Dialogi Pandory – w sprawie aborcji

 

w sprawie aborcji

I znów, jak w granym po raz enty przedstawieniu teatralnym, na scenie – w kogucim tańcu i paradzie pawi – kłębią się przeciwnicy oraz zwolennicy danej idei. Zmienia się rząd, władzę obejmuje inna partia polityczna, zmienia się więc prawie wszystko wokół, z nastrojami społecznymi na czele, lecz faktycznie nie zmienia się nic. Przedstawienie jest to samo – aktorzy założyli odmienne maski, nawet niektóre kwestie w scenariuszu brzmią jakby zgoła odmiennie, ale jak człowiek dobrze się przysłucha i sobie popatrzy, to rozumie bez pudła, że i on jest ciągle ten sam: jest li tylko anonimowym, kompletnie dla elit politycznych przezroczystym, słuchaczem i widzem wystawianego (przez te elity) po raz enty teatralnego przedstawienia.

I znów społeczeństwo polskie – kłóci się i dzieli. Nowy rząd podpowiada społeczeństwu powód do kłótni – takie zadanie do wypełnienia, o co się mamy kłócić. To zadanie polega na podrzuceniu głupim (zdaniem politycznych elit) obywatelom takiej jakoby pracy domowej. Politycy przypominają w tym spektaklu pewien wykrzywiony obraz podłej przedszkolanki, która zadaje dzieciom – nic nie rozumiejącym, przecież to tylko dzieci – niewdzięczne zadanie do wykonania, a w czasie gdy dzieci walczą ze sobą nieomal na śmierć i życie o wartość, o jakość krańcową tego zadania, naiwnie ufając – jak to dzieci – że w tym całym zadaniu naprawdę chodzi o nie, że kogoś one, dzieci, obchodzą, w tym samym czasie przedszkolanka siada wygodnie za biurkiem i sącząc słodką herbatę, rozmyśla bezpiecznie, przez nikogo o to nie podejrzewana, o dużo ważniejszych sprawach, niż jakieś tam głupie dzieci.

Zmienia się rząd, zmienia się brzmienie niektórych list dialogowych, ale treść wypowiedzi i intencje aktorów pozostają te same. Rząd duma nad sytuacją geopolityczną w Europie i na świecie, rząd mierzy potencjalne strefy wpływów, szuka sposobów na „zoptymalizowanie” podatków, duma nad kondycją portfeli posłów, duma nad sobą, nad tym, jak to poprzedni rząd teraz najpierw trzeba upokorzyć, jak realnie odsunąć świadomość obywateli od prawdziwych problemów gospodarczych, socjologicznych, ekonomicznych, szykuje zapewne w tych istotnych dziedzinach aktywności życiowej ludzkiej nowe własne pomysły… więc żeby móc się tymi wszelkimi własnymi interesami spokojnie zająć, rząd podrzuca mass mediom określony wątek, a mass media – populistyczne, zakłamane, nierzetelne i zmanipulowane – pięknie podsycą ten wielce przemyślany zabieg, będący w rzeczywistości prymitywnym aktem w słabym komediodramacie.

w sprawie aborcji 1

Zmienia się rząd, teatr zaś – nieszczególnie. Rząd przygotowuje nikczemną w swej treści nowelizację ustawy antyaborcyjnej, po czym wywiesza ten nieludzki produkt inwencji własnej na publicznej wokandzie. A społeczeństwo ogarnia trwoga. I Polki, i Polacy, z lubością płynąc na tej niwie kompozytorskiej rządu, dzielą się i kłócą. Znów złowiliśmy się na przynętę – my, ludzie, polskie społeczeństwo. Podsunięto nam pod wrażliwe nosy cuchnącą przynętę – to jest: temat zastępczy.

W Kościele Katolickim grupa niby feministek (ja nazywam ten specjalny typ kobiet – feministycznymi atrapami) przeprowadza niby happening polegający na wznieceniu wrzasku i zagorzałego protestu i rozpaczy wobec księży i w ogóle całej tej nikczemnej religii katolickiej, potem panie mówią, że to nie był wcale żaden happening, tylko że one to tak bardziej na poważnie, że naprawdę tak myślą, jak myślą i jak postąpiły, tyle że faktycznie one nie myślą – dowodów na potwierdzenie tej tezy w sieci Ci bez liku – no ale próbują to przecież ukryć, że nie myślą, starają się udawać jakże światłe oraz wyzwolone Europejki.

Przed szpitalem prowadzonym przez profesora Dębskiego, który zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami prawa dopuszczającymi w pewnych przypadkach terminowanie ciąży (nie będę w tym miejscu wymieniała sytuacji, w których dokonanie aborcji w Polsce, jeszcze, jest legalne, bo wszystkie media, włącznie z blogosferą, tyle razy powtarzają te informacje, iż nie ma sensu, bym kalkowała je także ja) – rzeczywiście, zgodnie z wiedzą medyczną, bez wplątywania w tę wiedzę swojego prywatnego sumienia, takich zabiegów terminowania ciąż dokonuje, przed jego szpitalem obrońcy życia, manifestacje pro life, machają zmyślnymi transparento-plakatami, a wśród tych fantazyjnych wywieszek znajdziemy nie tylko wyobrażone płody ludzkie cięte strasznymi narzędziami, mordowane oraz ćwiartowane szczypcami, przepraszam – nie płody, tylko ludzie to są; więc nie tylko takie rzeczy, o, nie – znajdziemy wśród tych wywieszek również portret samego profesora Dębskiego, opatrzony arcybłyskotliwym podpisem: morderca.

w sprawie aborcji 2

I wszyscy, jak amstaffy, skaczemy sobie wzajem do gardeł, choć prawda jest taka, że amstaff jest niebezpieczny tylko wtedy, kiedy ma zidiociałego właściciela. I my zachowujemy się właśnie tak: to nie nasza wina, mamy po prostu właściciela – idiotę, czyli mamy za naszych panów nasze elity polityczne.

No ale, Szanowni Państwo, wszak nie jesteśmy zwierzętami. Przestańmy może zachowywać się jak zwierzęta, przestańmy niczym niewolnicy – na siłę szukać sobie pana, zrozummy to nareszcie: możemy myśleć samodzielnie, i to nie my potrzebujemy tej spaczonej, wynaturzonej „troski” o nas ze strony elit politycznych, to te elity nas potrzebują.

Dlatego przestańmy wreszcie skakać sobie do gardeł, jak podsycone do agresji, źle wychowane psy. Jesteśmy ludźmi i obywatelami, w pełnym znaczeniu tych dwóch mian. Co dokładnie chcę poprzez ten akapit powiedzieć?

Chcę powiedzieć, iż odnoszę wrażenie, że jak się dobrze popatrzy, to istnieje coś takiego, jak normalna ilustracja świata. Czym jest, czym miałaby być owa „normalna ilustracja świata”? Otóż to ten fragment rzeczywistości, w którym fakty nie mylone są z opiniami. Ten fragment rzeczywistości, w którym dialogi zogniskowane wokół dwóch skrajnych punktów widzenia – konstruuje się w sposób merytoryczny, a więc nie zgodnie z osobistym temperamentem, indywidualną wiarą lub indywidualnym brakiem wiary, a nawet nie w zgodzie z osobistym doświadczeniem życiowym i wynikającymi z niego – ważnymi dla mnie, dla danej jednostki – wnioskami. A nawet nie w zgodzie z osobniczymi pragnieniami czy oczekiwaniami wobec świata. Normalna ilustracja świata, to ten fragment rzeczywistości, w którym dialogi buduje się w oparciu o realia, o dobro społeczne, które uwzględnia szczególne, wyjątkowe i specjalne potrzeby i sytuacje jednostek składających się na społeczeństwo.

Nie przeczę, że normalna ilustracja świata to bardzo wąski fragment rzeczywistości. Ten fragment otoczony jest bardzo szerokimi marginesami, i właśnie na tych marginesach toczy się wszelka kipiel: podziały na dobrych i na złych, kłótnie, zakłamanie, teatr, gra interesów. Jednak można się z tych marginesów wydostać, stanąć pośrodku, rozejrzeć się dookoła – samodzielnie, swobodnie, bez zbytecznego wrzenia krwi.

Nie mówię, że nie należy protestować przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Ale bądźmy czujni, zwracajmy uwagę, pod czyim szyldem w danym marszu protestacyjnym weźmiemy udział. Nie twierdzę, iż prawo narzucające zupełny zakaz aborcji, nawet w tak niegodziwych przypadkach, jak np. ciąża będąca efektem gwałtu, to prawo do przyjęcia. Nie – jest to wybitnie amoralne prawo, całkiem nie do przyjęcia, oparte na hipokryzji, na „podwójnym sumieniu”, jest to prawo godzące nie tylko w człowieczeństwo (tak, kobiety, to też ludzie – ludźmi nie są wyłącznie owe ledwie poczęte zygoty), lecz godzące również w sam środek humanizmu jak w tarczę strzelecką, choć to właśnie wartości humanizmu współcześnie, obecnie, winny być tak szczególnie chronione i przywracane.

Mówię tylko tyle, byśmy pilnowali swej krwi, która gotuje nam się w żyłach. Nie miejmy złudzeń, iż pod pozorem rzucenia nam na żer tematu aborcji, który zawsze, w każdych okolicznościach jest tematem trudnym, toczą się zupełnie inne rozmowy polityczne, na zupełnie inne tematy – tak przypuszczam. Zdaje mi się, że gdzieś poza tym agresywnym, kipiącym morzem, w które się zmieniamy, jest coś takiego jak normalność, którego to słowa w tym kontekście używam jako odniesienia do czegoś bliskiego obiektywizmu, zaś nie do dobra. W tej „normalności”, którą nieświadomie ignorujemy, gdyż nasze świadome oczy skierowane są w inną stronę (aborcja), toczą się duże, znaczące dyskusje, plany i idee… nowego rządu. Który nie ma na uwadze naszego dobra, ma na uwadze własne zacietrzewienie i chęć odwetu na poprzednim rządzie.

w sprawie aborcji 3

Ustawa antyaborcyjna najprawdopodobniej nie zostanie zaostrzona. Część owych porażających publicznych wypowiedzi polityków, które mrożą krew w żyłach – że z uwagi na malejący przyrost naturalny w Polsce, każdy potomek, również ten z gwałtu, jest na wagę złota; że w czasie wojny Niemcy zgwałcili wiele Polek, które potem urodziły wielu wspaniałych Polaków – tego typu wypowiedzi głoszone są celowo dla osłabienia naszej czujności względem tego, co wokół nas dzieje się rzeczywiście, dążąc do skłócenia nas i postawienia nas w stan osłupienia, wściekłości albo rezygnacji, marazmu.

Rząd nie dopuści do zaostrzenia aborcyjnych przepisów, z kilku prostych powodów. Taki postępek doprawdy źle, niemalowniczo wypadłby w dużo większym spektaklu, niż nasz polski teatr – mianowicie na scenie teatralnej Unii Europejskiej. To jeden z tych kilku prostych powodów – pomyślcie sami, jakie to jeszcze mogą być powody, i dla odmiany, przestańcie się gotować.

Dlatego protestujmy przede wszystkim przeciw omamianiu nas, społeczeństwa, walczmy o nasz zdrowy rozsądek, i rozmawiajmy ze sobą, dużo rozmawiajmy, zdrowo dyskutujmy – zamiast się kłócić.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (11)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (5)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

11 komentarzy

  1. Tomasz Oskroba

    Kiedyś, dobrze ponad dwadzieści pieć lat temu, topiłem kilkakrotnie małe kociaki mojej kotki (mialem wtedy około 12 lat). Myślałem sobie, że dorośli utopią wszystkie a ja zawsze ze dwa lub trzy zostawię przy życiu i tak właśnie było. Z wiekiem zrobiłem się chyba bardziej świadomy i ta mlodzieńcza zbrodnia zaczęła mnie prześladować, pod postacią powracających wspomnień mordowania niewinnych, małych i ślepych jeszcze kociaków. Uznałem, że niebezpiecznie jest dokonywać wyborów, kierując się tzw. mniejszym złem. Czasem lepiej przejść mimo.

    • Dziękuję za ten szczery i ważny komentarz, Panie Tomaszu.

      Zgadzam się z Panem: wybory dyktowane tzw. mniejszym złem bywają niebezpieczne – dodałabym, że głównie dlatego, że zawierają w sobie swoiste „rozmycie” spowodowane pokusą czy iluzją czynienia dobra…

      Myślę jednak, że wielu z nas styka się bezpośrednio z koniecznością dokonywania tego rodzaju wyborów – niekiedy zwyczajnie nie da się ich uniknąć i trzeba coś postanowić…

      Oczywiście Pański komentarz rodzi całą masę zapytań natury egzystencjalnej i etycznej – na przykład: kiedy zrzeczenie się swego naturalnego prawa wyboru jest cnotą wynikającą z chęci nieingerowania w nurt życia, a kiedy jest egocentrycznym przejawem potrzeby „umycia rąk”, czyli „niebrudzenia swego sumienia”? Kiedy unik jest czysty i dobry, a kiedy asekurancki i tchórzliwy? I tak dalej…

      Pozdrawiam 🙂 .

  2. P.S. Chciałabym skorygować tutaj moje przejęzyczenia we wpisie powyżej, aby uniknąć nieporozumień.
    -badania nad świadomością są w zarodku, nie w kolebce
    -niewygodne życie – miałam na myśli niewygodny płód
    -nie kręci feminizmem, ale trąci
    – zamiast w obopólnym szacunku, powinno być na bazie obopólnego szacunku
    -wyżynanie siebie nawzajem, nie sobie

    Bardzo przepraszam.

    • Pani Agato,
      dziękuję za korektę, bardzo mi miło, lecz właściwie była ona zbyteczna: zrozumiałam Pani komentarz bez kłopotu, a Internet jak najbardziej dopuszcza drobne lapsusy, każdemu mogą się zdarzyć, mnie także się one zdarzają; nie ma sprawy 🙂 .

      Pozdrawiam 🙂 .

  3. Dziękuję za przyjemność cztania w toście pandory, jest świeźy i chrupki. Jestem także wdzięczna za ten szczególny tost powyżej, choć bardzo się zdziwiłam jego odryciem. Takie schłodzone czoło w tym temacie, bez obrażania, na polskiej scenie polityczno-bloggersko-dziennikarskiej? Kultura osobista w mediach i na tematy gorące? Wyjść z zachwytu nie mogę. Zaproszenie do wydania opinii dostałam przez FaceBook, gdzie was od niedawna prenumeruję. I ten artykuł jest potwierdzeniem tego zaproszenia, z szacunkiem i artyzmem słowa. Czuję, że tutaj mogę się wypowiedzieć, bo mam wrażenie, że rozmawiam z ludzmi na poziomie, obojętnie, jaka będzie moja czy i ich na ten trudny temat opinia.
    Chcę ustalić jedno, trudne to wyzwanie, nie jestem bowiem po niczyjej stronie, a może nawet po obu. Nie pasuję do żadnego zgrupowania. Nie chcę, żeby kobiety i lekarze szli za aborcję do więzienia, nie chcę równie moco, by aborcji dokonywano. Nie jestem katoliczką, nie wierzę w Boga, wierzę, że to co pojawia się od momentu zapłodnienia to wartościwy byt, który trzeba za wszelką cenę chronić. Sama jestem matką, zdecydowałam się urodzić pomimo duźego ryzyka i z ogromnymi trudnościami, moje przekonania zostały wystawione na próbę, byłam na skraju załamania nerwowego od zastanawiania się, czy to aby na pewno dobra dla wszystkich decyzja. Wszystko się dobrze skończyło, nie o to mi tutaj chodzi, chciałam tym tylko zaznaczyć, że bardzo poważnie traktuję to zagadnienie i mam pewne z tym związane doświadczenia i konkretne przemyślenia.
    Niekoniecznie jednak mam gotowe i łatwe rozwiązania.
    Z jednej strony wsadzanie matek i lekarzy do więzienia uważam za absurd, z drugiej łatwość z jaką można uzyskać pozwolenie na aborcję po 10-minutowej rozmowie z psychologiem tutaj na Zachodzie to porażka humanitarna. Matka kolegi, pani ginekolog, przeprowadza około trzech aborcji dziennie, najczęściej u nastolatek.
    Jeśli ciało kobiety należy do niej, a tak bez wątpienia jest, to ciało płodu należy do niego samego, takie jest moje zdanie. Jeśli jednak kobieta nie ma ochoty zajmować tym istnieniem, trzeba to uszanować i znaleźć inne rozwiązanie, bez wąpienia, nie trzeba nikogo zmuszać. Trzeba jej tylko dobrze uzmysłowić, że te dziewięć miesięcy poczas których te dwa byty są niestety ze sobą niedobrowolnie związane w sumie szybko mija, może nawet taniej niż więzienia, byłoby wysłanie jej na cztery ostatnie miesiące przy pełnej pensji gdześ do pensjonatu nad morze, przecież w końcu robi coś dla ludzkości.

    • justynakarolak

      Pani Agato,

      dziękuję za tyle życzliwych słów odnośnie do całej witryny Tostera Pandory, jak i do tego artykułu – a ponieważ Pani pochlebne słowa poparte są szczerością i głębokim przemyśleniem tego jakże trudnego, złożonego tematu (jakim są zagadnienia takie jak życie; aborcja), cieszą mnie tym bardziej. Ogromnie dziękuję Pani za ten bogaty w treści komentarz – jako autorce powyższego artykułu i członkini redakcji Tostera, jest mi bardziej, niż „tylko” przyjemnie: czuję się wyróżniona Pani słowami, czuję się pozytywnie zmobilizowana do dalszego rozwijania swojej działalności publicystycznej; jestem wzruszona i dumna, mogąc nawiązać dialog z tak zacnym Czytelnikiem, jak Pani.

      Proszę pozwolić, że odniosę się teraz do merytorycznej części Pani komentarza:

      napisała Pani: „nie jestem bowiem po niczyjej stronie, a może nawet po obu”. Moim zdaniem, może być Pani dumna z zajmowania tego stanowiska (jeśli wolno mi w ten sposób powiedzieć) – jest to wszak postawa znakomitego intelektualisty Kisiela, który w jednym ze swych felietonów napisał: „Zawsze lubowałem się w stanowiskach trzecich”. Pani wypowiedź skojarzyła mi się właśnie z tymi słowami Kisiela – przyznam się, że sama lubię myśleć o sobie podobnie 🙂 .

      Bo temat aborcji, rzeczywiście jest wyjątkowy, skomplikowany, trudny, a być może nawet awykonalny do zupełnego rozstrzygnięcia. Ponieważ Pani tak pięknie i szczerze podzieliła się swoim punktem postrzegania, rozumienia tego problemu, ja także podzielę się swoim:

      jak i Pani, mnie także szalenie trudno w tym temacie zająć jakieś krystaliczne, jednoznaczne stanowisko. Ja także znajduję się „pomiędzy” albo w dwóch punktach jednocześnie – albo na stanowisku trzecim.

      Niewątpliwie jestem zdania, że aborcja musi być uregulowana spójnym przepisem prawnym, lecz ten przepis powinien być oparty przede wszystkim o powszechnie znany i obowiązujący stan wiedzy medycznej, zaś nie o niczyje emocje, uczucia – np.: uczucia ludzi wierzących, i poprzez filtr wyznania usiłujących zdeterminować zimny język prawa w państwie świeckim. Proszę zauważyć, że cała polska Konstytucja, będąca przecież najważniejszym czy kluczowym aktem prawnym, została napisana językiem dalece nieprecyzyjnym – językiem przypominającym bardziej patetyczne przemówienie religijne, niż brzmienie języka prawnego. Patrząc z tego punktu, nic dziwnego, że autorzy projektu dot. aborcji, o który projekt toczą się w sieci i mediach, i wszędzie wokół zażarte spory – że autorzy tego projektu definiują miano „człowiek” od chwili zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik. Nie mam wątpliwości co do tego, iż istotnie z chwilą zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik, mamy do czynienia z zapoczątkowaniem życia ludzkiego, czyli z ulubionym przez autorów tego projektu pojęciem „poczęcie”, czy „człowiek poczęty”. Jednak z medycznego punktu widzenia, możliwe/realne są jedynie dwa stany: ciąża oraz nie-ciąża. Ciąża = człowiek; nie-ciąża = brak człowieka. A medycyna definiuje jasno: ciąża rozpoczyna się od chwili zagnieżdżenia się zapłodnionej komórki w macicy (a nie wcześniej, czyli nie wtedy, kiedy komórka jajowa zostaje zapłodniona przez plemnik). A zatem, z filozoficznego już punktu widzenia, na samym wstępie rozpatrywania problemu, mamy silny dylemat! Bo jak prawidłowo, logicznie – oddzielić pojęcia „życie” od pojęcia „człowiek”?… Trudna sprawa – dla mnie także!

      No ale, odłóżmy na chwilę sprawy filozofii czy innych dziedzin nauki i myśli ludzkiej…

      … nie mam wątpliwości co do tego, iż wyznawcy „religii” Pro Life – interesują się z entuzjastyczną troską o każde życie, pod warunkiem, że jest to życie embrionalne, niewidzialne, zamknięte w brzuchu kobiety ciężarnej. Z chwilą gdy dziecko przychodzi na świat, tego typu organizacje o charakterze wyraźnie „religijnym” nie zajmują się już tym dzieckiem w najmniejszym stopniu. Twierdzenie, iż dzieci niepełnosprawne zasługują na taką samą miłość i prawo do życia, co dzieci zdrowe – jest i prawdziwe, i nieprawdziwe zarazem! Prawdziwe, bo naprawdę zasługują na miłość. Nieprawdziwe, bo potrzebują/wymagają o wiele więcej miłości, niż dzieci zdrowe – o czym jednogłośnie mówią wszystkie matki dzieci niepełnosprawnych. Oczywiście przepisy prawne i stanowisko państwa polskiego – podobno: świeckiego – nie mają tu nic do rzeczy. Oto najbliższy mi przykład – informator doniósł mi o tym wczoraj: człowiek (dorosły) cierpi na stwardnienie rozsiane od 12. roku życia. Właśnie dano mu skierowanie neurologiczne na konieczne zabiegi rehabilitacyjne – owe zabiegi będą mogły być zaczęte „już”… za 2 lata!

      Zatem za dużo biedy (materialnej), złej organizacji struktur takich jak służba zdrowia, brak zasiłków czy innych form pomocy dla rodziców, opiekunów dzieci niepełnosprawnych, by ktokolwiek uzurpował sobie prawo do decydowania za kobietę, za rodziców – jaką jakość życia, czy raczej: nie-jakość, ma wieść ledwie poczęte, a bardzo obciążone zdrowotnie, nowe życie ludzkie.

      Kolejne przykłady opowiadające się za koniecznością zachowania prawa do decydowania przez samą kobietę o przebiegu ciąży lub terminowaniu ciąży – mogłabym mnożyć; powstałaby z tego cała seria odrębnych artykułów, bo jak rzekł profesor Dębski:KAŻDA ciąża jest wyjątkowa.

      Tymczasem: aborcja na życzenie? Nie jestem zwolenniczką. Ale czy jestem przeciwniczką? Też niezupełnie! A co z sytuacją, gdy dorosła kobieta z zespołem Downa zachodzi po raz trzeci w ciążę, mimo że jest bardzo kochana i pilnowana przez matkę, mimo że uczęszcza na terapię zajęciową i jest tam pilnowana przez grupę wykwalifikowanych terapeutów – otóż kobieta ta zachodzi po raz trzeci w ciążę, nieomal na oczach terapeutów i innych podopiecznych, ponieważ traktuje seks, który z innym podopiecznym odkryła przypadkowo, taka samo, jak zabawę klockami. Tak, to bardzo specyficzny przykład, który wydaje się wręcz abstrakcyjny, ale jest jednak realny, wyniesiony z prawdziwego życia, nie jest niczyją winą ani niedopatrzeniem. Cóż w takiej sytuacji?

      Przykłady można mnożyć…

      Aborcja na pewno nie powinna być traktowana jako synonim antykoncepcji, być może powinna być dostępna również w charakterze wolnego wyboru do ok. 20. tygodnia ciąży – czyli do czasu, gdy płód, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy medycznej, nie odczuwa bólu…

      Pani Agato, końcowa Pani wypowiedź – bardzo świeża, intrygująca, świetna! Ależ tak! Skoro prawo miałoby traktować kobietę nie jak człowieka, ale jako żywy inkubator – wtedy się zgadzam: ależ koniecznie wysłać kobietę na wakacje (i to nie byle jakie!) zamiast do więzienia; wszak ona robi coś wyjątkowego dla ludzkości!

      Pozdrawiam Panią bardzo, bardzo serdecznie 🙂 .

      • Witam ponownie! Cieszę się także z Pani odpowiedzi, mam nadzieję, że zrozumie Pani jednak, że muszę teraz napisać krótką ripostę do punktów przez panią w dyskusji wymienionych, ponieważ reprezentuję w tym momencie zupełnie inne poglądy.
        Spróbuję po kolei.
        Owszem, jestem po tej trzeciej stronie, bo szukam nowych rozwiązań. Wilk syty i owca cała? Przynajmniej próbuje, nie od razu Rzym zbudowano. Pani jest jedank zdecydowanie pro-aborcyjna, nie mam co do tego wątpliwości po przeczytaniu wpisu, Pani już zna prawidłowe odpowiedzi i się już więcej nie zastanawia nad tematem. Nic w tym złego, ale trzeba się do tego otwarcie przyznać, a nie: ja ani tu ani tam.
        Nazywanie medycyny czy techniki „bogiem” idzie dla mnie też za daleko. Dzisiaj wiemy to, jutro to się diametralnie może zmienić. Taki trochę przykład z innej półki, dla zwizualizowania problematyki: kiedyś kładło się wszędzie azbest i atesty były bez zarzutu, dziś się go wszędzie zdziera, bo okazał się rakotwórczy. Proponuję ostrożniej obchodzić się z najnowszymi badaniami – można i trzeba je brać pod uwagę, ale rozważać najlepiej jednak zdrowym rozsądkiem. Kto wie, co może się jeszcze okazać, badania nad świadomością są dopiero w kolebce, a potem nagle dowiedzieć się możemy, że dzięki naszej niewiedzy pomogliśmy w tej rzeźi niewiniątek.
        Albo idąc dalej w tematyce porównawczej: oficialne stanowisko nauki jest takie, że żywność modifikowana genetycznie, jest całkowicie bez zarzutu (albo że nie są znane jakiekolwiek konsekwencje negatywne jej spożywania). Rządy niektórych krajów, pomino olbrzymich strat gospodarczych, decydują się jednak na ograniczanie tego procederu, albo na obowiązek oznakowania takiego. Dlaczego? Bo większość ludzi w tych krajach nie dowierza oficjalnemu stanowisku nauki i polega właśnie na owym zdrowym rozsądku, do tego stopnia, że aż wychodzą na ulicę i protestują. Co więcej, rządy tych państw biorą to pod uwagę i szanują, chociaż nie ma to innego uzasadnienia niż „tylko” uczucia tych ludzi.
        Tak się trochę tu zabawiam tą szermierką słowną, można to pewnie ciągnąć w nieskończoność, że ten przykład zły albo tamten niedokładny. Chciałam przez to tylko powiedzieć, że jak się czegoś chce, to zawsze można znaleźć pasujący argument. Spróbujmy głębiej.
        Tak, wiele jest do zrobienia, żeby to wszystko miało ręce i nogi: budowanie ośrodków dla dzieci upośledzonych, których rodzice nie czują, że mogą się nimi zająć, wykształcenie lekarzy, opiekunów, zapewnienie im godziwej pensji, zreformowanie prawa adopcyjnego, i tak dalej i tak dalej. Tylko od czego zacząć? Czyżby od pozbywania się samego problemu, jakim jest niewygodne życie? Pani Justyno, tak szczerze, wtedy nikt nie będzie się już zajmował budowanim ośrodków dla niepełnowsprawnch, będą bardziej naglące potrzeby. Problemy da się rozwiązać, niektóre być może tylko mozolnie i w wyniku wyrzeczeń, a więc może nie trzeba od razu chwytać za brzytwę?
        I jeszcze jedno mam na sercu, Pani Justyno, bardzo mnie Pani rozczarowała: używanie pojęć typu: żywy inkubator w tym kontekście jest obraźliwe, i w najlepszym wypadku po prostu staromodne (kręci feminizmem lat 60tych). Myślałam, że spotykamy się tutaj w obopólnym szacunku. Dla mnie brzmi to jak słowo kur_a w oficjalnym przemówieniu powitalnym. Sama nie wiem, czy chcę schodzić teraz do tego poziomu i się w stosunku do tego wypowiedzieć. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie krąży to pojęcie w obecnych dyskusjach w Polsce, więc powiem coś krótko: niestety, niestety wypadki chodzą po ludziach, czasami trzeba nawet ponosić konsekwencje czegoś, czego się samemu nie zawiniło. Naszym zadaniem jako społeczeństwa, jest pomaganie a nie wyżynanie sobie nawzajem.

        Także bardzo serdecznie pozdrawiam

        • Pani Agato,
          jak najbardziej rozumiem i szanuję odmienne zdanie, lecz ja również pozwolę sobie ponownie zabrać głos w naszej dyskusji.

          Przede wszystkim chcę powiedzieć, że nie jestem zdecydowanie pro-aborcyjna, nie zwykłam także „mieć gotowych odpowiedzi i więcej nie zastanawiać się nad tematem”. Ma Pani oczywiście pełne prawo, by odnieść własne wrażenia i wyrazić je w komentarzu – przecież właśnie po to tu jesteśmy: aby rozmawiać, wymieniać się poglądami. Ja jednakże wolę dyskusję o problemie, a nie o interlokutorze, tak więc czuję się zobowiązana odpowiedzieć Pani, iż nie jestem zdecydowanie pro-aborcyjna, także nie sądzę, że „ja ani tu, ani tam” – ja po części tu, a po części tam, to duża różnica. Jeśli w przyszłości dojdę do nowych konkluzji i postanowię, że jestem zdecydowanie pro-aborcyjna (czyli jeśli zdecyduję się przestąpić ten próg i stanąć po określonej, kategorycznej stronie), wtedy z pewnością przyznam się do tego otwarcie, w tej chwili mam inny pogląd i nie zamierzam „przyznawać się do czegoś, co nie moje”.

          Nigdy nie nazwałam medycyny „bogiem”. Twierdzę jedynie tyle, iż prawo powinno być tworzone zimnym, precyzyjnym językiem, a jego konstrukcja winna opierać się na wiedzy, na nauce – w tym temacie: na wiedzy medycznej – a nie na emocjach, np.: wynikających z poglądów religijnych. Jeśli stan wiedzy medycznej się zmieni – trzeba będzie zmoderować zapis prawny, dostosowując go do nowego, poszerzonego zakresu wiedzy. Przyznam się, że nieco niepokoi mnie ten dość powszechny dziś lęk przed naukową stroną pojmowania rzeczywistości: „naukowcy też nie wiedzą wszystkiego” albo „co oni tam wiedzą”, albo „nauka/wiedza wciąż się zmienia/nie jest niczym pewnym”. Oczywiście – zmienia się, lecz nie na tyle dynamicznie czy „wywrotowo”, aby człowiek racjonalny nie potrafił się na niej oprzeć. Nie podoba mi się również użycie sformułowania takiego jak „rzeź niewiniątek” w odniesieniu do nauki – to frazeologizm zaczerpnięty z Biblii: sądziłam, że chcemy rozmawiać merytorycznie, a nie o naszych uczuciach, przeczuciach czy wierzeniach.

          Dalej powiedziała Pani: „pozbywanie się samego problemu, jakim jest niewygodne życie”. Zabrzmiało to tak, jakby dopuszczenie prawa do aborcji miało automatycznie sprawić, że kobiety w Polsce zaczną z dużym entuzjazmem i bez żadnych skrupułów czy głębszych refleksji usuwać ciąże – bo czemu nie, skoro prawa na to pozwala. Nie zgadzam się z tym poglądem, postulatem. Z reguły kobiety walczą o życie swych (nienarodzonych) dzieci, a w każdym cywilizowanym kraju im bardziej „liberalna” (łagodna) ustawa aborcyjna, tym społeczeństwo chętniej się rozmnaża. W tej chwili nie dysponuję statystykami, gdyż chcę Pani odpisać, ale w wolnej chwili być może zbiorę dane statystyczne i przedłożę je za potwierdzenie moich słów: tam, gdzie aborcja jest prawnie zakazana – kwitnie podziemie aborcyjne i dzieci rodzi się mniej; tam, gdzie aborcja jest dozwolona – aborcji przeprowadza się mniej, a dzieci rodzi się więcej. Nie widzę też realnego, racjonalnego, logicznego związku pomiędzy tym, że jeśli złagodzi się przepisy aborcyjne, wówczas nikt nie będzie się zajmował „budowaniem ośrodków dla niepełnosprawnych”.

          Przykro mi, że uraziło Panią osobiście przytoczone przeze mnie sformułowanie „żywy inkubator” – ma Pani rację: powinnam ubrać je w cudzysłów, aby nie było wątpliwości, że przytaczam zwrot używany powszechnie w debatach publicznych i społecznych. Chcę niemniej w tym kontekście podkreślić, po co użyłam w poprzednim komentarzu tego zwrotu: otóż zupełnie nie rozumiem obrońców życia (pro-life), według których dorosły odrębny człowiek (kobieta) powinien być podporządkowany/podległy/mniej ważny od człowieka w postaci płodu, który ta kobieta w sobie nosi. Naprawdę nie wydaje się Pani niepokojąca ta tendencja poglądowa niektórych środowisk, zgodnie z jaką kobieta jest uprzedmiotawiana, a życie, które w sobie nosi – niezależnie od kondycji/zdrowia/formy tego życia – „uświęcane”? Ja uważam, że ponieważ płód nie jest zdolny do przeżycia poza organizmem matki, jak i nie jest zdolny do wyrażenia własnej woli – w jego imieniu mówi ta istota, która jest najbliżej: matka; to jest ta, w której ciele nowy człowiek powstaje, z którą nowy człowiek połączony jest pępowiną. I wg mnie ta istota ludzka – kobieta – pełnowartościowa, pełnokrwista osoba winna decydować, jakiej przyszłości chce dla swojego dziecka. Pozostawiam ten dogłębny, niezwykle złożony dylemat jej umysłowi, jej moralności, jej sumieniu, akceptując jej prawo do popełniania błędów oraz wolną wolę, i osobiście – ufając w mądrość polskiej kobiety, w jej zdolność do zmierzenia się z najsroższym problemem, w jej intelektualne/moralne kompetencje uposażające ją do podejmowania w pełni odpowiedzialnych, przemyślanych wyborów.

          Dlaczego w innych krajach europejskich przepisy regulujące aborcję są łagodniejsze niż w Polsce, i dlaczego w tych krajach rodzi się więcej dzieci? Otóż dlatego, że są to kraje lepiej rozwinięte – gospodarczo. W państwach, gdzie kobieta – czy rodzice mogą liczyć ze strony państwa na odpowiednie wsparcie finansowe, gdzie służba zdrowia działa jak trzeba – matki nie lękają się o byt swoich dzieci i chętniej zachodzą w ciążę, i rzadziej ciążę terminują, mimo że prawo na to zezwala. W Polsce zaś źle się dzieje, Pani Agato, dlatego też pomysłem naszego rządu na poprawienie przyrostu naturalnego jest przymus wynikający z całkowitego zakazania aborcji. Oczywiście już później – po urodzeniu niepełnosprawnego dziecka – nikt (poza matką, rodzicami!) tym dzieckiem nie będzie się zajmował: nie będzie godnych dodatkowych zasiłków rehabilitacyjnych, godnych – na stosownym europejskim poziomie – zwrotów kosztów leczenia, zabiegów, operacji etc. Doprawdy nie wiem, jak w tym kontekście powinna czuć się polska kobieta, która zarabia najniższą krajową, a której dziecko przyjdzie na świat dramatycznie chore, niesamodzielne, wymagające nieustającej, bardzo silnej miłości, ale przecież wymagające również niebagatelnych środków finansowych. Taka kobieta „powinna” urodzić i kochać swoje dziecko, dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi – o tym mówię; tak uważam.

          Pyta Pani, od czego zacząć? Ja uważam, że od podstaw: zająć się najpierw tymi, którzy są – żyją, istnieją w tym kraju; sprawić, że przestaniemy masowo emigrować, sprawić, że zaczniemy wracać. Tutaj – w naszej ojczyźnie – stworzyć nam warunki do pracy. Wtedy właśnie – w takich warunkach, w takim godnym standardzie egzystencjalnym – zaczniemy z lubością zakładać rodziny, mieć potomstwo, tworzyć i wychowywać nowych ludzi.

          Raz jeszcze bardzo dziękuję Pani za piękne, szczere podzielenie się swoimi poglądami – dyskusja z Panią jest przyjemnością, pozdrawiam serdecznie 🙂 .

          • Ja także dziękuję za odpowiedź, bardzo brakuje mi uczciwej dyskusji na ten temat w mediach, we wzajemnym szacunku i przy szczerym nastawieniu.
            Kilka punktów do wyjaśnienia: kraje w dobrobycie gospodarczym jak Włochy, Niemcy itd. nie mają większego przyrostu liczebnego niż Polska (to się wkrótce zmieni z powodu rozrodczości imigrantów, ale to nie na temat). Statystyki pokazują wręcz, że im większy dobrobyt, tym mniej dzieci. Dyskusja na ten temat przekraczałaby ramy, chciałam tylko sprostować.
            Z doświadczenia mogę także powiedzieć, że niestety ale w wielu krajach, w których aborcja jest na porządku dziennym, traktowana jest ona jak zabieg kosmetyczny, przeprowadzany kilkakrotnie w życiu i to pomimo rzetelnej pomocy państwa tz. zapewnieniu możliwości opieki nad upośledzonymi dziećmi, poradach psychologicznych i dobrego prawa aborcyjnego.
            Nie chcę tu nikogo urażać, ale to mi bardzo zakrawa na zwykłe wygodnictwo i bezmyślność, którym się w ten sposób uciera drogę.
            Nie będę też stawiała życia jednego ponad drugie, jak Pani to robi, dla mnie oba są tak samo ważne. Dlatego zakładam, że te „niewygodne” kilka mięsięcy są niezaprzeczalnie godne poświęcenia w obliczu kilkudziesięciu lat, którym warto dać szansę. Jestem też całkowicie przekonana, że adopcyjni rodzice, którzy z utęsknieniem czekają na szansę wychowania niemowlaka, są jak najbardziej dysponowani do tego.

            Chciałam tutaj też jeszcze raz zaznaczyć, że jestem absolutnie przeciwna karom więźień dla kobiet i lekarzy. Uważam jednak, że problem musi być inaczej rozwiązany, skoro duża część populacji jest świadoma wartości życia i chce je chronić. Ja osobiście jestem dumna z Polaków, którzy nie chcą powtarzać w tym momencie błędów zachodnich „cywilizacji”, a szukają humanitarniejszych rozwiązań.

            Pani propozycja, by ciąża była „dowolna” do 20 tygodnia, skłoniła mnie do przekonania, że jest Pani zdecydowanie pro-aborcyjna: tutaj na Zachodzie jest to „bezproblematyczne” tylko do 12 tygodnia, ewentualnie do 16-ego, jeśli miałoby się okazać. że dziecko jest niepełnosprawne; wszystko inne ponad to jest już uznawane za nieetyczne.

            Pozdrawiam

    • Tomasz Oskroba

      „Jeśli ciało kobiety należy do niej, a tak bez wątpienia jest, to ciało płodu należy do niego samego”

      Uczciwość nakazywała by ochronę interesów tego rozwijającego się, ale na etapie życia płodowego, bezbronnego, pozbawionego głosu człowieka.

      • Niewątpliwie zacytowane zdanie mówi prawdę – ale inną część tej prawdy stanowi i ta teza, iż ciało płodu nie jest bytem wyłącznie „własnym” czy „samodzielnym”, gdyż stanowi ono byt co najmniej fizjologicznie ściśle połączony z ciałem i z bytem kobiety…

        … co za tym idzie – w wielu różnych kontekstach kulturowych decyzję o losie noworodka powierzano w pełnym zaufaniu matce, odnajdując słuszność i uczciwość tej decyzji nie tylko w oczywistym fizjologicznym (pępowinowym) połączeniu dwóch bytów (kobieta i płód), ale również w kobiecej intuicji, w kobiecej biologii – rozumianej także jako mistyczna więź pomiędzy życiem i śmiercią, oraz w niepowtarzalnej kobiecej zdolności do dawania życia… Z tych idei wyrosło wiele mitów i przypowieści filozoficznych; świetnym przykładem będzie np. motyw Mojżesza porzuconego w koszyku czy w lesie, teoretycznie „skazanego przez matkę na zgubę”…

        Nie bronię absolutnego prawa współczesnej kobiety do aborcji na życzenie – co więcej uważam, że kompromis na tym polu obowiązujący w Polsce jest w zupełności wystarczający. Zwracam jedynie uwagę na różność możliwości interpretacji tematu.

        Pozdrawiam 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *