Dialogi Pandory – w sprawie polskości

 

 

Smutny ten współczesny obraz społeczeństwa polskiego, w którym – niektórym mocno się wydaje, że ich osobisty system wartości pozostaje bezdyskusyjnie najlepszym, w związku z czym winien być ogólnie oraz szczególnie przyjęty, zaakceptowany i hołubiony… Ale dlaczego ten obraz taki smutny? Szukając odpowiedzi, przeanalizujemy polskie szkolnictwo i uczelnie wyższe, rynek pracy i więzi międzyludzkie, jak i sytuacje polskich rodzin. Będzie to pełna wrażeń i emocji analiza, materiał publicystyczny dla odważnych – dla wszystkich tych, których myśli zaprząta problematyka społeczna i refleksja o „lepszym jutrze”…

Każdy, kto zakleszcza się we własnych odruchach postrzegania rzeczywistości, niestety bliski jest fanatyzmu, bo fanatyzm czerpie się z głębokiej potrzeby przynależności (do idei i do grupy wyznającej tę ideę), a każda przynależność wykazuje tendencję do ryglowania się przed światem, czyli do zamknięcia się na bodźce z zewnątrz. I dobrze się zrozummy, co ma na myśli autor: mówiąc o fanatyzmie, niekoniecznie mówię o postawach radykalnych i wprost niebezpiecznych; mówię tu o o kiełkującym specyficznym stanie umysłu i ducha, który na początkowym etapie swego kształtowania charakteryzuje się przede wszystkim „zakleszczaniem” właśnie, czyli – najczęściej nieświadomym, a tylko z bardzo rzadka świadomym – odcinaniem, izolowaniem od reszty świata. Słowo „fanatyk” kojarzy nam się potocznie przede wszystkim z fanatyzmem religijnym – w takie konotacje to słowo obrosło – ale ja zupełnie nie o tym…

Ja o tym, że współcześnie zdajemy się być silnie skoncentrowani na indywidualnych celach – do życia podchodzimy niezwykle ambicjonalnie i „punktowo”, niczym łucznik skupiony na centralnym polu tarczy, uważnie naciągający cięciwę. Przyczyn takiej postawy wobec życia zapewne jest co najmniej kilka – spróbuję je niniejszym zdemaskować, jedna po drugiej. Artykuł będzie więc „długi, trudny i nudny” – uprzedzam czytelnika lojalnie. Postaram się niemniej nadać mu czytelny kształt piramidy, tj. od szerokiej podstawy będziemy wspólnie, stopniowo kierować się ku górze, a więc do spiczastego wierzchołka i meritum poruszonych zagadnień.

Podstawa pierwsza – polskie szkolnictwo

Polskie szkoły nie dbają o kreatywność dzieci i młodzieży – polskie szkoły zainteresowane są głównie zdobywaniem przez uczniów dobrych not, co bezpośrednio przekłada się na dobre wyniki nauczania osiągane przez szkołę, plasując ją na wysokich miejscach odpowiednich rankingów. Zatem iście korporacyjny „wyścig szczurów” staje się pojęciem obecnym w różnych dziedzinach życia, nie tylko w pracy – bo gromadzenie punktów zawsze wiąże się z rywalizacją, z gonitwą po marchewkę, z chronicznym podwyższaniem sobie poprzeczki. Z chwilą gdy konkretny szczebel drabiny zostaje zdobyty, należy zastąpić go kolejnym – należy wspinać się coraz wyżej i wyżej po wyimaginowanych „schodach do nieba”. Te postawy możliwe są do zaobserwowania nie tylko w środowiskach pracy (głównie środowiskach „korpo”, choć nie wyłącznie w nich), ale także w szkołach, uczelniach wyższych, a nawet w podstawowych komórkach społecznych, czyli w rodzinach, o czym w dalszej części artykułu również będzie mowa.

W latach 70. i 80. dzieci uczyły się w szkole, zaś po powrocie ze szkoły odrabiały lekcje, co zajmowało średnio od godziny do dwóch, następnie hasały wspólnie po podwórku – jeśli było ciepło, a jeśli padał deszcz albo śnieg – spotykały się na harcach domowych, na przemian w mieszkaniach poszczególnych dzieci, tak spędzając czas do wieczora. Lekcje dzieci odrabiały samodzielnie – zdarzało się wprawdzie, że pojedynczy uczniowie przejawiali pewne trudności w nauce i dzieci te potrzebowały drobnego wsparcia przy odrabianiu lekcji ze strony rodziców albo pani ze szkolnej świetlicy. Podkreślam: wsparcia, a nie odrabiania przez dorosłego lekcji za dziecko. Jednak doskonała większość dzieci radziła sobie samodzielnie – niektórym dzieciom nauka naturalnie przychodziła łatwiej, te cieszyły się piątkami i czwórkami, inne dzieci zdawały do kolejnej klasy na trójkach „na szynach”, od czasu do czasu pokrzepione jaką czwórką, ale wszystkie oceny były otrzymywane przez dzieci dokładnie na takim poziomie, na jaki dzieci zasłużyły własnym wkładem w naukę i nikt z dorosłych nie udawał, że dziecko jest lepsze od samego siebie. Dziś zatrważająco często słyszę, ilu dorosłych – członków rodziny, a czasem i znajomych – jest zaangażowanych w odrabianie lekcji np. 12-letniego dziecka: mama rozwiązuje za dziecko zadania matematyczne, jednocześnie tata trudzi się za dziecko rozprawką z języka polskiego bądź wypracowaniem, babcia z pomocą cioci czy wujka przygotowuje – za dziecko – plakat o tematyce ekologicznej albo politycznej na lekcję plastyki, a samo dziecko dokładnie w tym samym czasie siedzi i zakuwa słówka z języka obcego. Na przygotowaniu prac domowych na nazajutrz – za dziecko – cała rodzina spędza od trzech do czterech-pięciu godzin. Na zabawę i odpoczynek – dla nikogo – czasu już nie starcza.

Dialogi Pandory w sprawie polskości 1

Zatem jest to dalece paradoksalne: poprzeczka (wymagania, punkty do zdobycia, ambicje – przyp.: J.K.) rośnie, a odwrotnie proporcjonalnie do niej – umiejętności i samodzielność dzieci maleją. Analogicznie paradoksalne jest i to, że w XXI wieku, mając do dyspozycji mnóstwo tanich technologii, z tymi komputerowymi na czele, których zadaniem jest oszczędzać czas i ułatwiać życie – czasu nam ubywa, a życie nie zawsze bywa łatwiejsze.

Współczesne dziecko ma perfekcyjnie wypełniony i zaaranżowany tydzień „roboczy” – uczęszcza na szereg zajęć pozalekcyjnych, by mogło rozwijać się na wielu polach. Efekty jednak bywają przeciwne do zamierzonego rozwoju i od najmłodszych lat dzieci wykonują czy wypełniają to, co „trzeba”, bo przecież „wszyscy tak robią, więc dlaczego moje dziecko miałoby pozostać w tyle”. Niech „przynależy do grupy rówieśników” – niech ściga się z nimi, rywalizacja „sportowa” jest wszak zdrowa: dziecko nauczy się przegrywać (w dorosłym życiu będzie umiało podnieść się z porażki) oraz wygrywać (w dorosłym życiu będzie umiało wytrwale dążyć do obranego celu, po czym osiągnąć go – za wszelką cenę).

Podstawa druga – po PRL-u życie na uczelni wyższej

Po upadku PRL-u młode pokolenia karmione były tym, że mogą wszystko: mogą zostać, kim zechcą; mogą przestępować dowolne z wielu raptem pootwieranych drzwi. W ten sposób zdeprecjonowały się uczelnie wyższe, i tym samym licea – przygotowujące do matury i rekrutacji na studia. Dziś tytuł magisterski nie jest żadnym wyróżnieniem – nie definiuje ani rzeczywistego poziomu wiedzy, ani statusu społecznego. „Wszyscy mają magistra – mam i ja!”.

Studenci zdają sobie sprawę, że aby „coś osiągnąć” i „być kimś”, muszą włożyć w swoją edukację i postawę życiową „coś jeszcze”, bowiem to, co wkładali w siebie, we własny rozwój ich rodzice – to dziś kategorycznie nie dość i za mało. Poza tym wielu rodziców dzisiejszych studentów nie ma wykształcenia wyższego, w związku z czym rodzice ci jeszcze usilniej wypychali swoje potomstwo na studia, szczerze wierząc – bo tak obiecała im w latach 80. nadchodząca demokracja, mająca świetliście i słodko wypełnić miejsce po komunizmie – że wykształcenie wyższe w „nowej, lepszej Polsce” równać się będzie świetnej pracy i szczęśliwemu życiu.

Czas nauki w uczelni wyższej – czas studiowania, stał się toteż obarczony koniecznością ścigania się z grupą oraz z samym sobą, ze swoimi naturalnymi ograniczeniami i możliwościami intelektualnymi. Zamiast skupiać się na pochłanianiu książek – na uczeniu się i na rozwijaniu siebie, swojej wrażliwości, wyobraźni i pasji – studenci niczym zajączki z reklamy baterii kicają między wykładami i ćwiczeniami a stażami i praktykami. Rozumieją bowiem, że konkurencja – koledzy-studenci – nie śpi, więc muszą być przed nimi, uczynić coś więcej, by później, będąc już absolwentem, z większym prawdopodobieństwem znaleźć „godne zatrudnienie”. Trzeba toteż nie tylko sumiennie studiować – trzeba zaangażować się dodatkowo: w koła naukowe, we współpracę z firmami; trzeba wykazać się wysoce ponadprzeciętną ambicją, interesować się rynkiem pracy, wypatrywać szerszych perspektyw; „być wszędzie – i nigdzie” naraz.

W poprzednim wieku na uczelnie wyższe szło ok. 30 % społeczeństwa polskiego – dzisiaj idzie 90 %. Tymczasem to nie tak, że wszyscy muszą, wszyscy powinni i każdy może i się nadaje – to nieprawda, że każdy z nas może, co tylko zechce: różnimy się w potencjałach intelektualnych i doprawdy nie wszyscy powinni kończyć uczelnie wyższe, a na pewno nie powinno być to 90 % społeczeństwa! Ilu Polska, mówiąc brzydko – wyprodukuje jeszcze idiotów z tytułami magisterskimi, a nawet doktorskimi, nim się ocknie? To nie jest pytanie retoryczne!

Podstawa trzecia – polski rynek pracy, chleb i masowa emigracja

Stan edukacji, szkolnictwa i uczelni wyższych oczywiście w sposób bezpośredni przekłada się na rynek pracy – na zatrudnienie. Część młodych doktorów pozostanie na macierzystej uczelni, ucząc nowe pokolenia studentów. Inna część młodych doktorów zadowoli się kierowniczym etatem w korporacji – na ogół lepiej płatnym od stanowiska naukowego na uczelni. Młodzi magistrowie w najlepszym razie pójdą do pracy „takiej, jak wszyscy” – „do biura”, czyli do środowiska korporacyjnego. Przecież to jasne, że w sytuacji, w jakiej 90 % młodych ludzi idzie na studia – rynek pracy nie wchłonie ich wszystkich, zwłaszcza absolwentów kierunków humanistycznych. Przy czym absolwenci kierunków ścisłych wcale nie będą mieli w życiu raźniej, ponieważ Polska stała się krajem „montowni”, a nie fabryk, a nie produkcji z prawdziwego zdarzenia, które mogłyby być zarządzane przez młodych „ścisłowców”.

Dialogi Pandory w sprawie polskości 2

Młodzi ludzie więc, po opuszczeniu murów uczelni wyższych, zderzają się ze wsobnością naszego rynku pracy – zdolni inżynierowie czy „ścisłowcy” o rzeczywistych aspiracjach naukowych, o „wdrożeniowych”, kreatywnych umysłach, szybko spakują podręczną walizkę i bez sentymentu wyjadą za granicę, bo tylko tam będą mieli jakąkolwiek szansę wzięcia udziału w ciekawych procesach badawczych, nie mówiąc o wzięciu udziału w procesach tworzących i wdrażających nowoczesne, postępowe technologie. Ci mniej lotni absolwenci rozmaitych kierunków też zresztą wyemigrują – bo w Anglii czy Norwegii, gdzie już stanowimy najbardziej liczną mniejszość napływową, młodzi przynajmniej mają szansę zobaczyć mniej wymarły, mniej brudny, mniej zabałaganiony obraz świata. A zatem to nie tylko czynnik ekonomiczny – brak perspektyw pracy, zatrudnienia, rozwoju kompetencji zawodowych w Polsce i tym samym brak przestrzeni na bezpieczne życie tak dla singla, jak i dla tych, którzy chcieliby założyć rodzinę – skłania młodych do intensywnego emigrowania. I to bardzo, bardzo niedobrze – fatalnie wręcz!

Pół biedy bowiem, gdy Polak wyrusza w nieznane za chlebem – lecz jeśli wyrusza na obczyznę, „wypędzony” z Polski sianiem w nim frustracji, jeśli wyrusza na obczyznę z poczuciem „bycia wystawionym” przez własną ojczyznę, wtedy mówimy nie tylko o złej kondycji edukacji i rynku pracy: mówimy o tym, że życie w Polsce – poniża, i że nie żywimy już nadziei na odczuwalną poprawę. I to jest niezaprzeczalna tragedia – dla wszystkich Polaków: tych, którzy wyjechali i tych, którzy zostali. Sceptykom w tym kontekście warto zwrócić uwagę na to, że fala emigracji, czyli uciekania z Polski – wciąż kwitnie, i że jeszcze więcej niż wiele wody przysłowiowej upłynie, zanim i kiedykolwiek tendencja ta zostanie powstrzymana i zawrócona!

Staliśmy się podzieleni, niepewni jutra. A młodzi Polacy nie rozumieją pojęć takich jak „ojczyzna” – i trudno im się dziwić! Bo ojczyzna człowieka jest tam, gdzie jego dom – tymczasem korzenie, pochodzenie nie wystarczają do tego, by dane miejsce określić swoim domem. Do sprzęgnięcia się z danym miejscem potrzeba czegoś innego, ważniejszego: wrażenia stabilizacji, nie mówiąc o wrażeniu rozwoju; a także nadziei, bo to z niej wyrastają dobre chęci i osobista wola do wymiernego działania, do wnoszenia sobą czegoś pozytywnego do realnej rzeczywistości. Tymczasem ogromnie trudno jest chcieć cokolwiek sobą wnieść do takiego kraju ojczystego, który nie dba o poczucie bezpieczeństwa własnego obywatela, który mami go i łudzi, ale który nie dotrzymuje i nie stwarza standardowych możliwości do przetrwania, nie wspominając już o mierzeniu wyżej, dalej – o możliwościach realnego awansu, społecznego czy finansowego. Dziś większość młodych Polaków biegle włada językiem obcym, najczęściej angielskim – posługuje się nim sprawniej niż językiem rodzimym, a to bez wątpienia o czymś świadczy!

W Polsce nie tylko nie ma igrzysk – nie ma przede wszystkim chleba. Dlatego i 20-latkowie, i 30-latkowie, i 40-latkowie wyjeżdżają.

Najmłodsi i młodsi emigrują z nadzieją na bezpieczne, lepsze życie z dala od Polski – na „ułożenie się gdzie indziej”, na zapomnienie o dotkliwych problemach życia w Polsce. Ci nieco starsi emigrują z głębokim rozczarowaniem, a zarazem z tęsknotą za tym, co opuszczają – np. za więziami przyjacielskimi. Ci najstarsi emigrują w wyniku poczucia, że tutaj – w Polsce – „przegrali”, że Polska „przycisnęła ich do ściany”, dlatego emigracja za chlebem staje się dla nich ostatnią brzytwą osobistego ratunku albo przed długami, albo mającą zapewnić lepsze życie dzieciom.

Dialogi Pandory w sprawie polskości 3

Tymczasem wszystkie grupy wiekowe Polaków emigrują, kierowane przede wszystkim pragnieniem „igrzysk” – czyli pragnieniem czasu wolnego po pracy na lekturę powieści, na bezmyślny spacer po parku, na pójście do kina czy restauracji, na wyjazd na wakacje wraz z rodziną, bo rzadko kiedy i rzadko kto marzy iść przez życie kompletnie samotnie.

Podstawa czwarta – „szczurza rodzina” i „szczurze społeczeństwo”

Tak oto rodzą się postawy „delikatnie fanatyczne” – owe zakleszczenia, zaryglowania nasze na dialog z bliźnim, z sąsiadem przez ścianę. Owe zakleszczenia, o których wspomniano we wstępie do tego artykułu.

Powszechny pęd w Polsce „za niczym” i niedobór perspektyw na godne życie, a nie wegetację, owocuje niestety brzydko, wręcz „zgniło”, i kompletnie niekonstruktywnie.

Myślimy, że skoro JA uważam tak, a nie inaczej, inni nie mają prawa do odmiennej postawy, do wiary w odmienną prawdę, czy do odmiennego modelu życia. Tę silną, znamiennie nadmuchaną tupetem postawę pod tytułem „Ja” widać szczególnie wyraźnie u pokolenia, które z autopsji zna i świetnie pamięta wojnę. Ci starsi ludzie – starsze panie i starsi panowie – uwielbiają stać przez dwie bite godziny przed blokiem, na własnych nogach, bez uczucia zmęczenia, w tym czasie zjadliwie plotkując i utyskując na młodzież, która dzisiaj jakże „zła, tępa, głupia i zepsuta”. Pokolenie to uwielbia myśleć o sobie jako o pokoleniu najwięcej tolerancyjnym i kochającym bliźniego – ze wszystkich pokoleń w historii świata. Ci starsi ludzie nie widzą jednak własnego cienia – po prawdzie mianują się nadzwyczajnie rozwiniętymi cechami takimi jak hipokryzja oraz pasywna agresja, a nie empatia czy miłosierność. Ci sami starsi ludzie, kiedy tylko zbliżają się do tramwaju czy autobusu – natychmiast podupadają na zdrowiu, nie mają siły przestąpić stopnia. Ale parogodzinne koczowanie na zdrowych nogach przed blokiem czy kamienicą – im osobiście z własnym obrazem zdumiewająco się nie kłóci.

Pokolenie to, które de facto stoi już bardzo mocno u progu do „zmiany stanu skupienia”, powinno pomalutku zacząć godzić się ze światem, bo czasu na wybaczenie i odkupienie własnych win, związanych głównie z hipokryzją, zostało tym ludziom mniej niż mało. Ich postawy jednak nie zmienimy, my – dojrzali oraz my – młodzi, więc my wszyscy również – powinniśmy się ze starszymi godzić, i mimo wszystko ustępować im miejsca siedzącego w tramwaju.

Nie chodzi jednak o „bycie lepszym” lub „bycie gorszym”. Młodzi cierpią na brak autorytetów – a to dlatego, że w Polsce rzeczywiście występuje dojmujący niedomiar potencjalnie zacnych autorytetów wśród ludzi dojrzałych! Młodzi są więc zagubieni – ale przy tym wyraźnie powierzchowni i roszczeniowi w swych subiektywnych ocenach, co tylko częściowo wynika z ich własnych uwarunkowań. To przede wszystkim ich rodzice oraz starsi o 6 – 8 lat bracia, siostry i koledzy uczą tychże młodych ludzi tego, że ci – mogą wszystko, że liczy się ich własne szczęście, tożsame głównie z wygodą; że nie warto dążyć do  dania z siebie jakiegokolwiek wkładu na zewnątrz, dla drugiego człowieka i dla świata. Przecież podarowane na zewnątrz dobro niestety nie spotka się z docenieniem, więc – po co?

Dialogi Pandory w sprawie polskości 4

Nie chodzi o sztafetę pokoleń. Chodzi o zakleszczanie się, o duszenie we własnym sosie – „ja, moje, dla mnie”. Tę egocentryczną, a w następstwie egoistyczną, roszczeniową i konsumencką postawę szczepi w nas polskie życie: nasze elity polityczne, nasi znajomi, którzy właśnie się doktoryzują i uwielbiają myśleć, że „chwycili Pana Boga za kostki”, choć po prawdzie dożywotnio wylądują w korporacji na stanowisku poślednim, a także nasi biedni rodzice, którzy wierzyli w lepszy kraj dla nas – dla swoich dzieci, a także durni pedagodzy, którzy zogniskowani na formalnych wynikach nauki swoich uczniów i studentów, stracili faktyczny punkt odniesienia dla realnej wiedzy i umiejętności swych podopiecznych.

Podstawa piąta – obłuda zamiast duchowości i roszczeniowość w miejsce empatii

Człowiek zawsze, „od zarania” pragnął przynależeć, być częścią wspólnoty, dzielić się sobą, współuczestniczyć i razem budować, dosłownie i w przenośni, coś dużego, ważnego i dobrego. Problem dzisiejszych czasów w Polsce zdaje się polegać na tym, że uczuciową i rozumową przynależność do danego kręgu zainteresowań mylimy z wrażeniem „rodziny”: tych, którzy w pełni się z nami zgadzają, ochoczo uznajemy za „krewniaków”, a tych, którzy chcą dyskutować, polemizować, uznajemy za wrogów. Dyskusję mylimy więc z „wojną”, a inercyjne milczenie pozornych interlokutorów – z „pokojem”, „tolerancją” i „współuczestnictwem”.

Zdaje się, że budujemy naszą codzienność tak, że usiłujemy otaczać się jedynie „bliźniakami” naszych osobistych poglądów i wrażeń; przypuszczam, że w dużej mierze jest to zwykły mechanizm asekurancki, chroniący w zamyśle przed zagrożeniami płynącymi od rzeczywistego świata, pozbawionego perspektyw szerszego oglądu i możliwości sprawczych. W ten sposób osobiste upodobania, poczucia estetyki, życzenia i oczekiwania – obrastają w nienaruszalny kokon złudzeń i hermetycznych opinii. Otaczamy się tymi, z którymi nam wyraźnie po drodze, zaś słowo „dialog” staje się anachronizmem, a mniej drastycznie rzecz rozpatrując – słowo „dialog” staje się synonimem słabości i braku suwerenności własnych poglądów.

Tak właśnie kiełkuje, a później dojrzewa i owocuje nie tylko fanatyzm – tak rodzi się i manifestuje obłuda, która osadza się w miejscu pierwotnej duchowości, czyli w pierwotnym dążeniu jednostki ludzkiej do uczuć wyższych, do współodczuwania, do samodoskonalenia nie dla siebie samego i własnych korzyści, ale dla dobra; po prostu: dla dobra. I tak w miejscu pierwotnej empatii osadza się we współczesnym człowieku „roszczeniowość”. I tak współczesny człowiek bierze swoje „mieć” jako „być”, a wszystkich, którzy sądzą inaczej – wyklina, naglony poczuciem swej wyższości.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (2)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

5 komentarzy

  1. Opowieści na temat życia na uczelni i w korporacji są z pozoru logiczne, acz nieprawdziwe.

    Żaden normalny człowiek nie chce być skupionym na celu. To rzeczywistość wymusza taką postawę, bo łatwiej jest ją sprawdzić i wyegzekwować.

    Ludzie w korporacjach nie chcą realizować celi, tego się od nich wymaga i nie jest to ich postawa mentalna, lecz zewnętrzna tresura, która nie odnosi trwałego efektu – nie wychodzi się z korporacji będąc zorientowanym na cele, tym bardziej ma się ich dosyć.

    Celem szkoły nigdy nie było wystawianie dobrych ocen, za dobre oceny u większości są symptomem tego, że jest zbyt niski poziom. Co innego zewnętrzne rankingi takie jak matura. I dlatego naucza się dzieci, że mają czytać ze zrozumieniem, czy rozwiązywać ten test jak MEN przykazał, a nie samodzielnie myśleć, rozumieć, czy mieć wątpliwości.

    Oceny w szkole są nieobiektywne, dlatego nie są przyczynkiem do wyścigu szczurów. Gdy zrobisz dwa razy więcej niż ten obok i łączy cię z nim ta sama ocena, nie rywalizujesz już z nim, to nie ma sensu. Zamiast tego szukasz punktu równowagi pomiędzy wymaganiami rodzica i nauczyciela.

    Na studiach nie ma żadnego ścigania się z grupą, czy z samym sobą. Młodzi ludzie nie rywalizują w wyścigu szczurów. Chcą iść do pracy. Ale mówi się im że muszą skończyć studia, bo są niegodni albo się ich wykorzystuje jak niewolników. Dlatego idą na studia z musu. Tam mają przedłużenie dzieciństwa. Tam dowiadują się samych niepotrzebnych informacji, jak w szkole więc mają na wszystko wywalone, idąc po linii najmniejszego oporu do papierka, bo chcą wreszcie iść do pracy i zarabiać pieniądze. Godność i możliwość decydowania o sobie jest z możliwością zarabiania ściśle powiązana.

    Nikt nie kica pomiędzy wykładami i ćwiczeniami jak duracelka. Ludzie snują się i myślą o lepszym życiu, które dopiero ma nadejść. Rywalizacja to nie u nas, bo walczyć nie ma o co. Panuje marazm i poczucie, że szkoła nie ma sensu. Nikt nie pcha się na praktyki, bo to praca niewolnicza i wykorzystywanie. Ważne są tylko te praktyki, które dają dobry punkt do CV, bo to wreszcie coś przydatnego do zarabiania. Sama praca zwykle niczego nie uczy, bo stażysta dostaje najgorsze, odtwórcze, nierozwijające zadania.

    Lecz tutaj też nie ma rywalizacji, bo rozmowy kwalifikacyjne są tajne i nie powiązane pomiędzy kandydatami. Każdy po prostu stara się wypaść jak najlepiej, ale nie ściga się na 100 m z innymi kandydatami i czekając na rekrutera, nie ma pojęcia gdzie siedzi jego największa konkurencja.

    Koła naukowe mają być szansą na bycie zauważonym, lecz to odskocznia dla tych, którzy w przeciwieństwie do ogółu, czymś się interesują i np. chcą rzeczywiście pracować w zawodzie, czyli pracować w zgodzie z kierunkiem który kończyli. Nie jest to element rywalizacji, bo to kolejna praca za darmo. Każdy używa tam terminów znanych z NGO – proszę, dziękuję itp. żeby komuś się coś zachciało robić.

    Uczelnie głoszą takie hasełka, że zaangażowanie w koła naukowe przynosi profity w postaci zainteresowania pracodawców, ale w większości sytuacji to nieprawda, bo wymaganiem do wymarzonej pracy są minimum dwa lata pracy na podobnym stanowisku. Nikogo nie interesuje ile konferencji student odwalił i przy których zadaniach profesora pracował – za darmo. Głównie dlatego, że prace dla profesorów są odrealnione i dalekie od rzeczywistości i wymogów pracodawcy.

    Studia przestały być elitarne, bo wszystkich na studia po prostu wtłoczono. Ludzie po doktoratach idą do pracy, bo tam robią coś ze swoim życiem, nie chcąc gnuśnieć na etatach wałkujących stan wiedzy sprzed 20 i obraz rzeczywistości sprzed 50 lat. Nie ma to niczego wspólnego z pensją, ani z komfortem pracy. Praca profesora uczelni, to najmniej stresujące zajęcie na świecie. To właśnie na uczelniach można nic nie robić ze swoim życiem, pisząc artykuły, których nikt nie przeczyta i uczestnicząc w konferencjach naukowych, których studencka publiczność wszystko przyjmie. Na polskich uczelniach 90% to teoria, pal licho, jakby to była dobra teoria, lecz jest to po prostu do niczego w życiu nie przydatna teoria, czyli te rzeczy, których od pół wieku nikt ręcznie nie robi, bo są od tego komputery.

    Świat zmierza ku świetlanej przyszłości i niektórzy chcą w tym uczestniczyć.

    Ci którzy chcą się wycofać z życia zostają w murach humanistycznych uczelni, bo politechniki współpracę z biznesem realizują całkiem nieźle, a rynek pracy nadal potrzebuje programistów i inżynierów.

    Bardzo inspirujący do przemyśleń artykuł, to tyle.

    • Zbigniewie,

      cieszę się, że dostarczyłam inspiracji. Uważam jednak, że zarzucenie temu artykułowi „nieprawdy”, to zbyt mocny zarzut. Oczywiście każdy ma prawo do własnych opinii i odczuć, ale to, co sam napisałeś w komentarzu o kondycji jakościowej uczelni wyższych – potwierdza de facto, że nie wszystko w tych strukturach działa, jak należy, mówiąc oględnie.

      To prawda, że mój artykuł opiewa w bardzo „ponury” wydźwięk i oczywiście ta „ponurość” – na szczęście! – nie oddaje wszystkich odcieni życia w Polsce. Ale to nie znaczy, że ta „ponurość” nie jest częścią egzystencji w naszym kraju, że ta „ponurość” nie istnieje – że artykuł mówi „nieprawdę”. Po prostu – zdecydowałam się (w artykule tym) na narrację, której zadaniem było zaakcentować czy wyostrzyć to, co w Polsce i polskim społeczeństwie: „złe”, „przykre”, „negatywne”, „wadliwe” etc. Oczywiście, podkreślam, to nie znaczy, że wyłącznie tak, czyli ponuro, wygląda prawda o Polsce, ale tak, czyli ponuro – wygląda część prawdy o Polsce; na tyle duża część, że warto o niej mówić i pisać.

      Twój pomysł, że praca w korporacji nie przekłada się w żaden sposób na wnętrze człowieka, uznaję za życzeniowy. Niestety rywalizacja i zorientowanie na cele, które w środowiskach „korpo” są kwestiami priorytetowymi, wchłaniają w siebie człowieka i odbijają się na nim – a oddzielenie się od tych mechanizmów i „zachowanie rzeczywistego, nienaruszonego siebie” udaje się tylko nielicznym. Wieloletnia praca w korporacji – najczęściej: człowieka wyniszcza, dlatego wielu z korporacji ucieka, szukając innych form zatrudnienia. Oczywiście są i tacy, których cieszy ten „korporacyjny prestiż”: są dumni z pakietów prywatnej opieki medycznej, biletów do teatru oraz karnetów na siłownię; lubią myśleć, że „funroomy” świadczą o dobrej atmosferze w pracy, a składanie przełożonemu raportów ze zrealizowanych w danym dniu pracy celów sprawia im przyjemność wynikającą z podniesienia poczucia „własnej” wartości. Także ta „zewnętrzna korporacyjna tresura”, jak to ująłeś, oczywiście wpływa na „postawę mentalną” człowieka pracującego w „korpo” i to jest fakt – bo zresztą wysokie tempo i duża intensywność pracy w Polsce, wielka ilość godzin, jakie poświęcamy każdej pracy zawodowej siłą rzeczy wpływają na to, jak się zachowujemy oraz kim jesteśmy głęboko w środku. Pewnie dlatego Polacy pracujący za granicą cieszą się bardzo dobrymi opiniami – jesteśmy tani i wydajni, a także przejmujemy się pracą i angażujemy w nią. Nie przejmują się chyba jedynie ludzie „roboty” i „korpo-szczury”, ale takich osobników w przyrodzie występuje nader mało.

      W sumie możesz się cieszyć, że nie dostrzegasz tej rywalizacji w szkołach czy w pracy, o jakiej traktuje ten artykuł – jesteś szczęśliwym człowiekiem.

      • Zbigniewie – zapomniałam dodać jeszcze w poprzednim komentarzu:

        napisałeś, że polski rynek pracy potrzebuje programistów – oczywiście: każdy współczesny rynek pracy potrzebuje programistów, bo przenika nas komputeryzacja (i będzie przenikała stale i coraz głębiej; tak rozwija się świat – to jest wiadoma sprawa). Jednak nie masz racji w głębokim znaczeniu tej tezy – mam bowiem znajomych programistów pracujących w Polsce i znajomych programistów, którzy pracują np. w Niemczech. Różnica w płacach, a także w jakości, skali i nowoczesności projektów realizowanych u nas, w Polsce, a na Zachodzie – jest ogromna, wprost gigantyczna, i powie Ci to każdy ambitny informatyk (nie mówię o ludziach, którzy znają „wordpressy”, tylko o ludziach o dużej wiedzy programistycznej i umiejętnościach). Nie tylko sam komfort, organizacja miejsca i czasu pracy programistów w świecie a w Polsce – zasadniczo się różnią; różny jest wręcz sposób myślenia, podchodzenia do projektów, podział zadań i obowiązków, przestrzeń do realizowania technologii informatycznych… Jesteśmy krajem wsobnym i biednym – w wielu dziedzinach życia, nauki i pracy, w informatyce też!

        Podobnie humaniści: w Polsce mają łatę idioty. I nie mówię tu o ludziach, którzy – jak wspomniałam w artykule – w ogóle nie powinni iść na (żadne) studia, bo mają zbyt odtwórcze umysły. Mówię tu o faktycznie inteligentnych, zdolnych ludziach – humanistach: w Polsce człowiek taki po ukończeniu np. filozofii – idzie do pracy sprzedawać karmę dla psów (albo idzie do biura czy do „korpo”,”robi w sprzedaży lub w papierach”). W świecie zaś – absolwentów filozofii angażuje się do współpracy z wybitnymi naukowcami, gdyż ich wiedza potrzebna jest do wynajdywania pomostów porozumienia między różnymi gałęziami wiedzy, aby specjaliści odmiennych, często hermetycznych względem siebie, form myślenia/działania mieli szansę współpracować przy wspólnych dużych projektach.

        W Polsce – absolwenci filologii z kolei, w najlepszych wypadkach idą do szkół uczyć. W świecie filologowie angażowani są do projektów naukowych – są badaczami języka, semiologami etc., gdyż bez ich wiedzy i pracy – wobec tajemnic języka jesteśmy właściwie bezbronni: przecież język dla gatunku ludzkiego jest fundamentem, powiedziałabym – wszystkiego, bo bez głębokiej wiedzy o języku nie ma międzyludzkiej KOMUNIKACJI, nie ma więc także wysokiej KULTURY, której nie tylko sztuka, ale i nauka jest arcyważną częścią! A bez skutecznej komunikacji, nie ma porozumienia nie tylko w obrębie jednego społeczeństwa (jednego kręgu kulturowego; jednego języka), ale nie ma porozumienia między społeczeństwami – nie ma wymiany myśli, doświadczeń, osiągnięć, dóbr… Można by długo i soczyście rozwijać ten wątek – z pewnością zasługujący na odrębny artykuł.

        Podałam więc tylko trzy argumenty obalające Twoją tezę – w razie potrzeby, wykonam solidną „robotę dziennikarską” i doniosę Ci więcej przykładów. Tylko – po co? Myślę, że byłoby dużo lepiej – a i ciekawiej oraz przyjemniej – zastanowić się wspólnie, jak naprawić to, co w naszym kraju kuleje, zamiast spierać się co do tego, czy kuleje, czy nie. Ty negujesz, że kuleje – ja krytykuję, że kuleje, bo chciałabym, żeby wszystkim w Polsce żyło się lepiej i godniej.

        Chciałabym nie tylko, żeby kolejne grupy Polaków już nie emigrowały – chciałabym, żeby z Norwegii, Wielkiej Brytanii, Niemiec itd. wrócili nasi; żeby przyszedł taki dzień, żeby nasi, co wyemigrowali lata temu, powiedzieli: już możemy wrócić do Polski, mamy – po co, mamy – dlaczego.

        Moja 35-letnia koleżanka (absolwentka kierunku medycznego) żyje w Norwegii od 8 lat. Mówi do mnie: „Kocham Polskę, chętnie do niej zaglądam, ale tylko na wakacje. Ja już nie wrócę – moje dzieci przyszły na świat w Norwegii, mamy tu dobrą pracę i szkołę, mamy piękne, inspirujące krajobrazy i przede wszystkim czas po pracy i szkole dla siebie i dla naszych zainteresowań”.

        Takie słowa o czymś świadczą – nie ma w nich tęsknoty za ojczyzną, a nasz rynek pracy jest naprawdę w kondycji zdecydowanie marnej… Naprawdę jestem zdania, że bezwzględnie warto zastanawiać się nad tymi problemami, aby podejmować merytoryczne dyskusje, a nie wymieniać się osobistymi wrażeniami o szkołach czy pracach, bo nasze prywatne popatrywania, uczucia i myślenia życzeniowe – do tematu nie wnoszą NIC i nikomu i niczemu nie służą.

        Pozdrawiam i dziękuję za zaangażowanie w tekst!

  2. Percepcja jest naszym oknem na świat i jest ona równocześnie naszym konceptualnym więzieniem.

    • Moją percepcję uznaję za jedną z możliwych szczelin służących do wyglądania na rzeczywistość – staram się obserwować świat z kilku (cudzych) okien i spoglądać z różnych kierunków. Jedna perspektywa, moim zdaniem, to za mało – i dwie nie dosyć.

      Szczęśliwym ten, kto w pełni ufa własnej percepcji – zorientowanie na cel ułatwia życie, a świat wyostrza wtedy swoje kontury i już nie wzbudza tylu wątpliwości i nie generuje tylu zdziwień; to ułatwia drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *