Będziesz żałował

Będziesz żałował 2

Nie rozpaczaj nad rozlanym mlekiem. Lepszy wróbel w garści. Jeśli nie możesz mieć tego, w co wierzysz, musisz wierzyć w to, co masz. Nie trać czasu na lament, udawaj, że jesteś dokładnie tam, gdzie zamierzyłeś. Ceń się, i pokochaj siebie, i polub, a reszta na pewno samoistnie się ułoży, bo cały Kosmos jak zwykle ochoczo ci odpowie i pomoże. A w każdym razie – niczego nie żałuj.

Powyższe myśli „głębokie” dyktuje niestety moda na próżność, płytkość, czy – w najlepszym wypadku – beztroskę i bezkrytyczność. Nie wiadomo, dlaczego te ujemne wartości współcześnie zyskują inny wymiar – uchodzą za dodatnie, świadczą rzekomo o sile charakteru, choć naprawdę mogą świadczyć co najwyżej o prymitywnej umiejętności unoszenia się na powierzchni (co świetnie potrafi i balon, i kawałek drewna, i kaczka). W świecie błyskawicznie przemieszczających się i nieustająco pulsujących informacji, sukcesywnie brakuje ludziom miejsca w życiu i przestrzeni w głowie na wnikliwe przyglądanie się sytuacjom przegranym, dużo łatwiej skupić się na działaniach bieżących, które jakkolwiek rokują, i dużo bezpieczniej – nie odwracać się przez ramię. Zachowując się w ten sposób, gram bohatera, tworzę złudny powidok istoty ludzkiej, który radzi sobie z kłopotami, nie rozpaczając nad nimi, i dzielnie kroczy zawsze przed siebie, nigdy nie popatruje w tył.

Nigdy nie zawracam – nawet w myślach, nawet na chwilę, bo refleksje nad przeszłością prowadzą donikąd, są doskonale nieopłacalne. Dużo przyjemniej czyta się złote myśli Osho, który utwierdza mnie w moim iluzorycznym przekonaniu, że jedynie totalna zgoda i akceptacja mogą uczynić mnie szczęśliwym i wartościowym. Pesymizm jest anachronizmem, który do niczego nie służy i już nie powstanie, będzie tylko popiołem. Niezdecydowanie i poszukiwanie pełnej odpowiedzi utożsamiane jest z lenistwem albo niezdolnością do wypowiadania własnego zdania. Romantyzm, to wydmuszka, a idealizm – żart, kpina i naiwność.

Żal nad sobą i dniem wczorajszym – nad osobistym wyborem, który już się dokonał – to naturalny dla umysłu stan. Ale nowi ludzie codziennie próbują się go pozbyć, zamiast poznać, oswoić – i zobaczyć, że sam odpływa. Przywykamy nie obdzielać żadnymi emocjami stanów dyskomfortu, smutku czy marazmu. Rezygnujemy z tych stanów automatycznie, jak z niechcianych przypadków, udajemy, że kontrolujemy rzeczywistość. Dyscyplinujemy umysł i duszę, by przenigdy nie przebywały w niewygodzie, w środowisku, którego nie zaplanowaliśmy, które wynikło z niczego, powstało z chaosu. Życie nas uwiera i boli, ale nasze kroki są prężne i twarde, amputujemy sobie uczucie smutku lub bólu jak zainfekowaną kończynę. Poznanie siebie ogranicza się do spotykania siebie samego tylko w locie. Ocieramy się zaledwie o swoją własną tożsamość, bo tolerancja i wszechakceptacja nie pozwalają na zanurzenie w gęstszych, ciemniejszych kolorach. Jeśli dany aspekt życia nie jest pogodny, anulujemy go natychmiast jak omyłkowy paragon. Jeśli dokonaliśmy błędnego wyboru, wmawiamy sobie, że postąpiliśmy słusznie, bo niegodnym człowieka tolerancyjnego byłoby odczuć niezadowolenie z tego, czego dokonał. Jeśli nie udało się spełnić marzenia, wykasowujemy je z pamięci i bez sentymentu obmyślamy nowe. Przecież nie wypada czuć żalu ani nad stratą, ani nad złym uczynkiem, nie wypada być niepogodzonym.

Jednak żal, czy chcemy, życzymy sobie, czy nie – pozostaje naturalnym stanem dla człowieka. Człowieczeństwo opiera się między innymi na odczuwaniu i analizowaniu faktów z życia. Każdy fakt, zanim zostanie zaakceptowany, zasługuje na głęboką refleksję i na naturalne, ludzkie, zwykłe zwątpienie. Człowiek zasługuje na to, by poznać samego siebie najlepiej, jak potrafi. A wątpliwości i żałowanie są ważnymi cechami tej unikalnej podróży.

Kierkegaard powiedział: „Ożeń się, będziesz tego żałował; nie żeń się, będziesz tego także żałował; żeń się lub nie żeń, będziesz i tego, i tego żałował, albo się ożenisz, albo nie ożenisz, będziesz żałował tego i tego. Śmiej się z tarapatów życia, będziesz tego żałował; płacz nad nimi, będziesz także tego żałował; śmiej się czy płacz z tarapatów życia, będziesz i tego, i tego żałował; albo się będziesz śmiał, albo płakał, będziesz żałował i tego, i tego. Zawierz dziewczynie, będziesz tego żałował; nie wierz dziewczynie, będziesz tego żałował; wierz czy nie wierz dziewczynie, będziesz i tego, i tego żałował. Powieś się, będziesz tego żałował; nie wieszaj się, będziesz tego także żałował; powieś się czy nie powieś, będziesz tego żałował; czy się powiesisz, czy nie powiesisz, będziesz i tego, i tego żałował. Taka jest, panowie, treść mądrości życiowej.”

Dodam: i panie. Bo taka jest treść mądrości.

 

Justyna Karolak

 

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (13)
  • w porządku-niezła grzanka (9)
  • potrzebny-smaczny tost (7)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

9 komentarzy

  1. Myślę, że się Pani głęboko w całym tekście myli. – Nastawię może tym zdaniem Panią negatywnie do jej kontynuacji, ale to tylko pewne wyzwanie, które przypadek Pani przynosi. Przypadek – znów tak ważne u Kierkegaarda (na ile go znam).
    Myślę, że to nie moda dyktuje te faktycznie praktyczne rady. To czysty pragmatyzm, a ponieważ studiuję ekonomię, mogę dodać, że mają kluczowe społeczne znaczenie! Tak jest ważne by przynajmniej część społeczeństwa – przedsiębiorcy (a przecież każdy z nas jest przedsiębiorcą – nie będę tego rozwijał) muszą patrzeć wprzód, muszą zapomnieć o dotychczasowych klęskach, stratach itd. To na ich optymizmie zbudowany jest współczesny świat. To przedsiębiorcom zawdzięczamy kapitalizm z całym jego, powiedziałbym cudownym, dorobkiem. Nie chcę ciągnąć tej myśli dalej – tyle wystarczy to get the idea.
    Kolejna kwestia jest oczywista: nie wszyscy chcą żyć przeszłością (nieszczęśliwą, cicho założyliśmy), w smutku i z żalem. Nazywa to Pani płytkim, a ja praktycznym. Nie chodzi o granie bohatera, chodzi o życie. Jaki sens ma rozpaczanie? Jaki sens jest płakać nad rozlanym mlekiem? Totalnie tego nie rozumiem. Nazywa pani żal nad sobą… naturalnym stanem umysłu. Widziała Pani kiedyś jakieś dziecko? Czy one wyglądają na pogrążone w tym Pani żalu? Na prawdę jest to „naturalny” stan umysłu? Tak, żyją też nieszczęśliwe dzieci, ze strachem w oczach – to nie jest jednak stan zdrowy.
    Tak samo nie podoba się Pani filozofia wschodu ucząca tego samego, co pięknie oddaje „Karma, ne?” – wciąż i wciąż powtarzające się przez powieść Jamesa Clavela (Shogun). Ludzie, którym bliskie są podobne idee żyją szczęśliwiej niż rozkochani w swoim cierpieniu. To może być słaby argument, jeśli Pani lubi swój smutek, ale ja wyżej cenię życie szczęśliwe nad utopione w cierpieniach. Może to w Pani oczach płytkie – tu się różnimy.
    Budząc się dziś rano (też przypadkiem) pomyślałem że bardziej niż cogito ergo sum (tak, to dygresja: a sunshine narracji) trafne byłoby passio ergo sum. Wujek google (tak, przypadkiem) obdarzył mnie cytatem z (mam nadzieję że angielski nie jest problemem) Immortality Milana Kundery: „Suffering is the university of egocentrism.” (poprzedzające go zdania są równie pouczające). Ta myśl pięknie wkomponowuje się w tę „płytką” mądrość wschodu – dodaje jeszcze jeden powód by nie rozpaczać.
    Pominę wspomniany tylko przez Panią romantyzm i idealizm – musiałbym o nich samych napisać więcej słów, a na te nie mamy tu miejsca, ani ochoty.
    Goethe pisał: „Know thyself? If I knew myself I’d run away.”, a pamiętajmy, że to nie jest człowiek przeciętny, a co wymagać od nas: małych ludzi?
    Czy czytała Pani „Mit o Syzyfie” Alberta Camus? Na początku można znaleźć wiele wyjaśniających myśli, dlaczego ludzie (wcale nie z płytkości) wolą za dużo nie myśleć i nie roztrząsać przeszłości. Np. ta: „We get into the habit of living before acquiring the habit of thinking.”
    Pominąłem kwestię, czy „spotkanie samego siebie [nie] tylko w locie” jest możliwe – może to Pani oszukuje tym samą siebie? Może smutek wcale nie przybliża Pani do poznania siebie. Może rozmija się Pani z sobą: czeka Pani w przeszłości, a Ona jest tu i teraz – gdzie nie ma Pani, bo Pani czeka w przeszłości… (błędne koło!)
    Na koniec, (jeśli dotarła Pani do końca!) muszę powtórzyć pytanie czy Soren nie ironizował? Czy nie śmieje się z Pani, która wzięła to na poważnie! I nie usprawiedliwia Pani zmiana kontekstu – w żadnym razie!
    Proszę wybaczyć mi mnogość słów i że tak śmiałem wtargnąć; ale jak podkreślam trafiłem tu przypadkiem (słaba wymówka, najwyżej Pani usunie) i nigdy nie pisałem czegoś podobn – niech i przypadek zamknie te myśli, urwane jak ludzkie nitki życia…

    • Szanowny Panie D.!

      Ależ oczywiście, że przeczytałam do końca – ba: przeczytałam Pański komentarz trzykrotnie, bo poruszył Pan wiele wątków, przeskakując z osobnej myśli w myśl kolejną, niczym ptak z gałęzi na gałąź. By wychwycić coś na kształt esencji Pana wypowiedzi, potrzebowałam zmierzyć się z nią trzy razy…

      Ponieważ zasygnalizował Pan kilka różnych problemów, nie rozwijając ich, ja też odpowiem dość ogólnie:

      Nie sądzę, że Kierkegaard się ze mnie śmieje – co więcej: Pana powtórzone pytanie o ironię w filozofii Kierkegaarda mija się z moją wiedzą na temat filozofii Kierkegaarda, jak i z prawdą biograficzną o Kierkegaardzie. Wiem, że Kierkegaard był romantykiem i teologiem stojącym w opozycji do Hegla; wiem, że Kierkegaard właściwie wszystko, co napisał, traktował „w trupa i na poważnie”. Jeśli nawet w jego postulatach, tezach filozoficznych pozwalają się namierzyć drobne pierwiastki wydźwięków ironicznych, są to naprawdę drobne iskierki, którymi nie warto się zajmować, a najpewniej są to drobne iskierki ironii – przydawane tekstom Kierkegaarda w procesie interpretacji czytelników (nie będące zaś świadomym zamysłem samego Kierkegaarda). Kierkegaard był wręcz „chory na melancholię”, więc dodawanie mu świadomych intencji ironicznych pozostaje dalece błędnym nadpisywaniem do rzeczywistości nieistniejących wersów.

      Wracając do mojego skromnego artykułu i Pańskiej interpretacji: myślę, że myli Pan żal, smutek i troskę – z rozpaczą, poczuciem krzywdy i głębokim zatroskaniem czy wręcz depresją. Ja pisałam o tych pierwszych, Pan – o tych ostatnich. Ja napisałam o żalu, jako naturalnym komponencie ludzkiej refleksyjności – zaobserwowałam bowiem, że współcześnie, dzisiaj, ludzie zbyt łatwo zasłaniają oczy, zatykają uszy na to, co wydarzyło się wczoraj, a z czym im osobiście było nader niewygodnie. Ja w swoim artykule nie dyskutuję ani trochę z potrzebą dążenia do szczęścia – komfortu, spełnienia, stabilizacji etc. – podrzucam jedynie czytelnikowi do rozważenia tę tezę: czy aby nie jest tak, że rezygnując z porcji poważnej, dotkliwej autorefleksji – tworzymy sobie swoistą wydmuszkę szczęśliwości?

      Przytoczony przez Pana obraz dziecka, którego spojrzenie dojmująco wypełnia żal – kompletnie mija się z treścią mojego artykułu. Opisane przez Pana dziecko stanowi raczej ilustrację dosadnie skrzywdzonej istoty, co w żaden sposób nie muska tematu świadomie odczuwanego żalu nad dokonanymi wyborami czy przypadkami w życiu dorosłego, samodzielnego człowieka.

      Twórczość zarówno Goethego, jak Camusa jest mi znana – ciekawi mnie jednak, czemu cytuje Pan Goethego po angielsku?…

      Co do kultury i filozofii Wschodu, nie odwołuję się do niej ani przez sekundę w moim artykule, który dotyczy współczesnej kultury Zachodu. Nie wiem więc, co chciał Pan wyrazić poprzez swe delikatne nawiązanie do kultury Wschodu… Chyba że odwołał się Pan do wspomnianego przeze mnie w artykule Osho – spieszę więc z wyjaśnieniem, że Osho, choć istotnie reprezentujący kulturę Wschodu, został wypromowany przede wszystkim na Zachodzie, i to w celach uzyskania profitów finansowych. Wspominając Osho w pojedynczym zdaniu mojego artykułu, wskazałam raczej na „popcornowość” jego „filozofii”: Osho dla filozofii jest tym samym, czym Paulo Coelho dla literatury – czyli niczym.

      Nie ma takiego obowiązku, aby zgadzał się Pan ze mną – z moim artykułem – cieszę się, że podjął Pan polemikę; jest mi miło z powodu tej dyskusji. Natomiast sądzę, że zarzucenie mi, jako autorowi tego tekstu, zagubienia, mijania się z samą sobą, nierozumienia treści filozoficznych – jest przesadzone.

      Pozdrawiam serdecznie 🙂 .

      • PS I nie, Panie D., nie ma Pan racji – nie wszyscy są przedsiębiorcami. Istnieją różne typy osobowości człowieka: niektórzy czują się bezpiecznie w roli realizatora cudzych planów, wizji; niektórzy czują się bezpiecznie, będąc graczami zespołowymi (czyli w relacjach partnerskich) – i tak dalej, i tak dalej… Jedynie pewien procent społeczeństw należy do kategorii kreatorów – i nie ma się co oszukiwać, że każdy może tworzyć pewien konstrukt, jeśli tylko zechce… Uczciwie sumując nasze rozważania wypunktowane do tej pory: to modne współcześnie „techniki i praktyki kołczerskie” zarabiają na tym, że przekonują masy ludzkie do tego, że każdy bez wyjątku może być szczęśliwym panem swojego losu, twórcą swojego losu i zarządcą swojego losu… A już zupełnie na koniec dodam: czy Pan wie, że na ten cud kapitalizmu, o jakim Pan wspomniał, pracują dzieci w Chinach, Pakistanie czy Indiach, po 12 godzin dziennie?…

      • Stoję przed dylematem: jednocześnie nie chcę odwoływać się do każdego wątku, bo musielibyśmy zderzyć nasze światopoglądy – zbyt wiele zagadnień do poruszenia, a z drugiej strony będę czuł, że przegrałem w tych pominiętych kwestiach. Jakoś postaram się to wyważyć.

        Faktycznie Kierkegaard swoją groteskową misję „rycerza wiary” musiał brać za poważne zadanie, ale gdy wczuwa się tutaj w autora papierów A wcale nie wygląda jakby uważał (ah, to moje zdanie – nie wiem jaka jest oficjalna wersja interpretacji) go za zbyt poważnego, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że chce pokazać NIEPEŁNOŚĆ jego estetycznego podejścia do życia, z którymi później polemizuje, czy może stara się obalić w drugiej części dzieła (papierami B), dlatego tak podkreślałem możliwość pojawienia się ironii w pierwszej części, z której pochodzi cytowany w tekście fragment. Warto zwrócić uwagę na zakończenie Diapsalmaty, gdzie A prosi bogów: „…abym zawsze mógł mieć śmiech po mojej stronie”. Kierkegaard brzmi tak paradoksalnie! Mam wrażenie jakby chciał, mnie – czytelnika wyprowadzić w pole! Nie ufam mu za grosz, ale jestem pod niesamowitym urokiem tej książeczki…
        Czy teraz podziela Pani moją ostrożność? – Przecież mamy do czynienia ze „śmieszkiem” – jak określamy to w „internetach” – czy może z dandysem? (choć nie czuję się pewnie używając tego słowa, nienależącego przecież do mojego słownika). Przynajmniej takiego gra jako A.

        Dalej: muszę przyznać, że brak pomyłki w rozróżnianiu emocji byłby niespodzianką. W końcu jestem mężczyzną! Trudno mi jednak wyobrazić sobie odczuwanie żalu i smutku bez powodu – stąd doszukiwałem się dla nich przyczyn – przecież również Pani doszukuje się powodów do żalu i smutku w rozdźwięku pomiędzy tym czego chcemy, a światem, który zwykle nie dba o nasze widzimisię, czy raczej w refleksji nad tym faktem. Oczywiście muszę się z tym zgodzić. To trafna diagnoza, chociaż wydaje mi się uniwersalna, obecna nie tylko w naszych czasach. Przypomina mi to Voltaire’owego Kandyda, kończącego się znaną radą: „pracujmy, nie rozumując, to jedyny sposób aby życie uczynić znośnym”. – myślę, że razem musimy zgodzić się z filozofem, to dopiero tutaj rozchodzą się nasze ścieżki – Pani twierdzi, że trzeba niejako przebudzić ludzi, pokazać im, że tworzą sobie „wydmuszkę szczęśliwości”, ja z kolei samemu cierpiąc z powodu chronicznego rozmyślania nigdy bym tego nikomu nie polecał! Znów Camus, o wiele lepiej niż ja jestem w stanie, ujął to w Micie o Syzyfie: „Beginning to think is beginning to be undermined. Society has but little connection with such beginnings. The worm is in man’s heart. That is where it must be sought. One must follow and understand this fatal game that leads from lucidity in the face of existence to flight from light.” itp.
        Na prawdę tak źle życzy Pani innym? Oni świadomie unikają przejawiania takich refleksyjnych postaw, co nie znaczy, że przeciętny człowiek nie rozmyśla (w duchu opisanym przez Panią) po prostu nie każdy się z tym obnosi, myślę że przeciwnie – ludzie starają się to ukryć przed obserwatorem takim jak Pani, a często także przed sobą: byłoby okrucieństwem przebić komuś „wydmuszkę szczęśliwości”.

        Ma Pani rację, że nie trafiłem z tym dzieckiem.

        Cytowanie Goethego i Camusa po angielsku może mieć dwie przyczyny: albo nie znam niemieckiego (ani/lub francuskiego), albo w tym języku [angielskim] spotkałem się z nimi. Trochę wstyd, że nie tylko drugi powód jest tym prawdziwym.

        Faktycznie wziąłem wspomnienie o Osho za krytykę wschodniego podejścia do życia, które w mechanice jest podobne do tego, z którym się Pani nie zgadza. Przez „mechanikę” rozumiem, fasadę: te wszystkie powierzchowności, które Pani krytykuje – oczywiście ta [fasada] wynika z ogromnej głębi jaka znajduje się pod powierzchnią, a której brakuje w, jak to Pani nazywa „współczesnej kulturze Zachodu”. (Przepraszam, powyższe słowa mogą brzmieć niezrozumiale poza moją głową – ale to na szczęście nie jest takie istotne dla sedna sprawy: „red or blue pill”)
        Nie wiem jednak jak inaczej miałbym to zinterpretować [przywołanie popularyzatora wschodniego myślenia]. Nie znam jego twórczości i dzięki Pani już na pewno nie poznam. *Przy okazji spytam, czy zna Pani twórczość Anthonego de Mello’a? Jeśli tak: jestem ciekaw Pani zdania*

        Rozumiem przedsiębiorczość w szerokim sensie, jako zdolność dostrzegania i wykorzystania trafiających się opportunities. (Pomińmy, by nie przedłużać.)

        Na koniec kapitalizm z jego grzechami: Dziś razi nas praca dzieci i za nią obwiniamy tych niegodziwych kapitalistów szukających najbiedniejszych by ich wykorzystać. Nazwę to tylko kontrowersyjnym. Es muss sein?
        Sprawa nie jest zero-jedynkowa. Proszę spojrzeć na te dzieci, które żyjąc w biednych krajach nie mają możliwości pracy nawet u jakiegoś chciwego kapitalisty, który siłą rzeczy musiałby płacić im przynajmniej tyle, by były wstanie pracować (tzn. by miały podstawowe środki do życia: żywność, wodę, ubrania). Proszę zauważyć, że nie wszędzie są to „prawa”. Łatwo jest potępić, ale biorąc pod uwagę, że w takich fabrykach zarobki są wyższe niż lokalnie: ci młodzi ludzie mają przynajmniej wybór, a dzięki poświęceniu będą mogły dożyć pełnoletniości i zapewnią swoim dzieciom lepsze warunki, niż te które sami znoszą. To taki oklepany przykład, ale statystyki mówią same: proszę spojrzeć jak kapitalizm wydźwignął z kompletnej nędzy miliony mieszkańców Chin. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło.
        Możemy przypomnieć sobie, że niewiele lepiej było w Europie w dobie rewolucji przemysłowej (tutaj Anglia jest takim książkowym przykładem), ale znów nie przywykliśmy pamiętać, że przed nią [rewolucją przemysłową] dzieci nie były wolne od pracy, o nie!; a już w kilkadziesiąt lat po rewolucji przemysłowej zaczęto je masowo posyłać do szkół: nigdy wcześniej nie było to nawet do pomyślenia.
        To na szczęście nie moje czasy, ale proszę wspomnieć rzekomą alternatywę: socjalizm ze słynnymi pustymi pułkami: czy to w Polsce, jeszcze niedawno, (czy obecnie w Wenezueli). Czy ludziom brakowało wtedy pracy? Oczywiście nie, a poziom życia był bez porównania gorszy (relatywnie do ówczesnych krajów kapitalistycznych)… itd…

        • Szanowny Panie D.

          To, do których wątków się Pan odniesie, a do których nie, jest Pańską suwerenną decyzją – wszak nie ogranicza nas ani miejsce, ani czas; jedynie nasza osobista wola może stanowić nasze ograniczenie. Innymi słowy – ja mam dla Pana czas, przestrzeń i wolę.

          Odnośnie do Kierkegaarda – wyjaśniłam Panu w poprzednim komentarzu, iż posądzanie tego filozofa o świadomą, intencjonalną ironię jest błędne. Proszę pamiętać: „chory na melancholię”. Czy człowieka „chorego na melancholię” należy określać „śmieszkiem” czy „dandysem”? Silnie wątpię. Zachęcam Pana serdecznie do prześledzenia biografii Kierkegaarda. Być może wówczas, będąc w procesie czytania o losach „Sokratesa Północy”, odnajdzie Pan w swoim umyśle perspektywę umożliwiającą spojrzenie na teksty filozoficzne Kierkegaarda nie poprzez „urok jego książeczki”, a poprzez skalę i głębię – poważnych – treści? Nie wiem. Mogę Pana tylko do odbycia tego procesu serdecznie zachęcić.

          Żal i smutek – odniosę się do tych emocji w kontekście mojego artykułu. Nie rozumiem, na jakiej podstawie wyciągnął Pan wniosek, iż twierdzę, że „ludzi trzeba przebudzić, pokazać im, że tworzą sobie ‚wydmuszkę szczęśliwości’”. Proszę Pana, po pierwsze – motywy siania przebudzeń ani trochę mnie nie interesują! Ja nie wypowiadam się – nigdzie; w niniejszym artykule: też nie – z pozycji autorytetu, więc zupełnie nie towarzyszy mi żaden zamiar otwierania komukolwiek oczu i przekonywania go do prawd, które uznaję za słuszne. Nadpisuje mi Pan konteksty, które nigdy i nigdzie nie były moim udziałem – tak samo jak nadpisuje Pan Kierkegaardowi konteksty, które nie były jego udziałem. Mój artykuł, to naprawdę prosty, szczupły tekst – stawiam nim zapytanie tak wobec czytelnika, jak samej siebie: czy aby nie jest tak, że odmawiając sobie poważnej, gorzkiej refleksji nad przeszłością – izolujemy się od siebie samych, ryglując się w złudnej wydmuszce, wypełnionej poczuciem dość mieliznowej szczęśliwości (będącej substytutem szczęścia)? To jest moje pytanie, które kreślę tym artykułem – mój artykuł nie jest tezą, tym bardziej nie jest dowodem; jest zapytaniem.

          Kontynuując powyższy wątek: pisze Pan – „ja z kolei samemu cierpiąc z powodu chronicznego rozmyślania nigdy bym tego nikomu nie polecał!”. I znów tym sposobem, utrzymując się usilnie w wymyślonej przez siebie opozycji do mnie, nadpisuje mi Pan – obce mi – konteksty. Ja również nikomu nie polecam cierpienia – nie jestem piewcą cierpienia, jestem wręcz przeciwnikiem „myślenia ofiarnego”, wynoszenia cierpienia na piedestały etc. Proszę przeczytać inny mój artykuł: http://tosterpandory.pl/lekcja-9-%E2%80%95-poswiecenie-slowo-klopotliwe/. W tym natomiast artykule twierdzę co innego: że gorzka refleksja nad tym, co zraniło mnie wczoraj, być może jest w mocy wesprzeć mnie w bardziej świadomym, bardziej pełnym procesie planowania jutra. Zaobserwowałam bowiem, że współczesność epatuje odruchami sercowo-mózgowymi w zastępstwie myślenia – wszyscy chcą, żeby było im dobrze, szczęśliwie i spokojnie. Ale czy odrzucanie – spychanie w niepamięć, w błogą nieświadomość – tego, z czym było nam niewygodnie, co nam nie wyszło albo co nas zraniło, to na pewno najsłuszniejsza droga do szczęścia?… Nie wiem – dlatego się pytam 🙂 .

          Ciekawy jest zwrot, którego Pan użył: „chroniczne rozmyślanie”. Sugeruje Pan, że rozmyślanie to niefortunna, przykra przypadłość – niczym przewlekły katar! Nie zgadzam się z tą, zaproponowaną przez Pana, perspektywą. Nie bez przyczyny mówi się, że filozofia pozostaje matką i królową wszystkich nauk. Skąd przychodzę; kim jestem i dokąd zmierzam? Do tej pory te trzy – jakże proste w swej konstrukcji – pytania nie doczekały się klarownej, jednoznacznej odpowiedzi. Naprawdę sądzi Pan, że można znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jestem, z pominięciem refleksji nad tym, skąd przychodzę? Gdybym nie snuła – nierzadko bolesnych – refleksji nad dniem wczorajszym, nie widziałabym różnicy pomiędzy mną z wczoraj, a mną z dzisiaj 🙂 . Lecz nikogo nie namawiam do pławienia się w cierpieniu – zwyczajnie myślę, że jeśli boli, to znaczy, że boli z jakiegoś powodu. Można oczywiście odpychać od siebie trudne refleksje, nie rozmyślać – to Pana lub innych czytelników osobisty wybór – ja jednak moim artykułem poddaję pod rozważenie: czy aby nie jest tak, że jeśli boli, warto dowiedzieć się, dlaczego boli? Czy zmierzenie się z przyczynami naszych niepowodzeń aby nie pozwala na uporanie się z cieniami tych niepowodzeń? Czy zagłębienie się w swych myślach w przeszłość – która jest często ślepa i głucha na naszą wolę, postanowienia itp. – nie jest aby wartościowym procesem, niosącym z sobą jakość oczyszczenia, uwolnienia?

          Oczywiście ma Pan prawo postulować, że trudne czy bolesne wejrzenie w głąb (własnej istoty) jest bez sensu i, poza cierpieniem, niczemu nie służy. Podobny postulat zresztą głoszą współcześni rozliczni kołcze, jak i – równie rozliczni! – pseudoprzewodnicy duchowi. Mówiąc nawiasem, duchowość to podstępna bestia – i w jej kontekście Pańska ostrożność, wyrażona akurat omyłkowo w odniesieniu do Kierkegaarda, byłaby cechą niezwykle pożądaną. Wracając do głównego wątku, oprócz zimnej, racjonalnej i pragmatycznej, wiedzy – istota ludzka potrzebuje pielęgnować i sferę duchową. A współczesność ma do zaoferowania jakże wiele odcieni „duchowości”! Część ludzi zwraca się toteż z nadzieją do „specjalistów od rozwoju osobistego” – oni to przede wszystkim postulują, iż nie warto zastanawiać się nad własnymi popełnionymi błędami czy dramatami z przeszłości; oni to namawiają ludzi do „przemalowywania złych wspomnień w ciepłe i jasne barwy”; oni to ochoczo cytują „mędrców” pokroju np. Osho. Oni to prezentują ów model płytkich odruchów sercowo-mózgowych w zastępstwie za głębokie procesy autorefleksji – jak gdyby poważna, dotkliwa refleksja nad tym, co wydarzyło się w naszym życiu, miała właściwości wyłącznie krzywdzące albo wręcz szkodliwe.

          Gdyby istotnie tak było – gdyby rozmyślanie nad przeszłością, wraz z jej rozmaitymi niepowodzeniami – miało charakter i wydźwięk wyłącznie negatywny, ciągnący człowieka w dół, wtedy wiele technik psychoterapeutycznych nie miałoby sensu bądź byłoby w całości nieskuteczne; wtedy wiele naturalnych stanów, etapów odczuwania i myślenia w reakcji na określone bodźce – byłoby nienormalne, niesłuszne, wadliwe…

          Proszę Pana, to, do czego odwołuję się w moim artykule – to na przykład stan żałoby, a jest to naturalny stan dla umysłu (czy duszy – jeśli kto woli) człowieka. W obliczu straty – człowiek pochyla się w swoich myślach nad obiektem tej straty (psychologia wyróżnia tu bodaj pięć etapów przeżywania tego procesu, czyli żałoby, od negowania, aż po pogodzenie się), i na jednym z etapów tego „pochylenia” dochodzi do żalu, smutku i opłakania. Ta – przepełniona żalem, smutkiem, bólem – refleksja nad przeszłością jest niezbędna dla zdrowia psychicznego i dla odzyskania równowagi emocjonalnej, i w krańcowym rezultacie: do spokojnego, pełnego nadziei spojrzenia w przyszłość. Dzieje się tak dlatego, że umysł ludzki nie jest jednowymiarowy, płaski jak wycinanka z papieru – umysł ludzki to skomplikowana struktura; i dobrze jest czasem nad kimś albo nad sobą zapłakać – opłakać coś, kogoś, czy siebie…

          Wracając do pseudoprzewodników duchowych, w moim osobistym poczuciu Anthony de Mello mieści się w tej samej kategorii mędrców, co Osho czy Coelho. Filozofia de Mello jest niestety dość infantylna i wtórna – a eklektyczny czy patchworkowy sposób podchodzenia de Mello do tematów filozoficznych czy duchowych świetnie nadaje się do przekuwania w modne memy, ale w kategorii głębi wypowiedzi, mądrości etc. przepada, jako intelektualna mielizna…

          Znani są i inni współcześni „szamanie” – modni w licznych pseudoduchowych kręgach, szeroko i entuzjastycznie eksploatowani przez te kręgi, m.in. przez nurty pokroju New Age, dziś już nurty spalone we własnym ogniu i powoli dogorywające… Jednym z tego rodzaju „autorytetów duchowych” jest np. – nieustająco modny, bo wielce malowniczy i, wskutek tego, atrakcyjny – Castaneda, o którym to szczegółowo na Tosterze pisaliśmy tutaj: http://tosterpandory.pl/nagual-carlos-castaneda-szaman-z-drwiacym-usmiechem/.

          Kontynuując naszą dyskusję – wyjaśniłam już Panu w poprzednim komentarzu, ale teraz powtórzę: absolutnie nie krytykuję Kultury Wschodu. Nie wiem, czemu imputuje mi Pan – po raz kolejny – tę krytykę. Nie będę domniemywać przyczyn na tym polu, zauważyłam natomiast, że w tym fragmencie Pana wypowiedzi pobrzmiewa wyraźnie zachwyt nad Kulturą Wschodu oraz pogarda – a być może niechęć czy zwykłe rozczarowanie – wobec Kultury Zachodu. Proszę Pana, jeśli spotkamy się w innej dyskusji – pod artykułem poświęconym Kulturze Wschodu – wtedy chętnie z Panem pomówię na jej temat. W tej chwili powiem tylko, iż pogląd, że Kultura Zachodu oparta jest na duchowym ubóstwie, czy że zachodnia cywilizacja w znaczeniu duchowym jest zgniła, to niestety bardzo popularny dziś i modny pogląd – którego ja z kolei nie podzielam, ponieważ wkład Zachodu w kulturę, naukę, filozofię i sztukę jest potężny. Nie wydaje mi się toteż godnym człowieka rozumnego i uczciwego przekreślanie jednym niepokornym gestem tylu lat dorobku myśli ludzkiej. Także Pan – chociażby przez cytowanie Goethego – zdaje się jednak dostrzegać bogactwo tego kontekstu kulturowego, w jakim oboje jesteśmy osadzeni – co nie może być pozbawione wpływu na nasze percypowanie i rozumienie rzeczywistości, a więc w tym miejscu stanowczo odmówię Pańskiej potrzebie wkraczania w dyskurs o tym, co jest lepsze, a co gorsze, i który model myślenia stoi wyżej, jest bardziej użyteczny czy głębszy.

          Na odniesienie się – tym razem – do wątków kapitalizmu i ekonomii już nie starczyło mi siły; może innym razem…

          Nie odniosę się również do Pańskich cytatów w języku angielskim. Jestem pisarką, Polką; przeznaczyłam moje życie na zgłębianie wiedzy o języku polskim; istnieją godne przekłady na język polski wielu zacnych pisarzy, takich jak np. Goethe czy Camus. Jeśli chce Pan ze mną dyskutować o literaturze czy filozofii – proszę o korzystanie z przekładów na język polski.

          Pozdrawiam serdecznie 🙂 .

          PS I nie, proszę Pana – nikomu źle nie życzę! To akurat jest niesłychanie poważny zarzut, niestety oszczerczy względem mnie… Ten mój artykuł stanowi cząstkę moich obserwacji o życiu – i nawet jeśli stawiam w nim „diagnozę” pod tytułem „wydmuszka szczęśliwości”, nie czynię tego lekką ręką i nie czynię tego po to, aby komukolwiek roztłukiwać jego szkło, przez które obserwuje i przeżywa świat. Nie poczuwam się do żadnej odpowiedzialności za złorzeczenie innym – to jest postawa doskonale mi obca.

          • Pozwolę sobie podsumować naszą dyskusję takim oto cytatem (słowa te napisał Hermann Hesse w „Peterze Camenzindzie”):

            „Zrozumiałem również, że żal, rozczarowanie i melancholia nie są po to, aby nas zniechęcać i odbierać nam naszą wartość i godność, lecz po to, abyśmy dojrzeli i zaczęli się doskonalić”.

            Myślę, że słowa te najlepiej oddają to, co starałam się ująć w moim artykule.

        • Zbigniew Galar

          Kapitalizm ma bardzo wiele różnych grzechów, tak jak każdy inny system społeczny, a więc zestaw kompromisów z którymi się musimy borykać, aby podział pracy i obowiązków mógł przynieść tak upragnioną specjalizacją owocującą znacznie wyższym poziomem życia. Tak to już z ludźmi bywa, że muszą się wzajemnie układać i zawierać bardzo opłacalne targi w mega skali, które kończą się osobistymi mikro tragediami, bo ktoś chciał „przyoszczędzić”.

          Odnosząc się do pracujących dzieci, uważam, że to skandal, że te pokolenia nie mogą się naturalnie rozwijać, poprzez zabawę, a zamiast tego muszą zasuwać na jakiegoś wygodnickiego baszę na zachodzie, aby mógł cieszyć się miniaturyzacją, osiągalną najtaniej małymi rączkami. To skandal przypominający produkcję armat z mniejszych niż 70 mm lufami, gdzie trzeba było małych rączek do obróbki.

          Kapitalizm to chwalebna zasada, że właściciel kapitału, majątek na który człowiek musiał wcześniej zasłużyć, decyduje o inwestycji i podejmuje zarządcze decyzje. System ten jest zły za każdym razem gdy majątek można zdobyć grabieżą, bądź uwłaszczeniem lub gdy jest dziedziczony, bo wtedy nie ma niczego wspólnego z zasługą.
          To nie praca dzieci wyrwała Chiny z biedy, to były małe promile tego, co tam kapitalizm rozpętał. Ludzie nauczyli się lepiej współpracować i wynosić osiągnięcia tego na zewnątrz. Jednak nie każdy na tym skorzystał i do dzisiaj są pewnie całe rzesze skrzywdzonych przez szukających oszczędności kosztem humanizmu i chcących poświęcać innych w imię wyimaginowanego zysku.

  2. Czy Soren nie ukrył tu ironii?

    • I tak, i nie 🙂 . Natomiast ja umieszczam ten cytat w kontekście pozbawionym ironii – włączam słowa Kierkegaarda do zupełnie innego kontekstu…

      Pozdrawiam czujnego Czytelnika 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *