Druga prędkość kosmiczna

Zerowa prędkość kosmiczna to podskok. Nawet jeśli wykonamy go na wysokość 100 km, opuszczając granicę atmosfery, to w momencie wyłączenia silników, od razu zaczniemy spadać spowrotem na Ziemię. Lot w kosmosie z zerową prędkością kosmiczną, to lot suborbitalny – taki jaki będzie odbywał samolot kosmiczny Virgin Galactic. Zapewni on zaledwie 5 minut w stanie nieważkości – tylko tyle czasu ten samolot będzie jeszcze poza atmosferą, z maksymalnej wysokości spadając w dół.

Pierwsza prędkość kosmiczna to lot na orbitę. Nie tylko odrywamy się od powierzchni, nie tylko osiągamy odpowiednią wysokość, lecz przede wszystkim odpowiednią prędkość poziomą, przez co już nie spadamy – osiągamy orbitę. Pierwszy lot orbitalny odbył Juri Gagarin, naprawdę odrywając się na kilka okrążeń od matecznika. Przez dużą prędkość poziomą, nie był on już bezpośrednio zagrożony szybkim powrotem na macierzystą planetę. Spadając bowiem na nią przebywał odpowiednią odległość, tak że przez jej krzywiznę usuwała mu się ona spod nóg, ciągle ukazując przed nim pustkę kosmosu.

Druga prędkość kosmiczna to całkowite oderwanie się od planety. Dopiero po jej osiągnięciu możemy mówić o locie prawdziwie kosmicznym.

Pierwszy taki lot odbyli astronauci Apollo 8, między 21, a 27 grudnia 1968 roku. Dzięki wystarczającej energii, nadanej przez rakietę Saturn V, opuścili orbitę okołoziemską i podążyli w pełną niebezpieczeństw pustkę kosmosu. Ich celem była orbita innego ciała niebieskiego, jakim był nasz Księżyc.

Druga prędkość kosmiczna

Otchłań dzieląca ich od celu miała wielkość prawie 400 000 km, dziesięciokrotnie więcej niż wynosi długość obwodu Ziemi na równiku. To był pierwszy lot kosmiczny Apollo i odbywał się on bez żadnych zabezpieczeń. Astronauci nie posiadali żadnych systemów awaryjnych. Zepsucie się każdego z elementów podtrzymywania życia, zakończyłoby tę misję tragicznie. Zdublowane systemy, które uratowały załogę Apollo 13, wprowadzono dopiero potem.

Po dotarciu na orbitę Księżyca, rankiem 24 grudnia, w Wigilię Bożego Narodzenia, po raz pierwszy grawitacyjnie przejęło ich we władanie inne ciało niebieskie. Wkrótce znaleźli się nad ciemną stroną Księżyca. Dark Site Of The Moon jest dużo gęściej zryta kraterami, niż jego jasna, widoczna z Ziemi, strona. To ona bowiem przyjmuje największe „bicie” ze strony przylatujących z zewnątrz asteroid, chroniąc w tej sposób Ziemię. Jest to ciemne i smutne pobojowisko.

Astronauci Apollo 8 byli pierwszymi ludźmi w historii, którzy nie mogli zobaczyć Ziemi. Utracili łączność, gdyż również fale elektromagnetyczne nie były w stanie przedostać się za masywny Srebrny Glob. Po jednej stronie była jałowa i pusta powierzchnia Księżyca, której gołym okiem nie oglądał jeszcze żaden człowiek. Z każdej innej strony otaczała ich nieprzenikniona czerń. Nikt nigdy – od zarania dziejów ludzkości, co więcej, żadna inna ziemska forma żywa – nie doświadczyła takiego widoku. Frank Borman, James Lovell i William Anders byli najbardziej samotnymi przedstawicielami biosfery od jej powstania – od 4,5. miliarda lat. Do czasów im współczesnych tylko oni zapuścili się aż tak daleko. Żadnej innej pionierskiej istoty żywej nie dzieliła jeszcze tak ogromna odległość od domu.

Cisza i separacja, której doświadczyli została uwieńczona niezwykły widokiem, który odkrył przed ludzkością głębszą perspektywę, a był nim „wschód Ziemi”, czyli ukazanie się naszej planety nad księżycowym horyzontem.

Tego szczególnego dnia, przelatując przez obcą otchłań kosmosu, astronauci odczytali pierwsze dziesięć wersów Księgi Rodzaju (Genesis), które muzyką ozdobił Mike Oldfield w płycie „Pieśni odległej Ziemi” – „The Songs Of Distant Earth”.

Z ich perspektywy, tej nowej szerszej perspektywy, Ziemia stała się dosłownym symbolem naszej kolebki. Ta niebiesko-biała kulka zawierała w sobie wszystkie nasze dotychczasowe osiągnięcia i marzenia. W momencie ujrzenia jej, na tle ogromu czerni kosmosu, dostrzegliśmy jej nieznaczność. W momencie ujrzenia jej przyjaznego błękitu, na tle niegościnego i obcego księżycowego globu, dostrzegliśmy jej cenność.

Przez kolejne 50 lat nie potrafiliśmy wyciągnąć wniosków z tego wydarzenia. Udało się nam jedynie zniżyć do „globalnej” perspektywy. Globalizacja jest bowiem jak „wyjście z domu”, tylko po to by podziwiać jego wspaniałość stojąc na podwórku. Podczas gdy „planetyzacja” jest spojrzeniem na niego z perspektywy sąsiedniej ulicy.

Oglądając Ziemię z poziomu pierwszej prędkości kosmicznej – z okołoziemskiej orbity – widzimy tylko tarczę kontynentów przysłaniającą cały widnokrąg. Jest potężna i ogromna. Widzimy tylko przeraźliwie wielką pokusę panowania nad Ziemią i jej niezliczonymi zasobami. Widok ten nasyca nas pozornie ostatecznym celem, jakim jest panowanie nad „wszystkim”, nad światem. Trzymania w ręku symbolu Ziemi, w postaci dokładnie odwzorowanego globusa.

Natomiast gdybyśmy przypomnieli sobie, jak wygląda nasza planeta z księżycowej orbity, szersza perspektywa drugiej prędkości kosmicznej, przekaże nam, że Ziemia jest tylko jednym z wielu i jednocześnie jednym z niewielu tak wyjątkowych obiektów przemierzających przestrzeń nieskończonych możliwości.

Planetyzacja to widok małej, pięknej i wystawionej na pastwę żywiołów kuli, przemierzającej bezkres kosmosu; jednocześnie nadającej bezmiarowi nicości sens.

To unikatowe przeżycie sprawia, że wszystkie historie dziejące się na tym niewielkim skrawku przyjaznego kosmosu, jednocześnie straciły ważności i zyskały wagę. Wsobne – zaledwie globalne dążenia są krótkowzroczne i próżne. Z kolei kosmiczne, zapoczątkowane na tej planecie procesy, mogą odmienić otaczającą ją czerń. Są w stanie dążyć ku czemuś znacznie większemu i głębszemu niż „bezpieczeństwo”. Chronienie się w oazie warunków sprzyjających życiu jest zachowawcze i ograniczone. Zdezaktualizowało się wraz z lotem Apollo 8. Plemię czy naród może takie zachowanie cechować. Ludzkość powinna mieć jednak inny, wyższy cel.

Kiedy w latach 60. po raz pierwszy opuszczaliśmy Ziemię, z drugą prędkością kosmiczną, po raz pierwszy zobaczyliśmy naszą planetę jako całość. Nie mogąc odróżnić kontynentów, widząc tylko sferę z napięciem powierzchniowym z form życia, dostrzegliśmy głębszą prawdę.

Człowiek był i będzie nomadem. Osiadły tryb funkcjonowania, na dłuższą metę zawsze mu szkodził. Niewiele pozostało już dla niego przestrzeni na grajdołku zwanym – planetą Ziemią. Niektórzy muszą to sobie w końcu powiedzieć: „nic nas tu już nie czeka.” Przestąpić próg orbitalny i wyruszyć w nieznane. Wynieść się na dłużej od wszystkiego i wszystkich.

Bez znajomości „zewnętrznej perspektywy”, nigdy nie będziemy w stanie rozwiązać problemów z jakimi borykamy się tutaj na miejscu. Każdą chorobę można wyleczyć od środka, lecz od wewnątrz diagnozować się nie da. Zawsze umkną nam procesy i zjawiska, którymi po części jesteśmy, elementy których jesteśmy częścią. Subiektywizm, zanurzonego w badanym świecie obserwatora, jest nieusuwalny.

Bez niezaangażowanej, oddalonej perspektywy nie ma nadziei na rozwój ludzkości. Człowiek pozbawiony widoku nowego horyzontu, zacznie kurczyć się intelektualnie. Wraz z dalszym parcelowaniem tego, co posiadł, będzie tylko komplikował sobie życie, analizując każdy będący w jego ograniczonym zasięgu element. Mówi o tym prawo „zerowej siły”.

Sukces jaki osiągnęły poprzednie – mające jeszcze jakieś wyższe cele, pokolenia, nie możemy marnotrawić zbyt długo.
Trzeba skończyć wegetację rozpoczynając życie. Podnieść poprzeczkę wyznaczając XXI wieczne wyzwania, godne wypraw Apollo. Jest to realne, bo ryzykujący życie astronauci wypełnili swoją misję – pozbawili nas wymówki okołoziemskiej perspektywy.

Zbigniew Galar

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *