Duszenie Leminga, czyli czytanie ze zrozumieniem

Pogardliwe określenie „leming” dotyczące mainstreamowej części społeczeństwa jest o tyle nieadekwatne, co malownicze, natomiast, jeśli mielibyśmy rozważać, gdzie ono jest najbardziej przystające, to wskazywałbym przede wszystkim szkołę średnią.

Wprawdzie to już w podstawówce rozpoczyna się proces łamania osobowości młodego człowieka gdyż szkoli się go, podkreślając jego rolę jako elementu w grupie. Wychowawcy i nauczyciele uważają się za stronę, a nie współuczestnika procesu wychowawczego i jako przewodnik akcentując swoją przywódczą rolę, manipulują grupą, aby wykazać bezużyteczność zachowania indywidualistycznego.

„Podstawówka” jednak, to dopiero początek migracji jednostki do środowiska Lemingów. I proces łamania osobowości jest jeszcze nienatężony, a cały wysiłek idzie w integrację grupową. Tragizm tej sytuacji polega na tym, iż nauczyciele nawet nie wiedzą, o czym się do nich mówi, uważając, iż uczą dzieci życia w grupie społecznej i społeczeństwie.  A ci, którzy wiedzą, nie mają szans na właściwą pracę z dziećmi, gdyż jest ich w klasie po prostu za dużo.

Jednak prawdziwa wojna zaczyna się w szkole średniej.

Młodzież tu znajduje się w swoim szczytowym okresie rozwoju emocjonalnego i intelektualnego. Tutaj też następuje moment przełomowy. Grono pedagogiczne wprowadza wprawdzie pseudonowoczesne formy wychowywania, ale zgodnie z zasadą potrójnej moralności – jedno myślę, drugie mówię i trzecie robię, posługując się utrwalonymi schematami myślenia o młodzieży, głosząc górnolotne idee, grono to podejmuje walkę z osobowością młodego człowieka, wprasowując go w ściśle ustalone imadło programowe.

Program jest wyrocznią, jego realizacja jest głównym zadaniem nauczyciela, o jego realizacji pisze sprawozdania i z tego jest rozliczany. Jest spóźniony z programem albo nadrobił – ale jednego nie może zrobić, nie może nic w nim zmienić. Program jest świętością, jest słowem natchnionym i jedyną obowiązującą prawdą. Nieistotne jest zdanie nauczyciela, a już w ogóle nie bierze się pod uwagę zdania ucznia. Nauczyciel ma realizować program, a uczeń ma przyswoić sobie materiał z nim związany. W ramach realizacji programu, aby nie doszło do jakiejkolwiek pomyłki, przekazuje się nauczycielowi interpretacje wszelkich faktów i zdarzeń, jakie umieszczone są w programie. Obowiązuje tylko jedna mądrość, jedna interpretacja i jeden wykładnik. Uczeń, owszem, może wyrazić swoją opinię, ale następnie, nauczyciel musi mu wytłumaczyć, dlaczego się myli. Nie ma znaczenia, co pomyśli nauczyciel, nie ma znaczenia zdanie ucznia – rację ma zawsze program. Nauczyciel nie może ani zmienić programu, ani go zinterpretować. Przełożeni nauczyciela traktują go tak samo, jak on traktuje ucznia, jak bezmyślne narzędzie do wykonywania określonych z góry, narzuconych programów. A ponieważ kiedy się traktuje kogoś przedmiotowo, to uczy się on jak maszyna, w szkole średniej zaczyna obowiązywać „zasada trzech z” – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Przyswajana i przekazywana wiedza nie ma żadnego wpływu na refleksję i osobowość ani nauczyciela, ani ucznia. „Proces dydaktyczny” odbywa się niejako obok właściwego nurtu życia społecznego i wychowawczego szkoły, nie mówiąc o domu.

Sprzyja to ugruntowaniu zasady potrójnej moralności, tak fascynującej dla innych nacji w naturze naszego narodu.

Szczytowym osiągnięciem tego mechanistycznego sposobu myślenia jest nowa dziedzina tresury, jaką wynalazła szkolna machina do mielenia ludzi – czytanie ze zrozumieniem.

W pierwszej chwili, kiedy się natknąłem na tę nazwę, myślałem, iż jest to szyderstwo zastosowane na jednym z forum dyskusyjnych w stosunku do interlokutora. Kiedy jednak skonstatowałem, że to coś więcej niż tylko ironia, zasięgnąłem informacji u znajomego ucznia, który z całą powaga poinformował mnie, iż to nie jest żaden żart, tylko rzeczywiście istnieje w szkole przedmiot – czytanie ze zrozumieniem, co więcej – uczniowie są z niego rozliczani za pomocą licznych kartkówek.

Kiedy to wreszcie do mnie dotarło, byłem w głębokim szoku. Pewnie dziedzina ta pojawiła się wraz z szokującymi informacjami prasowymi, iż taka to a taka część naszego społeczeństwa nie rozumie czytanych tekstów i w związku z naporem cywilizacji obrazkowej następuje proces powtórnego analfabetyzmu.

Natomiast jak to możliwe, iż w szkole średniej po, było nie było, dziesięciu latach edukacji, trzeba ucznia uczyć czytania ze zrozumieniem? To, co do tej pory robili nauczyciele? Czyż to nie jest tak, iż całą z wielkim trudem poznawaną wiedzę uczeń pozyskiwał w międzyczasie także z książek? Czy nie jest tak, że uczniowie przerabiali setki lektur, które następnie szeroko omawiano na lekcjach? Czy to nie jest tak, że większość tej młodzieży z zapamiętaniem ćwiczy na Facebooku, na czatach, na blogach i innych forach komputerowych, nie tylko czytanie, ale również pisanie? Dlaczego szanowne „grono” uważa, iż w klasie maturalnej trzeba uczyć młodego człowieka „czytania ze zrozumieniem”?…

Odpowiedź jest dość prosta wbrew pozorom.

Ponieważ nie mamy do czynienia z nauką – tylko z „procesem dydaktycznym”, nie ma relacji mistrz-uczeń, tylko mechaniczne tłuczenie głową ucznia o „materiał”. Uczeń nie pozyskuje wiedzy, on przyswaja sobie materiał, kogo obchodzi, co uczeń myśli, to nie ma żadnego znaczenia, bogowie programistycznego nauczania „przyszłości narodu” wiedzą, co uczeń ma myśleć i tylko to się liczy. Towarzyszący temu zjawisku totalny chaos w podręcznikach, co roku zmieniających się i co roku proponujących nową papkę z tego samego przecież zakresu wiedzy. A niech by nawet ten zakres się nieco poszerzał, to przecież wystarczy wydać aneks, a nie nakręcać koniunkturę na rynku wydawniczym za pomocą podręczników. Powoduje to nie tylko brak zaufania do treści, jakie zawiera podręcznik, ale także niszczy ciągłość przekazywanej wiedzy, i nikt nikomu nie jest w stanie pomóc, ponieważ cały podręcznik jest napełniany nowym bełkotem o starym zakresie wiedzy. Szkoła ciężko pracuje na to, aby w rezultacie stwierdzić, iż uczeń w maturalnej klasie nie próbuje zrozumieć czytanego tekstu, ale po co miałby to robić – nikt do tej pory nie interesował się, czy uczeń rozumie, czy nie. Nikt nie zapytał go, co myśli na ten temat, a wszelkie próby samodzielności były duszone w zarodku, wraz ze zręcznie i dowcipnie podaną mu informacją, iż jest debilem i znacznie lepsi od niego wiedzą, co autor miał na myśli.I co robi szkoła w sytuacji, w której pod koniec swego „procesu dydaktycznego” dochodzi do wniosku, że uczeń nie próbuje zrozumieć czytanego tekstu? Szkoła robi to, co zawsze i co było przyczyną jej klęski na wstępie. Podaje uczniowi tekst, podaje uczniowi oczywiście interpretację tego tekstu, czyli co uczeń ma zrozumieć z tego tekstu, i sprawdza, czy uczeń przyswoił sobie materiał.

No po prostu – czasem ręce mi i skrzydła opadają.

Rozmiar tego debilizmu jest niewiarygodny, ponieważ to już nie jest głupota sama w sobie, to głupota podniesiona do potęgi, pomnożona sama przez siebie.

Zdumiewająco dobrą minę do tej gry utrzymują wszyscy kolejni ministrowie edukacji, i kuratoria, i dyrektoriaty szkółek, i sami nauczyciele. Rozumiem, że nikt nie chce się przyznać do klęski, to naturalne. Ale że też nikt nie próbuje nawet pisnąć słowa na ten temat, czy nauczyciele doprawdy nie widzą tego problemu? Czy rzeczywiście są dumni, że zamiast człowieka wypuszczają ze szkoły pesel?

Antykwariusz

1291035477

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *