Czy ludzie czytają jeszcze książki?

Nie poradniki, nie banalne sprawozdania z życia i nie podręczniki czy publikacje naukowe. Pytam, czy ludzie żyjący współcześnie nadal sięgają po powieści, po literaturę piękną? Czy sformułowanie w rodzaju: „mieć kontakt z literaturą” – cokolwiek dzisiaj znaczy? Czy towarzyszy mu sens, znaczenie, przesłanie? Czy książki są ludziom jeszcze potrzebne, czy już ani trochę – nie?

Myślę, że coraz szczuplejsze gros ludzi sięga po literaturę piękną. Przyglądam się otaczającemu mnie światu i nieomal codziennie odkrywam, że zaczyna w nim brakować miejsca na książki. Na lekturę obszerną w objętości, a na dokładkę – lekturę w nieporęcznym, staroświeckim, papierowym wydaniu.

Na co dzień uprawiam anachronizm. Tworzę tak zwaną literaturę piękną. Inspiruję się realnym życiem, lepię bohaterów z namacalnej gliny, wycinam ich na podstawie własnoręcznie opracowanych szkiców i osadzam w absurdalnych uczynkach i relacjach. Niby ciekawie, niby oryginalnie, co nie zawsze wystarcza, bym była – czytaną. Żeby mnie bowiem przeczytać, trzeba przygotować dla mnie miejsce w prywatnym życiu. Trzeba na chwil wiele odłożyć zimny zegarek na półkę, być może też wyłączyć komórkę, a może nawet nie zerkać co pięć sekund ukradkiem na skrzynkę mailową albo portal społecznościowy, czy aby przez przypadek w tej akurat chwili, kiedy zasiadło się w fotelu z książką Justyny Karolak w garści – w wirtualnej rzeczywistości nie dzieje się coś istotnego (żywszego i ważniejszego od książki).

Ludzie obecnie żyją w sieci. Sieć sukcesywnie chwyta nas w siebie, nas – bez mała wszystkich, jak to sieć. Ja nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Wiem tylko tyle, że niewinna z wierzchu przemiana codziennego stylu bycia, modelu egzystowania – wywiera wpływ na nasze rozumienie świata i niesie ze sobą coś głębszego, dosadniejszego, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Że modyfikuje się wskutek egzystowania w sieci nasza wrażliwość i osobista wola.

Przecież nie tylko o to chodzi, że brakuje nam czasu na złożone, długie, papierowe powieści. Bo większość z nas goni rozmaite białe króliki, a mówiąc wprost – walczy o przetrwanie, o zwyczajny byt, próbuje chwytać i trzymać swoisty ład i poziom materialny, warunkujący bądź co bądź nasze wyższe wibracje. Ale nie tylko w tym rzecz. Że brakuje nam na powieści czasu – choć i to prawda.

Psikus polega i na tym, że nasze oczy przyzwyczaiły się do treści internetowych. Do szybkiego interfejsu. Im szybszy i więcej intuicyjny interfejs – tym lepiej. Nasze umysły stopniowo, efektywnie gubią pierwotną potrzebę zagłębiania się w obserwowaną z wierzchu materię, potrzebę studiowania jej, analizowania i wyciągania suwerennych, wyłącznie własnych i odrębnych, wniosków. Coraz rzadziej „czytamy ze zrozumieniem”, a coraz częściej cytujemy krótkie formy, syntetyczne, szybko przyswajalne aforyzmy, anegdotki i banalne dowcipy, które łatwo zacytować, które nie kradną ani cennego czasu, ani głowy nie przeciążają. Coraz częściej „cytujemy”, czyli wklejamy drobiazgi już wykreowane na swój profil, następnie użyczamy je sobie wzajemnie, dzielimy się jedną trywialną informacją i używamy jej w setce trywialnych, i tylko czasem nieco mniej trywialnych, kontekstów.

Czy w wyniku tego, że znaczne obszary elementarnych sfer naszego codziennego życia, jak np. znajomości, dialogi, przeprowadziły się rzeczywistości namacalnej do rzeczywistości matrixowej, do Facebooka, do komunikatorów komputerowych (choćby takich jak Skype, który służy do błyskawicznego resetowania fizycznej odległości dzielącej ludzi) – nie potrzebujemy już literatury?

Nie wiem, jak ty, czytelniku, ale ja sama przyłapuję się coraz częściej na gorącym uczynku, że raptem zaczyna brakować mi woli – tak, właśnie woli, a nie czasu – na prawdziwe czytanie.

Idąc śladem bohaterów podatnych na fobie, skieruję się na moment w stronę Adasia Miauczyńskiego z Dnia świra i zwierzę się, że ja również, patrząc na siebie samą, lękam się – jak świr do kwadratu – owej dziwacznej sztafety pokoleń.

Widzę młodych ludzi, którzy z Internetu codziennie czynią swój „realny” dom. I ja sama coraz częściej i na dłużej bywam w analogicznym domu, chociaż na pewno nie tak zaangażowanie, wytrwale jak oni – młodzi dzisiejsi gniewni. Szczerze przyznaję (podkreślam: nie bez zdziwienia), że moje tkanki nie są już równie plastyczne i sprężyste, co niegdyś. Już kostnieć najwyraźniej poczynam. Już bieżący nurt, trend, cały świat – nie w całości należą do mnie. Jutro – dla mnie – niekoniecznie może objawić się kategorycznie nowe, świeże, odmienne od wczoraj lub od dziś. Nie nadążam płynąć z prądem. A to zaplączę się w jakie szuwary czy bazie przybrzeżne, a to stwierdzę, że nie chce mi się płynąć z resztą ławicy. Oddzielam się od świata, wychodzę z wody, siadam na brzegu. Chowam się za drzewem, ukrywam w tej czy tamtej niszy. Po prostu jestem dinozaurem – należę do wymarłego gatunku. Uparłam się, żeby papierowe, archaiczne, niemodne książki pisywać, żeby zmyślać i kreować justynowe światy, teatry, dziwy. Uparłam się, i jestem Justyną Karolak, nawet jeśli nikt współcześnie nie bardzo mnie potrzebuje – właśnie takiej, jaką jestem. Właśnie w mojej anachronicznej formie.

Ale kiedy czasami zdarzy mi się popłynąć z tym głównym nurtem – to zanim na brzeg wyczłapię, bywa i tak, że przyłapię się na tym gorącym uczynku: czasem widzę po samej sobie, z pokorą to mówię, i nie bez wstydu – znużenie książką, powieścią, literaturą piękną. Sama się rzucam, płynąc z owym głównym prądem choć przez chwilę – w wir klarownych, przewrotnych memów albo w lawinę zdawkowych komentarzy. I z tych dynamicznych, acz dość powierzchownych strzępków – za pomocą samego spojrzenia szyję patchworkową kapę. Przyglądam się tej małej łatce, za sekundę innej – przykładam je do siebie i patrzę, czy kształty się zgadzają, czy pasują. Ale nie wnikam już w strukturę ani jakość materiału. Już nie bardzo mnie obchodzi, czy całość narzuty okaże się pstrokata, czy jednolita i przyćmiona w barwie.

Innymi słowy, nie bez zdziwienia, obserwuję siebie samą. I widzę, że Justynie Karolak – tak jak jej dużo młodszym koleżankom i kolegom – też coraz częściej odechciewa się brnięcia w głąb i zaszywania w złożonych treściach. Bo takie życie jest wyczerpujące, bo czaso- i energochłonne. A współcześnie pragnie się żyć wygodnie – i szybko. Wielu z powodzeniem jogging uprawia, ale niewielu wybiera się na długi, leniwy spacer, by popatrzeć na rosnące w parku drzewa.

Tymczasem niepostrzeżenie rzucam się sama w same środki stad, ławic płynących w jednym, określonym kierunku. Surfuję po Internecie i z przyjemnością ślizgam się – jakbym na łyżwach jeździła – po gładkiej tafli prościutkich memów i przykrótkich tekstów. Takich, które „rozumie” się samymi oczami, do których umysł i wynikająca z niego interpretacja właściwie jest zupełnie zbędna.

Nie bez zdziwienia, i nie bez wstydu – podkreślę, do powyższego się przyznaję. Ja, Justyna Karolak. Ta, która papierowe książki pisze. Literaturę piękną. Tworzy, rzeźbi, lepi. Która wciąż próbuje wierzyć, że i ja, i one (powieści) – nadal jesteśmy komukolwiek potrzebne.

Może nie do szczęścia – bo szczęśliwych zakończeń w mojej literaturze ci niedostatek – lecz po prostu: potrzebne. Tak jak różne części świata i różni ludzie prądowi płynącemu do przodu są potrzebne. Tak jak realna rzeczywistość, by mogła się rozwijać, potrzebuje i mielizn, i głębokich niszy – i głównego, zwartego nurtu.

A że ten nurt często bywa ślepy i niemyślący, to jeszcze nie powód, by rwącą rzekę małym kijkiem zawracać.

Z pokorą

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *