Blade Runner 2049 (2017) – Recenzja na drodze gniewu

Ta recenzja Blade Runnera 2049 to najprawdopodobniej jedyna tak obszerna i wielowątkowa recenzja w polskim Internecie – w przeliczeniu na znormalizowany komputeropis wynosi aż 19 stron. Ci, którzy nie zechcą jej przeczytać, bo objętość ich przeraża i zniechęca, to pewnie ci sami, których przeraża i zniechęca perspektywa spędzenia w kinie prawie trzech godzin, w ciasnym krzesełku i przed ekranem, na jakim dzieją się rzeczy powłóczyste, milczące i „mało widowiskowe”. Natomiast wierzę, że każdy widz zaangażowany w legendę Blade Runnera – za pośrednictwem tej recenzji dostanie szeroki materiał do dyskusji, do konfrontacji z własnymi spostrzeżeniami. Znajdziecie tu odwołania do powieści Philipa K. Dicka i dzieła Ridleya Scotta z 1982 r. Znajdziecie oryginalne interpretacje filozoficznych pokładów ukrytych w dziele Villeneuve’a z 2017 r. Czytelników szczególnie wyczulonych na spojlery lojalnie uprzedzam, że recenzja ta może zdradzać niuanse dotyczące postaci i przesłania, chociaż nie obnaża najważniejszych twistów fabularnych. 

Scenariusz i reżyseria

Co było pierwsze: jajko czy kura?

Pierwsza była książka. Nie byle jaka, bo pióra Philipa K. Dicka – zwanego Dostojewskim wśród pisarzy fantastyki naukowej. On to zainspirował Hamptona Fanchera…

Drugi był scenariusz, napisany przez Fanchera. I to nie jeden. Wersji scenariusza było kilka, polemik i z samym K. Dickiem, i z Ridleyem Scottem też było kilka, nim scenariusz doczekał się wersji ostatecznej, aż w końcu akceptacji Scotta, który najpierw odrzucił wizje Fanchera bodaj dwukrotnie, stwierdzając, że nie jest ani trochę zainteresowany tym projektem.

Potem scenariusz został dopracowany przy wsparciu Davida Webb Peoplesa, aż nareszcie wszyscy panowie spotkali się na planie Blade Runnera – było to na początku lat 80. ubiegłego wieku. A to zaledwie wstęp do grubszej historii…

Panowie scenarzyści, pan reżyser i pan pisarz zagorzałe dyskusje o kształt postaci i fabuły toczyli przez długi czas, o ile nie do zakończenia produkcji, po drodze skutecznie unikając konsensusów. Dobór aktorów był równie problematyczny – wizje K. Dicka i Scotta, delikatnie mówiąc, nie pokrywały się. Lista aktorów rozważanych do roli Ricka Deckarda była zatrważająco długa – dość wymienić spektrum od Dustina Hoffmana, przez Arnolda Schwarzeneggera i Jacka Nicholsona oraz Clinta Eastwooda, aż po… Petera Falka! Do roli Pris planowano zaangażować filigranową kobiecą wokalistkę zespołu Blondie, Debbie Harry, a nie chudą, smukłą i giętką Daryl Hannah, ale wytwórnia fonograficzna, z którą Harry w owym czasie wiązał kontrakt, zabroniła jej udziału w jakichkolwiek projektach niezwiązanych z wydanym albumem. W roli słynnej Rachael z kolei miała wystąpić piękność japońskiego pochodzenia, Victoria Principal – osobisty wybór K. Dicka.

Dick, Fancher i Scott darli koty, w końcu film Blade Runner otrzymał swój tytuł pożyczony od opowiadania innego pisarza, które to opowiadanie nie miało w ogóle żadnego związku z treścią ani książki K. Dicka, ani scenariusza Fanchera – po prostu jeden z panów uznał ten tytuł za atrakcyjny…

To, że Blade Runner w tej atmosferze paranoi udało się zrealizować, zakrawa na cud. Ten cud jednak nie był zjawiskiem punktowym – wręcz przeciwnie! – bowiem na sukces tego kosmicznego eposu pracowano przez kolejne dwadzieścia lat, tworząc kilka mniej oraz więcej odbiegających od siebie wersji. Zanim film uzyskał status arcydzieła i klasyki filmowej SF, musiał odbić się od finansowej klapy… Ale jak już uzyskał, to klękajcie narody!

No a potem – scenariusz do Blade Runnera 2049 napisało dwóch panów: sam Fancher i Michael Green. I legenda doczekała się ciągu dalszego, przy czym stare niepokoje ożyły, zdeklarowani wielbiciele legendy załamywali ręce i krzyczeli gniewnie: nie dotykać, nie dotykać! Bo legendy się nie tyka…

Ale reżyser Denis Villeneuve nie posłuchał. Przyjrzał się legendzie solennie, następnie począł się z nią siłować, aż w rezultacie nie tylko jej nie zadrasnął, ale nawet całkiem zgrabnie wrócił z pojedynku z legendą – z tarczą.

Reżyseria Kanadyjczyka okazała się przytomna, pilna. Villeneuve nie po raz pierwszy dowiódł, że potrafi przekładać scenariusz na język kamery – snuć opowieść obrazem, kadrem.

Jaki więc jest nowy Blade Runner? Niestety niezupełnie wolny od błędów. W mojej opinii jest bardzo dobry, ale do statusu arcydzieła brakuje kilku punktów. Błędy wynikają albo ze scenariusza, albo z nacisków Hollywoodu i ekipy producenckiej, która z obawy przed niską frekwencją w kinach wolała nie ryzykować dzieła w pełni autorskiego, kontemplacyjnego, artystycznego. Być może zatem Fancher popełnił niedopatrzenia, być może Villeneuve spuścił z tonu i ustąpił pod naporem nacisków zewnętrznych, a być może sam nie miał w zamiarze iść w głęboki, nieprzeciętny, ikonowy artyzm… tego już się nie dowiemy, to tylko luźne domysły, pozostaje nam odnieść się do tego, co powstało, co zrealizowano.

Faktem jest, że wsączyło się do tej produkcji nieco zbytecznej sztampy. Finałową scenę akcji poniekąd zmarnowano spłycającą wydźwięk całości, konwencjonalną przebojowością. Środek filmu obejmuje parę uskoków między ważnymi zwrotnicami fabuły, bez podania precyzyjnych logicznych związków i uzasadnień – a chwilami obejmuje i usterki przeciwne, otóż fabuła niekiedy dąży do nadmiernego objaśnienia, uczytelnienia opowiadanej historii…

Rozpatrzmy całość rzeczy po kolei!

Zdjęcia 

Rewelacyjne zdjęcia zawdzięczamy wybitnemu operatorowi Rogerowi Deakinsowi, bodaj trzynastokrotnie nominowanemu do Oscara i zdobywcy wielu nagród i nominacji, który z Denisem Villeneueve współpracował wcześniej w nie do końca udanym Labiryncie (2013) oraz bardzo przyzwoitym, ciekawym Sicario (2015).

Na czym polega rewelacyjność zdjęć Deakinsa?

Chyba wszyscy krytycy wskazują na seraficzną malarskość zdjęć w Blade Runnerze 2049. Z przyjemnością podpiszę się pod tą opinią. Dodam tylko, że najbardziej piorunujące wrażenie wywarł na mnie surrealizm potłuczonych, umierających po wojnie pomników – kadr skąpany w jadowicie żółtym, dusznym świetle, gdzie olbrzymie zniszczone, ślepe głowy rzeźb leżą na ziemi jak bezpańskie relikty, pozostałości świata, którego od dawna już nie ma…

Reszta jest sprawą prywatnych gustów, preferencji estetycznych każdego z nas – a o nich nie będziemy dyskutować.

Muzyka 

Znakomitą muzykę Hans Zimmer i Benjamin Wallfisch utrzymali w klimacie Vangelisa, choć tym razem charakterystyczną nostalgię kompozycji zastąpiono mocniejszą, więcej ponurą i dramatyczną otuliną brzmień, która idealnie uzupełniła zdecydowanie powolną niemal przez cały film, a chwilami wręcz sączącą się narrację.

Po Zimmerze należało spodziewać się swoistej agresywności, dlatego nie ma co wpychać samego siebie w udręczoną tęsknotę za kompozycjami Vangelisowymi – Zimmer to muzyk o kompletnie różnej od Vangelisa wrażliwości i innym temperamencie, ale doświadczony w tworzeniu muzyki filmowej. Jego muzyka filmowa zawsze spełniała wszystkie warunki plastycznej, działającej na wyobraźnię muzy, tak było w Helikopterze w ogniu (2001), tak jest i tym razem. Niektóre tematy muzyczne Vangelisa zostały przez Zimmera uszanowane i włączone do jego wizji kompozytorskiej, krzywda nikomu się nie stała, a krańcowy rezultat jest bardzo satysfakcjonujący: jest mrocznie, przejmująco i z fantazją.

Efekty specjalne i scenografia  

Z budżetu szacowanego na ponad 150 milionów dolarów oczywiście wygospodarowano stosowne środki na efekty specjalne. Dzięki zaawansowanym komputerowym efektom zmaksymalizowano estetyczny wymiar miasta zaprezentowany w pierwszej części, czyli w prototypie filmowym Łowcy androidów.

To, co w prototypie było przygnębiające, zakurzone, takim w części drugiej pozostało. Natomiast charakterystyczne dla miasta pierwszej części neonowe migotliwe reklamy urosły do rozmiarów gargantuicznych hologramowych cudów, które perfekcyjnie wpisały się w krajobraz kwaśnego Hadesu, jednocześnie potwierdzając niezaprzeczalny postęp ostatnich trzydziestu pięciu lat – postęp technizacji w rzeczywistości filmowej oraz w rzeczywistości realnej.

Efekty komputerowe nie stanowią tu natarczywego wspornika dla wydarzeń fabularnych – to nie jest ich czołowe zadanie – ale za to wyraźnie służą pogłębieniu opowieści poprzez podrasowaną ekspozycję strony wizualnej. Innymi słowy – opowiadanie obrazem, ujęciem udało się w Łowcy androidów 2049 wynieść na poziom celujący, między innymi dzięki efektom specjalnym.

Zaawansowanie efektów komputerowych użytych w Łowcy androidów 2049 to nie tylko normalna okoliczność postępu technologicznego kinematografii, ale i ubogacenie pierwotnego obrazu – w tym miejscu przypomnę, że Łowcę androidów z 1982 r. zrealizowano w całości przy wykorzystaniu fizycznych scenografii. Aby przedstawić widzowi Hades z widoku izometrycznego, zbudowano wówczas fenomenalną makietę miasta ułożoną na stole, której dopieszczone do granic histerii detale oświetlano grubymi tysiącami lamp. Żalem byłoby nie pogłębić tego pierwotnego materialnego świata – możliwościami współcześnie dostępnych efektów komputerowych. Pozostaje ucieszyć się, że z uczciwym rozmachem wprowadzono owe efekty do nowego Blade Runnera, chociaż podkreślę przy tym, że prócz rozmachu uświadczyliśmy także niezbędnego wyczucia – że rozmach ten nie poniósł twórców do cna. Mianowicie Villeneuve silnie zabiegał, aby wszystko, na co realnie mogłyby zezwolić fundusze, zostało zbudowane w formie fizycznych elementów scenografii, modeli i rekwizytów, bowiem postulował, że aktorstwo na planie filmowym rozkwita wtedy, kiedy aktorzy zyskują możliwość realnego poruszania się po świecie filmowej opowieści, dotykania przedmiotów czy stania w prawdziwych strugach deszczu, a nie kiedy są zmuszani jedynie do wyobrażania sobie wszystkiego. Lars von Trier jako autor Dogmy 95 byłby doskonale odmiennego zdania, ale nie jemu poświęca się ten artykuł…

Producenci, a wśród nich sam Ridley Scott, podążyli za reżyserem, kibicując jego przekonaniom i stylowi pracy oraz wykładając pieniądze. Podkreślam ten fakt dążenia Villeneueve’a do budowania fizycznej scenografii dlatego, że to podejście okazuje legendzie Blade Runnera szacunek i świadczy o tym, że Villeneuve przyłożył starań, by zrealizować prawdziwą kontynuację tej legendy, a nie tylko zaproponować własne, nowoczesne rozwiązania. W tym miejscu rozważań nasuwa się też następujące skojarzenie, pytanie: czy w takim razie imię K nadane głównemu bohaterowi i replikantowi miało w intencji twórców być swoistym hołdem dla pisarza K. Dicka? Wszak K. Dick nie tylko swoją powieścią pt. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? zainspirował Fanchera do napisania scenariusza Łowcy androidów (1982), ale również bardzo angażował się na planie filmowym Scotta. Może więc Villeneuve ochrzciwszy nowego głównego androida imieniem K – ukłonił się samemu pisarzowi?…

Produkcja i szybki portret Ridleya Scotta  

Scott widnieje nie tylko na liście producentów, oficjalny dystrybutor podaje go także na równi z K. Dickiem jako dostarczyciela materiałów do scenariusza. Skomentuję ten szczegół krótko, ale ostro: dobrze, że nie Scott reżyserował nowego Blade Runnera, bo po tym, jak zepsuł Prometeusza (2012), a zwłaszcza Obcego: Przymierze (2017), udowodnił, jak solidnie potrafi zbrukać legendę, nawet jeśli to jego własna legenda.

Lekki, dowcipny Marsjanin (2015) nieco osłodził nieudolności fabularne Prometeusza, ale po tym delikatnym drgnięciu w górę za pomocą Marsjanina Scott pogrążył się – właśnie Obcym: Przymierzem. Zachodzi toteż obawa, że już nie zdoła wstać z kolan i powrócić w blasku chwały nową częścią swojej sagi o Obcym, być może nawet nie będzie w stanie zbliżyć się do swojej świetności z czasów obyczajowych, hitowych dzieł takich jak Thelma i Louise (1991) i Gladiator (2000).

Wypada docenić plastyczne wykształcenie Scotta i doświadczenie przy filmach dokumentalnych oraz reklamach telewizyjnych, które nadal mogą zapewniać mu doskonałe wyczucie filmowych planów, scenografii, a także mechanizmów marketingowych rządzących przemysłem filmowym, ale wykwintność reżyserii niestety raczej już się Scottowi nie przydarzy, co stwierdzam z wielkim smutkiem – jako wierny miłośnik Obcego: Ósmego pasażera Nostromo (1979).

Aktorstwo

Omówienie gry aktorskiej rozpocznę od najsilniejszych akcentów. Otóż najlepiej poradziły sobie aktorki – wszystkie postacie kobiece zdają się doskonale skonstruowane i zaprezentowane, ich osobiste historie i dramaty są dla widza najbardziej czytelne, spójne. Postacie kobiece nie wzbudzają dodatkowych pytań o sens ich przeżyć, poglądów, decyzji – zachowania, wątpliwości i deklaracje postaci kobiecych sprawiają wrażenie najzgrabniej umotywowanych i w tym rozumieniu można stwierdzić, że panie aktorki zrobiły dla nowego Blade Runnera najwięcej. Zapał i umiejętności aktorek wniosły do filmu niezaprzeczalny wkład i nadały całości kolorytu, a każda z tych pań zasługuje na osobne wyróżnienie:

Robin Wright to monumentalne kobiece piękno, dodatkowo obudowane klasą, wdziękiem i świadomością aktorskiej materii. Wright swoim modelowym urokiem zachwyciła w Forreście Gumpie (1994), natomiast będąc już dojrzałą aktorką, gdy przyjęła na siebie wymagającą i specyficzną rolę we frapującym Kongresie (2013) na kanwie Kongresu Futurologicznego Stanisława Lema, udowodniła, że świetnie czuje się w konwencji fantastyki naukowej.

Jako porucznik Joshi – Wright wypada przejmująco, częstując widza proporcjonalnie odważonym koktajlem lodowatej nieugiętości oraz ludzkiej, kobiecej niepewności. Z jednej strony Joshi polega na sobie i wierzy, że względny spokój na świecie spoczywa na jej barkach, z drugiej strony racjonalnie powątpiewa w swoją sprawczość, dobrze rozumiejąc, że w zderzeniu z ekspansją korporacji Niandera Wallace’a jej charyzma, upór i samodyscyplina mogą okazać się niewystarczające.

Sylvia Hoeks w roli androida imieniem Luv – antagonistki K – to przepiękny szwarccharakter, który można konsumować zachłannymi łyżkami. Jej twarz o wyraźnie zaznaczonych konturach, silnej linii żuchwy i bardzo „graficznych” rysach, sama w sobie stanowi bezbłędne odzwierciedlenie koszmaru o groźnej wojowniczce. Warto jednak zwrócić uwagę i na wyśmienitą charakteryzację, kostiumy, makijaż, które wsparły Hoeks w oddziaływaniu na widza. Luv to jedna z tych ważnych kinowych postaci, która nie musi nic robić – w zupełności zadowala to, że jest, istnieje, przebywa. Pomimo tego Hoeks jako Luv – robi dużo. Potrafi aptekarsko dozować mimikę, dzięki czemu wywołuje wrażenie nieprzewidywalnej, złowieszczo przyczajonej bomby zegarowej. Elegancję ruchów, wręcz lalkowość Luv – Hoeks przecina afektywnością i okrucieństwem, które zakrawają na człowieczą namiętność. Zestaw tych cech, zachowań i gestów czyni z Luv bohaterkę kategoryczną, zapadającą w pamięć, a z Hoeks – uformowaną aktorkę o wysokim potencjale.

Hoeks pochodzi z Holandii, a superprodukcja Blade Runner 2049 jest pierwszym amerykańskim filmem, w jakim zagrała. Sądzę, że właśnie na oścież otwarły się dla Holenderki drzwi do hollywoodzkiej fabryki aktorskich snów, czego szczerze jej gratuluję.

Bardzo ciekawa rola przypadła Kolumbijce Anie de Armas – rola malownicza, a jednocześnie niewinna, z pozoru wręcz nieznaczna, tym niemniej jakże cenna dla całokształtu opowieści o androidach i o ludziach.

Joi to hologramowa dziewczyna pierwszoplanowej i centralnej postaci, androida K. Na jej przykładzie mamy dosadną możliwość zaobserwowania, jak dojmująco zmienił się pejzaż Hadesu na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Produkt rozrywkowy znany z pierwszej części jako Pris, wykreowana przez piękną, pomysłową i niezapomnianą Daryl Hannah, w części drugiej nie jest już androidem, lecz bezcielesnym hologramem. Ten technologiczny postęp niczym lustro odbija to, w jak „koneserskim” stylu pragnienia, instynkty, potrzeby ludzkie mogą być dyscyplinowane i obsługiwane przez korporacyjne triki.

Joi stanowi idealną odpowiedź na wszystkie tęsknoty mężczyzny – słodka, śliczna i kojąca, piastunka domowego ogniska dumna ze swej roli, ponętna i wzbudzająca pożądanie, z dziecięcą fantazją zachwycająca się małymi rzeczami, np. kroplami deszczu, z pozoru mogłaby uchodzić za XXI-wieczną wersję żony ze Stepford. Nic bardziej mylnego! Joi symbolizuje raczej tragicznego anioła niższego rzędu, który zstąpił z niebios, aby ukochać człowieka, i który nie zawaha się wyrzec siebie po to, aby człowieka uratować, aby podążyć za człowiekiem na koniec świata, a nawet prosto w nicość…

Joi kocha – nie kochając, lecz realizując. Joi pragnie, pożąda – bojąc się. Joi nie poddaje się – chociaż wie, że jest nikim, że realnie nie istnieje. Joi czyta swemu mężczyźnie Nabokova – jest myśląca i inspirująca. Joi pomija siebie – po to, aby swego mężczyznę zaspokoić. Joi osłoniłaby swego mężczyznę własnym ciałem, tak jak wilczyca swym gardłem ochrania wilczego partnera, tyle że… Joi nie posiada ciała – i dobrze to rozumie.

Carla Juri w roli doktor Any Stelline stworzyła szalenie ciekawą postać, która wabi widza przyjemną, bardzo dziewczęcą aparycją, pod spodem której wyraźnie drzemie niebywała inteligencja. Powierzchownie dr Stelline w wydaniu Juri to hybryda Dzwoneczka Julii Roberts z Hooka (1991) i Cesarzowej Tami Stronach z Niekończącej się opowieści (1984), i nawet szklana sterylna kopuła, w której bezkonkurencyjna pani naukowiec spędza całe życie, w jakimś sensie kojarzy się z pałacem z kości słoniowej, stanowiącym serce świata fantazji, metodycznie nadgryzane przez demona nicości.

32-letnia Szwajcarka to utalentowana aktorka, czujna, rześka, dysponująca rzadkim darem skupiania na sobie niezłomnej uwagi widza. To, co inni muszą wywalczyć wytężoną pracą, Juri osiąga dzięki swej obecności na ekranie, a mówiąc ściślej – dzięki bliżej nieuchwytnemu, baśniowemu magnetyzmowi. Oczywiście nie odmawiam Juri pracowitości, odwołuję się jedynie do jej dodatkowych atutów.

Mackenzie Davis, która przywędrowała tu prosto z Marsjanina Scotta, tym razem otrzymała mniej epizodyczne, więcej wymagające zadanie, choć jej postać pozostaje trzecioplanowa. W roli Mariette – Davis wypada bardziej tajemniczo i uwodząco, niż wyuzdanie. Mariette jest pełna życia, swobodna, nieco „łobuzerska”, jednocześnie jej „przezroczysta” uroda czyni z niej zjawisko o wiele bardziej frapujące, niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka. Bardzo dobra rola – mała, ale wyrazista.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         .

Jednooka Freysa, przywódczyni podziemnego ruchu rebeliantów, niestety trochę na wyrost, trochę drukowanymi literami tłumaczy widzowi, czego widz doświadczył w trakcie dotychczasowego rozwoju wypadków, jest to właśnie przykład wspomnianego na wstępie nacisku Hollywoodu w kierunku maksymalnego uczytelniania opowiadanej historii. Poza tym z jednej strony mamy tu do czynienia z zamykającą pewien etap, jedynie punktową postacią tła, z drugiej zaś grająca tę postać Hiam Abbas nie wzięła się znikąd ani przez przypadek – to sprawdzona, doświadczona, dojrzała, niezawodna aktorka.

                                                                                                                                                                                                          . 

Przechodząc do postaci męskich, powoli zbliżamy się do schodów…

Jared Leto w roli Wallace’a spisał się wprawdzie bez zarzutu, bowiem skutecznie osadził swoją postać na granicy archetypicznej diaboliczności i malowniczej komiksowości, a nie przekroczył tej granicy i nie popadł w żadną z karykatur. Natomiast bohater taki jak Wallace nie jest niczym świeżym ani w kinie, ani w sztuce w ogóle, dość przywołać Lucyfera Roberta de Niro w Harrym Angelu (1987), zatem atrakcyjność tej postaci wydaje się bardziej zasługą jej samej, tego, jak została wymyślona i napisana, niż umiejętności Leto. Leto po prostu poprawnie wkleił się w szablon wycięty scenariuszem, ale obudowany gęstą brodą i ukryty za zaślepionymi oczami oraz statyczny, aż nieomal inercyjny, za zadanie miał raczej nie zepsuć gotowej ilustracji swym głosem czy gestem, aniżeli naznaczyć swoją postać autentycznie autorską skaryfikacją. Podkreślę: Leto nie przeszkodził swojej postaci oraz nie zawiódł widza. Powiem więcej: jego popis to najlepszy z męskich występów aktorskich w nowym Blade Runnerze.

Ale trzeba koniecznie wspomnieć, że pierwotnie rolę Wallece’a przewidziano dla Davida Bowiego, niestety śmierć artysty udaremniła te piękne plany. Intrygujący „żylasto-wampirzy” anturaż Bowiego, znany nam świetnie już od czasów Labiryntu (1986), jego kapitalna zdolność do zaskakiwania i odnajdywania się w rozmaitych stylistykach, także zainteresowanie Bowiego sztukami plastycznymi (swego czasu współpracował z ciekawym artystą multimedialnym Tonym Ourslerem specjalizującym się w mrocznych instalacjach wideo) pozwalają wyprowadzić wniosek, że jako nowoczesny władca Hadesu stojący na czele korporacyjnego giganta byłby wzorcowy i pewnie odcisnąłby na tej postaci swe niepowtarzalne piętno – on to dokonałby tego, co powyżej określiłam mianem „autorskiej skaryfikacji”.

Po odejściu Bowiego wybór twórców padł na Leto i przyznaję, że to dobry wybór. Być może wybór zachowawczy, bezpieczny, ale za to skuteczny. W kreacji Wallace’a łatwo o przesadę, o nadmierną teatralność, o manieryzm – a Leto uniknął przerysowań.

Harrison Ford musiał, zwyczajnie musiał pojawić się w nowym Blade Runnerze. Mówimy tu wszak o legendzie – powieści, scenariusza, filmu, a więc i o legendzie aktorów i ich postaci… Pamiętacie pytanie zadane na początku artykułu – co było pierwsze: jajko czy kura? Oczywiście to było podchwytliwe pytanie, delikatnie podszyte metafizyką… W owym stanie permanentnego splątania tylu wizji, aspiracji, poszukiwań, jakie nieustająco towarzyszyły twórcom na planie pierwszego Blade Runnera, jeden artysta bez drugiego, a trzeci bez pierwszego i czwarty bez trzeciego – nie mógłby zaistnieć, urealnić się… Tak stopniowo narodziła się ta niesamowita, wielowymiarowa, kompleksowa legenda Blade Runnera, a jednym z filarów tej legendy, jak był, tak pozostał nikt inny, a właśnie Ford.

Więc co mam powiedzieć dziś o żywej legendzie, aby jej nie zadrasnąć, nie skrzywdzić?…

Powiem tak: mam do scenarzystów i reżysera żal o to, że w bliskich końca filmu scenach akcji Blade Runnera 2049 uczynili z Deckarda bohatera rozcieńczonego, prawie że miałkiego – tak jakby nie ufali Fordowi, że jeszcze poradzi sobie z byciem ostrym wojownikiem, jak gdyby chcieli go z czegoś odciążyć, wyręczyć… A czy można nie ufać żywej legendzie? Nie! To się nie godzi!

Przykro mi, że ten bohater, jakim pierwotnie był Deckard – wraz z całym uczuciowym piekłem, przez jakie przedarł się na naszych oczach – dziś został nam pokazany trochę jak odległe zjawisko przyrodnicze przez grubą taflę szyby. Tu powiedział sucharowy żart, tam srogo uniósł brew, gdzie indziej niby się wzruszył, w jeszcze kolejnym ujęciu niby nie chciał się poddać – a Bogiem a prawdą nic intrygującego z tego nie wynikło. Smutno mi z tego obrotu sprawy, bo nie po to widz wyczekuje półtorej godziny czy dwie na spotkanie z żywą legendą, aby odejść w swoją stronę głodnym.

Smutne to tym bardziej, że mimo zdecydowanie dojrzałego już wieku, Ford nadal jest pełen energii, brawury i – co najważniejsze – czujności intelektualnej, wciąż odnajduje się w scenach akcji i biega z bronią, jakby był młodzieńczym Deckardem… albo androidem, bo jest tak sprawny fizycznie, że można posądzić go o nadludzkie siły. Gdyby wszyscy mężczyźni starzeli się jak Ford, świat… byłby mało realistyczny. Jednak twórcy powinni lepiej wykorzystać witalność Forda – powinni bardziej mu zaufać.

Ryan Gosling to niestety najbardziej gorzki punkt w analizie aktorstwa męskiego składającego się na nowego Blade Runnera. Najbardziej gorzki, bo to przede wszystkim z Goslingiem spędzamy ten prawie trzygodzinny pokaz…

Gosling jest utalentowanym aktorem i z tym faktem nie wypada polemizować. Natomiast nie należy bać się brania pod uwagę innego faktu: aktorów obsadza się po warunkach. I mimo że najszerzej znane i nagradzane są kreacje aktorskie oparte o niezwykłe poświęcenie aktora, o jego dosłowne i drastyczne fizyczne przeobrażenie (np. rola Charlize Theron w filmie pt. Monster /2003/), to jednak nie da się być kameleonem totalnie wszechstronnym, nawet jeśli aktor odznaczałby się wyjątkowymi predyspozycjami i pracowitością. Argumenty: Sylvester Stallone nie zagra Achillesa, Danny de Vito nie zagra Hamleta…

Sukces Rutgera Hauera w roli Roya Batty’ego polegał nie na kunszcie aktorskim, lecz na warunkach zewnętrznych – sam K. Dick powiedział, że dokładnie tak wyobrażał sobie tę postać, pisząc swoją książkę. Zrozummy się prawidłowo: nie deprecjonuję umiejętności aktorskich Hauera, niemniej akcentuję wagę jego fizjonomii, urody klasycznie aryjskiej, warunki zimnego blondyna o mroźnych niebieskich oczach, co zadecydowało o tym, że w roli tej nie sposób wyobrazić sobie kogokolwiek innego. Hauer na planie pierwszego Blade Runnera stworzył wprawną mieszaninę żelaznego, wojskowego looku oraz wrażliwości, która kusi i przeraża, a na koniec wzrusza i oszałamia. Wniósł do produkcji nie tylko niezapomniane, wyrafinowane i wiarygodne wcielenie literacko-filmowych marzeń o replikancie, ale też sporo pomysłów, z których część została zaakceptowana przez Scotta – m.in. gołąb w finalnej spektakularnej scenie był właśnie inwencją samego Hauera.

Z kolei Gosling z racji właściwej sobie fizjonomii – niestety nie mógł zaoferować interesującej przeciwwagi dla bohatera stworzonego przez Hauera. Android Goslinga, najpierw K, a potem Joe, jest co prawda prawidłowo zachowawczy, zamknięty, niedostępny oraz stosownie wstrzemięźliwy w okazywaniu temperatury myśli i duchowych rozterek, ale pomimo najszczerszych chęci i wytrzymanej, słusznie powściągliwej gry – łagodne oblicze ciepłego Muminka, którym natura obdarzyła Goslinga, uniemożliwiło mu zbudowanie sobą wizerunku autentycznie zimnego androida nowej generacji. Wprawdzie w jednej scenie Gosling przewrotowo przeskakuje od znieruchomiałej twarzy do gwałtownego, przesyconego naraz furią i bezsilnością krzyku, co zapewne ma na celu przekonać widza o zapleczu człowieczym obecnym w okrojonym z ludzkich emocji androidzie, w drugiej scenie na siłę zbolałe oblicze Goslinga raptem obdarza widza pojedynczym – radosnym, czułym, zabawnym – uśmiechem, w scenie finałowej zaś android Goslinga godzi się ze swymi osiągnięciami oraz porażkami, po czym dość ilustracyjnie zamiera, ale gdzież mu tam do poetyckiej, romantycznej śmierci androida Hauera z pierwszej części…

Tak, wiem! Pewnych oblicz, scen, rzeczy nie sposób wskrzesić ani powtórzyć, ale to nie znaczy, że dyskusja z legendą jest niemożliwa! Jest jak najbardziej możliwa i dobierając w XXI wieku do roli androida K/Joe aktora o innej od Goslinga powierzchowności, można było ukuć godną kontrpropozycję dla roli Hauera. Nie mówię o tym, że oczekiwałam zastąpienia Hauera kimś równie wymownym, mówię o tym, że o wiele efektowniejszy i, co ważniejsze, efektywniejszy w roli K/Joe okazałby się np. Tom Hardy. Ten aktor umiałby zaproponować nam monumentalność, dramatycznie zastygły wyraz twarzy, niecodzienną bezemocjonalność i hardość, a zarazem ludzkie, czające się w kącikach ust rozedrganie, jakich rysy twarzy Goslinga zupełnie sformułować ani oddać nie potrafiły, bo fizycznie nie były w stanie. Co więcej, Hardy sprawdził się już w konfrontacji z legendą, bowiem w filmie pt. Mad Max: Na drodze gniewu (2015) doskonale wybrnął z przeciwstawienia go ikonie Mad Max’owego Mela Gibsona. Owszem: nie zastąpił go, bo coś takiego byłoby awykonalne, ale stworzył własnego wiarygodnego Maxa, wychodząc obronną ręką z owego starcia z Gibsonem. Na potrzeby nowego Blade Runnera starczyłoby przefarbować Hardy’ego na zimny skandynawski blond – jestem przekonana, że zarówno wizualnie, jak i aktorsko nie zawiódłby. Na pewno byłby bardziej posągowy – androidowy – od Goslinga.

Doceniam ambicję oraz wysiłki Goslinga i rozumiem, że zwłaszcza po cukierkowym występie w głośnym i rozdmuchanym, acz katastrofalnie mdlącym La La Landzie (2016), występ w superprodukcji będącej kontynuacją nieśmiertelnej legendy Blade Runnera musiał być dla niego celem w karierze, na jakim szczególnie mu zależało. Wstydu sobie nie przyniósł, jednak wyzwaniu nie podołał. Mógłby zagrać młodego Deckarda w prequelu Łowcy androidów i nawet doszukałabym się ładnej analogii pomiędzy twarzą Goslinga, jego charakterystycznym chłopięcym urokiem, a twarzą młodego Forda, nieco podobnie okrągłą, miękką, ale nie akceptuję Goslinga w sequelu Łowcy androidów w roli replikanta.

Treść – dramatyzm i symbolizm postaci

Niander Wallace – zdemaskowany przeze mnie jako Mefistofeles…

Imię Mefistofeles pochodzi od hebrajskich słów mefir – niszczyciel oraz tofel – kłamca, ale dużo ciekawsza w kontekście Blade Runnera 2049 jest etymologia wywodząca się z języka greckiego, w którym mephostophiles oznacza – nielubiący światła. Tak jak najsłynniejszy upadły anioł, Lucyfer, to niosący światło, tak Mefistofeles stanowi jego przeciwieństwo – jest duchem ciemności brzydzącym się światłem. I właśnie dlatego Wallece jest ślepcem, który w wybranych, odświętnych chwilach korzysta ze sztucznego wzroku – „otwiera oczy” poprzez unoszące się w powietrzu kamery połączone z nim rodzajem cyfrowego odbiornika przyklejonego do ciała. W trakcie seansu naszło mnie banalne, ale megaistotne pytanie: dlaczego Wallece nie korzysta ze sztucznego wzroku przez cały czas, a wyłącznie w ekskluzywnych chwilach – dlaczego przez większość życia porusza się jako ślepiec?… Odpowiedź przywędrowała do mnie po głębszym zastanowieniu: ponieważ Wallece nie lubi światła. W ten sposób odszyfrowałam prawdziwe imię tej szatańskiej postaci: Mefistofeles.

Dlatego też osobisty dramat Wallece’a, a de facto Mefistofelesa – zdecydowanie różni się od dramatu Lucyfera. Lucyfer to ten, którego intensywne pragnienie niesienia światła – sprowadziło na sam dół, w ścisłe centrum ciemności, na tym opiera się jego tragedia. Na tym, że zapragnął ośmieszyć Boga – zwrócić przeciw Niemu Jego najukochańsze stworzenie, człowieka. Podczas gdy Mefistofeles nie pragnie igrać z Bogiem, nie interesuje go Boska Światłość, natomiast wyraźnie usiłuje wejść w kompetencje Boga – własnoręcznie stworzyć prawdziwy cud…

Luv – widz wie, że stwórca Luv, Wallace, jest metaforą bytu szatańskiego, ale z punktu widzenia Luv, Wallace jest bogiem tworzącym anioły. Jej dramat polega na tym, że jest najdoskonalszym z aniołów stworzonych przez boga, czyli Wallece’a, a mimo swojej doskonałości nie może swemu stwórcy wystarczyć.

On wciąż szuka dalej, pragnie powołać istotą bliższą człowieczeństwu, bo zdolną do samopowielenia, a więc dąży do stworzenia istoty odległej od Luv, co stanowi dla niej osobistą urazę i w efekcie objawia nam skalę tragizmu tej postaci.

Luv jest bezwzględna i bezwzględnie posłuszna swemu stwórcy, w jej rozumieniu – bogu. Gardzi ona buntem innych aniołów, to jest replikantów takich jak oficer K, którzy pracują na rzecz ludzkiego systemu, a więc wrogów jej boga. Idąc głębiej tropem iście biblijnych przenośni i symboli, można zauważyć, że Luv reprezentuje anielski chór Panowania, którego przeznaczeniem jest działać z polecenia Bożego i w Jego mocy wykonywać powierzone polecenia. Oczywiście reprezentacja ta w Blade Runnerze 2049 ukazana jest jako demoniczna odwrotność, która opisuje świat ciemności, a nie Boskie Królestwo – owym światem jest bowiem zimny korporacyjny loch (piekło), w którym nie lubi się światła.

Kolonie, w których rozpoczął się bunt replikantów, w rozumieniu Luv są synonimem Raju – Księgi Rodzaju. W prawie finalnej scenie Luv deportuje Deckarda do kolonii statkiem, który ma prawo skojarzyć się z arką – misja deportująca Deckarda jest dla Luv realizacją Boskiego planu. Wypowiada ona w czasie tej podróży kluczowe w tym kontekście słowa do Deckarda: „Lecimy do domu”.

Wieńcząc biblijną metaforykę, opisując Luv już nie z jej perspektywy, a z naszej perspektywy obserwatorów, Luv to demon pychy, zogniskowany na samodoskonaleniu i dążeniu do niezniszczalności. Demon, który próbuje zasłużyć na miłość swego stwórcy, Mefistofelesa. Tragizm postaci Luv polega na tym, że „oczy” jej pana zwrócone są w całkiem innym, przeciwnym do niej kierunku. Zatem Luv i Król Ciemności nigdy nie spotkają się w prawdziwym ukochaniu – bo zresztą w świecie ciemności miłość nie istnieje, tak jak nie istnieje światło.

Porucznik Joshi – jej dramat polega na tym, że nie jest w stanie kontrolować rzeczywistości na tyle przebiegle, aby móc podtrzymać świat na poziomie uładzonych kast społecznych. Bez armii niezdolnych do buntu androidów nowej generacji – takich jak oficer K – jest bezbronna.

Jej chłód i opanowanie wynikają bezpośrednio z usilnych prób utrzymania balansu pomiędzy technologią a człowieczeństwem – jak powiedziała sama Wright o swojej postaci. I rzeczywiście wydaje się to dla jej postaci kluczowe. Poza tym ów chłód, policyjny wizerunek Joshi nawiązuje do świata opresji, terroru, o których w swej powieści napisał K. Dick. Tymczasem pomimo opresyjności i determinacji Joshi, bunt androidów, a być może nowa wojna – wisi w powietrzu, czyha…

Świat postrzegany oczami Joshi rozłamuje się na pół, tuż za rogiem czai się nowe, wszystko zmienia się nie do poznania, a Joshi sucho, planowo usiłuje zachować ten pękający w szwach świat. Czasem udaje jej się trzymać zimną krew, kiedy indziej – zdaje się, że ów obecny dookoła balans cech zimnych, androidowych i cech gorących, ludzkich udziela się samej Joshi. I tak jak obraz za oknem w percepcji pani porucznik rozłamuje się, tak ona sama wydaje się balansować na wewnętrznym, duchowym rozpęknięciu – i to właśnie jest w tej postaci dramatyczne i niepokojące, a niepokój ten udziela się widzowi.

Dr Ana Stelline – jej dramat to jaskrawa, dosłowna, żałosna samotność.

To, co znamy z naszego świata – sentymentalizm, szacunek do historii, odkurzanie wspomnień i rekonstruowanie np. starych szlachetnych dzieł sztuki czy fotografii – poprzez postać dr Stelline zostaje symbolicznie, niczym w krzywym zwierciadle, zastąpione generowaniem i konstruowaniem zmyślonych „świadectw przeszłości”. Restaurowanie przeobraża się w kolekcjonerstwo nieistniejących duchowych fantów.

Dr Stelline to więzień bezdusznego korpoświata, choć twierdzi, że bardzo ceni sobie wolność, dlatego pracuje we własnej firmie, jako jedynie podwykonawca Wallece’a. Ale także więzień własnego intelektu, naukowej wiedzy. Jest bezkonkurencyjną specjalistką od produkcji wspomnień – to dzięki niej androidy otrzymują wszczepy sztucznych a wyglądających na osobiste obrazów, wskutek których mogą utrzymać się w ryzach jakiejś tożsamości. Owe „wspomnienia” decydują o jakości produktu, czyli replikanta, bo, jak mówi pani doktor, „mając autentyczne wspomnienia, reaguje się jak człowiek”. I chociaż nowa generacja replikantów reprezentowana przez K zdaje sobie sprawę z fałszywości tych „wspomnień”, a de facto implantów zastępujących pamięć długotrwałą, to jednak prawda z fikcją i życzeniowością miesza się na poziomie laboratoryjnej pracy dr Stelline, czyli w jej rozbudowanej ponadprzeciętnie wyobraźni.

Dr Stelline przypomina naukowca Mary z powiastki filozoficznej z Ex Machiny (2015): Mary egzystuje w zamkniętym czarno-białym pokoju, przeznaczyła życie na badanie kolorów i posiadła perfekcyjną wiedzę o nich. Pewnego dnia wychodzi na zewnątrz i osobiście widzi barwę nieba czy trawy. Mary zamknięta w swoim pokoju to synonim androida – człowiekiem staje się, gdy swój pokój opuszcza. Dr Stelline to właśnie naukowiec Mary – wyizolowana z realnego świata, pozbawiona kontaktu z ludźmi, zmuszona jest w stu procentach oddać swój umysł i duszę światu wewnętrznemu, co odczłowiecza ją a upodabnia do androida…

Przy czym geniusz dr Stelline ma prostolinijne wytłumaczenie: z tęsknoty do drugiego człowieka, do styczności z prawdziwym światem osiągnęła tak nadzwyczajną biegłość w projektowaniu wspomnień – lecz aby dodatkowo je uwiarygodnić, przemyca do nich okruchy wprost ze swojej pamięci, czym zapewne ratuje samą siebie przed całkowitym popadnięciem w surrealność, a jednocześnie być może liczy na to, że cząstki jej duszy dodadzą replikantom kropli „ludzkiego tchnienia”.

Joi – jest kontynuacją filozoficznego wątku z powieści K. Dicka, który to wątek w pierwszej filmowej odsłonie Łowcy androidów został zupełnie pominięty! Villeneuve za pośrednictwem Joi ewidentnie nawiązuje do literackich korzeni całej historii Blade Runnera, a więc do kardynalnego pytania: czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

Pytanie to w książce K. Dicka było kluczowe, jako że odnosiło się bezpośrednio do obrazu rzeczywistości po trzeciej wojnie światowej. Zagłada nuklearna doprowadziła do wymarcia zwierząt, co w wizji K. Dicka potęguje samotność ludzi i przede wszystkim osobisty dramat Deckarda, który podejmuje się pracy w charakterze łowcy androidów po to, by uskładać pieniądze na zakup zwierzęcia – domowego pupila dla żony, która cierpi na depresję.

I tak 30 lat później – już w filmowym Blade Runnerze 2049 – produkt rozrywkowy o nazwie Joi staje się ewidentnie nowym, unikatowym wymiarem domowego pupila, a wątek ten zasługuje na naszą baczną uwagę także dlatego, że zobrazowano go z pominięciem, tak powszechnej dziś i wywołującej nudności, poprawności politycznej. Joi, kiedy staje się „uosobiona” poprzez relację z K i kiełkujące w nim ludzkie uczucia – odbierana jest przez nas bardziej jako zwyczajna kobieta, partnerka głównego bohatera, powiernica jego marzeń i koszmarów. Jednak ta sama – czy raczej taka sama – Joi wyziera na nas z każdego budynku hadesowego miasta, w formacie groteskowo olbrzymiej, hologramowej reklamy przedstawiającej gołą kobietę-zabawkę, kobietę-towar, lalkę o sztucznych błękitnych włosach i martwych oczach.

Unikając zakłamanej poprawności politycznej, co niezwykle cieszy, ukazano w filmie kobiecość w dwójnasób: jako matkę naturę – cud dawania życia i podmiot nadrzędnej tęsknoty samego diabła oraz stworzeń takich jak replikanci. Oraz jednocześnie, za pośrednictwem Joi, jako bezosobowe zjawisko pluszowo-erotyczne, podobne bardziej do miłego acz sztucznego zwierzątka, niż do mięsistego kobiecego bytu.

Jak brzmi zatem odpowiedź na kardynalne pytanie?…

Tak. Androidy mogą śnić i marzyć o elektrycznych owcach. I zresztą nie tylko one…

Podsumowanie – wizja, realizacja, efekt i prognozy na przyszłość 

Estetyka filmu pt. Blade Runner 2049 i jego nastrój – i wizualny, i muzyczny – zasługują na wysokie noty. To superprodukcja zrealizowana z imponującym zaangażowaniem środków każdego typu – intelektualnych, emocjonalnych i finansowych. Na planie tej produkcji spotkało się multum osobowości z kręgu sztuki. Spróbujmy wyobrazić sobie liczbę rysowników i grafików, wielość grafik koncepcyjnych, które musiały powstać, aby wszystko to, co ostatecznie zobaczyliśmy na ekranie, mogło być wdrażane krok po kroku. Ekipa odpowiedzialna za scenografię i kostiumy, a w jej obrębie liczba dyrektorów artystycznych – aż onieśmiela swoją liczebnością. Szereg tego rodzaju informacji pozwala nam, widzom, mniej więcej uzmysłowić sobie, z jak wielkich rozmiarów przedsięwzięciem i artystycznym, i technicznym, i marketingowym mamy tu do czynienia.

Oczywiście nie inaczej odbyło się to na planie pierwszego Blade Runnera – to również była onieśmielająca swoją skalą superprodukcja, ale idąc z duchem czasów, starając się kibicować nowoczesnym projektom, specjalnie akcentuję wymiar nowego Blade Runnera.

Estetyka cyberpunkowa Blade Runnera 2049 – konkretnie scena w kryjówce Deckarda, bijatyka Forda z Goslingiem przy akompaniamencie Monroe, Presleya i Sinatry – może bardziej kojarzyć się ze steampunkiem takim jak w grze Bioshock 1, co w moim poczuciu jest pięknym komplementem, ale wspominam o tym wyłącznie w formie subiektywnego wtrącenia, osobistej ciekawostki.

Co najważniejsze w całej dyskusji o Blade Runnerze 2049 – to to, że nie okaleczył on filmowej legendy z 1982 r. Nowe dzieło wychodzi legendzie naprzeciw, koreluje z nią, jednocześnie zgłaszając własne komponenty i odcienie. Nie jest też formą miażdżącego zarzutu, że filozoficzna, kontemplacyjna sfera filmu w kilku punktach fabuły została zakłócona przez zbyt dużą dosłowność bądź przeciwnie, przez nadmierne rozwodnienie. Przypominam, że pierwszy Łowca androidów, choć dziś uznawany bezapelacyjnie za słup milowy w rozwoju kinematografii SF – obok rzecz jasna 2001: Odysei kosmicznej (1968) Stanleya Kubricka – opiewał w rozmaite wersje, z których nie wszystkie mogły liczyć na uznanie fanów, np. część widzów zarzuciła okropne spłycenie filozoficznej warstwy poprzez dodanie jako snu Deckarda kiczowatej sceny galopującego białego jednorożca.

Tak kosztowny film, jak Blade Runner 2049, potrzebuje na siebie zarobić, więc nie należy nadmiernie gnieść go srogimi oskarżeniami o jałową komercyjność. Ta przewijająca się od czasu do czasu dosłowność może być nawet zamierzonym pomysłem na wzbudzenie zainteresowania u młodego pokolenia, na ogół łakomego zdynamizowanej ekspresji. Może być próbą zainteresowania „staroświecką” refleksyjnością, która została tu przemycona w masce wysmakowanych zdjęć i efektów.

Z drugiej strony starsi czy bardziej wymagający widzowie odczuwają pewien niedosyt głębi filozoficznej, i opinie te nie są całkiem nieuprawnione. Z trzeciej strony ta otoczka filozoficzna, w którą wyposażono nowego Blade Runnera, zachęca do różnorodności interpretacji i wielości rozważań, natomiast ci, którzy się nad nią rozpływają, paradoksalnie nie pokuszają się o snucie jakichś głębszych interpretacji, tylko zatrzymują się na powierzchownym filozoficznym motywie wędrówki w poszukiwaniu swej prawdziwej tożsamości oraz tropienia odpowiedzi na podstawowe zagadnienia – skąd przychodzę? Kim jestem? Dokąd zmierzam? – a przecież film ten, nawet jeśli uprzemy się rozpatrywać go jako dzieło popkulturowe, stawia dużo więcej i ciekawszych pytań o sens człowieczeństwa.

Nowy Blade Runner póki co trochę powiela nieszczęście kasowe swego prototypu, nad czym pozostaje ubolewać. Dlatego, że jeśli ten nowy Blade Runner nie zostanie doceniony szybciej od poprzednika, jeśli koszty jego produkcji się nie zwrócą, jeśli legenda istotnie się powtórzy i znów przyjdzie jej walczyć o uznanie przez 20 lat, Hollywood w przyszłości będzie jeszcze silniej naciskać na filmowców ambitnych, tak aby robili oni „mniej wymagające kino dla mas”. Byłoby szkoda, gdyby wypadki potoczyły się w ten sposób, bo mimo wszystko hollywoodzka fabryka snów służy właśnie do tego – do ucieleśniania marzeń sennych, i potencjał finansowy oraz marketingowy amerykańskiego przemysłu filmowego działa silnie, wiele od tego przemysłu zależy i wiele się tam dzieje. A jeśli nie docenimy dziś, od razu, właśnie teraz takich produkcji jak Blade Runner 2049, skażemy się na coraz jawniej postępującą, śliczną, ale tylko wydmuszkowość produkcji amerykańskich. Będą to przepastne zdjęcia, sugestywne efekty, malownicze postacie i zapierające dech pejzaże, ale bez drugiego i trzeciego dna, bez drapieżnego dramatyzmu, bez choćby skromnej dozy inspirujących niedopowiedzeń.

Na nowego Blade Runnera koniecznie trzeba wbijać do kina, a jeśli chce się naprawdę dosadnie przeżyć i pojąć tę historię, to wbijać nawet dwu lub i trzykrotnie. Jeżeli współczesne kino spod znaku SF pójdzie śladem, wzorem tej produkcji, to żyć nie umierać. Dzięki takim produkcjom możemy doświadczać pięknej wizualnie „opery” w kinie i już dla samego tego faktu warto zainwestować w bilety.

Na przyszły rok 2018 Denis Villeneuve zaplanował… Diunę według powieści Franka Herberta, co ponownie – tak samo jak przed premierą Blade Runnera 2049 – napawa o tyleż nadzieją, co obawą. Nowe środowisko literackie i fantastyczno-naukowe, nowe wyzwanie, nowy pojedynek z legendą. I nowe rozgniewane okrzyki wielbicieli legendy: nie dotykać!

Lecz jeśli nie Villeneuve, to kto? No, kto?…

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

Artykuły uzupełniające:

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *