Bunt książki

Papierowa książka umiera, zbliża się do nas rewolucja w dziedzinie literatury – i ta rewolucja ubrana jest w „siedmiomilowe buty”.

Papierowa książka umiera, ale nie ma co rozpaczać, wypada natomiast się zastanowić. Śmierć nie musi być końcem ostatecznym, równie dobrze może być drzwiami do nowego, do innej jakości. Śmierć papierowej książki nie powinna być powodem do lamentu i żałoby. Powinna być atraktorem, który przyspieszy myśli i sprowokuje do reakcji, do wyrażenia własnej opinii.

Papierowa książka umiera. Odchodzi ze starego świata i zwalnia miejsce. Z cienia po papierowej książce wyłania się luka, która nie powinna być utożsamiona ze stratą – to jest miejsce na nową formę literacką.

Papierowa książka odchodzi, jej pozycja słabnie, spada, gubi się, zaciera. Zestarzała się i musi odejść – takie jest nieuchronne, nieodwracalne prawo natury. W zamian kwitną ebooki, dziennikarstwo obywatelskie, różne serwisy w sieci oferujące czytelnikom treści również literackie, bądź publicystyczne, w każdym razie teksty gotowe do czytania, nie tylko do powierzchownego prześlizgiwania się wzrokiem po tytułach, nagłówkach i, wyboldowanych specjalnie dla półślepych idiotów, skrótosłowiach.

Przypomnijmy najpierw czym jest, a czym nie jest – czytanie.

Czytanie nie jest umiejętnością wpojoną siedmiolatkowi polegającą na łączeniu w umyśle literek w wyrazy, wyrazów w zdania, a zdań w akapity. Oczywiście umiejętność ta stoi u fundamentu nauki czytania, czyli poznawania języka w formie pisemnej. Ale to tylko maleńki wierzchołek dużo większej góry. Czytanie, to umiejętność przyswajania treści wskutek wchłonięcia jej przez oczy – funkcja przeżycia tego, o czym mówią, napisane przez kogoś a przeczytane przez nas, słowa. Funkcja odebrania znaczenia słów i samodzielnego ich zinterpretowania, wydobycia z nich albo pod ich wpływem swoich konkluzji. Właśnie tym jest czytanie. Dziś czytanie określa się „idiokratycznie” mianem „czytania ze zrozumieniem”. We współczesnych polskich szkołach typu liceum ogólnokształcące młodzież ma nawet taki przedmiot – tak się on nazywa, ów przedmiot: Czytanie ze zrozumieniem. Czytanie z natury swej oznacza rozumienie, a przypominanie ludziom, że tak właśnie jest, wzbudza we mnie organiczny wprost strach o przyszłość nie moją osobistą jako pisarza, ale o przyszłość czytelnika. Skoro w polskich szkołach ponadpodstawowych uczy się młodych ludzi „czytania ze zrozumieniem”, nic dziwnego, że wyrastają na debili upatrujących w grafomanii Paulo Coelho ósmy cud świata i literackie objawienie piękna ujętego w prostocie.

Papierowa książka umiera, bo jest obiektywnie za droga, bo ebooki i audiobooki są tańsze – i dobrze. Lecz jednocześnie książka jako specyficzne, piękne zjawisko literackie – zaczyna się również buntować. I nie dlatego, że usiłuje sprzeciwiać się śmierci, tylko przeciwnie: ona chce umrzeć, lecz realia wokół jeszcze jej nie pozwalają, nie chcą puścić jej wolno, w zgodzie z prądem natury.

Śmierć papierowej książki nie powinna być sztucznie wstrzymywana, przede wszystkim z szacunku do Czytelnika, który czyta naprawdę, czyli takiego, który lubi, ceni i kocha literaturę. Taki Czytelnik dobrze rozumie – gdyż nie jest kapuścianym głąbem, toteż nie trzeba mu tłumaczyć tłustymi boldami – że śmierć papierowej książki oznacza w rzeczywistości jej ewolucję: przejście z formy fizycznej, szeleszczącej, twardej, ciężkiej i drogiej, w formę przyjazną, nowoczesną, elektroniczną i tańszą. Na tym właśnie polega obecny bunt książki: ona chce wydostać się z ograniczającej ją przestarzałej formuły i skorzystać z nowoczesnego, bardziej życzliwego sposobu docierania do czytelnika. Niestety nie może tego dokonać tak gładko, jakby mogła, z przyczyny wydawców, którzy tej rewolucji znieść nie mogą, którzy walczą o swoją (nie książki) pozycję i o swoje pieniądze. Oni to właśnie, wydawcy, epatują do społeczeństwa swoją wielkością, to z ich ust słyszymy, że autor właściwie nie może istnieć bez redaktora. Redaktor, a tak naprawdę korektor, który organizuje gotowe dzieło literackie pod kątem anachronicznej poprawności polonistycznej, urasta mylnie w oczach społeczeństwa do rangi onginego marszanda sztuki, który ponosi największe koszty i poświęcenia całej skomplikowanej relacji pisarz-czytelnik. A to zwyczajnie nieprawda. Rolą pisarza, artysty, jest łamać język, jest nie być polonistą, jest szukać nowych walorów języka poprzez „okaleczanie”, a czasami nawet „gwałcenie”, tej językowej tkanki, która w świetle polonistycznym została uznana za słuszną, za prawidłową. Redaktor zaś (czytaj: korektor) próby te niweluje – prostuje, cofa, upraszcza, ruguje, wykorzenia. Żeby było jaśniej i czytelniej. Żeby książka lepiej się sprzedała. Żeby przeczytało jak najwięcej debili, a nie Czytelników. Bo bardzo trudno jest się zgodzić na to, żeby iść z prądem życia, natury, czasu – znacznie wygodniej jest grzać zmęczone kości i kwadratowe cztery litery na starych śmieciach, trzymać się ciepłej posady i łapczywie łykać swoje przebrzmiałe granty.

W ten oto sposób władcy dusz naszych, bezduszni wydawcy, trzymają w mackach swoich papierową książkę, żłopią bez hamulców ni krztyny godności krew książki jak wampiry, nie dają jej odejść. A powinni. Bo taka jest kolej rzeczy. Przez nich to właśnie i ich chciwość i pretensjonalność w świadomości społecznej funkcjonują bezpłodne już komunały, iż papierowa książka to „taki mały cud o realnym ciężarze w dłoniach”, to „takie dzieło ludzkiej myśli ubrane w śliczną budowlę, taka porcja magii”… Książka jest piękna, bo waży, bo ma dobraną bystro pod kątem marketingu okładkę, bo pachnie drukiem… A ja się pytam: co w środku? Porady dla sprawnych intelektualnie inaczej, pseudo miłosne brednie, na okładkach polukrowane panienki w słomkowych kapelusikach na tle jakże romantycznej scenerii pąsowych wrzosowisk, pluszowe płaczliwe misie nawołujące do przytulenia. Te rzeczy, Drodzy Państwo, winny być wydawane na papierze toaletowym, lub co najwyżej gazetowym, i kosztować parę groszy. Bo taka jest ich zawartość, czyli treść. Bo takie jest ich przeznaczenie: na podpórkę pod nogę od stołu, na „czytadło” do pociągu – bo dobrej książki w podróż się nie zabiera (by mogła się zniszczyć), na zabawkę dla dziecka (bo nie żal), żeby se bazgroliło na marginesach. Zaś rozczulanie się nad zapachem druku, zostawmy może rokowi około 1500., kiedy to Gutenberg postanowił uratować pisarzy przed więzieniem gęsiego pióra i mozolnych rękopisów.

Kiedy pozwolimy papierowej książce szczęśliwie i spokojnie odejść, tak, jak na to zasługuje – kiedy przesiądziemy się na interesujące ebooki i wartościową publicystykę w Internecie, wtedy dopiero papierowa książka objawi nam swoje piękno, powstając jak „Feniks z popiołów”. Wtedy papierowa książka stanie się prawdziwym skarbem i dziełem sztuki – będzie bowiem pełniła rolę białego kruka, wydawanego specjalnie na zamówienie, i w ten sposób przeżyje drugą młodość, trafiając w ręce prawdziwych koneserów i kolekcjonerów literatury, w ręce prawdziwych Czytelników. Wtedy zakłamaną rolę dzisiejszych „redaktorów” przejmą zdolni graficy, którzy zaprojektują oryginalną okładkę, mądrze opracują szatę graficzną, złamią tekst do druku – dobierając odpowiednio szlachetną czcionkę, na koniec wydrukują książkę na zacnym papierze i poślą wprost do Czytelnika, który z zadowoleniem ustawi świeżego białego kruka w swojej domowej biblioteczce. I na tej drodze nie będzie już wówczas wadziła żadna osoba trzecia, która obecnie bada książkę pod kątem gramatycznym z precyzją chirurga, po czym stawia niszczącą diagnozę – zanim szansę będzie miał wypowiedzieć się Czytelnik. A o tym, co autor ma o własnej w ten sposób potraktowanej książce do powiedzenia, już nawet nie wspomnę, bo za bardzo się wstydzę, bo przecież wszyscy wiedzą lepiej ode mnie, co miał na myśli autor.

Ze wstydem,

Justyna Karolak.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Najnowsze badania wskazują, że Gutenberg nie był wynalazcą ruchomej czcionki.

    • justynakarolak

      Dla treści tego artykułu, to obojętne, drogi Zibikendo. Ironia w zdaniu na temat wynalazku druku odnosiła się do zupełnie innej kwestii, niż autor czy nie-autor rzeczonego wynalazku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *