Anihilacja (2018) – Recenzja. I skrzenie stało się ciałem

Film pt. Ex Machina (2015) ujął mnie prostolinijnością formy, w której przemycono inspirujące treści filozoficzne. Wsiąkłam w aurę nienatarczywej kontemplacyjności, ładnie przeciwstawiającej się natłokowi bodźców i żywiołowej akcji często przypisywanej gatunkowi science-fiction – dlatego wytrwale wypatrywałam nowego projektu Alexa Garlanda… jest nim Anihilacja (2018). Zapraszam na recenzję – uwaga: możliwe spojlery! A dla porównania przemyśleń możesz przeczytać również moją recenzję Ex Machiny.

Słowo wstępne

Obejrzenie Anihilacji okazało się łatwiejsze niż zwykle w tego rodzaju przebojowych produkcjach SF, bo prawa do dystrybucji od Paramount Pictures kupił Netflix – to też bardzo ciekawa informacja dla miłośników sztuki filmowej: rozwój medium, jakim jest sieć, wciągnął nas wszystkich w nową epokę, gdzie filmowe hity przeprowadzają się do internetowej telewizji i stają się dostępne legalnie na wyciągnięcie ręki.

A już skupiając się na świeżo wypieczonym dziele Garlanda: czy udało mu się podtrzymać i rozwinąć nastrój nienachalnej refleksyjności? Czy skutecznie nakarmił mój głód rasowej, głębokiej filmowej fantastyki naukowej? I pytając wprost: Anihilacja zachwyciła mnie czy rozczarowała?… Już opowiadam!

Estetyka

Kameralne kadry, ujęcia portretowe, zbliżenia postaci i niuansowych elementów otoczenia, np. symbolicznej szklanki wody, budują powłóczysty, gęsty i atrakcyjny klimat Anihilacji. Te bliskie, subtelne zdjęcia czasem działają na widza przepięknie magnetyzująco, ale o ile ten rodzaj magnetyzmu i oszczędności stylistycznej wypadł genialnie w Ex Machinie, o tyle w Anihilacji – blado, niewystarczająco. W zderzeniu ze strefą skrzenia, która objęła sobą rozległe tereny zielone, aż po pełne przestrzeni wybrzeże, zabrakło oddechu i przede wszystkim skali, jaka umożliwiłaby nam stanięcie oko w oko z anormalną dzikością czy bezmiernością przyrody.

Mistrz skali ilustrującej starcie „ludzkiego paprocha” z ogromem obcości, z tym, co niepojęte, kompletnie nieznane, to Denis Villeneuve. W jego filmie pt. Arrival moment, kiedy grupa naukowców zbliża się do statku kosmicznego, który zawisł nad gruntem ziemskim, zapiera dech w piersi. Garland nie podołał analogicznemu zadaniu wykreowania obrazem rozmachu i bardzo chciałabym wierzyć, że ciasnota tych kadrów Anihilacji, w jakich należało ukazać skalę, a tego nie zrobiono, została podyktowana zbyt wąskim budżetem, a nie zawężoną wyobraźnią reżysera. Jednak znając na podstawie Ex Machiny zamiłowanie Garlanda do kameralności, obawiam się, że to jego intelekt źle rozłożył akcenty estetyczne Anihilacji, stąd tłumaczenie błędów w doborze zdjęć ograniczeniami finansowymi niestety najprawdopodobniej mija się z prawdą.

Przykro mi to mówić, nie chcę wyciągać pochopnych wniosków – w dalszym ciągu będę z bijącym sercem wyczekiwała następnych pomysłów i planów filmowych Garlanda – ale dziś twierdzę, że Anihilacja obnażyła jego niedobory w płaszczyźnie kompozycyjnej. Póki co upewniłam się w spostrzeżeniu, że Garland wspaniale operuje rozumowaniem literackim, natomiast z Anihilacji dowiedziałam się, iż w jego przypadku dzieje się to kosztem rozumowania plastycznego (kosztem władania nad kompozycją plastyczną – przyp.: J.K.), które sztuce filmowej jest niezwykle potrzebne, a którego nie da się w całości scedować na pracę operatora. Myślenie plastyczne powinno być uchwycone już na poziomie scenariusza, a potem dopilnowane przez samego reżysera w procesie przekładania scenerii na język kamery – i tego obowiązku w Anihilacji Garland nie dopełnił.

Za to odrapane ściany budynków, w których stacjonowali żołnierze i badacze strefy skrzenia, mury i wnętrza ozdobione potwornym grzybem, jakiego turpistyczne piękno miesza się z ludzką bezsilnością, z tragedią, tworząc niemożebne z człowieczego punktu widzenia malunki będące jednocześnie tkanką żywą i martwą, rośliny o kształcie ludzkich ciał, to te elementy plastyczne Anihilacji, które emanują nieprawdopodobnym wabieniem – widz czuje się niczym w środku upiornego i zarazem rajskiego ogrodu, miejscami kwitnącego, pnącego się w kierunku niebywale bujnego procesu ewolucyjnego, a miejscami zdewastowanego, przesiąkniętego strachem, tajemnicą i zatraceniem.

Pod względem kolorystycznym to jeden z najbardziej pochłaniających w historii filmów z gatunku SF. W tej konkurencji Garland osiągnął swoiste mistrzostwo, choć lękam się, że nie wszyscy widzowie będą potrafili przymknąć oko na błędy logiczne fabuły (o których opowiem w następnym rozdziale recenzji), by w pełni rozsmakować się w tej unikalnej i doskonale obmyślonej feerii barw.

Z olbrzymią przykrością muszę wyznać, że dalece zawiodły mnie niektóre efekty komputerowe – zmutowany aligator wyłaniający się z wody sprawia wrażenie, jak gdyby komuś coś się omyliło, a niepłynnie poruszający się, histeryczny niedźwiedź jedynie potwierdza wcześniejszy niedowład, to znaczy sztuczność aligatora. Dwa – odbite przez kalkę – jelonki o okwieconych porożach prezentują się intrygująco, dopóki stoją jak zamrożone na stop-klatce, zaś z chwilą kiedy ruszają w głąb lasu, wykonując urocze podskoki, susy, ruch ich ciał zacina się i silnie zgrzyta… przez parę sekund myślałam, że ten formalny zgrzyt jest elementem tajemnicy fabuły – że tak miało być, że to coś na kształt błędu rzeczywistości matrixowej, czyli Strefy X, ale nie… to wadliwość efektów komputerowych – być może za mały budżet, a być może niedopatrzenie, tego nie wiem, natomiast w tej produkcji liczyłabym na więcej precyzji i bardzo mi trudno pogodzić się z tą rażącą nieudolnością wymienionych efektów.

Nauka i logika przyczynowo-skutkowa

Nie czytałam jeszcze pierwowzoru literackiego Anihilacji, czyli powieści pt. Unicestwienie Jeffa VanderMeera, więc nie recenzuję tu adaptacji filmowej, a rozpatruję dzieło Garlanda jako samodzielne. Być może książka skrupulatniej wyjaśnia mechanizmy naukowe – biologiczne, chemiczne i fizyczne odbywające się wewnątrz Strefy X, tj. w strefie skrzenia, natomiast film, ku mojej rozpaczy, prześliznął się po nich zbyt powierzchownie. Dlatego pomimo profesjonalnych starań Natalie Portman – trudno widzowi uwierzyć w inteligencję, a zwłaszcza w naukową wiedzę Leny.

Wiemy z narracji filmu, że Lena jest zdolnym, doświadczonym biologiem wykładającym na uniwersytecie. Tymczasem w trakcie eksplorowania Strefy X z jej ust nie pada nic kluczowego na temat obserwacji naukowych, które bez przerwy czyni, wnikliwie przypatrując się strukturze dziwacznej roślinności, pobierając liczne próbki, wymazy. Nocami ślęczy nad mikroskopem, studiuje podziały komórek zakażonych skrzeniem, ale w zderzeniu z dziwnym, z anormalnym – potrafi powiedzieć jedynie „To niemożliwe”, a pierwszą mniej więcej naukową tezę na temat tego, co dzieje się z przyrodą, z kodem genetycznym roślin i innych organizmów zarażonych skrzeniem, wygłasza pani fizyk, Josie Radek. Teza ta zresztą wydaje się radośnie banalna i przypomina bardziej entuzjastyczne pchnięcie akcji naprzód w wyniku rozwiązania typu Deus ex Machina, aniżeli wysnucie poważnej naukowej hipotezy. Najgorsze zaś, że naukowa warstwa umysłu Leny została tym sposobem zdeprecjonowana, pominięta na rzecz charakteru wojowniczki, na czym opowieść traci. Bo siłę głównej bohaterki powinien stanowić równomiernie odważony koktajl żołnierskiego hartu ducha i biegłego intelektu naukowca – tak wynika z narracji, z następujących po sobie odsłon fabuły. Niewykluczone też, że scenarzysta okroił inteligencję Leny specjalnie wyłącznie po to, aby pani fizyk miała szansę do czegokolwiek filmowi się przydać, aby czymkolwiek uzasadnić jej obecność w tej wyprawie w nieznane, bo Josie jest tak przezroczysta, że to aż nieomal bolesne. Niczego dobrego nie mogę również powiedzieć o pani geomorfolog, Cass Sheppard granej przez Tuvę Novotny, której głównym przesłaniem było malowniczo zginąć oraz – wcześniej – wygłosić jednozdaniową „odkrywczą” formułę tłumaczącą, jakim sposobem, nie posiadając kompasu, wyznacza się kierunek geograficzny. Podkreślam, że krytykując Josie i Cass, nie krytykuję aktorek, tylko przezroczyście napisane postaci – wskazuję tu na miałkość scenariusza, a nie na grę aktorską.

A skoro już jestem przy postaciach, dopowiem od razu, iż Anya Thorensen, ratownik medyczny, otrzymała nieco bardziej wysublimowane zadanie – bowiem jej celem było ilustracyjnie oszaleć, popaść w obłęd, co też Gina Rodriguez starała się oddać jak najbardziej dramatycznie, niestety w wyniku niedopatrzeń scenariuszowych część kwestii, jakie wygłasza, ociera się niechcący o czarny humor – dodam: w konwencji ciężkiej psychologicznej grozy całkowicie niezamierzony.

Trudno nie podjąć polemiki z logiką tego, iż na tak koszmarnie niebezpieczną podróż do samego centrum zła – wyekspediowanych zostaje pięć emocjonalnych kobiet. Jedna z nich, dowódca ekspedycji, psycholog – doktor Ventress, to zimna królowa śniegu, która zdaje się nie mieć niczego do stracenia, a swoją namiętność, emocjonalną walkę o poznanie niezbadanego, niewiadomego, ładnie chowa pod iście lodową aurą nieprzystępności. Druga z nich, główna bohaterka, biolog Lena, jest żołnierzem z siedmioletnim stażem – w porządku. Ale Anya, a szczególnie Josie i Cass, nie wnoszą do ekspedycji nic wartościowego – ich mózgi naukowców nie bronią się, ich zachowanie nie jest podszyte głęboką analizą zastanej rzeczywistości, nie wspominając już o braku fizycznego przygotowania do tak wymagającej, śmiertelnie niebezpiecznej tajnej misji. Te trzy wymienione panie stanowią jakiś bliżej nieuchwytny komponent opowiadanej historii, a ich obecność dopełnia trywialnej części opowieści o zwyczajnym, prostym ludzkim strachu, nie budując sobą oczekiwanego napięcia i nie tłumacząc, na czym w zamyśle scenariusza miała polegać siła kobiecości tej ekspedycji.

Przez trzy lata inwazji skrzenia zginęło bodaj jedenaście ekspedycji, na które posłano wybitnych męskich wojowników – prawie nikt nie wrócił, większość zamordował obcy byt lub kosmiczny wirus, bądź pozabijali się sami wskutek sukcesywnie ogarniającego ich szaleństwa. Pomimo tego na kolejną ekspedycję wyrusza pięć kobiet – w wojskowym ekwipunku à la marines na wakacjach; bez masek gazowych, bez liczników Geigera, mimo iż jedyny żołnierz, Kane, jaki powrócił ze Strefy X, zdradza objawy choroby popromiennej i praktycznie umiera, podłączony do respiratora. Piątka kobiet nie zważa na te dane, mimo iż każda z nich jest wysoce wykwalifikowanym naukowcem. Ich eksploracja nieznanego, czyli terenu, który wykazuje cechy skażenia nie wiadomo czym, przypomina spacer w traperach po lesie. Żadnych masek, nie mówiąc o kombinezonach ochronnych i rękawicach, choć – co ciekawe – po szczęśliwym powrocie Leny z misji przesłuchujący ją ma na sobie kombinezon ochrony biologicznej, który zabudowuje go od stóp po zęby, a sama Lena siedzi w izolatce. Wracając do Strefy X: żadne urządzenia tam oczywiście nie działają, ponieważ skrzenie to zdumiewający pryzmat załamujący fale radiowe oraz geny, niemniej kamery funkcjonują tu sprawnie, dzięki czemu nasze bohaterki oglądają filmy nagrane przez poprzednie ekspedycje. Natomiast czemu nasze panie nie czynią żadnych notatek po drodze, nie nagrywają własnych filmów, nie robią zdjęć, niczego nie dokumentują, choć od pierwszych chwil pobytu w Strefie X odkrywają, iż doskwierają im zaniki pamięci? Dlaczego pań będących naukowcami nie interesuje racjonalne zabezpieczenie danych, informacji zbieranych w czasie eksplorowania Strefy X? Dlaczego pobierają wymazy gołymi rękoma, dlaczego Lena dotyka bezpośrednio skórą przerażającego grzyba na ścianie będącego hybrydą roślinności i ludzkich oraz zwierzęcych szczątek? A potem pewnej nocy bada próbkę własnej krwi i ze zdziwieniem odkrywa, iż ona też została zarażona skrzeniem… Naprawdę jako naukowiec nie była choćby po ludzku zaciekawiona tym, jakimi ścieżkami rozprzestrzenia się skrzenie? Nie obchodziło jej, czy zarazi się drogą kropelkową, czy przez skórę, a może poprzez skaleczenie? Serio – tak postąpiłby naukowiec w obliczu zetknięcia się z terenem, na którym występuje dojmująco silne skażenie nie wiadomo czym – substancją, zakłóceniem praw fizyki, wirusem, gazem, czy pierwiastkiem chemicznym?…

Na tym katastrofalnie absurdalnym tle toczy się cała akcja – wszystkie panie naukowiec przejawiają kompletne désintéressement wobec naukowych pokładów misji.

Dwa wstrząsająco rozczarowujące punkty fabuły to spotkanie z aligatorem i z niedźwiedziem. Gigantyczny aligator-mutant uszczypnął jedną z pań w sam plecak i za ten plecak wciągnął ją do wody – nie zranił jej, nawet nie zadrasnął, bo… no właśnie nie wiadomo, dlaczego – być może był amatorem plecaków.

Co na to jedyna wojowniczka w całej tej misji, czyli główna bohaterka, Lena? Ano jako pierwsza rzuca karabin – jak to doświadczony na wojnie żołnierz – i wbiega do wody na ratunek kompance, zaś dwie panie błyskawicznie idą w jej ślady… Po prostu jedna za drugą wskakują do brudnej kipieli wodnej, bez kija, noża, czy czego tam – będą walczyły z potworem, o jakim nie wiedzą nic, gołymi rąsiami. Rzecz jasna zmutowany zwierzęcy potwór dobrotliwie wypluwa plecak – tylko po to, aby wszystkie cztery panie wypełzły na brzeg, wtedy potwór zmienia zdanie i też wypełza na brzeg, by jednak je zjeść. Wówczas Lena przypomina sobie, że jest żołnierzem, zatem chwyta karabin, przybiera stoicką, aptekarsko wyważoną pozycję heroicznego żołnierza i uśmierca potwora serią pocisków prosto w otwarty pysk. W tym czasie jedna z pań gubi karabin i przewraca się fikołkiem w tył, a inne panie dowiadują się, że w ogóle nie potrafią strzelać, więc zasadniczo karabiny są im zbędne – jak na moje oko cała ta misja byłaby równie prawdopodobna i logiczna, gdyby wybrały się na nią w sandałach rzymskich piechurów.

Scena ataku zmutowanego niedźwiedzia jest jeszcze gorsza, jeszcze głupsza. Nawet nie potrafię opisać jej absurdalności. Pozostał mi po niej tak wielki absmak, że nie mam siły go tłumaczyć, uzasadniać.

I skrzenie ciałem się stało…

Sama idea skrzenia jest nie tylko fascynująca, ale i napędzająca apetyt widza na rozłożenie fabuły na czynniki pierwsze. Ci, którzy poszukują w kinie SF wartości głębszych, filozoficznych, którzy potrafią przebić się przez otoczkę pięknych kolorów i chybionych efektów specjalnych, a także zignorować niedociągnięcia scenariuszowe i logiczne – będą urzeczeni ideą skrzenia… mnie ta idea uwiodła maksymalnie i sprawiła, że uznaję Anihilację nie tylko za czas, który nie był stracony, ale i za bardzo udanie spędzony czas.

Anihilacja to po Arrivalu będącym adaptacją wyśmienitego opowiadania Teda Chianga – druga oryginalna fantastyczno-naukowa wizja obcości, która odwiedza Ziemię, wprawiając ludzkość w stan otumaniającej konsternacji i zmuszając ją do zmierzenia się z własnym cieniem. Co ciekawe, w obu wizjach głównym bohaterem opowieści jest kobieta, która wyrusza na spotkanie z obcym – pod pozorem swego wykształcenia naukowego, ale sekret zostaje rozwiązany przy wykorzystaniu innych kanałów, niż racjonalny, pragmatyczny rozum. W obu wizjach mamy do czynienia z jakością mistyczną, która krystalizuje się we świadome zrozumienie dopiero wskutek „przepłynięcia przez duszę kobiety”, jako tę, która daje życie, więc jednocześnie nie lęka się śmierci.

To, co różni treść Arrivalu od treści Anihilacji to podejście do zgłębiania niepojętego – w Arrivalu polega ono na mistycyzmie, iluminacji, olśnieniu, a w Anihilacji na metafizyce. W Arrivalu znajdziemy więcej filozofii matematyki – w Anihilacji więcej spojrzenia teologicznego.

Z kolei pytania o naturę Boskości, Absolutu oraz o naturę człowieczeństwa są tym, co łączy Anihilację z poprzednim, znakomitym dziełem Garlanda, Ex Machiną. Ex Machina skoncentrowała się mocniej na odcieniach ludzkiej duszy, pragnień, tęsknot i ograniczeń, a Anihilacja uderzyła w Boski plan, ukazując nieomylnego demiurga jako istnienie na poły świadome i nieświadome, które eksploruje samo siebie za pomocą przeniknięcia w strukturę człowieka, w jego fizyczne ciało oraz jaźń, po to, by mogło smakować życie ludzkimi zmysłami i myślami. Taki demiurg przypomina zwierzę zjadające własny ogon – z jednej strony dąży do autodestrukcji, z drugiej nie ustaje w wysiłkach przemieniania się w nową formę.

Skrzenie to dziwny replikator biologiczny, który w interpretacji człowieka zdaje się zachowywać loteryjnie, ale rozumienie czy czucie rzeczywistości w interpretacji tegoż replikatora – nie zna pojęcia błędu, pomyłki, przypadku. Gdyby skrzenie było wirusem, powielałoby się poprzez kopiowanie swego ścisłego centrum, czyli jądra wirusa – podawałoby dalej tylko bezbłędną, najważniejszą część genetycznego kodu. Ale ten replikator, który jest skrzeniem, nie dzieli swojej biologicznej funkcji na dobro i zło, na skuteczność i nieskuteczność, na światło i ciemność, na prawdę i halucynację – powiela wszystko, i zarazem nic. Nie oddziela pojęcia piękna od pojęcia skazy. Dla niego wszystko jest nieustającym procesem portretowania samego siebie – tworzy nowe formy życia poprzez odrzucenie możliwych specjalizacji…

Pytanie o to, do jakiego momentu ten proces będzie się rozrastał, dzieląc się, duplikując i rozkwitając w niezliczone formy zarówno przerażające, co piękne, jest szalenie interesujące… Lecz na to pytanie każdy widz będzie musiał odpowiedzieć sobie sam – zakończenie otwarte zachęca do snucia rozważań na temat tego, co uległo rozpadowi, unicestwieniu, a co mogło się zachować…

Aktorstwo

Portman po raz kolejny udowodniła, że jest z krwi i kości aktorką – naturalnie utalentowaną, pracowitą i wszechstronną. W pierwszym odruchu byłam nieufnie nastawiona do jej filigranowości i słodkiej urody, które wydały mi się niepasujące do kreacji doświadczonej wojowniczki, ale zaobserwowałam, jak czujnie, świadomie obchodzi się z bronią, jak pilnie, zdecydowanie stawia kroki, jak prawdomównie jej to wychodzi… Ostatecznie przekonała mnie ta nieoczywista, wręcz paradoksalna mieszanina kobiecej kruchości i siły, rozumianej tu także jako fizyczny, cielesny upór – i w tej kruchości prącej do przodu jak dziwny taran zawierało się coś bardzo ciekawego, co sprawiło, że całą sobą chciałam wierzyć Lenie, kibicować jej, poczuć się w jej skórze. Portman to aktorka, która gra twarzą, głosem i ciałem – prawdziwy kameleon; pomimo charakterystycznie niepozornej figury i buzi, zdolna do znaczących przeobrażeń. Jej milczenie i inercja są równie wymowne, co do bólu naturalistyczny szloch z rozpaczy.

Wspaniale było podziwiać wybitną Jennifer Jason Leigh w świetnej, dojrzałej formie. Jej tembr, mimika, sposób, w jaki chodzi i wykonuje gesty, przyciągały moją uwagę i z przyjemnością stwierdzam, że tandem Portman – Leigh wypadł nader przekonująco, sprawnie. Co do samej Leigh, osobiście cieszę się, że po bardzo ciekawym eXistenZ (1999) Davida Cronenberga znów mogłam zachwycać się nią w unikalnym filmie spod znaku SF… Trochę nie wyeksploatowano wielkiego talentu Leigh – niepotrzebnie zasłonięto nieprawdopodobny, skradający się niepokojąco dramatyzm, do którego jest zdolna, za mocno przerysowanym, a słabym technicznie efektem specjalnym w postaci tłustych fotonów, na które rozpada się dr Ventress…

Podsumowanie

Bez względu na błędy i niedociągnięcia fabularne, logiczne, jakim poświęciłam spory kawałek recenzji, odnotowuję Anihilację jako dobry, specyficznie dziwny, ale fascynujący film z kategorii kontemplacyjne, filozoficzne kino science-fiction.

Ponura aura pomieszczeń, z których żołnierze już nie powrócili, poprzecinana ciepłą, kolorową kwiecistością, tworzą razem niebywałą krainę mącącą w głowie, a finałowy pojedynek Leny z samą sobą, próba pokonania obcego i zwyciężenia własnych słabości – przyprawiają o zawrót głowy, hipnotyzują.

Dobra muzyka Geoffa Barrowa, kapitalny wystrój wnętrz, a więc scenografia Marka Digby’ego, bardzo ładnie cementują film w atmosferze rozkładu i urodzaju zarazem.

Na szacunek zasługuje ta ścieżka fantastyczno-naukowa, którą wytyczył sobie i którą podąża Garland – pisarz, scenarzysta i reżyser. To ambitna, niepewna, trudna droga, dlatego coś w jej ramach się udaje, a coś umyka, jednak mojej uwadze nie umknęło, iż od 2007 r. i W stronę słońca, poprzez wsysająco ponury Nie opuszczaj mnie z 2010 r., wreszcie przez arcyciekawy Ex Machina i metafizyczny Anihilacja – każdy film Garlanda konsekwentnie brnie w brutalną, mądrą literaturę, walcząc o świeżą jakość współczesnego kina SF i zanurzając się w niej coraz głębiej. Życzę Garlandowi nieustającej odwagi w tak świadomym, pięknie upartym przełamywaniu schematów – i jako widz oraz fan konwencji SF, głośno podtrzymuję swoje zainteresowanie twórczością Garlanda, której w dalszym ciągu zamierzam wnikliwie się przyglądać, z dużym apetytem i oczekiwaniami.

Justyna Karolak

Justyna Karolak pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory. Recenzent filmowy, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

7 komentarzy

  1. Arek Trubisz

    Sama idea skrzenia bardzo mocno kojarzyła mi się ze strefą chaosu z książki Jacka Dukaja “Inne pieśni”
    Dla mnie sam film – poprzez słabość scenariusza, niespójność, skład wyprawy – nie był dobrym filmem. Wizualnie – niezły, aktorsko – sprawny. Natomiast skala dziur przerasta jego plusy.
    “Arrival”, o którym wspominasz, był o niebo lepszy. Spójny, sprawny, z przesłaniem, wzruszający (tak, pojawiła się łezka 😉 ). “Ex Machina” również jest świetnym filmem.
    Dzięki za recenzję 🙂

  2. W pełni się zgadzam. Uchwyciłaś istotę tego filmu. Mnie poruszyła do głębi tajemnica skrzenia i sposób oddziaływania na człowieka i wszystko wokół. Dodać do tego zakończenie otwarte i jest o czym myśleć mimo słusznie wyłapanych przez Ciebie błędów w kreacji bohaterów i świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *