Ciężkie tryby edukacji

W świecie dynamicznych przemian, coraz częściej jesteśmy świadkami anachronizmów. Pewne instytucje nie nadążają i nie chcą korzystać na zmianach.

Paradoksalnie, obecnie jednym z najbardziej zacofanych sektorów gospodarki, jest – z definicji ponoć innowacyjny – obszar edukacji. To dziwne, bo przecież gdzie, jeśli nie w szkołach, człowiek powinien się uczyć – rozwijać, uelastyczniać umysł setkami nowych rzeczy i pragnień.

Jednak korzenie obecnego systemu edukacji tkwią głęboko – jeszcze w XIX wieku. Tak, w XIX – nawet nie w XX – czyli od ponad dwustu lat nie zmieniliśmy filozofii naszego myślenia o szkole. Jak mogliśmy to przegapić; jak to w ogóle mogło się stać? Dlaczego?…

Przede wszystkim dlatego, że industrialne szkolnictwo, to był produkt prawie doskonały, ideał jak na swoje czasy. Jednak czasy fabryk odeszły w przeszłość, a to właśnie do nich przygotowywaliśmy naszą młodzież.

W Polsce klasyczny system edukacji trzyma się mocno – głównie dlatego, że mamy do niego duży sentyment. Działał u nas bardzo dobrze. Nic dziwnego, skoro do roku 1990 mieliśmy największy udział zatrudnionych w przemyśle na świecie (ponad 50%). Ludzie dobrze się uczyli, a potem z wyniesionym ze szkoły wzorcem zachowań, dobrze pracowali w fabrykach.

Jednak 25 lat temu nadszedł czas dostosowania i przemian, a anachronicznie funkcjonujące szkolnictwo tego nie zauważyło, bo nadal miało rynek na swoje „produkty”, czyli wyż demograficzny (stanu wojennego) do nauczenia.

Ciężkie tryby edukacji 1

W anachronicznej szkole przekazuje się behawioralne wzorce zachowań przydatne i ratujące życie na linii produkcyjnej typowej fabryki. Tylko tam trzeba zawsze punktualnie zajmować określone miejsce (linia nie ruszy bez pełnej obsady) i nie wykonywać gwałtownych ruchów (bo ręce utnie maszyna) oraz być uważnym i posłusznym (w obecności kierownika). Na linii produkcyjnej unika się kontaktów wzajemnych pomiędzy pracownikami, bo to prowadzi do obniżenia poziomu koncentracji, a więc do obniżenia jakości wyrobów i wypadków.

W rezultacie dzieci muszą siedzieć w ławkach. Nie zmieniać z lekcji na lekcję swoich miejsc. Punktualnie stawiać się na zajęcia. Dzieci karze się za odstawanie od normy. Uczy się je powtarzania nudnych czynności, a nagradzane są za regularność. Szkoła dynamicznie karze za wszelkie nieposłuszeństwo (stawiając jedynki) i wymaga nieustannego skupienia na zadaniu i uważności na polecenia nauczyciela – kierownika. Nagrodą za wszystko jest ocena, która całkowicie zależy od opinii przełożonego.

Na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, staliśmy się produktem edukacyjnej maszyny. Tak uczony był nasz ojciec i dziadek. Nie pamiętamy już niczego innego. Dlatego tak trudno jest wznieść się poza ten wyobrażeniowy schemat i zaproponować coś zupełnie nowego, innowacyjnego. Większość stoi na stanowisku, że nie powinno się majstrować w trybach edukacyjnej maszyny – bo się zatrze.

Komputeryzacja oraz Internet wstrząsnęły światem. Nie ma dziedziny działalności ludzkiej, której nie zmieniłaby ta powszechna rewolucja – za wyjątkiem edukacji. Tutaj dalej postępujemy, jak dawniej. Wtłoczyliśmy tylko wszelkie nowości do przedmiotu o nazwie „informatyka” i dalej uczymy po staremu, przekazując wiedzę wedle programu nauczania.

Uczeń dalej jest produktem. Jest poddawany obróbce, skrawany jest jego charakter, przechodzi standaryzowane testy pomiarowe w postaci klasówek, a na końcu wyrób poddawany jest ogólnopolskiej kontroli jakości – po której wystawiany jest certyfikat maturalny.

Szkoła – zwłaszcza podstawowa – wymaga radykalnej zmiany. Trzeba przystosować ją pod wymagania XXI wieku. Lecz ciężkie tryby ospałego i dobrze usadowionego systemu edukacji trudno będzie poruszyć z miejsca. Niczego nowego nie chcą ani urzędnicy, ani nauczyciele. Zmiana systemu wymagałaby od nich konieczności opanowania nowych rzeczy. Boją się ciężkiej pracy i swojej niezdolności. Z tymi ludźmi nie da się już nic zrobić. Powyżej pewnego wieku – wszystkich trzeba odesłać na wcześniejszą emeryturę. Niech już nie psują głowy kolejnym pokoleniom, niech nie walczą z falą zmian i o swoje dawne przywileje i posady.

Rynek edukacji musi wreszcie przejść tak drastyczne zmiany, jak inne sektory gospodarki na początku lat 90., kiedy zwalniano każdego, by przyjmować do nowych zakładów tylko tych, którzy się nadają i gotowi są zaakceptować nowe zasady gry. System edukacji długo izolował się od rzeczywistości. Kupił sobie 25 lat. To wystarczający czas. Taryfa ulgowa się skończyła.

Po pierwsze należy odejść od wszelkich „programów nauczania”, bo to one przede wszystkim cementują metody ocen edukatorów, co konserwuje cały system. Kiedy istnieje jakikolwiek program – celem nauczyciela nie jest przekazywanie wiedzy i inspirowanie do rozwijania, a tresowanie uczniów, aby dobrze wypadły na sprawdzianie z „programu nauczania”. Kiedy istnieje program – nauczyciele, jak zwykli ludzie, idą po linii najmniejszego oporu ucząc faktów – nie myślenia, bo ich znajomość jest najłatwiejsza do skontrolowania i pochwalenia się na zewnątrz.

Nie można zbyt szczegółowo edukować uczniów, mówiąc im, co powinni i czego nie wolno. Jeśli zbyt szczegółowo obłoży się algorytmami robota, będzie on uwięziony w schematach, które nie przygotują go na to, jak radzić sobie z niespodziewanym. Nie możemy mówić uczniom, że ich pytania nie mają znaczenia, a liczą się tylko te pytania, które będą na teście, a już skandalem jest dopuszczanie tylko jednego typu i sposobu na odpowiedzi.

Gdy Finlandia w 1990 roku odchodziła od programów nauczania matematyki, zmniejszając jego wielkość z 25 stron do 4 – nikt nie wróżył im sukcesu. Do roku 2009 Finlandia, dzięki tej zmianie oraz dzięki zachęcaniu dzieci do samodzielności w edukacji, wzniosła się na szczyty w rankingu znajomości przez uczniów tego najważniejszego przedmiotu.

Po drugie należy odejść od filozofii „dobra nauczycieli”. Traktowania pracowników systemu, jakby byli jego klientami. Jakby to ich dobrostan był dla systemu edukacji najważniejszym, głównym celem. Należy odejść od stwarzania edukatorom dobrych warunków do pracy. Mierzenia pomocy szkole ilością pomocy dydaktycznych, map, tablic, komputerów, czyli wszystkich tych rzeczy, które są w gestii nauczyciela i którymi tylko on rozporządza.

Trzeba stworzyć dobre warunki dla dzieci. Środowisko służące pobudzaniu do pozwania świata i rozwoju. To nie nauczyciele, a potrzeby dzieci – jak również nie same dzieci mają rządzić w szkole. To dzieci muszą odkrywać otoczenie w kontrolowanych i bezpiecznych warunkach, ucząc się konsekwencji i zależności zjawisk oraz zasad funkcjonowania świata, fakty zapamiętując jakby „przy okazji”.

Jak stworzyć takie warunki do rozwoju i nauczania?

Trzeba odejść od testów, które sprawdzają. co dzieci wiedzą – dużo ważniejsze jest, co potrafią zrobić (problem solving). Wiedza, której nie potrzeba wykorzystywać natychmiast i którą w ciągu 5 minut możemy sprawdzić w Internecie – nie jest warta przyswojenia. Zamiast uczyć dzieci tony faktów, lepiej jest przekazać powód ich zaistnienia i pozwolić dzieciom znaleźć związki i wątki pomiędzy nimi.

Trzeba zbudować system w oparciu o wymogi współczesnego świata. Przygotowywać dzieci do życia współczesnego, a nie w czadzie fabryk XIX wieku. Jeszcze w roku 1970 na rynku pracy rzeczywiście były inne potrzeby. Wśród firm Fortune 500 większość potrzebowała od nowych ludzi umiejętności pisania, czytania i znajomości podstawowych zasad arytmetyki. Obecnie w 2016 roku na pierwszych trzech miejscach najbardziej pożądanych umiejętności są: praca w grupach, zdolności interpersonalne i umiejętności rozwiązywania problemów.

Nie potrzebujemy jakiejś rozbuchanej debaty na temat kierunku, w jakim powinna pójść polska edukacja. Wystarczy odpowiedzieć na wymagania rynku. Dzieci już nie muszą znać na pamięć encyklopedii, żeby dobrze odnaleźć się w pracy. Muszą natomiast dobrze współpracować z innymi. Co oznacza, że w młodości muszą w szkole głównie wspólnie się bawić, „szaleć” i odkrywać. Trzeba im tylko na to pozwolić i jak najlepiej zachęcać do „wszystkiego”.

Jeżeli nie wiemy, jak się do tego zabrać, to tym większy powód, aby szkołę wynaleźć na nowo. Z tego typu działalności powoli tworzy się nauka. Pozwolenie dzieciom na mądrą zabawę, wcale nie jest działaniem niepoważnym, lecz tak zwaną grywalizacją (gamification), czyli tworzeniem gier i zabaw na potrzeby osiągania celów. To bardzo trudny proces. Lecz dzieci same mają do niego predyspozycje. Na początku wystarczy mało im przeszkadzać, bo dzieci naturalnie są ciekawskie i chcą poznawać nowe rzeczy i przy okazji uczyć się o nich. Same pytają i same skarżą się, gdy natrafią na trudności – wystarczy im pomagać w dojściu do celu.

Natura przygotowała nas mentalnie do minimalizmu, czyli rozwiązywania tylko tych problemów, które są częścią naszego życia – a nie częścią życia dawno zmarłych naukowców. Grywalizacja czyni z problemu część zabawy. Dzięki czemu dzieci starają się rozwiązać problem, ucząc się poprzez zabawę. Wszystkie zwierzęta uczą się przez zabawę, robiąc to bezwiednie. Z bezpiecznej, udawanej igraszki tworzy się kluczową składową egzystencji.

W takim systemie nauczyciele skłaniają dzieci do właściwszych kierunków eksploracji, nie podają zamkniętych i gotowych odpowiedzi. Dorosły przestaje być strażnikiem pilnującym, by dzieci się nie rozbiegały, stając się ich przewodnikiem. W takim systemie każda lekcja to przygoda, rozpoczynająca się od pytania: „Czego chcielibyście się dzisiaj nauczyć?”. Pozwólmy dzieciom marzyć.

Szkoła nie musi wyznaczać kierunków, ona ma być tylko dysponentem czasu odkrywania. Wszystko to jest dla dobra poziomu edukacji, bo kiedy człowiek samodzielnie poszukuje wiedzy – uczy się dużo szybciej. Dziecko to przede wszystkim człowiek. Bez szczegółowych instrukcji, grupy fokusowe statystycznie szybciej znajdują rozwiązanie problemu.

Ciężkie tryby edukacji 3

Co ważne i kluczowe, w nowym systemie nauczyciel traci monopol na przekazywanie wiedzy, bo to dzieci odpowiadają sobie na większość pytań, ucząc się nawzajem. Oddolne przekazywanie wiedzy – to jest podstawa nowego systemu edukacji. Grupa kilkudziesięcioosobowa zasypująca dorosłego pytaniami, od razu by cały proces spowolniła i ustrukturyzowała go. Dzięki wzajemnemu uczeniu się przez dzieci, mechanizm pozostaje dynamiczny. Gdy dzieci są po prostu zaciekawione, same pomagają sobie na drodze do celu. Przy okazji, dowiadując się o rzeczach, które ich inspirują, co buduje im motywację i kreuje ich przyszłe pasje. Gdy wypełni się komputer odpowiednim zasobem wiedzy i sceduje się kontrolę i nadzór na procesem odkrywania, dzieci same organizują się, gromadząc przy źródle oświecenia. Nauczyciel, jakby przy okazji, ze zdziwieniem zauważa, że większość dzieci to „geniusze”, jeśli nie są tłumione ich zdolności kreatywne.

Polskie dzieci, bez względu na status materialny i wyposażenie szkoły, mają coś, co czyni je równymi z każdym, nawet najlepszym dzieckiem na świecie. Tym czymś jest potencjał. Stąd jedynym, co dorosłym wypada zrobić, to odkryć go i dzięki nowej szkole XXI wieku nieustannie podtrzymywać.

Zbigniew Galar

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *