Dżentelmen-seksista i Gender Feminista

Dżentelmen-seksista i Gender Feminista 2

Od współczesnych feministycznych postulatów może rozboleć głowa. Trudno odróżnić prawdę od fikcji, a aktualny słownik języka polskiego – ten potoczny, niepisany, funkcjonujący w społecznym obiegu – aż puchnie od rozmaitych słownych hybryd i arcynowoczesnych sformułowań, które dodatkowo sieją informacyjny zamęt. Obok kobiet walczących o zmianę statusu kobiety na lepszy, bo wynikający z kultury, a nie z biologii, znakomicie zaczyna nabrzmiewać świeże słowo-klucz, a mianowicie: feminista. Okazuje się, że stare słowa są już zdecydowanie za ciasne, za wąskie i zbyt seksistowskie, toteż kobiecość w nieustającej obecnie gotowości do pseudo wojny o swoje rzekomo gwałcone zawsze i wszędzie prawa, krzyczy zapamiętale, że kobiety tu nie wystarczą, potrzeba w naszych (kobiecych) szeregach jednakowoż mężczyzn… a czemuż to, drogie panie? Skoro nie potrzebujecie, by się wami opiekować, by was osłaniać, by was na rękach nosić w zachwycie najszczerszym – po cóż wam mężczyźni w waszych ekspansywnych szeregach uzurpujących sobie prawo do wiedzenia tłumów całych na wasze wyimaginowane barykady?

Dżentelmen – oto pierwsze ze słów starych, nie tylko już niemodnych, ale właśnie za ciasnych, za wąskich i zbyt seksistowskich. Dawniej termin „dżentelmen” oznaczał mężczyznę taktownego, uprzejmego, hołubiącego kobiety, okazującego kobietom szacunek etc. Dziś dżentelmen, to seksista. Otwierając przed kobietą drzwi, demonstruje swoją władzę wynikającą z patriarchalnego systemu szkodliwie obowiązującego na całym świecie, który dla dobra ogółu należy obalić. Całując kobietę w rękę, obraża jej inteligencję, gdyż traktuje ją z góry, z wyraźnym podtekstem erotycznym. Wygłaszając niewinny komplement na temat urody fizycznej lub wdzięku kobiety, uprzedmiotawia ją oraz próbuje perfidnie zmylić jej czujność, aby w rezultacie złośliwie i podstępnie wykorzystać kobietę seksualnie. Toteż w  miejsce dżentelmena, do słownika obiegowego wkracza feminista – mężczyzna walczący o gwałcone wszem i wobec prawa kobiet, nie całujący pań w dłonie i nie ustępujący im miejsca w tramwaju, za to witający się kulturalnie w każdym środowisku tymi oto słowy: dzień dobry, jestem feministą!

Każdy mężczyzna, który nie jest feministą – jest z gruntu despotyczny, autokratyczny, może być rozpustnikiem, gwałcicielem, bądź tyranem, a w najlepszym wypadku: pozostaje cynicznym łotrem bez krztyny dobrych obyczajów, rozumu oraz empatii. Tyle właśnie wynika z nowoczesnych „postulatów feministycznych”. Zagorzałe „feministki” powyższym wnioskom, rzecz jasna, zaprzeczą. Odkrzykną, co następuje:

  • Walczymy o równość kobiet – i mężczyzn.
  • Walczymy o równoważność kobiet i mężczyzn w świecie.
  • Walczymy, by ludzie traktowali się wzajemnie z szacunkiem, bez względu na płeć, jaką reprezentują.
  • Walczymy o to, by ludzie byli oceniani i wynagradzani za wartości i umiejętności, jakie wyznają i jakie posiadają, nie za płeć, którą reprezentują.
  • To prawda, że w centrum naszej walki sytuuje się kobieta, ponieważ to o suwerenność, niezależność i wolność kobiety we współczesnym, zdominowanym przez mężczyzn, świecie należy przede wszystkim walczyć – dla dobra dwu płci.
  • Walczymy z krzywdzącymi kobiety stereotypami – np.: ze stereotypem „głupiej blondynki”.

A teraz przyjrzyjmy się tym, skrótowo wymienionym, postulatom feministycznym – precyzyjnie i uczciwie.

O równość ludzi, drogie panie i drodzy panowie, upierał się inny nurt, nieco już dzisiaj niestety zapomniany. Był nim humanizm. To humanizm postuluje zdrową „walkę” o człowieczeństwo. To humanizm postuluje równość ludzi, akceptując różnice pomiędzy nimi. To humanizm pozostaje szlachetną tezą upominającą się o szacunek wobec – każdego – człowieka, bez względu na jego kolor skóry, wiarę, orientację seksualną, polityczny pogląd…

Feminizm – dzisiejszy – nie jest żadną odpowiedzią na żadne pytanie. Nie jest również stanowiskiem partnerskim wobec rzeczywistych potrzeb społeczeństw i tłumów. Feminizm wypacza historyczne idee, sieje oraz zaognia międzyludzkie konflikty, podczepiając się bystro pod zdobycze XIX-wiecznych sufrażystek oraz wydłubując z rozległego i głębokiego humanizmu kilka ledwie pomysłów, tych atrakcyjnych dla się, które następnie ujeżdża dowolnie bez pardonu ni skrupułu, tłumacząc się mądrością własną i dobrem ogólnospołecznym.

Jakkolwiek haniebny stereotyp „głupiej blondynki” został wymyślony przez mężczyzn, a dokładniej przez Amerykanów, pozostaje on doskonale podsycany współcześnie przez same kobiety. Nieśmiertelna, jak na legendę przystało, Marylin Monroe stanowi idealne zobrazowanie tego stereotypu, który ją samą wyniszczył. Ale zachwyty współczesnych kobiet nad filmową ilustracją blond infantylnej trzpiotki – nie ustają. I dobrze się zrozummy: ja nie drwię z aktorki, nie kpię z kobiety nazwiskiem Monroe, ja drwię z wykreowanych w pop-kulturze amerykańskiej, szkodliwych społecznie obrazków, czyli bohaterek jak te grane przez Monroe, oraz krytykuję kobiety zachłyśnięte płytkim sex appealem tychże bohaterek i marzące o byciu równie ponętnymi i zmysłowymi. I proszę nie podawać w tym kontekście kontrargumentu, iż zachłystywanie się kobiet ilustracją „głupiej blondynki” jest także pokłosiem podłego patriarchatu, bo umówmy się sprawiedliwie: skoro od zdobyczy ówczesnych sufrażystek dzieli nas 150 lat dynamicznego rozwoju cywilizacji i kultury, nowoczesna kobieta głupia ni pusta nie jest, ni zahukana oraz bezsilna wobec tego, co jej się wmawia, i doprawdy doskonale już wie, co jest jej własnym upodobaniem i wyborem, a co – nie. No, chyba że mówimy o kobietach – w Indiach, w Chinach, w Somalii, w Egipcie, w kulturze muzułmańskiej… Ale do tych obyczajów oraz kobiecych krzywd – ani amerykański, ani europejski „feminizm” już „szczęśliwie” nie sięga… bo też niby dlaczego? Przecież tam jest niebezpiecznie!

Współczesny „feminizm” jawi się niestety postawą szalenie miałką pod względem intelektualnym, moralnym i także emocjonalnym. Podszyty pod dawne działaczki w słusznej sprawie, które wywalczyły, co należało (np.: prawa wyborcze dla kobiet czy prawo do kształcenia, edukacji) oraz cedzący z humanizmu jedną setną z jego obszernych manifestów przede wszystkim etycznych, wzbudza grozę, rozbawienie, złość albo chorobliwe podniecenie. Natomiast w tych rejonach życia oraz w miejscach na globie, gdzie mądra odmiana feminizmu winna faktycznie się aktywizować – feministek niestety brak; w tych rejestrach siedzą cichutko i pozostają absolutnie – po kobiecemu, a może: po ludzku? – bezbronne. Gdzie?

W Somalii i w Egipcie wciąż praktykuje się obrzezanie kobiet. Procederu tego dokonują na dziewczynkach inne kobiety, tzw.: „znachorki”, wiele z nich przeżyło w dzieciństwie to samo zbrodnicze okrucieństwo, dziś odradzają własną tragedię, orząc identyczny ból i nieludzką makabrę w kolejnych pokoleniach. Pewien egipski lekarz wykradł swoją córkę spod „noża”, znaczy się – uratował ją przed obrzezaniem. Dziewczynkę prześladowała jej własna rodzona matka w asyście spokrewnionych kobiet i na wszelki wypadek owych „znachorek”, aby – gdy dopadną dziewczynkę – móc od razu przystąpić do działania. Mężczyzna ukrywał córkę przed swoją żoną (matką dziewczynki) i jej kompankami przez kilka ładnych lat – gdy osiągnęła stosowny wiek, potajemnie wysłał ją na studia za granicę, aby mogła się kształcić i żyć normalnie, nieokaleczona. Uratował ją – osłonił i ochronił: mężczyzna.

W indyjskiej telewizji – w programie na żywo – mężczyzna wymierzył znanej prezenterce siarczysty policzek. Miała na sobie suknię z dekoltem na plecach. Wyglądała za pięknie, czyli seksownie. Należało ją ukarać – dopuściła się bowiem czynu niemoralnego: odsłoniła znaczny fragment ciała. Nikt nie stanął w jej obronie. Ani żadna kobieta, ani żaden mężczyzna. Ale Indie, to przecież taki uduchowiony kraj – tam się wyjeżdża na wakacje, żeby poobcować z głęboką i wysoką, inną kulturą, a nie żeby o coś walczyć.

W Chinach i Tajwanie mężczyzna jest najważniejszy. Kiedy rodzina wydaje córkę za mąż, po pannę młodą przyjeżdża do rodzinnego domu pan młody – tam przejmuje ją z rąk ojca, odwozi swoim samochodem na ślub i wesele. Po drodze, kobieta wyrzuca przez okno auta wachlarz – jest to istotne, symboliczne pożegnanie z dotychczasowym życiem: odtąd o jej losie będzie decydował nie ojciec, lecz mąż. O matce – w tym kontekście nigdy nie było mowy. Chińska kobieta nie wnosi do małżeństwa żadnego posagu – wręcz przeciwnie: to narzeczony w dniu zaślubin przekazuje ojcu dziewczyny odpowiedni wkład finansowy. Można by śmiało rzec: wykupuje od głowy rodziny kobietę. Dzięki temu zwyczajowi, we współczesnej kulturze chińskiej podgrzewa się jasny i czytelny dla wszystkich sygnał: tylko mężczyzna wie, co dla kobiety najlepsze, to on zapewnia jej wszystko, czego ta potrzebuje, ale w zamian oczekuje posłuszeństwa i podległości pod jego decyzje i wybory; innej drogi – nie ma.

Kazach (muzułmanin) może „upomnieć” swoją kobietę, gdy ta postąpi wbrew panującym normom społecznym. Na przykład, gdy mężczyzna i jego kobieta spacerują razem przez miasto i mijają innego mężczyznę, który na tę kobietę spojrzy – jej partner ma prawo ją zbić, nawet jeśli szła z opuszczoną głową, jeśli nie odpowiedziała tamtemu wzrokiem. Podobnie w zaciszu domowym – kiedy kobieta „źle” wykona swoje domowe obowiązki, należy ją ukarać, nauczyć, by więcej nie popełniła jednego błędu. Co to oznacza w praktyce? Kobietę wypada karać od czasu do czasu również profilaktycznie – np.: kiedy mężczyzna miał zły humor i uznał, że przyrządzona przez kobietę herbata była za słodka (lub za gorzka).

Z kim zatem walczą współczesne „feministki” żyjące w Europie i w Ameryce – a z czym walczyć powinny? W Szwecji walczą z oddawaniem przez mężczyzn moczu na stojąco, zabawki-samochodziki chłopcom są odbierane, w ich miejsce udostępnia się lalki; no i walczyć należy głównie z biologią – płeć wszak można wybrać w drodze życia, świadomość jednostki ludzkiej może się ukształtować absolutnie dowolnie, dziecko w przyszłości samo wybierze, którą płcią będzie. Jest bardzo dużo bardzo różnych możliwości. „Jakich możliwości? Bardzo dużo bardzo różnych”.

„Feministki” walczą z kobietami, które nie chcą określać się feministkami. Walczą z mężczyznami, którzy nie chcą wyrazić poparcia dla ich ruchu. Walczą o parytety, które są warte tyle, co przysłowiowy funt kłaków, a wymyślone zostały przez sprytnych mężczyzn, których celem było zmanipulowanie kobiet. Walczą o to, by płci upodobniły się do siebie, bo do takiego ujednolicenia dążą w prostej linii Gender Studies, choć „feministki” mówią, że zależy im na tym, by płcie były odbierane jako jednakowo ważne, a nie jako identyczne. Walczą o wolność – czyją? Nie wiadomo – dzielnie i z entuzjazmem na miarę błędnego rycerza z La Manchy, mimo iż brakuje im romantyzmu oraz idealizmu, gdyż jak zauważył zacny Lec: byle smród, co porywa się na walkę z wentylatorem, uważa się za Don Kichota. Walczą o ustalenie w dziedzinie sztuki kategorii o nazwie „literatura kobieca” i z dumą kreślą patykiem na wodzie, że książki dla kobiet i tylko dla kobiet są przecież równie mądre, co pozostałe książki…

Ja – piszę, owszem, dla kobiet, ale dlatego, że są… ludźmi, nie zaś zmyślnie „oetykietowaną” i ometkowaną podkategorią człowieka. Jednocześnie pękam z dumy, gdy z ochotą czytają mnie mężczyźni.

Nie jestem feministką, drodzy panowie i drogie panie. Jestem humanistką. Walczę piórem o wszystko, w co wierzę. O mądrość społeczną. O ocalenie wartości kardynalnego rzędu: człowieczeństwa, braterstwa oraz czystości języka. Przejmuję się losem bliźnich, krytykuję polityków, piętnuję bezrobocie, wyławiam z pseudo medialnych popłuczyn biedę i zaniedbania, ubóstwo i rozmaite tandetne mody – po czym umieszczam je na wysokim podeście, by każdy mógł się swobodnie im przyjrzeć, na koniec wysnuwając własne, niczym nieprzyćmione wnioski. Nie mam zdrowia do bzdur, niekonsekwencji, celebrytyzmu i próżniactwa – czego i Państwu najszczerzej życzę: dokładnie braku zdrowia – wyłącznie w tych skażonych głupotą i manią wielkości, oraz płytką żądzą sławy, obszarach. Boli mnie od nich głowa, a serce krwawi. Ufam, że Was – także. A walczę o to, żeby przestało.

Tymczasem: to dobrze, że boli – widocznie jest jakiś powód!

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

4 komentarze

  1. Link podesłał mi rozmówca, więc się zasugerowałam, że autorem tekstu jest mężczyzna. W tym miejscu przepraszam Panią za pomyłkę.

    • Biedna to krytyka kiedy nie dotyka tematu, tylko się ślizga po obrzeżu, a nie potrafi rozpoznać płci autora

      jak to mówią – gratuluje

  2. Hm. Coś Pan komentuje. Tylko nie wiem co. Jest setki wydawnictw, książek, czasopism, stron www, organizacji, które określają się jako feministyczne. A Pan postanowił, bez wnikania w szczegóły, w kilkuset słowach, odnieść się do absolutnie wszystkiego. Gratuluję.

    • justynakarolak

      Pani Anno, oczywiście wybaczam Pani pomyłkę, jakkolwiek pozostaje dla mnie zabawne – przeczytać rzekomo cały artykuł i nie zorientować się, jaką płeć reprezentuje autor 🙂 . Z całego mojego tekstu to wszak wynika, nie tylko z podpisu – z imienia i nazwiska. Ale – do rzeczy:

      poinformowała mnie Pani w tzw.: swym komentarzu, iż istnieje mnóstwo organizacji, stron www etc. uznających się za feministyczne. A cóż one mają wspólnego z moim tekstem?… Człowiek, który czyta w sposób świadomy, a nie w popłochu ni hipnozie sunie wzrokiem po „czarnych robaczkach”, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, o czym naprawdę jest mój tekst. A mianowicie dotyka on problemu funkcjonowania miana „feminizmu” w polskim społeczeństwie, w obiegu, w powszechnym i potocznym języku oraz zachowaniu. W tym kontekście „guzik mnie obchodzą” nieznane mi organizacje – mniemam, że Pani również pozostają one nieznane, skoro nie wymieniła Pani ani jednej nazwy… – bo nawet jeśli ich postulaty byłyby szlachetne, to ich działalność w popularnej opinii społecznej jest nieznana, tajemnicza i niezbadana, bo nikt o niej nie słyszał i nikt na jej temat nic nie wie. Moja krytyka dotyczy swoistej mielizny intelektualnej obecnej w zbyt chętnie eksploatowanej nazwie – „feminizm” – artykuł mój postuluje przede wszystkim to, iż kobieta do tego, aby głośno wyrażała opinie na temat tego, co dla niej i komfortu jej życia istotne, nie potrzebuje określać się „feministką”, ponadto – dopóty, dopóki kobiety nie zrozumieją, że powinny domagać się poszanowania ich własnych praw, a nie tylko i wyłącznie praw mężczyzn (czy, jak Pani woli: praw takich samych i tych samych, które posiadają mężczyźni), tak długo będzie czuła się lekceważona, niepoważana i pomijana. Każdy z własnym łbem na karku powinien przemyśleć ten, wskazany przeze mnie, problem i porządnie się zastanowić: czego naprawdę potrzebują – jakich praw, przywilejów itd. – kobiety we współczesnej Polsce? I w tym miejscu zachęcam Panią gorąco do poczytania sobie na temat humanizmu i zwrócenia się swoją myślą w jego stronę… Pozdrawiam, życząc przyjemnego zastanowienia 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *