Choroba mnie inspiruje – ratunku!

„Kiedy choroba jest częścią twojej duchowej ścieżki, nie uleczy cię żadna interwencja medyczna, tak długo, aż twoja dusza nie zacznie realizować zmian, które choroba ma za zadanie inspirować” – Caroline Myss.

A kiedy choroba nie jest częścią mojej duchowej ścieżki – czy wtedy jestem bezwzględnie stracona? A jeśli nie wierzę w pojęcie „duchowa ścieżka”? A jeśli daleko mi do wiary w Boga, boga albo bożka – jeśli choroba pozostaje w mej percepcji wyłącznie przypadkowym cierpieniem, przez nikogo niezamierzoną i pospolitą dysfunkcją mojego organizmu i ciała? A jeśli nie potrafię, a co więcej – nawet nie chcę! – postrzegać choroby jako zjawiska górnolotnego, uduchowionego i inspirującego, wówczas – co ze mną?…

Kultura Zachodu posługuje się myśleniem przyczynowo-skutkowym. Uważamy, że każde zjawisko posiada swoją przyczynę, a więc musi posiadać także, przypisany doń specjalnie, cel. „Każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, posiada swój adres” oraz „kroczymy w ciemnościach pod tym, co jest zapisane w górze”, rzekł Denis Diderot.

W oświeconej kulturze myślenia zachodniego brakuje miejsca na przypadek. W dodatku współcześnie uwielbiamy w nieomal każdym zjawisku widzieć więcej den lub pięter, niż zaplanował architekt, oraz nie lubimy dopuszczać do świadomości, że cokolwiek mogłoby się zdarzyć w sposób bezsensowny (bezładny, chaotyczny, nieuporządkowany, rozproszony). Czyli nie lubimy brać pod uwagę, że dane zjawisko mogłoby wyniknąć – znikąd, zewsząd.

Nasze myślenie jest proste, by nie rzec: trywialne lub wąskotorowe. Na pewno pozostaje zdecydowanie liniowe, prowadzi nas ono zawsze z namacalnego punktu A do wymiernego punktu B, bo nawet gdy zawile kluczymy myślami po drodze, ta liniowość naszego myślenia, prędzej czy później, na ogół przejmuje bezsporne dowodzenie:

  • Nic nie bierze się z niczego, wszystko zdarza się z określonego powodu oraz zmierza w precyzyjnym celu.
  • Tego celu często nie widać, lecz pozostaje kwestią czasu, byśmy mogli w pełni go doświadczyć.
  • Miarą wszystkiego jest liniowy upływ czasu i zgrzebna, mdła konsekwencja tegoż upływu; przecież wystarczy być cierpliwym i pogodzonym (wybaczanie radykalne), a sens i cel objawią się same, gdy nadejdzie właściwa pora.

A jeśli jednak kroczymy w ciemnościach, a ponad naszymi ciemnościami nie wiszą żadne szlachetne, zmyślne, wzniosłe wersy? To wtedy – co? Jesteśmy straceni?…

W miarę łatwo – a na pewno płynnie, „naturalnie” i sensownie – możemy przydać znaczenia, celowości poważnej chorobie. Kiedy kobieta znajduje guza w piersi i przyjdzie jej zmierzyć się z nader dosadną ścianą być może dosłownego, fizycznego cierpienia, a na pewno cierpienia psychicznego i trudnych wyborów z nim związanych, wtedy – po porzuceniu elementarnego buntu objawiającego się zadawaniem retorycznych pytań, jak np.: „dlaczego ja?”, czy „mam dwoje dzieci, które kocham i które mnie potrzebują – dlaczego one?” – przydanie swojej chorobie dodatkowych warstw znaczeniowych bywa poniekąd naturalne, działa bowiem jak instynktowne koło ratunkowe. Myślimy wówczas: „skoro ten guz przytrafił się właśnie mnie – na pewno tkwi w tym sens i cel. Wystarczy, że zaakceptuję ten fakt (guz w mojej piersi) i zagłębię się w siebie – swój umysł i duszę, a wtedy ciało samo podpowie mi, dlaczego tak, a nie inaczej się stało. Odkryję prawdziwą przyczynę i znajdę cel, do jakiego ta przyczyna bezpośrednio prowadzi, a potem wyjdę z tego cało i wszystko już będzie dobrze”. Nie ma niczego złego w takim modelu myślenia – ponieważ ma ono kształt ratunkowego koła i przypomina niewinne pozytywne afirmacje, które kultywowane codziennie, często przynoszą dobry rezultat w postaci wiary własnej, która dla nas – z czasem staje się prawdą i pomaga zdrowieć. Takie myślenie potrafi zdziałać cuda – potrafi zafunkcjonować niczym magiczne placebo i uleczyć, a przynajmniej tego typu myślenie pozytywne i wiara w jego dalekosiężny sens potrafią wesprzeć medycynę w efektywnej walce o nasze zdrowie i życie.

Tymczasem spróbujcie namówić męża, któremu ukochaną żonę przejechał samochód prowadzony przez pijanego kierowcę, aby ujrzał w tym zdarzeniu sens i cel. Zapytajcie go o sens tego zdarzenia, że jego zdrowa, kochająca i kochana żona – znalazła się pod kołami auta, którego kierowca stracił panowanie nad pojazdem, i pod tymi kołami zginęła. Jaki jest sens tego zdarzenia? I jaki cel mu przyświeca? Do czego ta „choroba” naszego bohatera rzekomo inspiruje?…

Cudownie, gdy ludzie samoistnie – ponieważ tak ukierunkowuje nas instynkt przeżycia oraz wola przetrwania – potrafią dojrzeć w swoich indywidualnych cierpieniach głębsze znaczenie i przekuć następnie to znaczenie w swoiste „spadkobierstwo”, które stanowiło będzie pocieszenie i wsparcie nie tylko dla nich samych, ale także dla innych, przemierzających równolegle z nimi albo tuż za nimi – podobne drogi. Ale wydaje się głosem przesadnie zideologizowanym, by nie powiedzieć – głosem sekty, uczynianie z tego mechanizmu formy credo przewodniego dla mas ludzi, dla większości, dla ogółu, ponieważ dokładnie tak, a nie inaczej, jest i będzie dla wszystkich lepiej, mądrzej, wygodniej, zdrowiej i łaskawiej.

Proszę Państwa, przytoczone we wstępie artykułu słowa wypowiedziała przedstawicielka ruchu New Age, wychowana w rodzinie katolickiej, z tytułem dziennikarskim na koncie oraz teologicznym. W tym akapicie położę nacisk na hasło – New Age. Otóż pani Myss jest pokłosiem czy też jednym z drobnych wielu pączków tego ruchu, który we wszelkich swoich odmianach – od początku poprzez teraz, aż po kres – ubóstwia niesienie na swym grzbiecie idei jedności, z naciskiem na ideę zjednoczenia człowieka ze światem oraz kosmosem. W celu zgłębienia tychże idei cudownego zjednoczenia, każdy ruch i przedstawiciel ruchów typu New Age, poleca szereg działań, począwszy od afirmacji, na malowniczym channelingu kwestię tę zwieńczając. Przekazy od obcych cywilizacji – np.: Kasjopeanie, Ra, Plejadianie – wydają się jedynie skrajnym przykładem ubóstwa intelektualnego przedstawicieli nurtów New Age, ale już umiejętność telepatycznego porozumiewania ze zwierzętami albo nazywanie chorób częścią duszy ludzkiej i obiektywną inspiracją do odbycia wspaniałej ewolucji duchowej, która uczyni nas mocniejszymi, zakrawają na przykrą epidemię naszych czasów, która godzi bezpośrednio w umysłowość ludzką i obraz świata takim, jakim jest – bez przydawania mu religijnych znaczeń i nadprogramowych warstw, jakie rzekomo każdy z nas powinien nauczyć się dostrzegać i rozpoznawać swoim trzecim okiem, które wystarczy przecież po prostu przebudzić, otworzyć.

Ale już porzucając w tym miejscu skrajne postulaty ruchów New Age, zatrzymajmy się na moment w kontekście szczepień i modnej dziś, zwyżkującej ewidentnie, niechęci do szczepień szczególnie dzieci. Owa niechęć również jest pokłosiem New Age, bo dokładnie ten ruch religijny mieli wszelki zdrowy rozsądek, wykarmiając siebie i swoich wyznawców na archetypowych, starych jak świat – ludzkich, zwyczajnych lękach. Nie ma bowiem nic dziwnego w tym, że ludzie boją się ewentualnych powikłań poszczepiennych u swoich dzieci, tak samo jak boją się raka i śmierci. Wyznawcy New Age w XXI wieku zbierają swoje najwyższe plony, najważniejsze żniwo z tego pola ludzkich lęków, bo chyba nigdy dotąd ich działalność nie wyrządziła aż tyle jawnych szkód, jakie wyrządza obecnie. Choroby typu odra zadziwiająco do nas powracają, a ludzie ciężko chorzy boją się bardziej niż kiedykolwiek interwencji lekarzy, inwazji chirurgów, farmakologii i chemioterapii. Wiedzę i myślenie racjonalne, sceptyczne, wypiera z nas upośledzona wiara życzeniowa, którą jest w istocie fanatycznie zaślepione ufanie w cud przeznaczenia i swojej intuicji – które jako jedynie słuszne są w mocy nas poprowadzić. Jeśli mamy problem z zaakceptowaniem choroby jako części naszej natury czy duszy – winniśmy zgłębić metodę wybaczania radykalnego, która za zadanie ma uwolnić nas z kajdan bycia ofiarą.

Wszystkie powyższe metody służące podarowaniu ludziom należnej im, naturalnej wolności, przedstawiane są przez przedstawicieli oraz fanów New Age jako misje, a liczni trenerzy, magiczni diagności, terapeuci duchowi i szamani – wszelcy „mesjasze” coraz ekspansywniej przejmują dowodzenie nad ludzką indywidualnością i jej osobistymi problemami.

Świat nigdy jeszcze nie mówił do ludzi równie ujednoliconym, łatwym, miałkim, i podatnym na akceptację przez wszystkich, głosem – gdyby takie zjawisko mogło być realne, wieża Babel nie zostałaby zburzona. Gdyby Bóg albo bóg w zamyśle pozwolić chciał na naszą jedność, ujednolicenie, jednakowość i jednośladowość, nie byłoby różnic pomiędzy nami, tak przecież pięknych i rozwijających. Gdyby Bóg uważał, że choroba jest częścią osobistej i duchowej ścieżki jednostki, a nie cierpieniem, nie zesłałby trądu na rodzinę Hioba.

Choroba nie jest w założeniu żadną inspiracją w kierunku lepszego, bardziej wzniosłego pod względem duchowym, życia. Jest bólem, cierpieniem i fizjologicznym odstępstwem od normy, które często upadlają i odzierają z godności, a nie oświecają i uszlachetniają. Aby choroba mogła zostać wyleczona, na pewno potrzeba wiary chorego w pozytywny efekt interwencji medycznej, ale aby wyzdrowieć, niezbędne jest przede wszystkim zawierzenie lekarzom i ludziom nauki, zaufanie, które chory żywi wobec ich wiedzy i praktycznych umiejętności, o których – bez naukowego wykształcenia – nie mamy bladego pojęcia, więc nie powinniśmy udawać, że jesteśmy od nich mądrzejsi, a już na pewno mądrzejszymi nie czynią nas nasze lęki, paniczne emocje oraz chwiejna intuicja. Modne dziś patrzenie holistyczne na człowieka nic tu nie da, gdyż pozostaje ono wyłącznie jawnym bełkotem wygłaszanym bezrefleksyjnie przez stado owiec, świeżych wiernych bóstwa w rodzaju potwora spaghetti, w rodzaju różnych pseudo kościołów, zwących się zielonymi dolinami, wyzwolicielami prawdy o jedności, dietą naturalną zgodną z duchem twoim i uzdrawianiem poprzez biologię oraz akceptację każdego kata, ofiary i wszechświata.

Znane są przypadki ateistów, którzy przeżyli śmierć kliniczną – i niczego mistycznego w tym stanie nie doświadczyli. Ci ateiści wrócili zwycięsko spoza ostatecznej kurtyny, uratowani przez operację, przez medycynę, przez ludzi nauki. Wrócili zwycięsko, chociaż obce im było pojęcie duszy – ufali bowiem wyłącznie w doczesność, w racjonalizm, w umysł, w rozum, wiedzę i naukę. Wrócili z dziwnej podróży, w czasie której nie widzieli aniołów ni demonów, wciąż żyją i mają się świetnie. Ich osobiste zwycięstwo nad lękiem i chorobą wynikło z ludzkiej wiedzy, która zakrawa na misternie zbudowaną, wielką, imponującą budowlę w równym stopniu, co na zwykły przypadek. Uratowała ich wiedza albo przypadkowy cud – jednak w obu wypadkach ten cud i to zwycięstwo były wymiernym rezultatem ludzkich umysłów i rąk.

 

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *