Część IV – W poszukiwaniu antidotum

Część IV – W poszukiwaniu antidotum 1

Z Cyklu pt.: „Martwica duszy” – choroba cywilizacyjna XXI wieku o charakterze epidemii

Już Alan Watts stwierdził, iż „kompleksowa stymulacja zmysłów, czyni je coraz mniej wrażliwymi”, wskutek czego potrzebują one jeszcze intensywniejszej stymulacji, aż do osiągnięcia przez tę stymulację poziomu przemocy albo… manipulacji – aż chciałoby się dodać. Różne dźwięki, obrazy i wynikające z nich emocje, muszą być nam podawane w formie stłoczonej i muszą być dostarczane w jak najkrótszym czasie. O tym pisze Watts w książce pt.: „Mądrość niepewności” (oryginalny tytuł: The Wisdom of Insecurity – z roku bodaj 1951 lub 1968).

Zwróćmy uwagę na następujący akcent: ów brytyjski filozof, pisarz i orator głosił powyższe idee w latach 50. czy 60. minionego wieku. Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą, iż rozwój cywilizacji rozumiany jako progres technologii, w tym przede wszystkim komputerowych i internetowych, od czasów aktywności intelektualnej Wattsa przyspiesza niesłychanie, a logarytm ten stale rozbuchanych przemian coraz silniej stechnicyzowanego świata – nadal rośnie. Kształt opisywanej funkcji rosnącej jest wprost niesłychanie dosadny i przytłaczający nasze zmysły równie sprawnie, co świadomość. A szturm, którym ekspansja bodźców wpływających do nas z zewnątrz bierze we władanie współcześnie dostępną rzeczywistość, przypomina wiele równoległych ramion niby ośmiornicy, albo ścisłą i lepką sieć pajęczą, w którą doprawdy trudno się nie schwytać.

Postulaty Wattsa można traktować całkiem poważnie lub nieco mniej – część z nas zareaguje cynicznym uśmiechem na nowinę, iż Watts prowadził eksperymenty filozoficzne, będąc pod wpływem meskaliny, jak wieść niesie. Co w najmniejszym stopniu nie powinno przeszkodzić nam w dostrzeżeniu swoistej skali opisywanego problemu: owej martwicy duszy, która w XXI wieku zdążyła przybrać formę choroby cywilizacyjnej i epidemii. Nie jest ona zupełnie nowym odkryciem, gdyż filozofowie – choćby wspomniany Watts – wielokrotnie w dziejach człowieczeństwa zastanawiali się dogłębnie nad relacją człowiek-świat, i nad efektami w naszych organizmach, które powoduje napływ bodźców z zewnątrz – impulsów, informacji, obrazów, dźwięków… Ale niniejszy cykl o „martwicy duszy” jawi się jednakże wyraźnie specyficznie na tle wcześniejszych analiz podobnego problemu.

Współczesny człowiek prawdopodobnie już nie jest w stanie wycofać się ze stymulacji swojej jaźni przez intensywność zewnętrznych bodźców, podbitą do granic „przemocy”, nie mówiąc o granicy „dobrego smaku”, która obecnie – zdaje się nie istnieć. Internet na dobre wsączył się do naszych domów, ale nie tylko do domów – wtargnął do naszej sfery intelektualnej i emocjonalnej. Wielu z nas, jedząc pierwsze śniadanie, nie rozprawia z członkami rodziny, siedząc przy wspólnym stole – często pijąc poranną kawę, tkwimy głęboko zanurzeni w portalu społecznościowym typu Facebook i tam „przebywając”, „rozmawiamy”, komunikujemy się z „żywymi ludźmi”.

Wyjaśnijmy kwestię w tym kontekście ogromnie ważną: ten cykl artykułów o „martwicy duszy” nie ma na celu stanowić jednostronnej, płaskiej krytyki Internetu i możliwości poznawczych i innych, które z rozwoju sieci dla nas wynikają. Tego rodzaju krytyka byłaby pozbawiona wszelakiej wartości i sensu. Analogicznie do tego, jak nowocześni psychologowie biją na alert, twierdząc, iż gry komputerowe rozwijają w nas agresję i zubożają wyobraźnię. Takie twierdzenia są dalece krzywdzące, nierzetelne i intelektualnie okrojone. Gry wideo potrafią wspaniale wspomagać rozwój wyobraźni, a posądzenie rozrywki, jaką ze sobą niosą, o popychanie użytkowników w kierunku agresji, jest wyłącznie sloganem głoszonym przez osoby nie znające tematu. Mówiąc wprost, tylko człowiek odhumanizowany albo kretyn może intencjonalnie głosić, że np.: czytanie książek jest cudowne, a granie w gry wideo jest „fe”. Otóż tak nie jest; te porównania nie mają sensu. Z postępu cywilizacji i komputeryzacji powinno się korzystać nie tylko w celach pracy czy nauki, ale również w celach rozrywkowych. Aktualni dziadkowie i babcie – z lat swego dzieciństwa pamiętają rozrywki takie, jak gra w kapsle bądź bieganie po podwórzu za fajerką – część z Was, która nie ukończyła jeszcze 20. lat, czytając powyższe zdanie, jednocześnie korzysta z poręczności „wujka Google”, by sprawdzić znaczenie słowa „fajerka”, tak bardzo owe rozrywki dzieciństwa naszych dziadków, pozostają nam obce i niezrozumiałe, ponieważ my – dzisiaj – do dyspozycji posiadamy gry wideo. I nie ma w tych różnicach nic złego, za postępem cywilizacji powinno się podążać i doceniać różnice, które oddalają nas od przeszłych – rozrywek, jakości oraz społecznej funkcjonalności. Natomiast na pewno nie jest tak, iż „tamte czasy były fantastyczne”, a „te czasy są beznadziejne”.

Wypada docenić punkty w rozwoju cywilizacji, do jakich ludzkość dotarła i do jakich będzie docierała w kolejnych etapach swej podróży przez życie. I znów: nie zmienia to prostego faktu, iż nasza emocjonalność i moralność są we współczesnym świecie wysoce zagrożone właśnie przez ową znieczulicę naszych i zmysłów, i empatii, i świadomości. Winne temu zjawisku oczywiście nie są gry komputerowe; to kompleksowy „atak” intensywnych – rozmaitych – bodźców z zewnątrz, błyskawiczny interfejs i konieczność pochłaniania wzrokiem oraz innymi zmysłami wielu impulsów naraz, stawia nas w pozycji istot duchowo zagrożonych przez swoje własne – jako ludzkości – osiągnięcia głównie technologiczne. Lecz nie płaczmy nad rozlanym mlekiem – raczej zastanówmy się, co dalej…

Czy wiecie, że pierwsze odcinki programu informacyjnego telewizyjnego pod tytułem „Teleexpress” wywołały w swoim czasie ogólnospołeczne „zdębienie”? A czy przypuszczacie, dlaczego? Otóż, zgodnie z sugestią zawartą w samym tytule ww. programu, swego czasu przyniósł on odbiorcom zupełnie nową jakość, więc początkowo posiadano trudności w asymilowaniu i rozumieniu w ten sposób podawanych treści. Bo program ten podawał informacje w nowej formie po raz pierwszy na szeroką skalę w Polsce – medium, jakim jest telewizja, stanowiła w owym okresie pierwsze i kardynalne źródło, z którego mogliśmy „pobierać” masowo jedną i tę samą informację – a mianowicie program ten już nie opowiadał informacji, nie przedstawiał jej w sposób „sfabularyzowany”, lecz rozdysponowywał ją w skondensowanej i ekspresowej „pigułce”. Przyzwyczajeni do diametralnie wolniejszego przepływu informacji, najpierw nie potrafiliśmy sobie poradzić z tak „drapieżnym interfejsem”. Dziś wspomnienie to wydaje się aż niedorzeczne – ówczesny „Teleexpress” już wydaje się wręcz żółwi w porównaniu do tych podaży informacji i impulsów, które pobieramy w ciągu pięciu minut z sieci. W latach np.: 80. poprzedniego wieku, 5 minut czasu antenowego w naszej percepcji było jak zaledwie kilkanaście sekund – to był jakże haniebnie krótki czas, by cokolwiek miarodajnie z niego wynieść, zrozumieć, zgłębić. Uważaliśmy, iż nie sposób opowiedzieć historii w 5 minut. Dziś, jeśli użytkownik spędził na jednej stronie internetowej całe 5 minut, to znaczy, że spędził na niej ogromnie dużo czasu – już granicę 3. minut według statystyk internetowych przyjmuje się jako bardzo obszerny interwał czasowy, oznaczający, iż użytkownik czytał i zgłębiał. Najprawdopodobniej – współcześnie z czasu 5. minut umiemy pojąć treść pięciu odrębnych historii. Pytanie natomiast brzmi: jakie uczucia historie te w nas wywołują?…

Nasze mózgi potrafią obsługiwać wielką ilość informacji – równolegle lub bardzo szybko, jedna za drugą. Nasze mózgi zatem podążyły za rozwojem technologii, zaadaptowały się do nowych warunków, pogodziły się z prędkością przepływających jednocześnie danych i prawie nie przeszkadza nam, iż coraz częściej przepływy te mogą zachodzić w przeciwstawnych kierunkach. Nasze mózgi – owszem, nauczyły się pogodzić z tymi zjawiskami, ale: dokładnie nasze mózgi, i tylko one. Tymczasem nasza biologiczna strona – wcale nie podążyła za tym rozwojem. Biologia ludzka, rozumiana tu również jako ludzka duchowość – nie podążyła; ona „nie rozumie” tych przemian, które zmuszone są obsługiwać nasze mózgi. Innymi słowy, nasze umysły działają współcześnie niczym sprawne maszyny służące do obróbki danych, ale nasze warstwy emocjonalne i duchowe nie funkcjonują równie dynamicznie. Biologia i emocjonalność człowieka – o wiele bardziej bezwładne od mózgu – rządzą się własnymi prawami i sfery te nie pokonają swoich ograniczeń w przedstawionym zakresie, tak samo jak nie przeskoczą własnej „wolności” w generowaniu swoich własnych wniosków na podstawie odczuć będących efektem stymulacji umysłu.

Mówiąc wprost, być może 5 minut to wiele czasu na to, by odebrać szkielet historii, zrozumieć, co się wydarzyło, ale to wciąż za mało czasu na to, by pod wpływem zapoznania się z daną historią czy informacją – poczuć coś, głęboko wewnątrz siebie, by przeżyć tę historię, „odebrać ją w trzewiach”, wzruszyć się. Dlatego mnóstwo historii przepływa przez nas bez żadnego oddźwięku; dlatego właśnie historie muszą być coraz mocniejsze w swoim obrazie, przebiegu i atmosferze, szokujące albo wstydliwe, byśmy w dalszym ciągu mogli być stymulowani również duchowo. I to jest właśnie niebezpieczeństwo tych, nie innych, naszych czasów. Na tym dokładnie zasadza się problem współczesnej prędkości w przepływach danych. Bo choć nasza świadomość, dość nawet skutecznie, ściga się z czasem, nasze odczucia nie nadążają, nieuchronnie pozostając w tyle.

Gdy zostałeś w tyle, zaś cały świat – znów przyspieszył, oznacza to, że jesteś zagrożony uwstecznieniem, regresem. Nie jest tak, iż stoimy bezpiecznie w jednym stabilnym punkcie życia i rzeczywistości. Jest tak, że stojąc stacjonarnie w pojedynczym, określonym miejscu, coraz mocniej wtapiamy się w tło, które nie ma żadnego znaczenia. Stapiamy się z próżną mgłą, stajemy się przezroczyści, nasze osobiste kontury rozpływają się również w percepcji świata. Przecież nie tylko my postrzegamy świat, świat także usiłuje nas „widzieć”, bo jesteśmy jego niezaprzeczalną częścią. Natomiast w obliczu naszego rozpływania się w prędkości świata i życia, przeobrażamy się w „rozwodniony stan skupienia” – upodabniamy się do nic nie znaczącej mgły.

Czy możemy jakkolwiek ocalić wrażliwość naszych zmysłów? Czy możemy oprzeć się postępującemu znieczuleniu naszych uczuć – tych najzupełniej instynktownych, i tych wyższych?

Zdawać by się mogło, iż jedynym słusznym antidotum na tę powszechną znieczulicę jest czytanie. Dowiedziono wszak, iż tylko w procesie czytania literackich treści mózg człowieka wkracza w specyficzne wibracje – myślimy w sposób kreatywny, a nie odtwórczy, właśnie czytając, i tylko wówczas mamy szansę rozszerzania horyzontów obudowujących naszą wyobraźnię. Ale – czy to jedyne lekarstwo?

Jeśli tak, jesteśmy straceni, bowiem zdolność mierzenia się z rozbudowanymi treściami pisanymi zaciera się, staje się organem ewolucyjnie odrzuconym, bo nieużywanym, a więc z punktu widzenia ewolucji i przetrwania gatunku ludzkiego – zbytecznym. Na nic się zdadzą akcje w rodzaju „Poczytaj mi, mamo”; klasyczna literatura nie ma współcześnie żadnych szans w zderzeniu z Internetem, z blogiem i serwisem, i nie ma żadnych szans w zderzeniu z ekranem dotykowym, obrazkiem, komiksem, które reagują na naszą obecność – na dotyk, stają się reaktywne, „żyją”. Literatura sama w sobie – tak jak jej klasyczna, papierowa forma – staje się „martwa” i nieciekawa. Musi przegrać lub przeobrazić się, wydostać poza swoje, anachroniczne już, przebrzmiałe jestestwo…

Dlatego prawdziwe i wymierne antidotum musi opierać się na innych zasadach, dotyczyć innych zachowań, aniżeli czytanie…

Zaczątkiem naszej drogi do poszukiwania antidotum musi być znalezienie wewnętrznej równowagi między tym, co było – a tym, co jest. Powrót do „pierwotnych źródeł” polegający na ograniczeniu własnego dostępu do nowoczesnych technologii jest tak samo chybiony, co zatopienie się w tych technologiach i niewidzenie niczego poza nimi. Inaczej mówiąc, jeśli nie nauczymy się podejmować wysiłku postrzegania i rozumienia sił biologii i kultury jako jednakowo mocnych i znaczących, póty będziemy spalać się w zbyt dużej i stale wzrastającej dynamice naszej codzienności. Tej równowagi nie pomogą nam uzyskać żadne frakcje psychologów lub innych ideologów – każdy człowiek, współczesny, nowoczesny i nowy człowiek, potrzebuje na powrót zaufać „mądrości” swoich odruchów (emocjonalnych), by dopiero w następnej kolejności uzdrowić swoją, zanikającą konsekwentnie i efektywnie, empatię.

 Procesu tego nie wesprze „czytanie ze zrozumieniem”, szczepione w szkołach średnich. Nie wesprze też piętnowanie dobrych cech powszechnie dostępnej komputeryzacji – np.: piętnowanie gier wideo. Nie wesprze jednakowoż odizolowywanie się na siłę od olbrzymiej intensywności bodźców, danych, informacji i uciekanie na obrzeża miast, by tam spokojnie oddychać… Każdy z nas musi sam odkryć, głęboko w środku siebie, potrzebę odświeżającego analizowania wielu bodźców, z jakimi stykamy się każdego dnia…

Syntezę tych bodźców opanowaliśmy w stopniu wysokim. Pora powrócić do analizy. Antidotum więc – to sposób myślenia i postrzegania, a nie konkretne środki.

Justyna Karolak

Jako ilustracje umieszczono obrazek z filmu pt. „Iron Man” i wizerunek Roberta Downey Jr. w roli Iron Mana.

 

CZĘŚĆ I – DIAGNOZA: ROZPOZNANIE CHOROBY I USTALENIE PRZYCZYN

 

CZĘŚĆ II – PRZEBIEG I CHARAKTERYSTYKA OBJAWÓW

CZĘŚĆ III – ROKOWANIA I UŚMIERZANIE OBJAWÓW

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

5 komentarzy

  1. Pingback: Część II – Przebieg i charakterystyka objawów – Toster Pandory

  2. No cóż wydawałoby się iż rzeczywiście, podróż do wewnątrz jest tym co jest pierwszoplanowe, jednak poszukiwania, odbywają na bazie doświadczeń i obserwacji a nie na samym byciu, bycie samo w sobie jest stagnacją a człowiekowi potrzebny jest dystans wtedy zobaczy i siebie i człowieczeństwo ale też zobaczy ludzkość – mędrzec wprawdzie powiedział iż mądrzy ludzie nie podróżują, ale potem pojechał na turne i za każde słowo wziął jednego dolara, wcześniej po prostu nie wiedział że dolary istnieją 🙂

  3. justynakarolak

    Ale jeśli wzniesiesz się wyżej jako istota będąca na obecnym etapie swej ewolucji, wówczas do tej kosmicznej ciszy przytargasz stary chaos i zgiełk. Nie masz co marzyć o zbawiennej eksploracji Kosmosu ni o idei panplanetarnej, bez uprzedniego uporządkowania rzeczywistości ziemskiej – a sprzątanie to naprawdę należałoby i warto zacząć od oczyszczenia własnej „duszy”.

  4. Jeśli przytłacza nas nadmiar zgiełku wystarczy wznieść się wyżej – jeśli jest czegoś w kosmosie pod dostatkiem to właśnie ciszy.

    „Kiedy długo patrzysz w otchłań ona zaczyna patrzyć w Ciebie.”
    Fryderyk Nietzsche

    • justynakarolak

      Powiało grozą, nieco, Drogi Zibi.

      Nie wzniesiesz się ponad żaden zgiełk, ni szum informacyjny, ni intensywną i chaotyczną burzę impulsów i danych, póki nie nauczysz się analizować najdrobniejszych nutek i pierwiastków, z jakich się składają. Nie zanurzysz się w żadną otchłań, a kosmiczna cisza będzie dla Ciebie wyolbrzymionym i nieznośnym wrzaskiem, gdy nie zbliżysz się do wyłuskiwania z powszechnych układów chaotycznych wokół własnej osi całych korowodów nader uporządkowanych fraktali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *