Bo mogę

Drodzy Czytelnicy! Przed Wami opowiadanie o kobiecości, pióra debiutującej autorki, Zosi Lenczewskiej-Samotyj, ujęte w formie literackiej spowiedzi, czyli listu… Główna bohaterka – młoda dziewczyna stojąca u progu do dorosłości – pisze nader szczery, osobisty list do matki, w którym zwierza jej się z najtrudniejszego, bo pierwszego w życiu, momentu przełomowego pomiędzy bezpieczną przeszłością jako dziewczynki a niebezpieczną przyszłością jako kobiety. Żeby wkroczyć do magicznego i pięknego kręgu dorosłych kobiet, dziewczyna musi przejść przez pewną inicjację, a to boli. Tego kręgu strzegą trzy dojrzałe kobiety, które zdają się wiedzieć o Młodej więcej, niż mogłaby przypuszczać – zdają się na wskroś znać jej cień. Czy wpuszczą Młodą do kobiecej wspólnoty; czy Młoda da radę zdać inicjację?… Kobiecość – w dzisiejszej dobie modnego feminizmu i Gender – to kłopotliwe zagadnienie. Autorka w swoim literackim liście podjęła próbę odejścia od tego, co modne, starając się sięgnąć do „esencji kobiecości”, czy „esencji młodości i witalności”, zderzając je z motywami drogi, poszukiwania i retrospekcji (przyp.: red.).

  

Bo mogę

Mamo, piszę do Ciebie list. Już dawno Cię nie widziałam, mimo że rozmawiam z Tobą co noc. Wspominam wówczas Twój uśmiech i różowe włosy. I ciasto czekoladowe, które obficie lukrowałaś i posypywałaś migdałami – było nieznośnie słodkie, lecz nigdy nie umiałam poprzestać na zjedzeniu tylko jednego kawałka. Do tego herbata wiśniowa z mlekiem, i oto cały smak dzieciństwa na talerzu. Byłaś szalona; chyba wdałam się w Ciebie…

Siedzę przy kuchennym stole i widzę przed sobą wafelki kakaowe i gorącą czekoladę z torebki. Tyle mi zostało z maminych wypieków.  Ale nic to, uśmiecham się. Mam świetne, pełne życie – wzloty i upadki, dużo uśmiechów, i wolność. Jestem wolna. To lubię.

Gdy się urodziłam, Minia, jak ją nazywałam, miała zaledwie osiemnaście lat. Mimo tak młodego wieku, wbrew pozorom, nic nigdy nie było dla niej ważniejsze niż ja. Nie chadzała na imprezy, natomiast często bywali u nas goście: Krysia, Róża i Jagna.

Ojca nie znałam, ale babiniec w pełni zastępował jego obecność. Dorastałam wśród kobiet.

Na drzwiach naszego domu wisiała drewniana tabliczka, pamiętam ją do dziś. Miała kształt i wielkość koperty, brzegi pełne wystających drzazg, a namalowane kwiaty oplatały ją jak ramka. Była śliczna. Za każdym razem, gdy wchodziłam do domu, czytałam: „Pamiętaj, by zawsze iść przez życie z podniesioną głową, ale nigdy z zadartym nosem”.

Pewnego razu Minia zawołała mnie do ogrodu, gdzie siedziała na huśtawce i czytała książkę o kwiatach. Nieśmiało podeszłam, a ona kazała mi usiąść koło siebie i uważnie posłuchać. Była spokojna, jej głos brzmiał jak najpiękniejsza kołysanka. Kolorowa spódnica podrygiwała w rytm wiatru. Różowe włosy związała w dwa warkocze.

Złapała mnie za dłoń, spojrzała głęboko w oczy i powiedziała:

– Kochanie, opowiem ci bajkę. W ciemnym lesie żyła niegdyś piękna królewna, lecz pełna niepokoju. Bała się złej wiedźmy, która wiele lat temu zagroziła, że dziewczyna umrze, gdy tylko poczuje się w pełni szczęśliwa. Toteż królewna płakała każdego wieczoru, mając świadomość, że nigdy nie będzie jej dane śmiać się głośno i wpaść w zachwyt. Nie dla niej radość z małych chwil i zakochanie. Nie pozwalała sobie na odczuwanie przyjemności, bo to doprowadziłoby ją do zguby. Tłumiła każdy uśmiech i uniesienie serca. Z każdym dniem gasła, a mimo to – musiała marudzić, by tylko nie okazać zadowolenia. Tak mijały jej lata… Była już starą panną, która nie umiała żyć bez narzekania. Pewnego dnia udała się na spacer. Było ciepłe wiosenne popołudnie, promienie słońca nieśmiało wychylały zza pąków i liści. Królewna przystanęła na moment przy potoku i patrząc na wodę, zamyśliła się. Nagle w lesie rozległ się głośny śmiech, zwielokrotniony echem. Wiedziała, że nie powinna, a jednak poszła w kierunku, z którego dochodził. Dotarła na polanę. Kwitły rumianki. Śmiech w dalszym ciągu rozbrzmiewał, lecz wokoło nikogo nie było. Nagle tuż przy swoim uchu usłyszała delikatny szept: „Życie bez szczęścia niewiele znaczy. Nawet jeśli uśmiech karany jest śmiercią, warto go przywdziać, pomimo bardzo wysokiej ceny. Pamiętaj, że odejdziesz wówczas z poczuciem sensu i spełnienia”. Królewna nie wiedziała, czy to sen, czy jawa. Jednak po raz pierwszy – po latach – zaczęła głośno się śmiać. I śmiała się tak, i śmiała. I nie umarła, bo jeszcze nikt nie umarł z powodu odczuwania radości – mówiąc te słowa, Minia miała łzy w oczach. – Córeczko, nigdy nie pozwól sobie wmówić, że nie wolno ci być szczęśliwą. Właśnie ty jesteś warta szczęścia. A teraz, obiecaj mi coś.

– Co tylko chcesz, mamo!

– Nigdy nie daj się ściągnąć w dół i zawsze wierz w siebie.

– Obiecuję! Ale, mamusiu, dlaczego mówisz o tym właśnie teraz?

– Chodź, upiekę ciasto czekoladowe…

Minia odeszła parę tygodni później. Miałam wówczas tyle lat, co ona, gdy ja przyszłam na świat. Dopiero wchodziłam w dorosłość. Mama miała być przy mnie, miała mi pomagać i mówić, co mam robić! Tak to sobie wyobrażałam; tak jest w życiu każdej młodej dziewczyny! A ona nagle… zniknęła. A ja musiałam sobie radzić sama.

Nie wiedziałam, co robić, ani dokąd iść. Zdawało mi się, że nie ma nikogo, kto by mnie zrozumiał. W poszukiwaniu bliskości i bezpieczeństwa przychodziłam do różnych klubów i wychodziłam z nich z nowo poznanymi mężczyznami. W tych złudnych chwilach – otoczona ciepłymi męskimi ramionami – znowu czułam się kochana i niesamotna. Tak mijały długie tygodnie.

Aż pewnego dnia, kiedy wróciłam do domu, moim oczom ukazał się niecodzienny widok. W korytarzu stało osiem walizek, na wieszaku wisiały trzy płaszcze: jeden czarny, drugi w kwiaty i trzeci – był w zasadzie kurtką puchową.

Z kuchni dobiegały wesołe odgłosy krzątaniny: pobrzękiwania szkieł, trzaskanie garnków i zabawne przekomarzania. Znieruchomiałam… Od śmierci Minii nikt nas nie odwiedzał. Mnie – nikt nie odwiedzał… Myślałam, że mam zwidy – poprzedniej nocy zażyłam jakąś tabletkę i może to był jej skutek… Planowałam ominąć kuchnię i iść spać, lecz nie było mi to pisane, bowiem z kuchni wypadła trójka kobiet. Jedna – cała ubrana na czarno. Wąskie skórzane spodnie, obcisły golf i wielki srebrny wisior na piersi. Z lampką czerwonego wina w dłoni, którego kolor idealnie współgrał z burgundem jej ust. Odgarnęła ciemną grzywkę z oczu i uśmiechnęła się szeroko. To była Jagna.

Obok Jagny stanęła niziutka i, nie najmłodsza już, Krysia. Miała długą spódnicę w kratę i szal zarzucony na ramiona. Nie piła wina – dzierżyła kubek kakao. Siwe włosy upięła w kok, a stojąc w drzwiach, mierzyła mnie – od stóp do głów – przenikliwym wzrokiem.

Ostatnia pojawiła się Róża. W krótkiej sukience i grubym swetrze. Jej nogi pokryte były tatuażami, a splecione palce spoczywały na okrągłym brzuchu przypominającym balon.

– Dziecko, co ty masz na sobie? – Krysia nie lubiła przebierać w słowach.

– Uspokój się – Jagna spojrzała karcąco na przyjaciółkę, po czym zwróciła się do mnie. – Chodź, mała, pomogę ci się przebrać. A ty, Różo, zabierz Krysię do kuchni i nakryjcie do stołu.

Jagna chwyciła mnie za dłoń i zaprowadziła do łazienki. Tam kazała wejść do wanny, umyła mi plecy, delikatnie rozmasowała stopy. Podała mi spodnie i sweter, po czym wzięła za rękę.

– I co, maleńka, nie jest ci dobrze? Podobno ostatnimi czasy często bywasz w klubach. Może i cię to bawi, wiem, że każdy przeżywa żałobę po swojemu, ale, mała, nie tędy droga. Postanowiłyśmy zająć sypialnię Minii i męczyć cię swoją obecnością przez parę tygodni.

– Ale mi jest dobrze! Żyję sama, mam zajęte wieczory, nie myślę…

– To zacznij. Zacznij myśleć. Żyć zacznij po ludzku. A teraz idź do pokoju i przynieś mi woreczek, który kupiłaś wczoraj od brodacza na dworcu; tę fiolkę z lekami.

To, co wydarzyło się chwilę później, zdziwiło mnie samą. Nie wiem, czy to moje zaskoczenie jej prośbą i tym, że wie, czy też przeczucie, że niedługo upadnę i być może już nigdy się nie podniosę… Ale poszłam do pokoju i po chwili wróciłam z woreczkiem, i z fiolką.

– Pomocy – powiedziałam…

– Obiad! – rozległ się krzyk Róży.

Usiadłyśmy w kuchni przy stole. Każda nałożyła sobie ziemniaczaną zapiekankę, sałatkę i kaszę. Róża, jedząc paprykę polaną miodem, spojrzała na mnie i powiedziała:

– Ostatnio rozmawiałam z twoją mamą, wiesz, Młoda? I kazała nam postawić cię na nogi. Nie rób takiej miny. Często się z nią widuję. Wiesz, była parę lat starsza ode mnie i zawsze ją podziwiałam. Za odwagę i siłę. Wychowywałyśmy się na tym samym podwórku, razem lepiłyśmy babki z piasku i grałyśmy w klasy. Gdy przyszłaś na świat, kończyłam podstawówkę. Pewnie tego nie pamiętasz, ale gdy byłaś malutka, mieszkałam z wami. Nigdy nie mówiłam o tym głośno, jedynie ona wiedziała: wiesz, wychowywałam się tylko z ojcem. Pił. Gdy byłam mała, często bywała u nas jego matka i uspokajała go, gdy wieczorami wracał, zataczając się. Niestety, później babcia musiała zająć się dziadkiem i przestała się pojawiać. A tata… potrzebował kobiety. Tylko ja byłam w pobliżu. Wiesz, jak to jest, gdy stoi nad tobą dorosły mężczyzna, ty masz dziesięć lat, a on jest silny i zły? Albo leży na tobie, a ty nie możesz się ruszyć. Czujesz, jak jego dłoń wypala twoją skórę w miejscu, gdzie styka się ona z brzuchem. Później nie czujesz już nic. Obserwujesz sytuację jakby spod sufitu. Lewitujesz. Myślami odpływasz do miejsc, w których nigdy nie byłaś, lecz bardzo chcesz je zobaczyć. Udajesz, że cię nie ma. Zamykasz oczy i przekonujesz samą siebie, że nie boli, że nie jesteś upokorzona i nadal lubisz siebie. Ale to nieprawda. Nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Jest ci wstyd, jesteś brudna, nic nie znaczysz – mówiąc te słowa, Róża miała kamienną twarz. – Aż któregoś dnia spotykasz swoją koleżankę z bloku obok. Prowadzi wózek. Nie widziałaś jej dobry rok, nagle tak jakoś zniknęła. Ona także cię zauważa. „Róża, kochanie!” – woła, a ty wybuchasz płaczem. Tulisz się do niej mocno. Jeszcze tego samego dnia pakujesz jedną torbę, zostawiasz list i odchodzisz. Młoda, mój ojciec nigdy się nie odezwał. A twoja mama uratowała mi życie. Dziś zbliżam się do trzydziestki. Jestem w ciąży. Przez prawie dekadę nie umiałam nawiązać relacji z mężczyznami. Do momentu, gdy nie usiadłam pewnego dnia i nie napisałam długiego listu, listu do samej siebie. Pisałam, że kocham siebie i jestem warta miłości. Że to nie była moja wina. Że w życiu niekiedy musi spotkać nas coś złego, byśmy mogli na nowo się narodzić. Że nie można latami żyć przeszłością i tkwić w lęku, i tęsknocie. Pisałam całą noc. Zakleiłam kopertę i wrzuciłam do ognia. Potem poznałam Lucjana. I…wyszłam za mąż. Czekam na moje bliźniaki i wiem, że nigdy nie pozwolę, by ktokolwiek je skrzywdził. Patrzyłam, jak dorastasz. Widzę, jak dziś wpadasz w otchłań. Ale, Młoda, nie pozwolę ci zginąć. Bo można żyć dobrze. Można być szczęśliwym.

– Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego zawsze piję kakao, gdy inni nie stronią od alkoholu? Widzisz, dziecko, to wcale nie tak, że nie lubię – Krysia rozpoczęła swą opowieść. – Mam pięćdziesiąt lat i przez dwadzieścia pięć nie wylewałam za kołnierz. Jestem alkoholiczką. Nie mam dzieci ani rodziny. Trzy apteki, które prowadziłam, przejęła konkurencja. Zaczęło się niewinnie – na studiach medycznych, by zrelaksować się po sesji. Później także po każdym tygodniu intensywnej nauki. Po każdym pracowitym dniu. Cudem zaliczyłam ostatni semestr. Ale już nie udało mi się otworzyć własnej praktyki. Do tego potrzeba czystego umysłu i wzmożonego wysiłku, którego nie umiałam z siebie wykrzesać. Lecz nie chciałam zniknąć, miałam wielu znajomych, lubiłam zabawę i swoje życie. Skoro nie mogłam prowadzić własnej praktyki, wzięłam pożyczkę i założyłam aptekę. W tym czasie piłam mniej, pracowałam więcej. Biegałam od urzędu do urzędu. I po dwóch latach miałam już trzy apteki. Poczułam, że mogę wszystko. I w nagrodę – kupiłam sobie butelkę najdroższej whisky. Udawało mi się przez dziesięć lat: pić i żyć. A później już tylko piłam. Alkohol zabrał mi wszystko: przyjaciół, pracę, pieniądze, szczęście. Nie miałam nic. Wylądowałam w ośrodku, chyba sama się zapisałam, nie pamiętam. Tam poznałam twoją mamę. Miała w sobie coś takiego… Pomogła mi wygrać. Dwa razy wiozła na odwyk. Raz uratowała po próbie samobójczej. Zapisała na terapię i za każdym razem czekała pod drzwiami, bo wiedziała, że inaczej zwieję. Od pięciu lat nie piję. Jest ciężko, szczególnie gdy ta tu obecna – lata z kieliszkiem wina. Ale nauczyłam się walczyć z demonami. Bo warto. Warto jest prawdziwe żyć, a nie uciekać w świat wytworzony przez używki, oddalające nas od świadomości. Dziś pomagam innym, pracuję w ośrodku. I widzę, dziecko, że jesteś na równi pochyłej. A ja nie pozwolę ci popełnić mojego błędu. Bierz się w garść i stawaj na równe nogi, póki nie jest za późno!

Historię Jagny znałam. Prezes agencji modelek miała za sobą dwa roczne pobyty w zakładzie zamkniętym dla anorektyczek. Ją także wspierała mama. Były siostrami. Jagna – dziesięć lat starsza – po moich narodzinach pomagała Minii usamodzielnić się. Niestety nie do końca pożegnała się z przeszłością – kilkudniowe głodówki to dla niej największa przyjemność. Była uzależniona od ssania w żołądku. Mawiała, że piękno i sukces to wyniki perfekcjonizmu. Była pracoholiczką, ale po latach nauczyła się także odpoczywać. Niekiedy wyjeżdżała do SPA, gdzie godzinami polegiwała w jacuzzi.

Ten dzień był dla mnie przełomem. Słuchając historii tych kobiet, uświadomiłam sobie, że ja nie chcę na własne życzenie spadać w przepaść. Musiałam iść dalej, sprawić, by Minia mogła być ze mnie dumna. Przecież wychowywała mnie na dzielną, pewną siebie dziewczynę. Dziewczynę pełną marzeń, pełną planów do zrealizowania…

Posiłek dobiegł końca, na deser zjadłyśmy sernik, a po deserze postanowiłam nigdy się nie poddawać. Zawsze iść do przodu i każdego dnia rano dziękować za to, że żyję i jestem zdrowa. Bo kto wie: może mogło mnie już tu nie być? Jestem wdzięczna, bo mam za co.

Krótko po tym spotkaniu z przyjaciółkami ufarbowałam włosy na różowo i wyjechałam do Indii. Spędziłam tam dziesięć lat, uczyłam angielskiego. Przez ten czas nauczyłam się, że wszystko się zmienia. Stałam się dorosłą kobietą. Wiem, że w życiu należy dokonywać dobrych wyborów. A dobry wybór, to wcale niekoniecznie ten najbardziej chłodny, oczywisty. To serce przeważnie mądrzejsze jest od głowy…

Poznani mężczyźni dali mi siłę i pewność siebie, które odbijały się w ich oczach. Lecz zrozumiałam, że nie da się znaleźć miłości dopóty, dopóki sam człowiek jej sobie nie okaże. Od śmierci Minii nauczyłam się także jeszcze jednej, bardzo ważnej, rzeczy. By nie rozczulać się nad sobą i stale iść do przodu, mimo tępego bólu w klatce piersiowej. To pamiątka, która przypomina o beztrosce i dobrych chwilach. Dziś kreuję te dobre chwile sama. Ale bez pomocy moich kobiet, nigdy by się to nie wydarzyło.

A dzisiejszego wieczoru siedzę przy kuchennym stole i widzę przed sobą wafelki kakaowe i gorącą czekoladę z torebki. Staram się żyć w pełni, bo nie chcę być jak królewna, nie chcę narzekać latami i złorzeczyć tym, którym się udało. Ja chcę żyć. Bo mogę.

I dlatego piszę dziś do Ciebie, Miniu, list. Możesz być ze mnie dumna. Nie wystraszyłam się szczęścia.

Zosia Lenczewska-Samotyj

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *