Arrival (2016) – recenzja i przemyślenia po filmie

 

Uwaga! Niniejsza recenzja filmu pt. „Arrival” zawiera spojlery oraz odniesienia do opowiadania pt. „Historia twojego życia” Teda Chianga (samodzielną  recenzję opowiadania przeczytasz tutaj: http://tosterpandory.pl/historia-twojego-zycia-ted-chiang-recenzja-literacka-bez-spojlerow/).

Słowem wstępu nadmienię, iż polski dystrybutor filmu znów popisał się inwencją w tłumaczeniu tytułu – bowiem na świecie „Arrival” zafunkcjonował jako „Przybycie”, a w Polsce najwyraźniej musiał zafunkcjonować jako „Nowy początek”. Dlaczego polscy  dystrybutorzy w zakresie tłumaczeń tytułów niczego się nie nauczyli od czasów „Elektronicznego mordercy” i „Wirującego seksu”? Czemu nadal uznają polskiego widza za niepełnosprawnego intelektualnie? Jakimi meandrami podążają myśli ludzi odpowiedzialnych za polskie tłumaczenia tytułów filmów? Nie wiem i nie zamierzam się nad tym pochylać – pozwólcie jednak, iż w rozwinięciu recenzji będę pisała po prostu: „Arrival”.

Czy „Arrival” to wytrawne, ambitne, oryginalne kino – czy twórcom udało się uniknąć rozwiązań schematycznych? Jak ocenić ten film? Czy „Arrival” jest sztuką, czy jednak przede wszystkim rozrywką? Jakie są jego zalety, a gdzie drzemią wady?

Żeby wymiernie odpowiedzieć na te pytania, trzeba rozpatrywać „Arrival” w dwóch oddzielnych kategoriach: jako niezależny film oraz jako adaptację opowiadania Chianga.

Jako niezależny film science-fiction, „Arrival” to znakomite widowisko zawierające w sobie cechy niezbędne do tego, by zafascynować widza; by skłonić widza do zaangażowania umysłu w prezentowaną historię. Proszę zwrócić uwagę, iż użyłam sformułowania „prezentowaną historię”, a nie „opowiadaną historię”. „Arrival” to bowiem przede wszystkim doskonałe zdjęcia.

Udane udźwiękowienie sprawnie współgra z obrazem, budując niezwykły, wsysający klimat napięcia. Jest to klimat w przewadze kameralny, w wielu momentach wręcz intymny – poprzez wplecenie do głównej osi fabularnej „retrospekcji” z życia głównej bohaterki, będących de facto jej „wspomnieniami z przyszłości”. Zdjęcia są naprawdę wybitne pod względem kompozycji – po raz pierwszy w kinie doświadczyłam ułudy faktycznego spotkania z obcymi: skala pojazdu obcych została ukazana idealnie, wzbudzając w widzu realną niepewność, uczucie niepokoju i dezorientacji wobec zetknięcia ze zjawiskiem kompletnie odrębnym od naszego ludzkiego rozumienia. Znaczenie słowa „obcość” zostało w „Arrivalu” wspaniale oddane właśnie za pomocą obrazu – za pośrednictwem świetnie przemyślanych, skomponowanych i zrealizowanych zdjęć. Patrząc na wielkość statku obcych z zewnątrz, od razu udziela się powaga sytuacji – oto stajemy twarzą w twarz z absolutnym misterium: ciekawość i pragnienie poznania tajemnicy miesza się z odruchowym, naturalnym przerażeniem wobec naszej ludzkiej całkowitej niewiedzy na temat tego, z czym za chwilę się zetkniemy. Ekran, przez jaki odbywa się komunikacja z obcymi, paradoksalnie, lecz pięknie wzmacnia wrażenie bliskości z istotami, których wygląd i zachowanie niczego nam nie mówią; których natury ani trochę nie znamy. Mamy toteż świadomość czekającej nas bariery komunikacyjnej, którą z jednej strony pragniemy za wszelką cenę pokonać, z drugiej zaś – boimy się tego, co odkryjemy, czego się dowiemy; kim obcy w istocie są, po co przybyli…

Bardzo dobry montaż i wysmakowane, służące fabule, efekty specjalne wzorowo współgrają z mistrzostwem kompozycyjnym i nieomal naturalizmem zdjęć. Aktorstwo na wysokim poziomie zdecydowanie nie zawodzi. Twarz Amy Adams, ubrana w powściągliwą mimikę, na każdym kroku wyraża nieporównywalnie więcej, niż wyraziłoby tysiąc słów. Adams potwierdziła swój kunszt aktorski – jej gra jest wystudiowana, rozumna, nieprawdopodobnie wytrzymana; jej bohaterka jest autentyczną panią naukowiec, która potrafi zachować zimną krew, by używać swej wiedzy w sytuacji ekstremalnej i nieporównywalnej z żadną inną, a która jednocześnie jawi się zwyczajnie, po ludzku zagubiona w obliczu mierzenia się z tym, co niepojęte. Ta bohaterka skonstruowana przez Adams – ta kobieta wie, że przeciera nowy szlak, że stawia krok w miejscu, gdzie przed nią jeszcze nie było człowieka, ale jej działanie pozbawione jest chwiejnej brawury i nonszalancji, jest natomiast przepełnione i fascynacją, i trwogą, i aktorstwo Adams oparte zostało właśnie na tym czającym się podskórnie, przekonywającym balansie. Te elementy zatem – zdjęcia, montaż, efekty specjalne, kunsztowne aktorstwo Adams – są kardynalną siłą „Arrivalu”, czyniąc z niego bardzo interesujące widowisko kinowe przede wszystkim estetyczne.

Ocena filmu traci jednakże z chwilą, kiedy odniesiemy ją do treści. Zaznaczmy najpierw, że filmowe zaadaptowanie opowiadania Chianga – to szalenie trudne zadanie. Chiang pisze bowiem językiem usurowionym; jego opowiadanie roi się od odniesień do nauki, natomiast język literacki nie opisuje wprost emocji bohaterów, pozostawiając rozległą przestrzeń na samodzielne interpretacje czytelnika. Reżyser Denis Villeneuve podszedł do treści tego opowiadania bez wątpienia ambitnie i docenić należy jego próbę przełożenia suchego literackiego języka na emocjonalne obrazy. Villeneuve postanowił opowiedzieć nam określoną historię przede wszystkim obrazem, i w tym sensie jego adaptacja filmowa się broni. Natomiast wydarzyło się coś potwornie niedobrego na poziomie scenariusza, który napisał Eric Heisserer:

Opowiadanie Chianga to bowiem kameralna, w pewnym sensie wręcz hermetyczna, opowieść o komunikacji z obcą cywilizacją, od której to cywilizacji dowiadujemy się, że przybyli po to, „aby obserwować”. Przez całe opowiadanie ani razu nie padają słowa takie, jak „broń”, „narzędzie”, czy „wojna” – ani przez chwilę nie było mowy o żadnym zagrożeniu dla Ziemian, nie zginął też żaden obcy. Jest to od początku do końca powłóczysta, spokojna, łagodna opowieść o tym, jak i na ile język jako kanał komunikacyjny może wpływać na postrzeganie rzeczywistości i czasu. Skąd w filmie pomysł o wybuchu, o bieganiu z karabinami, o zaproponowaniu widzowi żywiołowej akcji i włączeniu do tejże akcji Chin? Wielce mnie zawiodło, że z tak kameralnej opowieści wyłączono zupełnie treści filozoficzne, a nawet treści twarde – naukowe, które cudownie obmyślił Chiang, zastępując je w filmie sztampowymi schematami – takimi, jak: zagrożenie dla ziemskiej cywilizacji i pomysł ostrzelania statków obcych przez wojskowych etc. I jakby powyższego było mało, dołożono jeszcze stary chwyt pod tytułem „ocalenie w ostatniej chwili” – tj. w momencie, kiedy wojna z obcymi wisi tuż-tuż w powietrzu i zagrożony jest cały świat, główna bohaterka wykonuje magiczny telefon do generała Shanga, dosłownie w ostatniej sekundzie ocalając tym sposobem świat przed katastrofą wynikającą z wszczęcia konfliktu zbrojnego z obcymi.

Ten film mógł być arcydziełem, gdyby scenarzysta nie dodał do pierwotnej historii literackiej tych całkowicie zbędnych i wyświechtanych wątków, jak ww. eksplozja, jak widmo wojny z obcymi, która miałaby rozpocząć się od decyzji Chin… Dodajmy: decyzji kompletnie nielogicznej i absurdalnej. Mogło być pięknie, stonowanie i powłóczyście na miarę Kieślowskiego; mogło być mistycznie i filozoficznie. Tymczasem wyszło „po amerykańsku” – z przepychem malowniczego wybuchu, z sensacyjną akcją; z przebarwnym przytupem, jednym słowem… Szczególnie rozczarowuje punkt kulminacyjny „Arrivalu” – owa rozmowa Louise Banks z generałem Shangiem odbyta w umyśle Louise, czyli jakoby w przyszłości: jest to czysty wymysł scenarzysty, prostacki i infantylny, że aż wstyd, iż znalazł się w tym filmie, aspirującym wyraźnie do kina artystycznego i kontemplacyjnego.

„Arrival” jako niezależny film science-fiction na pewno godny jest polecenia – zwłaszcza pierwsza połowa filmu ocieka delikatną atmosferą tajemnicy i związanego z nią niepokoju oraz jak gdyby małości człowieka, który w zderzeniu z wielkim i niepojętym, wspina się na wyżyny swego marnego umysłu, aby zrozumieć, aby pojąć. Natomiast jako adaptacja filmowa świetnego, bo oryginalnego i specyficznego opowiadania literackiego – zwłaszcza za wykastrowanie powłóczystego klimatu w drugiej części filmu i zastąpienie go wyświechtanymi zabiegami „amerykańskiej sensacyjności” – nie pozwala ocenić się na piątkę, a jedynie na trójkę.

Z „Arrivalu” wyparowały bowiem najgłębsze, najpiękniejsze pod względem filozoficznym, tezy postawione przez Chianga – gdyż usunięto je na poziomie scenariusza, w rezultacie dostarczając nam kino aspirujące do miana sztuki, a zatrzymane na poziomie typowej kinowej rozrywki przebranej w maskę ładnej, estetycznej, nieomal dekoracyjnej otoczki.

Wyparowały również wątki twarde – naukowe; drastycznie ogołocono udział pana fizyka w całym procesie próby skomunikowania się z obcymi, czyniąc z tego bohatera właściwie rodzaj kukiełki, czyli mało znaczącej podpórki dla mistycznego geniuszu pani lingwistki.

Główna treść utworu Chianga, od początku do końca oparta na tajemnicy, w „Arrivalu” została zamieniona na dość płytką próbę udzielenia odpowiedzi na wszystkie pytania, na próbę rozwiązania tej tajemnicy do cna – odbierając widzowi, który nie czytał opowiadania, możliwość snucia własnych domysłów i wniosków na temat, dlaczego i po co obcy na Ziemię przybyli… W opowiadaniu – tak, jak obcy nagle, bez zapowiedzi na Ziemi się pojawiają, tak równie gwałtownie znikają, opuszczając Ziemian z ich pytaniami, niepewnością, niejasnością dotyczącą sensu spotkania. W opowiadaniu główna bohaterka poniekąd odkrywa sekret wizyty obcych, dochodząc do wniosków, że sposób myślenia o języku może wpłynąć na postrzeganie linii życia i pojęcia czasu – natomiast (w przeciwieństwie do filmu, z którego wiemy, iż bohaterka napisała w przyszłości książkę naukową o „uniwersalnym języku”) nie dzieli się swoją wiedzą z nikim, tym bardziej nie z całym światem, dochodząc do esencjonalnej konkluzji, że ten, kto rzeczywiście zobaczył, doświadczył i wie, nie może przekazać zdobytej wiedzy na zewnątrz, bo nie wolno uprzedzać faktów; nie należy odsłaniać tego, co niepojęte (nie da się jednym gestem przekazać ludzkości wglądu do Kroniki Akaszy – gdyż byłoby to zaprzeczeniem samej Kroniki Akaszy).

W opowiadaniu autor poddał czytelnikowi pod rozwagę kilka wątków do samodzielnego rozstrzygnięcia – np. na czym polega różnica między celem a przypadkiem; czym jest wolna wola, czym wybór, a czym przymus; czy jesteśmy w stanie zaniechać myślenia przyczynowo-skutkowego, z jakim wiąże nas głębokie przyzwyczajenie kulturowe, na rzecz innego modelu myślenia, a mianowicie na percypowanie i myślenie „równoczesne” czy „jednoczesne”. W filmie wątki te zostały albo brzydko spłycone, albo wręcz całkowicie pominięte. Oczywiście adaptacja filmowa ma prawo nie poruszyć części wątków zawartych w literaturze, którą zamierza adaptować, w tym wypadku problem jest jednak zdecydowanie głębszy, bo „Arrival” kategorycznie zmodyfikował najważniejsze treści utworu Chianga, jest toteż bardziej filmem opartym na kanwie „Historii twojego życia”, aniżeli rzetelną adaptacją opowiadania. Uważam to za swego rodzaju nieładną próżność: zaczerpnąć główny temat z literatury, natomiast pierwotnie występujące w niej wątki zastąpić całkiem innymi, własnymi pomysłami i rozwiązaniami fabularnymi – o ileż uboższymi, niż literacki pierwowzór. Zawiera się w tego typu działaniu swoista niespójność, aż prawie niechlujność, wynikająca z nieumiejętności wejrzenia w głąb dzieła literackiego połączonej z chęcią stworzenia kinowego przeboju. Widzowie, którzy nie czytali opowiadania Chianga, zapewne nie zdają sobie sprawy z tego, iż w „Arrivalu” wątki i przesłania kluczowe zostały zaprzepaszczone na rzecz przebojowości właśnie, w efekcie darowując widzom widowisko kuszące i spektakularne pod względem estetycznym, za to pod piękną powłoką wypełnione niestety pseudointelektualizmem i pseudofilozofią.

Niemniej reżyserska praca Villeneuve’a wykonana na planie „Arrivalu” napawa pewną nadzieją, iż wskrzeszenie przez Kanadyjczyka „Łowcy androidów” będzie choć na tyle udane, że doświadczymy wymownych, klimatycznych zdjęć. Oby jednak w swojej wizji „Łowcy androidów” (pierwotnie – arcydzieła Ridleya Scotta z 1982 roku) Villeneuve pozostał głęboki, nie patrosząc pierwotnego kinowego majstersztyku do jałowego poziomu „kosmicznej sensacji”. Osobiście nie zniosę bowiem najmniejszego zadraśnięcia, skażenia arcydzieła Scotta – arcydzieła pomimo pewnej anachroniczności wynikającej z upływu lat – za pomocą nowoczesnych, przebojowych trików estetycznych.

Sumując, poleca się „Arrival” stanowczo widzom spragnionym w kinie fantastyczno-naukowym monumentalnych obrazów i dopracowanych do granic obłędu zdjęć. Zawiera się bez wątpienia w tym filmie coś mimo wszystko świeżego – jest to jakaś próba wprowadzenia kinowej fantastyki naukowej w nowatorski kontekst. Ten film na pewno warto zobaczyć choćby z uwagi na spotkanie z obcymi oraz na aktorstwo Adams. Dodajmy jednak, że przedrostek „science” nieco umknął „Arrivalowi”, i nawet przyrostek „fiction” poniekąd uleciał, niepotrzebnie oddając miejsce płytkiej „sensacji”.

Natomiast „Arrival”, pomimo obietnicy, jaką swą estetyczną i techniczną realizacją widzowi składa, niczym nie zagraża arcydziełom gatunku science-fiction – takim, jak: wspomniany „Blade Runner” (1982) w reżyserii Ridleya Scotta; „Odyseja kosmiczna” (1968) Stanleya Kubricka. Swego czasu nawet „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977) w reżyserii Stevena Spielberga czy „Otchłań” (1989) Jamesa Camerona okazały się większym przełomem, tworząc pewną klasykę gatunku, i do dziś wspomina się i ogląda te filmy z olbrzymim sentymentem, ciekawością i emocjami. „Arrival” przepadnie w przyszłości kina, które wciąż i nieuchronnie sięgając po coraz nowsze i śmielsze techniczne rozwiązania, dość szybko zasłoni „Arrival” kolejnymi przebłyskami geniuszu zachwycających zdjęć i efektów specjalnych…

Miejsce na nowoczesne, genialne, arcymistrzowskie dzieło filmowe z gatunku science-fiction – wciąż pozostaje wolne, doskonale nie zajęte. Ww. „Łowca androidów” i „Odyseja kosmiczna” – nadal niezdetronizowane. „Arrival” może konkurować jedynie z „Interstellar” (2014) Christophera Nolana, a w kategorii sensacji, emocji i przeboju – i tak ze starcia tego wyłania się na tarczy. Nawet świetnie ukazani w „Arrivalu” obcy przepadają w konkurencji z najważniejszym obcym w historii kina – oczywiście mowa o obcym zaprojektowanym na bazie twórczości Gigera, a więc o obcym znanym z „Ósmego pasażera Nostromo” (1979) Ridleya Scotta. A w kategorii nowoczesne „kontemplacyjne kino science-fiction”, „Arrival” przegrywa z „Ex Machina” (2015) Alexa Garlanda (recenzję filmu pt. „Ex Machina” i przemyślenia pofilmowe – przeczytasz tu: http://tosterpandory.pl/ex-machina-2015-%E2%80%95-czlowieczenstwo-a-si-granice-poznania/).

Kto jeszcze nie był na „Arrivalu” w kinie, po przeczytaniu tej recenzji na pewno powinien poczuć się do tego zachęcony, a nie zniechęcony. Wady dotyczące niedomagań scenariusza w zakresie filozoficznej i naukowej treści filmu nie powinny nikomu przesłonić zalet estetycznych, jak i zalet związanych z autorską próbą podejścia do gatunku science-fiction. To, na ile ta próba się powiodła, a na ile nie powiodła, stanowi osobny temat do dyskusji. Sama rzecz pt. „Arrival” godna jest polecenia. Pierwsze zbliżenie się do statku obcych, oglądane na wielkim ekranie, wywoła dreszcz niepokoju i fascynację – warto przeżyć je osobiście. Poza tym „Arrival” wpisuje się w jedną kategorię z filmem „Interstellar” – jest to bowiem kolejna odsłona „prawdy” o czasie, którą bez wątpienia warto samemu przetrawić.

Nie chciałabym, aby czytelnik odniósł wrażenie, iż według recenzenta „Arrival” jest słabym filmem i jedynie pseudofilozoficzną wydmuszką. Moja ocena jest surowa, to prawda, lecz wyłącznie dlatego, że znam pierwowzór literacki, w związku z czym moje oczekiwania w stosunku do adaptacji filmowej były większe niż w przypadku widzów, którzy nie czytali opowiadania Chianga. Dziwi mnie toteż nominacja do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany, gdyż wszystkie zarzuty, które żywię do tej jakości, jaką zaprezentował „Arrival”, pochodzą właśnie z poziomu scenariusza – on to winien jest wszystkiemu, co w „Arrivalu” się nie udało. Mógł być to zdecydowanie wybitny film, tymczasem jedyna konkurencja, w jakiej „Arrival” ma prawo zwyciężyć (jeżeli mowa o treści), to starcie z „Kontaktem” (1997) Roberta Zemeckisa – i tu faktycznie „Arrival” wypada sprawniej, lepiej, ciekawiej.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (14)
  • w porządku-niezła grzanka (10)
  • potrzebny-smaczny tost (10)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

10 komentarzy

  1. Jestem świeżutko po obejrzeniu filmu i cóż… Z recenzją nie do końca się zgadzam.

    Wg mnie Arrival zachowuje bardzo zdrowy balans między tym co głębokie, co skłania do myślenia, a tym co rozrywkowe. Oglądając Interstellar ziewałem, film był nudny jak flaki z olejem, zaś jedna akcja z tsunami nie dała rady go uratować. W Arrivalu natomiast mamy intrygę w którą wpadłem momentalnie. „Co się dzieje?” „Kim oni są?” „Czego chcą?”. No i brak tych potwornych interstellarowych dłużyzn gdzie statek się zbliża…zbliża…zbliża…i zbliża dalej…

    Pani zwraca dużą uwagę na porównania do starszego kina, pomijając fakt, że filmów w ten sposób już się po prostu prawienie robi. A jeżeli się robi to nie dla pieniędzy, a ideowo. I ogląda się je potem z piątką innych osób na widowni w kinie studyjnym. Arrival, chcący mieć takie efekty specjalne jakie miał, nie mógł sobie na to pozwolić. Podobały się Heptapody? Sekwencje ze statkami kosmicznymi? Mieliśmy je właśnie dzięki napięciu na linii Chiny-reszta. Dzięki Hawkeyowi (nie oszukujmy się, ten gościu będzie Hawkeyem już zawsze:P) i jego znanej ostatnio twarzy. Mieliśmy to dzięki thrillerowatym zagrywkom.

    I sądzę, że tylko głównie temu nie ziewałem na tym filmie. Moim zdaniem bardzo istotnym jest, by prezentować treści wysokie w sposób przyjazny widzowi i to mi się bardzo w Arrival spodobało.

    Oczywiście nie uniknięto przez to paru dziur fabularnych, troszkę szkoda. Opowiadania oczywiście nie czytałem, więc odnoszę się do samego mołszyn pikczyr.

    Pozdrawiam!

    • Panie Łukaszu,

      gdybym nie znała opowiadania, pewnie mogłabym napisać ten sam komentarz, co Pan 🙂 . Szanuję Pańską opinię o „Arrivalu” i bardzo dziękuję za Pana głos w dyskusji Tosterowej 🙂 . To dobrze, że różnimy się w opiniach, we wrażeniach, w odbiorach 🙂 .

      Odniosę się tylko do dwu kwestii obecnych w Pana komentarzu:

      Mówi Pan, że dużo uwagi w recenzji przeznaczyłam na odniesienia do starszego kina, i że filmów już w ten sposób się nie robi – tu będę polemizowała. Po prostu podjęłam próbę osadzenia „Arrivalu” w jakimś/szerszym kontekście – rzecz jasna to tylko moja subiektywna próba i nie trzeba się z nią zgadzać, ale uważam, że miałam prawo zbudować takie, a nie inne odniesienie. I nie zgodzę się z tym, że „danych filmów już się nie robi” – istnieje przecież całe mnóstwo, całe zastępy filmowych stylistyk retro, stylistyk trawestujących, parafrazujących i cytujących dzieła i klasyczne, i te sprzed np. dekady. To, że coś w danej chwili już nie jest np. modne – nie jest tożsame z tym, że to coś albo zniknęło z powierzchni ziemi, albo w ogóle nie jest warte uwagi, refleksji, oglądu, osądu…

      I druga rzecz: nie zgodzę się, że Heptapody i sekwencje ze statkami kosmicznymi udały się w „Arrivalu” dzięki napięciu na linii Chiny-reszta. Tego napięcia (Chiny-reszta) w opowiadaniu nie było, a zapewniam, że Hektapody i sekwencje ze statkami kosmicznymi były równie, a nawet jeszcze bardziej udane 🙂 .

      Pozdrawiam serdecznie, bardzo dziękuję za ciekawy komentarz i włączenie się do dyskusji 🙂 .

      • Co do pierwszej rzeczy – ok. Ja szukałem bardziej porównań do Interstellar, Passengers czy Grawitacji, wśród nowych filmów próbowałem osadzić ocenę, nie odnosząc się do klasyki. To po prostu różnica spojrzeń.

        Co do drugiej, chyba nie wyraziłem się jasno. Nie chodziło mi, że kwestie kosmiczne udały się nie ze względu na obecność napięć i akcji, tylko, że dzięki akcji film się sprzedał. I ktoś w niego zainwestował. Gdyby scenariusz nie zakładał żadnej akcji i żadnego napięcia, być może budżet był mniejszy i nie udały by się tak dobrze efekty specjalne i zarówno statek jak i kosmici wyglądali by komicznie, co by zniszczyło film.

        • Panie Łukaszu.

          Co do tego, że Pan próbował osadzić „Arrival” bardziej w kontekście nowości (a nie w kontekście swoistej klasyki, tak jak ja) – to jest dla mnie jak najbardziej okej; rozumiem, i traktuję to z sympatią 🙂 .

          Jeśli zaś chodzi o moje opinie dot. Interstellar, Passengers i Grawitacji, to moja gradacja wartości jest następująca:

          Interstellar uważam za najbardziej udany (z tego trójczłonowego powołanego zestawu), bo twórcy nie obiecali mi wzniosłości ani filozofii, ani artyzmu – obiecali mi po prostu dość przebojową i wzruszającą rozrywkę, i tej obietnicy dotrzymali.

          Po drugie Grawitacja – w sumie film słaby, ale zdjęcia, sposób przedstawienia… fajna, godna uwagi rzecz – naprawdę przyjemna w oglądaniu!

          I po trzecie – Passengers… moje wielkie osobiste rozczarowanie. I tu nic nie pomogły zdjęcia (jak w Grawitacji), ani nawet niemiłosierne starania aktorów… No po prostu: klęska.

          I drugi wątek, który Pan poruszył w swym komentarzu: dziękuję za uściślenie – być może ma Pan rację, że dzięki specyficznym napięciom i akcji film lepiej się sprzedał, ale ja jako recenzent nie chcę przecież oceniać tego, jak film (jako produkt, a przede wszystkim jako dzieło) się sprzedaje, tylko to – jaka estetyka, jaka treść, jaka konwencja etc. mu towarzyszy… A dodatkowo, jeśli dzieło filmowe jest adaptacją – muszę potrafić (a przynajmniej spróbować) mniej więcej miarodajnie ocenić, na ile klimat pierwowzoru udało się twórcom do adaptacji przenieść, a na ile się nie udało…

          Pozdrawiam serdecznie; bardzo przyjemna dyskusja – dziękuję 🙂 .

  2. Aleksander Moniuszko

    Podpisuję się właściwie pod wszystkim obiema rękami! „Arrival” obejrzałem – za namową zachwyconego tym filmem kolegi. Moim zdaniem bez rewelacji. Odebrałem to jako film z ambicjami, mający na celu nie koncentrować się na tanim efekciarstwie a właśnie na warstwie psychologiczno-filozoficznej. Ale ostatecznie z uwagi na – niemal zawsze pojawiające się w tego typu produkcjach – absurdy i paradoksy związane z postrzeganiem czasu czy też podróży w czasie – wyszła z tego kolejna popkulturowa papka. Również względem oryginalnego opowiadania film wypada na minus – spłaszcza co poniektóre wątki, udziwnia niepotrzebnie inne a jeszcze inne – newralgiczne – pomija… Koniec końców – jak dla mnie – 6/10.

  3. Grzegorz Gralik

    Przeczytałem rencenzję i, jak wszystkie, zniesmaczyła mnie. Nie znam się na „naukowej” stronie pisania recenzji, autorka jest na pewno mistrzynią, ale ton Pani wypowiedzi sugeruje, że pozjadała Pani wszystkie rozumy. Popełnia Pani te same błędy, które zarzuca Pani reżyserowi, nie zostawia Pani pola na interpretację czytelnikowi. Wszystko co Pani pisze jest kategoryczne jakby była Pani bogiem wiedzy o filmach i scenariuszach. A już gwoździem do trumny było sfromułowanie, że film „poleca się”. Poleca się?? Kto poleca?? Pani?? Czy stojący w Pani mniemaniu za Panią cały rozsądek świata?? Najpierw niech sie Pani wyleczy z własnego ego, a potem recenzuje dla innych filmy i książki. Brakuje mi tutaj sformułowań takich jak „moim zdaniem”, „według mnie”, „uważam, że” itp. Ale to jest ponad Pani siły, bo wtedy tekst miałby wydźwięk subiektywny i pozbawiony byłby tego poczucia wszechwiedzy jakie chce Pani wywrzeć na czytelniku. No cóż, do Pani informacji, to są jedynie Pani opinie, nieważne jakim bagażem wiedzy i doświadczenia poparte.

    Mnie Pani recenzja ani nie zachęciła ani nie zniechęciła do obejrzenia filmu. Stała się raczej „dziełem” samym w sobie, której autorka chce zaistnieć na rynku recenzentów. Co do filmu to film bardzo mi się podobał, choć miał wiele niedociągnięć, np. zakończenie typu deus ex machina. Tutaj zgadzam się z autorką. Trzeba jednak pamiętać że to film, który trwa ok. 2 godzin. Nie sposób przekazać nawet połowy treści w stosunku do opowiadania, gdzie pisarz ma praktycznie nieograniczone pole do popisu. Podobała mi się tajemnica, która uległa rozwiązaniu. Podobał się trochę lemowski wydźwięk filmu, który tak naprawdę zakończył się niepowodzeniem kontaktu z obcymi. Podobał mi się w końcu wątek utraty dziecka, tęsknoty za nim i miłości do niego, który tak naprawdę jest wg mnie wiodący, a przybycie obcych jest tylko pretekstem. Film zaczyna się od prezentacji tragedii matki i kończy się nią, ale zupełnie w inny sposób, napawając widza nadzieją.

    Ja polecam każdemu fanowi sci-fi. Nie ma co szukać powiązań z Odyseja Kosmiczną czy Blade Runnerem. To tak jak porównywać Polskę do USA. Wielu z nas ma właśnie ten kompleks i widzę, że autorka także. Szkoda.

    Pozdrawiam!!!

    • Szanowny Czytelniku.

      Dziękuję, że zostawił Pan tak obszerny komentarz – jest to dla mnie cenne świadectwo Pańskiego gustu filmowego. Ponadto dużo dowiedziałam się z Pańskiego komentarza również o sobie – a są to dla mnie zupełnie nowe (rzekłabym: obce) informacje…

      Proszę Pana, moje nazwisko widnieje pod artykułem, w związku z czym żaden czytelnik nie ma wątpliwości, czyje opinie i oceny o filmie zostały w artykule przedstawione. To oczywiste, że wszystko, co piszę, jest subiektywne – zwłaszcza, że jestem pisarzem: tworzę teksty literackie, publicystyczne i blogowe, a nie opracowania naukowe.

      W tej recenzji użyłam zaś zwrotów takich, jak np. „poleca się” – właśnie po to, aby nie umieszczać własnego „ja” na pierwszym planie, i aby czytelnik mógł dzięki tego rodzaju neutralnym (nienacechowanym emocjonalnie) zwrotom samodzielnie odnieść się do treści i wysnuć WŁASNE wnioski.

      Proszę Pana, ja nie pisuję do gazetki szkolnej – i właśnie dlatego uprawiając ten gatunek dziennikarski, jakim jest recenzja, staram się stanowczo unikać zwrotów takich, jak „uważam, że”, „moim zdaniem” etc. Może sądzi Pan, że recenzja jest gatunkiem, którego głównym zadaniem jest zaprezentowanie osobistych opinii o recenzowanym dziele – ale w rzeczywistości myli się Pan, bowiem recenzja nie powinna być rozmową z czytelnikiem o prywatnym guście recenzenta. Kiedy wchodzę w skórę recenzenta – moim zadaniem priorytetowym jest zmierzyć się z jakością techniczną, estetyczną i merytoryczną dzieła, opisać wszelkie szczegóły, które się udały, jak i te, które twórcom się nie udały. Stąd też wzmianki o „Łowcy androidów” czy „Odysei kosmicznej” – ponieważ pisząc recenzję o „Arrival”, starałam się osadzić ją w szerokim, złożonym kontekście filmowej fantastyki-naukowej.

      Z ostrą krytyką mojej recenzji jestem w stanie bez problemu się pogodzić – nie mam kompletnie nic przeciwko krytyce i rzeczowej dyskusji 🙂 . Jednak to, że przypisuje mi Pan jakieś „pro-amerykańskie” kompleksy – to akurat bardziej śmieszy niż zastanawia 🙂 .

      Szkoda, że neutralną, chłodną narrację myli Pan z „pozjadaniem wszystkich rozumów”. W tym miejscu pozostaje mi zaprosić Pana do dalszego śledzenia Tostera, albowiem niebawem opublikujemy recenzencki ranking 10 najważniejszych i najbardziej spektakularnych filmów z gatunku science-fiction – w historii kina. Ranking będzie oczywiście mojego nędznego pióra 🙂 . A jeszcze przed owym rankingiem opublikujemy baaaaardzo szczegółową analizę twórczości mistrza sztuki filmowej – Michaela Hanekego… toż dopiero będzie nudny, trudny, skomplikowany i zabójczo długi artykuł! Niestety – znów: napisany przeze mnie 🙂 .

      Cóż pozostaje mi dodać na koniec? Gdy będzie Pan gotów podyskutować o filmie „Arrival”, a nie o mnie – serdecznie zapraszam do dialogu 🙂 . Uwielbiam wymianę poglądów, odmienne zdania – natomiast unikam jak ognia pseudo-dyskusji pod szyldem ad personam.

      Dziękuję za głos i pozdrawiam 🙂 .

  4. Recenzja jest błędna, błędne informacje. proszę zadać sobie trud i samemu wychwycić błędy, no lub oglądnąć film

    • Byłabym wdzięczna za wskazanie błędów – oglądałam film kilka razy, opowiadanie również czytałam kilka razy. Zawsze chętnie zmierzę się z krytyką ze strony Czytelnika, przyjmując ją z wdzięcznością – jeśli popełniłam błąd (czy błędy), z entuzjazmem przyznam się publicznie i na piśmie do porażki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *