Czym różni się ateista od ateisty?

ateista

Ostatnio w naszym kraju przybywa ateistów. Obserwujemy ekspansywny wysyp tych szczególnych wolnomyślicieli, a jest to wysyp niczym grzyby po deszczu. Ateizm rozumiany jako pogląd zakładający, że boga nie ma, dziś przybiera zgoła odmienny wydźwięk i odświeżone oblicze. Coraz częściej od tak zwanych ateistów słyszy się, że ich z założenia negacja boga (przeczenie teizmowi) faktycznie ma odzwierciedlać naukowe przekonanie, a wręcz naukowe twierdzenie, iż istnienie absolutu jest… absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ na takie istnienie nie ma najmniejszego dowodu. Gdyby dowód był, gdyby nauka mogła przeprowadzić iście matematyczny dowód jasno i kluczowo wykładający, że boga nie ma, ateista chętnie zmieniłby swoją postawę. Z „ateisty” stałby się po prostu wyznawcą nauki, i to byłoby uczciwsze. Od razu dałoby się zauważyć, że wielu z „ateistów” w istocie jest osobnikami religijnymi. Nie musieliby się, biedaczyska dyskryminowane przez złych katolików, zasłaniać niby naukową wykładnią, ani niby naukową terminologią. Mogliby zwyczajnie, będąc „ateistami”, posypać sobie głowy popiołem i przyznać się przed światem bez żadnych zakłamanych masek: tak, jesteśmy wyznawcami określonego kultu. „Ateizm” bowiem w wydaniu wielu, oj wielu, jest niczym innym, jak głęboką, mocno zakorzenioną potrzebą wierzenia w coś, ufania w swoistą tendencję, ideę, myśl, po prostu w pewien pierwiastek górujący nad skromnym, człowieczym „ja”, które wszystkich odpowiedzi na nurtujące pytania nie zna, nigdy nie znało i nie wiadomo, czy kiedykolwiek pozna.

Widać to doskonale po wielu współczesnych „ateistach”. Ich przekonanie, pierwotny, nieemocjonalny pogląd głoszący, że ja jako ateista mówię, iż boga nie ma i stąd nie mogę w niego wierzyć, dziś staje się zastąpiony przez wyraźną frustrację spowodowaną tym, że inni wierzą. Tacy „ateiści” żywią albo podświadomą, albo celowo w nieświadomość spychaną, wielką potrzebę ufania w odgórną siłę sprawczą, w kardynalny motor napędowy świata, życia, kultury i zachowań.

„Ateiści” żywią potrzebę ufania – w coś – choćby owym czymś miała być pseudo naukowa postawa. A ufając owemu, wymyślonemu przez się czemuś, potrzebują zasłaniać się niby naukową debatą o wątkach z góry nierozstrzygalnych. Potrzebują, gdyż jak każdy inny człowiek, ateista również ma rozmaite emocje, dylematy egzystencjalne  i sporo filozoficznych wątpliwości. Dlatego i „ateista” musi czymś nakarmić swoje głodne, łaknące odpowiedzi na retoryczne pytania, emocje. Okazuje się, że mimo różnic w sposobach myślenia, tego głodu nie da się uniknąć, ominąć, zbagatelizować. Trzeba z nim coś uczynić, zneutralizować, zasycić go jakoś. Nie ma przed tym mechanizmem całkowitej ucieczki. Nie ma nań kompletnej rady, recepty.

Gdyby współczesny „ateista” nie był wyznawcą specyficznej religii o nazwie „ateizm”, mówiłby zwyczajnie, że nie wierzy w boga, że nie widzi możliwości jego istnienia. Nie twierdziłby stanowczo, zajadle i ironicznie wobec wyznawców innych religii, że boga na pewno nie ma, ponieważ nauka nie udowodniła jego istnienia.

Nauka nie udowodniła istnienia wielu zjawisk, które realnie istnieją. Dla banalnego przykładu,  nauka nie dała dotąd merytorycznego drogowskazu, jak udowodnić miłość dziecka do rodzica. Nie ma dowodów na miłość i kiedy ktoś mówi, że kocha – można mu jedynie zawierzyć. Nie ma takiej metody przeprowadzenia racjonalnego dowodu, która jednoznacznie wykaże, że kochający powiedział prawdę. Pomimo czego obiektywnym faktem jest, że ludzie wierzą, że miłość istnieje, jest. Ba. Nie tylko wierzą, to jeszcze się kochają. Nielogiczne, prawda? Nie mogą miłości zrozumieć, posiąść o niej wiedzy, ponieważ miłość nie jest przedmiotem. Nie jest nawet logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Miłość nie przynależy do świata materii i dlatego żadną z wymiernych ścieżek dojść do niej nie sposób. Nie można miłości od A do Z przebadać. Wariograf tu nie wystarczy. Można jedynie wierzyć, ufać i wyznawać, że miłość: jest. Miłość – jest. Miłości się nie wymyśla. Zdają sobie z tego sprawę wszyscy, w tym autentyczni, uczciwi ateiści.

Autentyczny ateista nigdy nie powie, że śmieszy go lub denerwuje cudza religia. Że cudza wiara w boga jest głupia, nie mieszcząca się w żadnej z dotąd ustanowionych definicji rozumowania logicznego.

Autentyczny ateista nie jest wyznawcą żadnej religii. Autentyczny ateista dobrze wie, że poza rozumowaniem logicznym i racjonalnym – świat może się składać z zupełnie innych poglądów i możliwości interpretacyjnych. Wie, że jest to możliwe – pomimo osobistego przekonania, że on (autentyczny ateista) wybrał drogę racjonalnego myślenia.

Autentyczny ateista nigdy nie mówi, że boga nie ma, ponieważ jakkolwiek pojmowany bóg  jest nielogiczny. Takie zdanie głoszą krypto katolicy, wstydzący się swojej wiary, stąd podszywający się pod ateistów (a w rezultacie ustanawiających się „ateistami”).

Autentyczny ateista mówi coś innego. Mówi, że jemu wiara w boga nie jest potrzebna. Że nie akceptuje przemyśleń o życiu po śmierci. Że w zgodzie z prywatną konstrukcją psychiczną  odrzuca wszelkie dogmaty i „prawdy” religijne. Dla niego nie niosą one znamion prawdy.

Ateista świadomie odrzuca te „prawdy”, ponieważ nie są mu do niczego potrzebne. Wybiera wiarę w codziennie życie, nie zagłębiając się w kwestie przeznaczenia czy inne stricte duchowe. Wybiera rozum, doczesność, myśl, bardziej ścisły kodeks moralny czy etyczny.

Lecz ateista nigdy nie powie, że jego pogląd (ateizm) jest wyrazem, głosem nauki. Kiedy tak mówi – z ateisty staje się „ateistą”. Zaczyna wyznawać wygodną dla siebie, właściwą z jego punktu widzenia i jedyną słuszną, nową religię. Nową religię o nazwie „ateizm” (nie ateizm).

Pozostaje poddać pod dyskusję, jak odróżnić prawdę od fikcji. Jak „ateistów” i ateistów należałoby zweryfikować?

Ciekawe, jak wyżej wymienieni zareagowaliby w obliczu końca świata na przykład? Czyż nie byłby to wymarzony sposób na takową weryfikację?

Wyobraźmy sobie szereg ludzi, stojących naprzeciw końca świata, ostatecznej apokalipsy, oglądających na własne oczy wydarzenia niewiarygodnie brutalne. Widzących to, czego nigdy wcześniej nie zobaczyło żadne „mędrca szkiełko i oko”… I wtedy – co? Co z nimi wszystkimi się stanie? Co powiedzą?

Znaczna część „ateistów” w obliczu nagłej trwogi zapewne odruchowo wzniesie oczy do nieba, kierowana odśrodkowym instynktem, modląc się i głośno wypowiadając (takie czy inne) imię tego, w istnienie którego nigdy nie wierzyli. Oczywiście, to tylko domniemanie.

Podczas gdy ateista nawet i w obliczu końca świata nie złapie się w wewnętrzne wnyki i nigdy nie stanie się potwierdzeniem przysłowiowej reguły w brzmieniu: „Jak trwoga, to do Boga”.

Ateista dobrze wie, że w godzinie próby włączy się w nim głos wewnętrznego krytyka, który czytelnie i skutecznie przypomni: nie po to szedłeś przez całe życie ścieżką świadomie wybranego poglądu, by raptem w chwili prawdy swoją ścieżkę porzucić.

Oto odpowiedź na pytanie, jak dokonać weryfikacji. Jak odróżnić światopogląd od religii.

Światopoglądów jest wiele, identycznie jak religii. Dowcip, zdaje się, polega jednak na tym, by mylnie głosicieli i myślicieli nie nazywać wyznawcami – i odwrotnie: by wyznawców nie określać jako myślicieli, łatwo nabierając się na ich niepoprawną maskaradę czy cyrkową, klown’iastą sztuczkę.

A jeśli w coś się wierzy, czy nie lepiej po ludzku się do tego przyznać, niż przykrywać się twardym całunem nauki, udając i przed lustrem, że jest on miękki i ciepły?

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Cześć,
    wiesz, tyle tu nieścisłości i pomyłek, że aż troche nie wiem od czego zacząć. Dlaczego próbujesz osłabić ateizm nazywając go religią? Nie widzisz, że oznacza to iż podświadomie traktujesz wiarę jako coś gorszego? Skąd niby domniemanie, że wielu ateistów w godzinie niebezpieczeństwa „wzniesie oczy do nieba”? Bezpodstawna kalka z wymyślonego przez katolików zarzutu. Fragment o niemożności zrozumienia czy zbadania miłości jest tak XIX-wieczny w smaku… A zdanie,że „nauka nie udowodniła istnienia wielu zjawisk, które realnie istnieją” jest z gruntu fałszywe. Pomiędzy udowodnieniem czegoś a jego zbadaniem, o czym piszesz, jest różnica, prawda? Można by jeszcze długo pisać, ale zamiast tego: ateizmowi da się kilka rzeczy zarzucić, ale zupełnie innych niż opisywane w twoim tekście. Poczytak proszę o tym, czym jest ateizm, racjonalizm, nauka. I czy można naukowo próbować badać miłość (można) a zadziwisz się i zachwycisz. Obiecuję.

    • Witaj.

      Wiele w moim artykule nieścisłości – być może. Ale – pomyłek? Nie mogę mylić się w moim sposobie widzenia świata, bo to mój sposób :).

      „Nie osłabiam ateizmu” – twierdzę natomiast, iż ateizm, jak wiele „izmów”, może być takim samym mechanizmem, motorem napędowym, co ekologizm czy wegetarianizm. Ludzie czasami wyznają poglądy (zamiast budować je na podstawie głębokich przemyśleń o charakterze sceptycznym) – dokładnie tak: wyznają. Poglądy ateistów różnią się zdecydowanie od postaw „ateistów”, i na tym właśnie polega problem zgłoszony przeze mnie w tym artykule. Otóż ateista – wyraża określony pogląd, wynikający z jego racjonalnego podejścia do świata. Zaś „ateista” – nie wyraża poglądu, uosabia natomiast postawę, w którą wierzy. Taki „ateizm” jest wyznaniem – nieszczególnie odbiega od postaw religijnych, mimo że posługuje się innym nazewnictwem.

      Fragment o „wnoszeniu oczu do nieba” przez ateistę w godzinie próby czy apokalipsy, nie jest żadnym zarzutem, to po pierwsze. I proszę nie mieszać do tego fragmentu katolików. Refleksja ta osobnicza jest ciekawym moim zdaniem zapytaniem o uduchowienie osób nie wierzących w boga, które wynikło z mego dialogu z ateistą. To po drugie, skoro pytasz o źródło tego fragmentu.

      I nie, nie można zbadać miłości – nie można zbadać naukowo uczucia. Można zbadać związki biochemiczne rządzące naszymi emocjami, można zmierzyć ciśnienie krwi towarzyszące naszym emocjom, można zbadać korelację między naszymi hormonami a sferą psyche, ale nie da się „zbadać uczucia”. Nie da się zbadać miłości przy użyciu wariografu – to za ciasny, za wąski aparat badawczy. Nie da się zmierzyć skali miłości – tego, czy ktoś, kto mówi, że oddałby za ukochaną osobę życie, byłby faktycznie gotowy dokonać takiej „wymiany”. Miłość opiera się na zaufaniu, na wierze – a sprowadzona do materiału badawczego, który teoretycznie można by zweryfikować w badaniu naukowym, staje się już czymś zupełnie innym, niż była pierwotnie… więc pozostaje ona, miłość, nieuchwytnym obiektem badawczym, niemożebnym i nielogicznym.

      … ależ ja codziennie zachwycam się i zdumiewam światem :). A nawet udało mi się już „poczytać” o ateizmie, racjonalizmie, i wielu, wielu innych izmach oraz nieizmach, które mnie zdumiały i zachwyciły, mimo czego, dziękuję Ci radośnie, że zachęcasz mnie do czytania, bardzo to miłe :).

      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *