Buddyzm: Życie Samsarą się toczy

Buddyzm Życie Samsarą się toczy 4

Coraz więcej ludzi interesuje się buddyzmem. Wielu nie chce nazywać go religią z uwagi na brak teocentrycznego charakteru. Częściej określany mianem systemu moralno-etycznego lub po prostu duchowego czy poglądowego – tak czy inaczej, we współczesnej rzeczywistości zyskuje coraz więcej sympatyków, zwolenników albo wyznawców.

Co jednak pociąga ludzi w buddyzmie najbardziej? Dlaczego miałby być bardziej kuszący w swych perspektywach pobierania i zgłębiania nauk – od religii chrześcijańskiej na przykład?

Odpowiedziami, które nasuwają się na myśl jako pierwsze, są: brak dogmatów i brak czczenia Boga rozumianego jako Stwórcę.

Buddyzm uczy, że każdy człowiek jest nośnikiem tej samej – a więc obiektywnej, absolutnej – prawdy, zaś przejawów boskości możemy spodziewać się w działaniach wszelkich istot żywych. Wszystkie bowiem istoty, budujące doczesny świat, składające się na niego i kreujące go – są jakoby cząstkami samego Boga, czy też Jego emanacjami. Wychodząc z tego założenia, rzeczywiście trudno byłoby ufać w Boga będącego personą i oddawać mu oczywistą cześć. Wychodząc z tego założenia, rzeczywiście rugujemy też dogmaty, skoro droga do Oświecenia prowadzi przez wnikliwe i suwerenne, aktywne studiowanie siebie samego – swojego wnętrza, w którym z natury rzeczy kryje się prawda i wiedza.

Gdyby Bóg zresztą był personą, byłoby to jednoznaczne z przyjęciem, iż jest bytem osobowym, odłączonym od reszty świata i wszechświata, niezależnym i zamkniętym. A jest to wykluczone przy pierwotnym założeniu, iż wszyscy stanowimy pewien nośnik Boga – wszyscy jesteśmy częściami jednego świata, wszyscy jesteśmy nośnikami pokrewnych energii, składających się na jedność.

Buddyzm prowadzi nas drogą środka – a innymi słowy, niweluje dualizm świata, tworzenie przez człowieczą świadomość sztucznych, bo niewłaściwych, nieprawdziwych podziałów, granic, kategorii.

Buddyzm uczy odkłaniania własnych myśli od wszelkich przywiązań, oczekiwań i złudnych pragnień – poprzez szersze, głębsze, cierpliwsze wejrzenie we własną istotę. Ta istota ponoć nie jest oddzielona ani od Boga, ani od doczesnego świata, gdyż wszyscy składamy się na jedność.

Refleksje o przestrzeniach życiowych budujących jedną rzeczywistość, wspólną dla nas wszystkich – zwrócenie swojego umysłu w stronę jedności – otwiera nas na rozumienie doczesnej wędrówki jako ciągu przyczynowo-skutkowego.

Wszystkie konteksty, które składają się na żywot danego człowieka, są wypadkową swoistych przyczyn i skutków. To, kim jestem, zależy od tego, kim byłem. Od tego, kim byłem i jestem – zależy, kim się stanę, kim mogę być.

Buddyzm zakłada tu i ufa w dosłowną, szeroko pojmowaną wędrówkę, która w swoim namacalnym, materialnym obrazie jest wynikiem czy też ilustracją – osobistych przyczyn i skutków.

Mówiąc o dosłownej i zarazem szerokiej wędrówce – mowa o motywie inkarnacji.

O ile chrześcijaństwo prowadzi nas przez swe nauki do ostatecznej mety tuż po śmierci, gdzie po przekroczeniu pojedynczego progu ziemskiego żywota, celem naszego jestestwa jest dostanie się do nieba i tam osiągnięcie wiecznego życia i spokoju – o tyle buddyzm nie uznaje analogicznego kategoryzowania istoty życia i ziemskiej tułaczki.

Inaczej mówiąc, pobierając nauki Buddy, nigdzie nie usłyszymy o ostatecznym, docelowym i wiecznym niebie, tak samo zresztą jak o piekle.

Buddyzm wyróżnia sporo piekieł – są bowiem piekła gorące, są i zimne – lecz żadne z nich nie jest kresem możliwości człowieczej wędrówki, tułaczki.

Pobyt w piekłach jest ograniczony określonymi, zamkniętymi interwałami czasowymi – tak samo jak pobyt w niebie. Te pobyty – identycznie jak pobyt na ziemi – są wyłącznie efektem naszych uczynków karmicznych, tego, kim byliśmy, czego dokonaliśmy, wedle jakich zasad postępowaliśmy. To w wyniku naszych osobistych przyczyn – kształtujemy kolejny nasz żywot, i wciąż odradzamy się w następnym, nowym łuku na kole Samsary, gdzie poprzez balans między radością a zadowoleniem z życia a możliwością doznawania cierpienia, stale dążymy do osiągania wyższego duchowego rozwoju i poznania Prawdy, dostąpienia Oświecenia, aż w końcu poczucia pełnego szczęścia, spokoju i doskonałości, rozumianej tu jako miłość i niesiecie pomocy, miłości i prawdy wszystkim potrzebującym, sytuującym się we wcześniejszych (niższych) etapach takiej samej wędrówki, tułaczki, jak nasza własna – wcześniejsza.

W obliczu powyższego nie dziwi, że coraz większe gro ludzi interesuje się buddyzmem. Buddyzm zdaje się bowiem rysować przed nami ciekawsze i bardziej miękkie perspektywy. Bardziej miękkie, bo sprzyjające błądzącej i niedoskonałej naturze ludzkiej. Wielką nadzieją napawa też postulat, że nie sposób trafić do piekła, gdzie cierpi się wieczne potępienie.

Tym samym jednak warto nie zapominać, że i w buddyjskim niebie nie zaznamy błogiej wieczności i nie do w ten sposób rozumianego oświecenia winna prowadzić nas nasza wędrówka.

Zawsze możemy spaść na poprzedni lub jeszcze poprzedni poziom – odrodzić się w niższym stadium na samsarycznym kole. Nasz pobyt w niebie jest tak samo ograniczony czasowo, co pobyt w piekle, a istoty, które się do nieba dostały – są narażone na niemożność dalszego duchowego rozwoju, który jest niepodważalną esencją ufania w nauki buddyjskie. A są narażone na niemożność rozwoju, ponieważ to cierpienie kształtuje nasz rozwój, nie zaś błogostan i jednostajne, niezmienne poczucie bezpieczeństwa i wygody.

Kiedy uzmysłowimy sobie, że droga sama w sobie jest szczęściem i celem, to zrozumiemy również, że sensem życia winna być nie ostateczna, finalna nagroda, a wędrówka właśnie – włącznie z głęboką, niezbędną potrzebą doświadczania również cierpienia, którego główne siedlisko mieści się tutaj: w doczesności, na ziemi.

Kiedy uświadomimy sobie powyższe – wówczas buddyzm, jawiący się dotychczas w wyobraźni potencjalnie zainteresowanych lub po prostu ignorantów jako cudownie czysty, prostolinijny i dziecięco wręcz szczery zbiór prawideł opartych na szerokich wyborach osobistych, prywatnej interpretacji oraz wolności – może nie wydawać się już tak kuszący, intrygujący i miękki.

Dopiero przy uświadomieniu sobie, czym jest Samsara i jak wiele w dalszych perspektywach duchowych zależy od nas samych – następuje prawdziwa, rzetelna refleksja nad sensem życia i tego, do czego rzeczywiście dążymy.

Inaczej mówiąc: największym ograniczeniem nas samych – jesteśmy my sami. Im większy wybór, im więcej możliwości doświadczania echa samego siebie, odradzania się i doznawania kolejnych cierpień – tym mniejsza ochota na, samą w sobie, wędrówkę.

Bo w starciu ze zgłębieniem nauk Buddy, w zderzeniu ze świadomością, ile pracy i czasu może pochłonąć nasze odrobienie wszystkich lekcji karmicznych (nim wyzwolimy się z Samsary, osiągając byt na wyższym stadium rozwoju) – chrześcijaństwo rysuje wręcz słodką wizję pójścia na skróty, mimo iż kościół katolicki straszy złym, surowym bogiem i bezwzględnym piekłem.

Pominąwszy aspekty polityki kościelnej-katolickiej – jeśli wziąć pod rozwagę same dogmy i założenia religii chrześcijańskiej, to summa summarum niezależnie od tego, jak bardzo będziemy grzeszni i podli, ostatecznie i tak możemy „od razu” (po przebrnięciu tylko przez jeden jedyny żywot) dostać się do nieba i tam, w błogości, spędzić wieczność. Wszak miłosierdzie chrześcijańskiego boga w zasadzie jest nieograniczone i istnieją bibliści, którzy w Piśmie Świętym dopatrują się opcji odkupienia, zbawienia nawet i dla Szatana – cóż więc dopiero zwykły, banalny, przeciętny grzesznik, jak my (ja albo ty)?

W tej wizji zawężonego jednostkowego wyboru, polegającego na niemożności szerszego decydowania o swoim przyszłym losie, co ma miejsce w religii chrześcijańskiej – okazuje się paradoksalnie, że wybór, w co wierzyć i jak postępować, jawi się tutaj jednak jako więcej plastyczny i „opłacalny”.

Zupełnie inną perspektywę opisuje buddyzm, według którego to sam człowiek – może skazać się na piekło lub na niebo, lecz owo skazanie i tak nie będzie żadną ostatecznością, żadną metą.

Perspektywa niewysłowienie dalekiej, wyczerpującej, długiej wędrówki – wielu zainteresowanych buddyzmem może jedynie zrazić.

I bardzo dobrze, gdyż nauki Buddy winny służyć prawdziwie łaknącym duchowej głębi i rozwoju, nie zaś tym, którzy w erze łatwo dostępnej informacji – nieomal na oślep lgną tam, gdzie idea jest barwa, przednia i cool.

Zanim zaczniemy bawić się w bycie cool, lepiej poczytać coś trudniejszego od Wikipedii i poważnie zastanowić się nad sobą oraz tym, co szczerze pragniemy uznać za własne.

Dlatego na koniec powyższych rozważań – pragnę pozostawić Was z myślą, że buddyzm nie jest cool, jak i nie jest pseudo religią dla naiwnych. To potężny, ważny kodeks kulturowy oraz wyznaniowy, który powierzchownie interpretowany przez ludzi pędzących za trendem – może wyrządzić im krzywdę. Takim ludziom poleca się chodzenie na skróty – poprzez katolickie ścieżki, usłane dogmatami, próżnymi i pustymi jak skorupka po jajku. Takim ludziom poleca się jednakowoż i lękanie się boga, który jest surowym, groźnym starcem z siwą, długą brodą.

Rebeca Serri

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *