. Pod skórą. Tam jest sporo miejsca. Czwarty wymiar, o którym nic nie wiadomo. Ten drugi świat, który nachodził Zolana w absurdalnych myślach, mógł znajdować się całkiem blisko, biorąc pod uwagę prawa fizyki. Wiele wskazywało, że jest to realne. Dlatego, że na wierzchu panowała równowaga wymuszona.

Wyglądało to tak, jakby biosfera, którą powszechnie znano, była tylko wyplutym na wierzch śladem realnego, głębokiego świata. Wyglądało to tak, jakby rzeczywista i skomplikowana biosfera wyemigrowała ze skóry wgłąb planety. Prosto do czwartego wymiaru. Dlatego na wierzchu było tak pięknie, tak kolorowo, spokojnie i co najważniejsze, przestronnie. Dlaczego tak było?

Żadna roślina, ani nawet szkielet Lepiaka – w całej przyrodzie nic nie ginęło. Wszelkie stworzenie emigrowało do środka. Do czwartego wymiaru. A później spajało się z nim, tonęło głęboko. Wszystko emigrowało do swojej rzeczywistej macierzy. A więc z punktu widzenia Xanny, to, co pozostało na wierzchu – samej Xannie nie było do niczego potrzebne. I właśnie dlatego rośliny nie rozmnażały się samodzielnie. To człowiek – zalesiał. Myślał, że przysługuje się planecie. Że planeta, którą zamieszkuje, i on sam – że oni dwoje są sobie wzajemnie potrzebni. Ale to nieprawda.

Dlaczego więc Xanna pozostawiła ongiś na wierzchu ów legendarny, mityczny, punktowy obszar porośnięty wyjątkowo wybujałymi Kielichami? Po co? Dlaczego pierwsze Kielichy odnalezione przez człowieka były tak strzelistymi drzewami? Przecież coś podobnego nigdy więcej się nie powtórzyło: wszystkie późniejsze Kielichy wyrastały na dużo niższe od owej pierwotnej rośliny macierzystej. Jak to możliwe? Przecież rośliny potomne w żadnym innym przypadku nie odbiegały niczym od rośliny macierzystej. Dlaczego więc wówczas – tamte pierwsze napotkane Kielichy były niezwykle wysokie, jakby rosły od niepamiętnych czasów, jakby na kogoś czekały?

Nagle Zolan osłupiał, obsypał się lodowatym dreszczem. Cały był wsiąknięty w krainę Gai. Ale raptem – całkiem przypadkowo, niczym specjalnym się nie kierując – dopatrzył się czegoś więcej w tej krainie. Innymi słowy – tak jak Gaja podchodząc do Gruntu od strony syntezy, wpadła na coś, co przegapiali jej koledzy, tak teraz Zolan mimochodem wdepnął w coś, co przegapiała Gaja. Po prostu ścierpła na nim skóra. Wydało mu się to tak oczywiste, objawiło mu się tak bezwzględnie, że aż nie mógł uwierzyć sam sobie. Wsiąknąwszy w krainę Gai, nagle odnalazł w tej krainie coś więcej, niż sama jej twórczyni.

Pierwotne Kielichy dlatego wyrosły takie wysokie, ponieważ Xanna wytworzyła swoisty rezerwat. Właśnie tak. Dla istnienia samej Xanny, biorąc pod rozwagę olbrzymie, niezgłębione bogactwo jej rzeczywistej, czterowymiarowej biosfery – coś takiego jak Kielichy-tessarakty ocalałe, wybujałe na powierzchni skóry, nie było jej do niczego potrzebne. A jednak ocaliła je na wierzchu. Jak ładny pieprzyk na skórze. Słowem: wabik. Dlaczego to zrobiła? Czyżby się nudziła?

Wyglądało na to, że Xanna rozumowała na swój sposób. Żywa i martwa naraz. W swoim nieprzeniknionym bycie – kierowała się własną, mówiąc w przenośni, logiką. I utworzyła rezerwat. Wabik dla istoty skomplikowanej, jaką jest człowiek.

A zatem Xanna będąca przebogatym bytem czterowymiarowym, który jakoby rozumuje poprzez skórę, potrafiła odczuwać wnikliwie to, co na wierzchu. Innymi słowy: potrafiła się na swój sposób nudzić. I po to potrzebny był jej człowiek. Stąd powierzchowna biosfera – opierająca się na równowadze wymuszonej. Dlatego, że pojawił się człowiek – i wszystko wokół zaczęło mu sprzyjać. Lecz jeśli człowieka zdecydowanie przybędzie, jeśli populacja znacznie się zwiększy, a Miasto rozrośnie, wówczas Xanna nie będzie miała powodu do nudy. Dlatego, że odbiera obecność człowieka na swojej skórze, czuje go i toleruje. Ale jeśli człowiek spróbuje nią zawładnąć, przeważyć zasięg biosfery Xanny – liczebnie, wówczas równowaga wymuszona może zmienić się w dynamiczną. To znaczy, że z dołu – z czwartego wymiaru może wyłonić się jakaś wielka, mięsożerna ważka. Gatunki przestaną wspierać się wzajemnie, a zaczną uszczuplać. W porządku. Ale Gaja przeoczyła coś najważniejszego. I zarazem oczywistego – aż banalnego w swojej prostocie…

Poderwał się na nogi, żeby czym prędzej jej to przekazać.

Zdążył zawołać Taryfę, kiedy w kieszeni wszytej w chustę – rozwibrował mu się komputer. Ktoś do niego dzwonił. W nagłym podekscytowaniu tym, na co niechcący wpadł, szybko chwycił za komputer. Dlatego, że myślał o Gai. Chociaż nie dał jej swojego teleadresu, mogła przecież wziąć go od Brena. Był pewien, że to ona do niego dzwoni. Może wpadła na to samo. Może identycznie jak on jej – ona pragnęła jak najszybciej donieść o tym jemu. Ucieszył się z tej synchroniczności pomiędzy nimi. Zolan i Gaja. Dziwak i wariatka. Ale to nie Gaja do niego dzwoniła, tylko Nena. Kiedy spojrzał na wyświetlacz, poczuł dziwną igłę dziecinnego rozczarowania. Rozmawianie z Neną w tej chwili było mu kompletnie nie na rękę. Mimo to – odebrał. Ale niezmiernie ponuro.

Nena nie miała do niego nic ważnego. Dzwoniła ot tak, bez żadnych wieści, co dodatkowo podsyciło jego zawód na całej linii. Nie chciał z nią rozmawiać. Potrzebował zobaczyć się z Gają. To nie mogło zaczekać. Nic już nie było ważniejsze od tego. No ale przecież wszystko dlatego, że przyrzekł Nenie. To dla Neny. Właśnie dla niej.

– Muszę załatwić coś pilnego – powiedział jej. – Niebawem będę w domu.
– Ale co takiego? – zainteresowała się Nena.

Jej twarz na wyświetlaczu wydawała się zatroskana, nieufna.

– Opowiem ci innym razem – wykręcił się. – Teraz naprawdę nie mogę. Muszę się z kimś spotkać. To bardzo ważne.
– Nie lubię kiedy tak odwracasz świat do góry nogami – odparła. Już kiedyś powiedziała mu coś podobnego. – Nikt donikąd za bardzo się nie spieszy. A ty nie masz dla mnie czasu. Po prostu nie masz czasu – skwitowała smutno. – Zupełnie tego nie rozumiem, chociaż najwyraźniej nie ma to nic do rzeczy.

Chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Nena rozłączyła się pierwsza. Ekran zgasł i komputer przypominał teraz zimną, zwykłą szybkę. Przyjechała Taryfa, opuściła się na swojej lepnej wypustce i Zolan wsiadł. Wpisał adres do taryfowego komputera i „kapiąca łza” powiozła go z powrotem do Laboratorium. A przecież całkiem niedawno je opuścił, żeby w spokoju pożywić się energią słoneczną.

Tak samo jak rano, teraz także po prostu wtargnął do gabinetu Gai. Ale jej nie zastał.

Zjechał windą do głównego Laboratorium, ale tam też jej nie było. To dziwne. Przecież zaznaczyła, że do samego wieczora przebywa gdzieś tutaj, w laboratoryjnym kompleksie. Tymczasem było dopiero popołudnie.

Zapytał o nią jakichś laborantów. Okazało się, że jeden z nich widział, jak Gaja zbierała się do domu.

– Wpadliśmy na siebie w windzie – powiedział. – Wyglądała na smutną, niechętną do pracy. Jak na Gaję, to nienormalne. Ona zawsze ma zapał do pracy. Dlatego zwróciło to moją uwagę. I dlatego zapytałem, co jej dolega. Powiedziała, że jest dzisiaj zmęczona i jedzie do domu trochę odpocząć. I stąd wiem, że w tej chwili na pewno jest już w domu – wyjaśnił.

Zabrzmiało to logicznie, ale jakoś Zolan dziwnie się z tym poczuł. Podziękował laborantowi, a następnie udał się pod prysznic, żeby zmyć z siebie żółty proszek. Potem znów zawołał Taryfę i podał pokładowemu komputerowi fizyczny adres Gai. To znaczy, że wpisał za pomocą klawiszy z meta symbolami namiary na dom, w którym mieszkała Gaja. Być może powinien do niej najpierw zadzwonić, ale przecież podając mu dane kontaktowe do siebie, jasno dała do zrozumienia, że może nachodzić ją w dowolnej chwili.

Oczywiście i tak powinien najpierw zadzwonić. Wiedział o tym, ale z jakiegoś powodu – chyba się o nią martwił. To, co powiedział laborant, uderzyło Zolana w środku. Chociaż dopiero ją poznał, wyraźnie nie pasowało do niej, żeby wychodziła z pracy grubo przed wieczorem. Dlatego potrzebował zobaczyć się z nią bez uprzedzenia. Chyba chciał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Gaja mieszkała w północnym krańcu Miasta. Co oznaczało, że chwilę potrwa, nim Zolan tam dotrze. Westchnął. Nie było na to rady.

A swoją drogą, dlaczego Taryfy poruszały się z tą, a nie inną prędkością? Dlaczego przyjmowało się, że jest to prędkość naturalna dla człowieka, choć nikt nigdy nie potrafił chodzić równie szybko? I dlaczego instalacja taryfowa została rozwieszona na wysokości dwunastu metrów? Dlaczego właśnie ta wysokość miała być dla człowieka naturalna?…

W czasie gdy Zolan jechał do Gai, rozmyślając o wszystkim i o niczym, ona siedziała zamknięta w domu. Dosyć smutna i zamyślona. Zamyślona – jednakże nie w typowy dla siebie sposób.

Zolan nie mógł zdawać sobie z tego sprawy, ponieważ znajdował się dopiero w drodze do Gai. Ale ona w tym samym czasie, w którym on do niej jechał – kompletnie tego nieświadoma, tonęła w myślach o nim.

Uzmysłowiła sobie te myśli, kiedy wychodził od niej z gabinetu wczesnym popołudniem. Żałowała wówczas, że to już koniec ich rozmowy o biosferze, o Gruncie, o drugim-równoległym świecie schowanym we wnętrzu Xanny, w czwartym wymiarze. Sądziła pierwotnie, że żałuje tego, że nie mogą dłużej rozmawiać na bliskie jej tematy. Dlatego, że do tej pory żyła wyłącznie pracą. Dlatego było jej niezwykle miło rozmawiać tak wnikliwie z kimś spoza kręgu nauki.

Gaja żyła wyłącznie pracą. Taką wybrała drogę. W całości jej się oddała – i to bez żadnego poświęcenia. Po prostu wiedziała, że urodziła się dla nauki – od dziecka nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości. Dlatego nawet nie musiała się poświęcać. Z niczego dla nauki nie zrezygnowała. Po prostu nauka była jej całym światem – nic innego jej nie pociągało i co za tym idzie, nigdy nie interesowała się żadnym człowiekiem.

Owszem, interesowali ją mentorzy, u których studiowała. W kategorii wiedzy, którą potrzebowała od nich pozyskać.

W pewien sposób, w kategorii zupełnie prywatnej – interesował ją również Bren. Był jej przyjacielem. Właściwie jedynym, jakiego miała. A był dla niej interesujący dlatego, że w całości różnił się od niej. O ile ona była głową – tak Bren w całości był sercem. Latał biegle, niezwykle sprawnie, podczas gdy jego umysł nie mógł początkowo przebrnąć przez proste podstawy matematyczne. Prawdę mówiąc, Gaja musiała udzielać mu korepetycji z oktonionów. Ale w miarę szybko ujawniła się cecha Brena, która ją zachwyciła. Otóż nie potrafił on zrozumieć pilotowania w ujęciu teoretycznym, ale potrafił zaakceptować je i zarządzać nim – praktycznie. Innymi słowy, chociaż nie umiał bezbłędnie przeprowadzać obliczeń na siatce oktonionowej, jakimś sposobem nauczył się wyświetlać sobie w głowie tę siatkę. Po prostu miał serce do latania. Nawet Gaja nie umiała tego inaczej określić. Nie mogła więc nie polubić Brena. Był przyjemny z wyglądu, a w komunikacji prostolinijny i lekki. Przebywanie w jego towarzystwie było relaksujące i rozprężało jej mózgowe zwoje. W dodatku wzbudzał zaufanie, był pomocny i nigdy nie marudził ani nie udawał, że obchodzi go sens takiego czy innego projektu Gai. Mogła opowiadać mu o swojej pracy zupełnie od innej strony – z przymrużeniem oka, a on zawsze rozbrajał ją swoimi żywymi minami, kiedy nie nadążał za czymś, co próbowała mu przedstawić. Potrzebowała takich niezobowiązujących rozmów. Ponieważ z dawnego kursu pilotażu, na którym się poznali, znała teorię oblatywania – mogli też rozmawiać o lataniu Brena, o budowie maszyn latających, co z kolei ogromnie odpowiadało jemu. Bren stanowił więc całość życia towarzyskiego Gai. I interesował ją. Bo był sercem, podczas gdy ona była głową. Ale nie interesował jej jako mężczyzna. Dlatego, że Gai jeszcze nigdy nie interesował żaden mężczyzna. Aż do dzisiaj…

Wszyscy mężczyźni, których zapoznawała przed Zolanem – byli nudni. Naprawdę. Dlatego z punktu widzenia Gai byli wręcz niepoliczalną ilość razy mniej ciekawi od Brena. Dlatego, że Bren przynajmniej był zabawny, ciepły i szczery jak dziecko. Prawdę mówiąc, przebywając z nim, Gaja czuła się jakoby lepsza od siebie samej. Zdawało się, że on widzi ją taką, jaką dziewczyny chciałyby być widziane. Tylko, że akurat Gaja nie była na to wrażliwa. Można powiedzieć, że Bren równie dobrze mógłby być jej koleżanką, a nie kolegą.

Nie była na to wrażliwa, dopóki spotkała Zolana. Chciałaby móc być lepszą od samej siebie – dla niego, w jego oczach, a nie w oczach Brena. Ale dlaczego musiał to być Zolan? Dlaczego właśnie on?

Z postury niczym specjalnym się nie wyróżniał. Owszem, był ładnie zbudowany, szczupły, jak gdyby sprężysty – ale to nie było nic niezwykłego. Realnie patrząc, miał przeciętną sylwetkę, ciemnobrązowe, gęste włosy z fioletowymi refleksami – jak wszyscy wokoło, i ciemnobrązowe, szkliste oczy – również jak wszyscy wokoło. Dodatkowo – jak na Xannijczyka był niskiego wzrostu.

Przeciętny wzrost męski na Xannie wynosił dwa metry dziesięć do dwóch metrów trzydziestu centymetrów. Zolan mógł mierzyć nie więcej niż metr dziewięćdziesiąt. Był to zatem wzrost bliższy kobietom na Xannie, których to rozpiętość zawierała się w widełkach: metr osiemdziesiąt pięć – dwa metry.

Gaja była wysoka na metr i dziewięćdziesiąt dwa centymetry. To znaczy, że praktycznie była równa z Zolanem, a nawet ciut wyższa. Z racjonalnego punktu widzenia – wydał jej się więc nieatrakcyjny. Albo próbowała sobie wmówić, że Zolan nie był atrakcyjny, bowiem interesowanie się nim jako mężczyzną nie było jej na rękę z wielu powodów.

Przede wszystkim przywykła już do tego, że nie ciekawi ją płeć przeciwna. Nauka od dziecka wypełniała całą sferę jej pragnień i dążeń. Nigdy nie odczuwała nawet potrzeb seksualnych, a ponieważ jej to nie przeszkadzało – przyzwyczaiła się do tego, a z czasem przestała w ogóle się nad tym zastanawiać. Skoro tak została uformowana, choć na Xannie było to nie do pomyślenia, gdyż wszyscy tryskali witalnością i traktowali erotykę dosyć szeroko i swobodnie – skoro ona odbiegała od tego wzorca, od ujednoliconego szablonu, dlaczego miałoby to jej przeszkadzać? Przecież jej celem było dokonanie czegoś znaczącego – rewolucji w nauce, przełomu w pojmowaniu świata lub w robotyce. Inna sprawa, gdyby tłumiła w sobie potrzeby seksualne, nie mając ich z kim urealnić. Wtedy owszem – mogłaby martwić się o siebie, szukać wymiernej przyczyny tego, próbować naprawić własną usterkę. Ale ona nigdy tego nie czuła. Wszyscy mężczyźni byli nudni i absolutnie nikt nigdy jej nie pociągał. Tymczasem Zolan…

Jego ostry w rysach profil, jego bystre i zarazem dobre oczy. A do tego – jak pyszny deser – jego dziwność: bezsenność. Idealnie idealny – dla Gai.

Jego bystre spojrzenie.

Jego ręce, sposób gestykulacji.

Sposób, w jaki się w nią wsłuchiwał.

Nie należał do kręgu nauki, ale w zasadzie mogła z nim poruszyć dosyć złożone w ujęciu naukowym problemy. I dawał radę. Wsiąkał w to, o czym do niego mówiła. Lgnął do tego. Idealnie idealny.

Jego ręce, jego zapach.

Myślała, że nie jest uwrażliwiona w ten sposób – dlatego nigdy własna inność jej nie zawadzała. Ale teraz, nagle, poczuła w środku coś silnego. Zupełnie tego nie znała. Nie przypuszczała, że kiedyś poczuje coś takiego.

Poczuła w środku coś silnego. Po wyjściu Zolana nie mogła skupić myśli. To uczucie – głęboko, gdzieś w środku brzucha – zaczęło jej nachalnie przeszkadzać. Zupełnie nie wiedziała, co z tym uczynić. Wiedziała tylko tyle, że musi czym prędzej wyjść z pracy. Nie chciała, żeby ktoś ją zobaczył w tym stanie. Zdawało jej się, że to uczucie, że ten stan – wrząca temperatura, która wybuchła jej w brzuchu – że to jest dla wszystkich widoczne. Jakby jej brzuch się otworzył – jak gdyby jego wnętrze przewlekło się na drugą stronę, jakby miała ją zalać krew. Miała wrażenie, że to jest całkiem na wierzchu – że parzy ją własna skóra i po prostu musiała zostawić gabinet i uciec do domu.

A teraz leżała na łóżku z dłońmi skrzyżowanymi na brzuchu, dosłownie czując, jaki jest gorący. Leżała na wznak i patrzyła w sufit. Starała się w pewien sposób zracjonalizować to, co poczuła do Zolana. Czy raczej to, co poczuła w sobie samej – przez niego. Usiłowała wmówić sobie, że Zolan wcale nie jest interesujący. Nie ma wysokiego wzrostu, nie wyróżnia się z tłumu i wcale, ale to wcale nie posiada najmniejszego zapachu. Po prostu jest bezwonny jak uniform antyseptyczny. To tylko przez jej wariactwo, przez bzika na punkcie nauki – i przez jego fascynującą bezsenność, przez jego dziwne myśli o drugim, równoległym świecie, które pokryły się z jej przełomem o tessaraktach i o czwartym wymiarze. To poprzez ich obopólną wymianę informacji, przez to, że Zolan jest kapitanem, podczas gdy ona, Gaja – przywykła przez całe życie być swoim własnym, jedynym kapitanem. Wskutek tego splątania – dziś poczuła coś w środku brzucha. Ale to była tylko chwilowa mara. Nie powinna się tym przejmować na zapas.

A jednak nie była małą dziewczynką, żeby nie zdać sobie sprawy, że nad tym, co czuje – nie może ani trochę zapanować. To było uczucie niepodległe pod żadną kontrolę. Niczego nie mogła z tym począć – nie mogła wmówić sobie nic racjonalnego, nie mogła temu zaprzeczyć. Była wybitnie inteligentna i wykształcona, do tego mądra, bo potrafiła efektywnie korzystać ze swojej inteligencji. A jednak uderzyło ją coś – można by powiedzieć: głupiego, prymitywnego, organicznego.

Nie mogła temu silnemu uczuciu zaprzeczyć, ale musiała się go w jakiś sposób pozbyć. Dlatego w końcu skończyła bić się z myślami, widząc, że i tak prowadzą donikąd – po czym zamknęła oczy i przesunęła dłońmi po swoim brzuchu. W dół, w kierunku spodenek. I pomyślała o Zolanie…

Lecz nie zdążyła wsunąć ręki poniżej stanu spodenek, poniżej linii talii, bo dokładnie w chwili, kiedy przegrała z samą sobą, to znaczy kiedy straciła głowę, kiedy wrząca krew i organiczne myśli wzięły nad nią górę, kiedy zaczęła wsuwać palce za pasek spodni, nie mogąc już znieść tego uczucia w brzuchu i tych myśli – dokładnie w tej chwili rozległo się pukanie-szuranie do drzwi.

Poderwała się z łóżka jak oparzona. Poprawiła spodenki, przygładziła włosy i spróbowała się opanować. Podeszła do drzwi. Ale wszystko w środku – dygotało w niej. I tylko po części z podniecenia. Tu i teraz, kiedy ktoś znalazł się za drzwiami i pukał, dygotała już bardziej z rozpaczliwej chęci wzięcia się w garść, niż z tamtej głodnej, organicznej emocji.

– Chwileczkę – odezwała się przez drzwi.

Starała się, żeby głos zabrzmiał zwyczajnie, ale w tej chwili było to trudne. Drugi raz przygładziła włosy. Były jeszcze lekko wilgotne po niedawnej kąpieli, kiedy uciekając z pracy, musiała spłukać z siebie uniform antyseptyczny. Włosy nie zdążyły jeszcze wyschnąć i w połączeniu z tamtą silną emocją, na pewno wyglądały na rozchełstane. Trudno. Wzięła głęboki wdech, uniosła podbródek i postarała się przybrać swój standardowy wyraz twarzy. Czyli poważny, skoncentrowany i jak gdyby nieprzystępny dla świata. Następnie otworzyła drzwi – i zobaczyła Zolana. Musiała dokonać nadludzkiego wysiłku, żeby nie okazać mu sobą niczego poza zdziwieniem – niczego więcej, niż lekkie wzniesienie brwi. Jej usta pozostały małe, drobne, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Niczego nie dała po sobie poznać, choć sytuacja, w której ułamek chwili temu miała zamiar włożyć sobie rękę między uda, myśląc o nim, a on – wyrósł tu przed nią: ta sytuacja nie na żarty wydała jej się zadziwiająca. Zolan uśmiechnął się na jej widok z radością.

– Widzę, że nic ci nie jest – rzekł pogodnie. – Nie było cię w Laboratorium, dlatego trochę się zmartwiłem – wyjaśnił.

Stała jak wryta. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Chyba zauważył jej wahanie, bo naraz spoważniał i rozglądnął się na boki.

– Posłuchaj, nie wiem, jak zacząć – odezwał się przyciszonym głosem. – Chciałbym wejść do środka. Jeśli masz wolną chwilę. To nie może czekać. Muszę wyznać ci coś niezwykle dla mnie ważnego – powiedział, patrząc jej w oczy. – Sądzę, że dla ciebie to się okaże równie ważne. Po prostu muszę coś z tobą ustalić. Muszę wiedzieć, czy dobrze myślę. Bez ciebie nie mogę się tego dowiedzieć. Wszystko zależy od tego, jak ty zareagujesz – dodał, zbliżając nieco twarz do jej twarzy.

Na chwilę wstrzymała oddech. Czy to możliwe, że Zolan czuł to samo, co ona? Coś połączyło ich dwoje, kiedy rozmawiali w jej gabinecie? Jakim cudem świat nagle tak przyspieszył? Przez chwilę nie mogła oddychać. Ale nie zdradziła sobą niczego. Jeszcze milczała.

– Gaja, mogę na chwilę wejść? – spytał, niepewny niczego. – Jesteś czymś zajęta? Nie chcesz mnie wpuścić?

Ostatnie pytanie zabrzmiało tak, jakby rzeczywiście mu zależało. Jakby naprawdę z całego serca chciał wejść do środka. Może więc jej marzenia nie były całkowicie chybione. Może różne kawałki układanki zaczynały do siebie pasować.

– Przepraszam – ocknęła się. – Oczywiście możesz wejść. Nic ważnego nie robię – odparła, jakby nigdy nic.

Jednak poczuła wielki przypływ nadziei.

Usiedli przy niewielkim blacie z komputerem. Dom Gai wyglądał zupełnie zwyczajnie. Nie było w nim żadnych przedmiotów wskazujących na jej profesję. Prawdopodobnie większość życia spędzała w Laboratorium. Na pewno wszelkie przyrządy, probówki i tak dalej – trzymała tam, a w domu starczał jej komputer.

– Nie przewidziałem, że spotkamy się ponownie tego samego dnia – zaczął Zolan. – Po tym jak wyszedłem od ciebie z gabinetu, pojechałem w plener, i tyle. Nie spodziewałem się, że moje myśli tak przyspieszą. Zupełnie jakby uchyliły mi się w środku jakieś ukryte, długo nieużywane drzwi – wyjaśnił. – Ale najlepsze, na co wpadłem po przejściu przez te drzwi – dodał zagadkowo.

Jego głos zdawał się pełny napięcia. Wyglądało, że pragnie wyznać jej coś, co jest dla niego trudne. Czuła w sobie podobne napięcie. Nie mogła się doczekać, co powie.

– Wpadłeś na coś niezwykłego? – zapytała z nadzieją. – Trafiło cię coś, z czego nie zdawałeś sobie sprawy tam, w moim gabinecie?
– Dokładnie tak – ucieszył się Zolan. – A teraz posłuchaj, na co wpadłem. Musisz utwierdzić mnie w tym, że nie błądzę.
– Po prostu mi powiedz – uśmiechnęła się Gaja, nieomal pewna, że Zolan zaraz wyzna jej uczucie. – Myślę, że przyjmę, co powiesz. Nawet jeśli to coś trudnego – dodała, jakby na zachętę.

Uśmiechnął się do niej jeszcze szerzej. Spontanicznie chwycił ją za rękę.

– To nie jest trudne – rzekł, patrząc jej w oczy. – I dlatego to jest niezwykłe. Objawiło mi się tak naturalnie, jakbym wybudził się z długiego snu, jakbym przez całe życie był ślepy…
– Po prostu mi powiedz – powtórzyła, wchodząc mu w słowo. – Jestem przecież tutaj. Nie mam zamiaru nigdzie uciekać, jak uciekłam dziś z pracy.

Zolan potrząsnął głową i wypuścił jej rękę.

– Uciekłaś z pracy? – zdumiał się. – O czym ty mówisz? Czy coś się stało?

Gaja poczuła, że ma wypieki na twarzy. A więc Zolan przyszedł do niej w zupełnie innym celu. Poczuła uderzenie gorąca na swoich policzkach. Idiotyczne myśli. Bezpłodna nadzieja. Jak mogła do tego stopnia wytracić nad sobą kontrolę? Przełknęła ślinę i zmusiła się, żeby do siebie przyjść. Potrząsnęła głową.

– Nic takiego – powiedziała bez intonacji. – Po prostu powiedz, co do mnie masz. Domyślam się, że miałeś iluminację albo coś w tym rodzaju. Tak to już jest z dziwakami. Na pewno w wyniku mojej opowieści o Gruncie – dorzuciła rzeczowo. – No, dawaj. Siup, wyrzuć to z siebie. Szkoda życia. Nie wstydź się. Nie tylko naukowców stać na przełomy – zachęciła go żartobliwym tonem.

Zolan pokiwał głową i znowu się uśmiechnął.

– Siedziałem nad Oczkiem i rozmyślałem o twoim wykładzie. O skórze Xanny i o tym, co pod nią. O czwartym wymiarze. I sądzę, że twoje myślenie jest słuszne. To nie jest tylko hipoteza. Wiem o tym. Wystarczy, że znajdziesz sposób na przeprowadzenie dowodu. I któregoś dnia na pewno go znajdziesz – podjął. – Siedziałem tak i myślałem o tym, że Xanna na swój sposób czuje, jak gdyby rozumuje poprzez skórę…

– Być może nieco poniosła nas tamta rozmowa – wtrąciła Gaja uprzejmie. – Wiem, o co ci chodzi, ale to trochę moja wina. Oczywiście rozumiesz, że nawet z całym bogactwem czterowymiarowej biosfery, powiedzieć, że Xanna czuje, że myśli za pomocą swojej skóry, to trochę za daleko idące dywagacje. To już nie mieści się ani w moim przełomie, ani w żadnej hipotezie. To już jest fiksacja, Zolanie. Nawet jak na takiego dziwaka jak ty. I nawet jak na naukowca-szaleńca, którym niewątpliwie jestem ja – wytłumaczyła sucho. – Częściowo może mnie do tego sprowokowałeś, a częściowo sama niechcący nas w to pchnęłam. W każdym razie zapomnij o tym, że planeta myśli. To nie ma żadnego sensu.
– Mylisz się, Gaja – roześmiał się Zolan. Znów chwycił ją za rękę. – To ma sens.

I opowiedział jej o pierwszych Kielichach napotkanych przez ludzi. O tej starej legendzie, która krążyła w społeczeństwie, niczego specjalnego ze sobą nie niosąc. Zolan przypomniał Gai tę legendę – dokładnie takimi słowy, jakie naszły go, kiedy siedział nad Oczkiem.

– Xanna stworzyła rezerwat. Ponieważ się nudziła – zakończył krótką opowieść. – Ale to zaledwie wstęp – ścisnął jej dłoń. – Gaja, ty coś przegapiłaś – rzekł podekscytowany.

Wyrwała dłoń z jego ciepłej dłoni i wstała z miejsca. Spojrzała na niego z góry. Chłodno. Przekrzywiła na bok głowę.

– Ja nie przegapiam niczego – odparła zimno.
– Jesteś cudowna, nie przeczę – roześmiał się Zolan z sympatią. – A jednak uszło ci coś tak błahego, że aż śmieszne. Chyba, że postradałem rozum. Lecz w takiej okoliczności z pewnością mi to bez ogródek wytkniesz.

Wyprostowała się cała, stanęła na baczność.

– Więc ty też mów bez ogródek – poleciła. – Bo na razie jesteś jak mąciwoda, nie jak kapitan – burknęła.

Jej burknięcie nie wywarło na nim większego wrażenia. Był zbyt przejęty tym, na co wpadł.

– Popraw mnie jeśli się mylę, ale fakt, że Xanna stworzyła rezerwat, ponieważ się nudziła…
– Zakładając, że Xanna mogłaby stworzyć rezerwat – poprawiła Gaja.
– Zakładając, że stworzyła rezerwat, wabik dla istoty, jaką jest człowiek…
– Skąd przekonanie, że stworzyła rezerwat z myślą o człowieku? – przerwała Gaja. – Równie dobrze, jeżeli już iść w twoją fiksację, mogła go stworzyć z przeznaczeniem dla innych istot. Dla istot jednakowo skomplikowanych, co człowiek, bo takich może mieć pod dostatkiem pod własną skórą, to znaczy w czwartym wymiarze.
– Istoty czterowymiarowe wyemigrowały wgłąb planety. Nic nie trzyma ich na skórze i również sama skóra takiej obecności od nich nie oczekuje – sprzeciwił się Zolan. – Dlatego roślinność sama się nie rozmnaża. Bo nie ma takiej potrzeby. Nie dlatego, że nie umie, lecz dlatego, że nie chce. Z punktu widzenia planety, wyrośnięcie wybujałych Kielichów na wierzchu skóry, jak gdyby na kogoś, na coś czekały, nie miałoby żadnego sensu. Z punktu widzenia Xanny, Xannie jest dobrze, jak jest, ze wszystkim, co ma w środku. Wypluwa na wierzch tylko samo gęste. Tylko to, co ściśle sprzyja człowiekowi. Dla niej samej w zupełności wystarczający jest jej czwarty wymiar. Nie wypluwałaby na wierzch kwiatów-tessaraktów, gdyby nie chciała zwabić kogoś z zewnątrz – zauważył Zolan. – Przyznaj, że mogła chcieć zwabić kogoś z zewnątrz.
– W porządku – przyznała Gaja. – Przy hipotetycznym założeniu, że na przykład się nudziła.
– W porządku – podjął Zolan. – A teraz owa nadzwyczajna błahostka, która uszła genialnej Gai.

Gaja splotła przed sobą ramiona zgięte w łokciach.

– Nie mogę się doczekać – rzekła z przekąsem.
– A zatem nastaw uszu – odparł Zolan. Swoją drogą przypomniał sobie o jej ładnych uszach, które teraz były ukryte pod długimi, rozpuszczonymi, odrobinę potarganymi włosami. Dwa pierwsze razy, w jakich spotkał się z Gają, w obu przypadkach miała włosy schowane w antyseptycznym czepku. A teraz – po raz pierwszy nie. Rozpuszczone włosy i brak uniformu zmiękczyły ją trochę. Dopiero w tej chwili to zauważył. Jej wygląd wydawał się bardziej miękki, niż w Laboratorium, ale zachowanie wręcz przeciwnie. Była chyba nadąsana. Zupełnie nie wiedział, dlaczego. Ale szybko zaniechał myśli o tym, naglony wewnętrznym przymusem obwieszczenia Gai swoistego priorytetu. – Pomyśl o tym tak inteligentnie, jak tylko potrafisz: co to znaczy, że Xanna stworzyła rezerwat, wabik dla kogoś z zewnątrz? – zapytał, patrząc jej głęboko w oczy.

To spojrzenie było tak bystre, że Gaja skapitulowała. Na chwilę zapomniała o swoich zranionych uczuciach, o gwałtownej namiętności, której nie mogła nakarmić. Wróciła do siebie. Z powrotem stała się sobą. To znaczy – profesjonalnym naukowcem. Usiadła na stołku obok Zolana tak bezsilnie, jakby poraził ją prąd. Popatrzyła mu w bystre, dobre oczy. Przyglądał jej się z radością, ale też z dozą niepewności, czy aby się nie myli. Gaja pokręciła głową.

– Dla kogoś z zewnątrz – powtórzyła cicho. – To znaczy, że człowiek nie powstał na Xannie. To znaczy, że rasa ludzka przybyła tutaj skądś – podsumowała cicho.
– Szarpnęło to mną samo, kiedy siedziałem nad oczkiem i gapiłem się na tessarakty – uśmiechnął się Zolan. – Na pewno są jakieś pisma naukowe mówiące o tym, że rasa ludzka powstała z owej, jak ją określiłaś, prazupy. Ale my nie wzięliśmy się stąd, to znaczy z xannijskiej prazupy, prawda?

Potrzebował usłyszeć potwierdzenie z jej ust, mimo że czuł całym sobą, że się nie myli. Widział to, że nie może się mylić – w jej oszołomionym spojrzeniu niczym w lusterku.

– Jak mogłam przeoczyć coś takiego? – miauknęła Gaja. – Jak mogłam tego nie zauważyć?
– Nikt nie jest doskonały – powiedział Zolan – choć gdyby ktoś mógł być doskonały, najbliżej tego jesteś ty – dodał z sympatią.

Łypnęła na niego zimno.

– Nie lituj się nade mną. To nie do zniesienia – warknęła.
– Ależ to nie ma nic wspólnego z litością – Zolan podniósł ręce do góry. – Naprawdę jesteś genialna i dlatego nie musisz się tym przejmować. To tylko jedna, mała rzecz. Poza tym coś trzeba z tą rzeczą zrobić, a ja nie zrobię niczego bez ciebie. Jakby to powiedzieć, ty jesteś moimi uszami – przyszło mu do głowy. – Bez ciebie nie uzbieram stosownych wiadomości. Nie zrozumiem niczego do końca. Kapitan potrzebuje załogi – wyjaśnił. – A tak na marginesie, powinnaś upinać włosy. Odsłaniać uszy – dorzucił wesoło.

Zakłopotała ją ta uwaga.

– Nie będziemy rozmawiali o moich uszach – ucięła.
– No dobrze – odparł Zolan. – Opowiedz mi w takim razie o swoich dalekich podróżach.

Spojrzała na niego z ciekawością.

– O czym?
– Bren wspominał, że przyszłaś na kurs pilotażu, bo miałaś plany na ambitne, dalekie podróże – podsunął. – Opowiesz mi, co to były za plany?

Gaja wyprężyła się na stołku. Jakby połknęła kijek. Zolan naprawdę był bystry. I oto racjonalne wytłumaczenie tego, co poczuła do niego – ni stąd, ni zowąd. Po prostu był mądry. Zwykły mężczyzna (nie-naukowiec), ale mądry, lotny, najprawdopodobniej z intuicją. A więc połączenie serca (Brena) z walorami głowy (Gai). Serce i głowa naraz. Nie tylko nie był nudny – był nader interesujący. Dlatego w nim ugrzęzła. Ale teraz nie mogła już grzęznąć dalej. Musiała się skoncentrować.

– Naprawdę szybko myślisz – pochwaliła szczerze.
– Jak na laika?
– Jak na prawdziwego kapitana – powiedziała z uznaniem…

… Ciąg dalszy nastąpi.

Przeczytaj poprzednie odcinki:

Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 1

Adam Zak, Skazani na Eden. Tom I – Skóra (2017). Odcinek 2

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *