Cake (2014) – O tym, dlaczego życie to nie bułka z masłem

Dramat jako gatunek filmowy może być ujęty jaskrawo i kontrowersyjnie, a może być podany oszczędnie, momentami nawet umownie. Cake (2014) w reżyserii Daniela Barnza zalicza się do tego drugiego sposobu podania, a Jennifer Aniston grająca rolę główną przyjęła na siebie ciężar uformowania estetyki filmu tak, że całość ogląda się z pilną uwagą i zaangażowaną ciekawością. Ten film to bardzo pozytywne zaskoczenie: mogło być mdło i infantylnie, wyszło interesująco, mądrze i świeżo. Uwaga! Recenzja NIE ZAWIERA spojlerów.

Fabuła Cake jest prosta, można by zaryzykować tezę, że wręcz banalna. Ale sposób jej opracowania i przedstawienia skutecznie ratuje treść filmu przed ocenieniem jako banalną. Cake to nienatarczywa, stopniowo wkraplająca się do nas smutna historia kobiety, która wskutek przeżytej traumy zmaga się nie tylko z chronicznym bólem fizycznym, ale i z blokadami oraz bliznami w swym umyśle, czy jeśli kto woli – w duszy. Ta historia mogła okazać się w interpretacji widza typową łzawą tragedią, mogła okazać się wyeksploatowanym przez sztukę już setki razy smętnym pejzażem strat i klęsk, tymczasem okazała się przemyślaną i potraktowaną z dużym wyczuciem technicznym (bardzo dobra praca kamery i odpowiednio zróżnicowane oraz bezusterkowo dobrane światło na planie) i estetycznym wizją niepłaską, ujmującą pewną porcją życiowej prawdy, która nie ciągnie wrażliwości widza w dół, lecz ostatecznie wznosi ją, uszlachetnia.

Narracja Cake opiera się nie na słowach, na dialogach, a bardziej na obrazach (zdjęciach) oraz na skromnych, i poprzez to świetnie oddziałujących na emocje, metaforach. Oglądając Cake, chwilami odnosiłam wrażenie, że film zgęstnieje, że będzie brnął w symbolizm – ale tak się nie stało. I doskonale, że tak się nie stało. Do końca filmu utrzymał się pięknie wyważony balans między właśnie oszczędnością czy umownością obrazu a zachowaniem tego obrazu na poziomie prostolinijności, uczciwości, gładkości, jasności.

Jennifer Aniston spisała się na planie Cake tak wprawnie, że aż zadziwia wyczuciem aktorstwa i filmowej materii. Zasłynęła wszak z lekkich ról komediowo-romantycznych i chociaż w roku 2002 zagrała w dość ciekawym komediodramacie pt. The Good Girl (Życiowe rozterki), w którym po części ujawniła swój potencjał – to jednak był to wówczas jedynie potencjał. Tymczasem w Cake do głosu doszedł autentyczny talent i umiejętności aktorskie Aniston – dojrzałość kobieca i artystyczna, zdolność i wola do zrezygnowania z atrakcyjności fizycznej na rzecz ukazania kobiecości zmęczonej, umorusanej życiem, wycieńczonej, zagubionej, a jednocześnie mimo skłonności depresyjnych, z wyraźnie drzemiącą wolą trwania, wolą stawiania okrutnemu życiu odporu, wolą bycia samodzielną, samowystarczalną…

Cake to zapewne nie arcydzieło, ale jest to film porządnie zrealizowany, potraktowany z pomysłem i oczywiście jak na ten rodzaj kina przystało – wzruszający. Nie jest to dramat ciężki (mimo ogromnego ciężaru cierpienia, którego zaznaje główna bohaterka), nie jest to namolny wyciskacz łez, lecz sprytnie, dość oryginalnie wymyślona i wykonana rzecz skłaniająca do własnych przemyśleń – na przykład na temat relacji gniewu i zdolności, bądź jej braku, do wybaczania. Ciekawie zobrazowano też maski, jakie przywdziewa człowiek po to, aby ukryć przed światem swe autentycznie przeżywane słabości i urazy.

Film kończy się zgrabnie i tak nienachalnie, jak zobrazowana została cała fabuła. Zakończenie jest naprawdę miłą niespodzianką, ładnie wieńczy opowiedzianą w filmie historię. Będziemy tym finałem szczerze usatysfakcjonowani, bo choć jest to prosty finał – nieprzestylizowany, nieprzeładowany, a wręcz punktowy – to jednak bardzo trudno byłoby go przewidzieć, wpaść na myśl, że historia może się zakończyć właśnie w ten sposób…

Trudno mi powiedzieć, na ile Cake może przypaść do gustu męskiej widowni. Mimo że na ogół nie lubię dzielić kina na „męskie” i „kobiece”, w tym wypadku intuicja filmożercy podpowiada mi, że Cake bliższy będzie kobietom. Dlatego, że zawiera się w nim pewien ładunek specyficznej tkliwości, która mężczyznom może momentami zdawać się męcząca czy nużąca. Nie odradzam jednak męskiemu widzowi tej lektury filmowej, bo może akurat przyjrzenie się naturze i osobowości kobiecej z tej strony, z jakiej opisuje nam ją Cake, będzie dla męskiego widza ciekawym „materiałem badawczym”. Trzeba niemniej być przygotowanym na to, że większość filmu rozgrywa się w kobiecym świecie, w którym sylwetki męskie zostały nieco zmarginalizowane – akcentuję, że nie pominięte, a właśnie zmarginalizowane. Osobiście odebrałam z tego pola mały niedosyt – wydaje mi się, że bardziej rozbudowane portrety męskich bohaterów dodałyby filmowi głębi. Z drugiej strony – może wtedy zgubiłaby się owa prostolinijność przekazu, która czyni ten film ujmującym?…

Cóż, twórcy dokonali własnych wyborów, a nam pozostaje się do nich po swojemu odnieść. Na pewno powstał kawałek solidnego, ciekawego kina, a Aniston należą się potężne gratulacje. Szczerze powiedziawszy, skoro Jennifer Lawrence nagrodzono Oskarem za rolę w znacznie płytszym i mniej wymagającym Pamiętniku pozytywnego myślenia, osobiście dziwię się, że Aniston za rolę w Cake nawet nie nominowano do tej nagrody. To naprawdę dobrze napisana (brawo dla Patricka Tobina za scenariusz) i znakomicie zagrana rola, która zasługuje na docenienie. Swego czasu Meg Ryan – podobnie do Aniston – zaszufladkowana jako urocza aktorka specjalizująca się w rolach w, często miałkich, komediach romantycznych, podjęła usilną próbę wydostania się z tej szuflady i zagrała w Tatuażu Jane Campion (o filmie Tatuaż i roli Ryan szczegółowo pisałam w tej recenzji: http://tosterpandory.pl/fortepian-i-tatuaz-rzecz-o-dwoch-filmach-jane-campion/). Jednak ta próba w wydaniu Ryan kompletnie się nie powiodła i mimo nieomal heroicznych wysiłków Ryan, by skutecznie wyjść z przypisanej jej szuflady – nie sprostała ona zadaniu udźwignięcia na swoich aktorskich barkach ciężaru dramatu, jej warsztat okazał się niewystarczający. Ten problem całkiem przeciwnie rozwiązała Aniston: nie tylko odnalazła się w wymagającej roli dramatycznej, nie tylko świetnie wkleiła się w historię opowiedzianą w Cake, lecz przede wszystkim zbudowała swoją rolą filar, na którym opiera się cały artystyczny wymiar tego przedsięwzięcia filmowego. Oglądając Cake, zapomina się, że to Aniston – że to Rachel z Przyjaciół. W tym wypadku wydostanie się z szuflady serialowej i komediowo-romantycznej trzeba odnotować jako osobisty sukces Aniston.

Muszę też przyznać, że bardzo podoba mi się tytuł tego filmu: jest przekorny i świetnie oddaje sens dramatu, który nam opowiada. Mam wrażenie, że z powiedzenia „peace of cake” („bułka z masłem”) – zadziornie usunięto ów „kawałek”, „fragment”, to coś obecne w życiu, co za pomocą porzekadła lubimy określać jako „łatwiznę”… Ale nie chcę pchać się głębiej w interpretację tytułu, aby nie spojlerować.

Ze swej strony pozostaje mi uczciwie zachęcić widzów do obejrzenia filmu Cake. Dobry, normalny czy zwykły film – po prostu o życiu, potrafi poruszyć i pchnąć głowę w kierunku dosadnych refleksji, potrafi również uśmierzyć czy przesłonić troski własnej egzystencji, ponieważ umiejętnie pozwala na chwilę „wejść w cudzą skórę”. Ten film zasługuje na uwagę, na przemyślenie, bo sprawnie dotyka właściwie istoty życia, a nie tylko prześlizguje się po jej powierzchni. Dodam też, że kilka drobnych akcentów humorystycznych efektywnie ratuje Cake przed popadnięciem w ponurość, w nieznośnie gorzkie napięcie. Zdecydowanie nie jest to tego typu dramat, po którym samemu chciałoby się aż prawie że umrzeć. Cake jest inny – niewymuszony i nieprzeciążony, natomiast ubrany w łagodną narrację, szczęśliwie jest także wolny od kwaśnego tonu dydaktycznego. A o tym, co de facto przytrafiło się głównej bohaterce – o tym, dlaczego tak cierpi – dowiadujemy się z postępujących kolejnych odsłon fabuły, nie zaś ze wstępu i nie ze słów, tylko głównie z obrazów, z ujęć, jakby z fragmentów pomału składających się na całość różnokolorowych szkieł w kalejdoskopie. Ważne jest też to, że po seansie Cake człowiek czuje się podbudowany, pełny nadziei – a nie osłabiony, nie zasmucony, nie przytłoczony. To dobry film na jesienny deszczowy wieczór – dobry do kubka kakao albo do grzanego piwa z sokiem. Wzruszy i załagodzi podły nastrój – może sprawić, że poczujemy się lżejsi, silniejsi, gotowi do nowych zadań, które przyniesie nam jutro.

A jeśli widzieliście już Cake i macie zupełnie inną opinię – zapraszam do podzielenia się nią w komentarzach pod artykułem. Tych z Was, którzy kochają filmy i chcą, potrzebują o nich dyskutować – zapraszam również do zapisania się do nowej dyskusyjnej grupy filmowej, którą założyłam na Facebooku:

Sałatka Filmowa – https://www.facebook.com/groups/648014332067076/

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *