Artystą być, czyli powiastka o frajerstwie

Co to znaczy być artystą? To znaczy unosić się na latającym kolorowym dywanie – ponad realnym światem, obok realnych trosk i problemów. Artysta nie czuje głodu, nigdy nie jest mu zimno, niczego mu nie brakuje – bo ma do dyspozycji bogate życie wewnętrzne, które ogrzewa i syci. A nawet jeśliby poczuł zwykły przyziemny, fizyczny głód – nikt nie potraktuje go poważnie, bo niedola artysty zdaje się uzasadniona, na stałe wpisana w krajobraz wiecznie żywych mitów o artystach…

„O grupie dwóch milionów ludzi pracujących na umowach śmieciowych zapisano już tyle papieru, że drzewa Puszczy Amazońskiej (i Białowieskiej też) drżą na dźwięk słów freelancerzy i Polska. Nad ich ciężką dolą pochylają się mądre głowy, w trosce o ich przyszłość rząd ozusowuje, co się da, a Inspekcja Pracy prowadzi wzmożone kontrole. Z epoki, kiedy modne było samozatrudnienie, a praca w roli wolnego strzelca jeszcze bardziej, przeszliśmy do czasów, w których próbuje się uporządkować zdziczały rynek pracy. Jednak wśród tych wszystkich śmieciobiorców jest grupa niezauważana i niedoceniana. Z którą nie ma sensu się liczyć, bo nie stanowi wielkiej siły politycznej, poza tym łatwo ją zdeprecjonować i wyśmiać. To ci wszyscy ‚artyści’ właśnie. Poza tym przecież to normalne, że artysta przymiera głodem. Wtedy jest bardziej kreatywny. Nie bierze się w ogóle pod uwagę, że taki stosunek do tych grup zawodowych rodzi patologie, także przy rozdziale publicznych pieniędzy. A także, że za pół pokolenia będziemy mieli kilkusettysięczny problem w postaci starych, schorowanych ludzi bez prawa do emerytury, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia socjalnego” (źródło: Gazetaprawna.pl – Mira Suchodolska, http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/1022310,system-emerytalny-artysci-umowy-smieciowe.html; dostęp: 03.03.2017.).

Zacytowany fragment – obszernego – artykułu okazał się inspiracją do podjęcia niniejszych publicystycznych rozważań o doli artystów w Polsce. Suchodolska słusznie zauważyła, że w społeczeństwie na dobre rozgościło się przekonanie, że artysta głodny – jest bardziej wiarygodny.

To przekonanie zdaje się zrodzone z matrycy wybitnych artystów światowej sławy, którzy za życia dosłownie przymierali głodem albo którzy z własnej woli odrzucali profity materialne – w imię doświadczania cierpienia rozumianego tu jako pełnia życia. Idealnym przykładem tego rodzaju wyboru życiowej drogi będzie Toulouse Lautrec – urodzony w rodzinie arystokratycznej, w której zabezpieczenia finansowego pewniącego godne życie nie brakowało. Lautrec zresztą z bardzo dobrymi wynikami pobrał wykształcenie akademickie – odrzucił jednak bezpieczne życie i awanse, wyrzekł się swego arystokratycznego rodowodu i zszedł do podziemia, spędził życie w kabarecie i wśród prostytutek. Mógł wybrać co innego – jego sytuacja nie była pozbawiona innych szans i przywilejów, lecz wybrał taplanie się w niechlujstwie i ubóstwie (sytuacja egzystencjalna Lautreca była znacznie bardziej skomplikowana, wielowarstwowa, jednak na potrzeby niniejszych rozważań wystarczy ten skrót, choć należy przestrzec czytelnika przed wyciąganiem spontanicznych, pochopnych wniosków wynikających z tego skrótu – przyp.: J.K.).

Normalnemu człowiekowi bardzo trudno pojąć te mechanizmy, które doprowadzają artystę na skraj życia. Normalny człowiek myśli: artysta to frajer – bo jeśli mógł wieść spokojne życie i zarabiać, a jednak je odrzucił, to znaczy, że wybrał, co chciał i że świat nie jest mu winien niczego. Właśnie ten pogląd silnie pokutuje do dziś. Skoro artysta ma szansę na np. zatrudnienie na bezpiecznym etacie w korporacji – co zapewniłoby mu stały dopływ dochodów, uregulowało świadczenia za mieszkanie itp., zagwarantowałoby chleb oraz buty na zimę – on niemniej odrzuca możliwość pracy w stabilnej, dużej, prężnej firmie, w zamian wybierając niepewność jutra (nieregularny i wątpliwy zarobek od dzieła do dzieła, czy od zlecenia do zlecenia), to tym samym nie należy mu współczuć ani interesować się jego losem. Normalny człowiek zwykle nie bierze pod uwagę, że praca na etacie w korporacji zapewne osłabiłaby wrażliwość twórczą artysty, pozbawiła go sił witalnych niezbędnych do tworzenia, jasności myśli, kreatywności…

No ale na co to komu?! Czy ktoś lub coś każe artyście artystą być? No przecież nikt ani nic mu nie każe – to niech przestanie użalać się nad sobą, idzie do prawdziwej roboty i wtedy może wreszcie spokornieje i zobaczy, na czym prawdziwe życie polega!

Wyobrażamy sobie talent artystyczny jako dodatkowe dobro – coś, co drzemie sobie w człowieku, umila mu czas prywatny, co sprawia, że człowiek ma fajne hobby po pracy i umie ciekawie spędzić niedzielne popołudnie. Ot, normalny człowiek w niedzielę pójdzie do kina bądź spotka się ze znajomymi – artysta namaluje obraz czy napisze rozdział powieści.

Artysta, wbrew popularnej opinii, wcale nie żyje dla siebie samego, niezainteresowany prawdziwym życiem – artysta też ciężko pracuje, a pracuje właśnie po to, żebyś ty mógł miło spędzić niedzielne popołudnie, żebyś miał na co iść do kina!

Tymczasem sztuka nie znosi kompromisów i półśrodków! Bycie artystą kojarzy się powszechnie z byciem lekkoduchem – podczas gdy polega ono na szalonej, wysiłkowej odpowiedzialności!

Nie da się być artystą na pół gwizdka – przez osiem godzin dziennie wypełniać dokumenty i stosy papierów w pracy biurowej (etatowej), a potem spokojnie wrócić do domu, zjeść ciepły obiad i zabrać się za sztukę. Mechanizm twórczy zupełnie w ten sposób nie działa!

Uwielbiamy barwne osobowości artystów, z entuzjazmem czytamy ich pokrzywione, arcyintrygujące biografie, śmiałe wypowiedzi i brawurowe wybory życiowe – kompletnie nieświadomi trudów towarzyszących tym wyborom. Myślimy: jeżeli artysta nie opłaca regularnych składek zusowskich, to czemu miałby liczyć na emeryturę; przecież to ja pracuję ciężko każdego dnia, ja wypracowuję sobie należną mi emeryturę. No więc masz rację – artysta nie liczy na emeryturę z ZUS-u. Natomiast artysta dziwi się tobie – dlaczego ty uważasz, że ZUS cię nie okrada, i że wypłaci ci godne świadczenie emerytalne na starość?

Król ZUS Pierwszy to byt wydmuszkowy, co stanowi materiał na osobny artykuł. Nie tylko artyści na starość w Polsce zostaną boleśnie zderzeni z pękaniem tej wydmuszki – to zderzenie spotka także wielu innych, powtarzając za Suchodolską, śmieciobiorców. To materiał na odrębne rozważania…

Tak jak nie da się być trochę w ciąży, a trochę nie być w ciąży – tak samo nie da się być trochę etatowcem (spokojnym o swoje rachunki), a trochę artystą (niespokojnym o wszystko).

On to miał ciekawe życie! Nie obchodziły go konwenanse, odważnie gardził światem, pił wino przed południem, trzymał nogi na stole i obmyślał obraz – to się nazywa praca, to się nazywa łaskawe życie!

O, jakże lubimy spijać z ilustracji świata sam powierzchowny lukier! Mit pięknego, butnego, gardzącego światem artysty cudnie syci naszą osobistą próżność. Jeśli uważasz, że bycie artystą jest wspaniale lekkie i sympatyczne – spróbuj porzucić swoje stabilne myśli, różne drobne i masywne fundamenty przekonań, na których bezpiecznie, komfortowo opierasz się każdego dnia. Wyrzeknij się ich, a wtedy dogłębnie się przekonasz, co to znaczy – artystą być.

Spróbuj zaznać tego „frywolnego” życia – śmiało sięgnij po to „frajerstwo”: przecież ani nikt, ani nic ci nie broni!

Artystą być, to codziennie porzucać wygodę, a nawet bezpieczeństwo. To bać się o dziś i o jutro. To – tak, dobrowolnie! – ponosić przekleństwo nieprawdopodobnych w swej skali wyrzeczeń. I na co, po co to wszystko? Tylko po to, by normalni ludzie – mogli pójść do kina, mogli przeczytać książkę, zawiesić obraz w salonie; by mieli o czym pogadać ze znajomymi, by mieli powód do miłego spędzenia wolnego czasu.

A dla artysty – co w zamian? Oskarżenia o nieróbstwo, o zarozumialstwo, bezczelność, butę i wygodnictwo. Oskarżenia o brak „prawdziwych” umiejętności, kompetencji. O bezrefleksyjne pływanie po powierzchni życia. O bujanie w obłokach.

Pan potrafi, to pan mi narysuje to logo – pan sobie wpisze przecież do portfolio. Pan umie rysować, to może mi narysować – przecież to nic nie kosztuje – a już papier i ołówek, to ja panu kupię…

Jak ci się nie podoba, że jesteś oceniany, to odłóż bycie artystą na wysoką półkę – zostaw i nie zawracaj sobie głowy. Przecież nikt ci nie każe!

To prawda – nikt mi nie każe. Istnieje jednak coś takiego, jak wewnętrzny przymus, wewnętrzna konieczność, a nawet nieuchronność. Ja w korporacji się duszę; żyjąc – umieram. Więc uciekam z korporacji, z podkulonym ogonem zamykam za sobą te drzwi – odchodzę wprost do czarnej dziury, w której nic, prócz samotnej mnie i moich myśli, nie ma. Tkwiąc – na własne życzenie – w tej dziurze, codziennie wypruwam sobie flaki nie dlatego, że mogę i że chcę, lecz dlatego, że muszę; że nie jestem w stanie tej części mnie (tj. artyzmu) – amputować.

I nie narzekam, staram się nie użalać nad sobą. Wcale nie domagam się oklasków i wielbienia. Jeśli nie umiem zaprzyjaźnić się z systemem, muszę zgodzić się na moją biedę. Chciałabym jednak być zauważona przez społeczeństwo nie jako nierób i frajer, lecz jako… człowiek. Nie mniej normalny od ciebie. A zatem taki człowiek, który musi coś zjeść od czasu do czasu. I usiąść przy stole – zebrać myśli, żeby namalować kolejny obraz… Kupić sobie farbę muszę, zorganizować płótno…

Ale nikt mi nie każe. Fakt!

A potem dziwimy się tylko, że wybitna Zofia Stryjeńska cierpiała biedę. Jak to możliwe? Dziwimy się ze wzruszeniem najszczerszym.

Och, ileż Zofii Stryjeńskich nieomal codziennie mijam na ulicy. Ta dziewczyna tylko udaje kelnerkę – chowa się za tą maską – ona w istocie jest poetką. Ten chłopak, co nosi pudła w magazynie, jest rysownikiem. Ta starsza pani przez ścianę, co nie ma dzieci ni nikogo bliskiego, powieści pisze…

No przecież, że nikt im nie każe. I co ci – żywi – ludzie przez ścianę w ogóle mnie obchodzą?

Dziś niedziela. Wybiorę się z przyjaciółmi na „Pokot”. A potem pójdziemy na pizzę i będzie bardzo fajnie. Potem nasze myśli pobiegną w stronę ekologii, posortujemy śmieci i zaplanujemy strój do pracy na poniedziałek. A o Zofii Stryjeńskiej – jak nie słyszeliśmy, tak nieprędko usłyszymy. Bo lubimy wyłącznie to, co modne, wygodne i bezpieczne – to właśnie my, nie-artyści, zbyt często unosimy się na kolorowym latającym dywanie.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o autorce przeczytasz, klikając niniejszy link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *