Dzień Świstaka (1993) – Recenzja jutra, które stało się dzisiaj

Łatwo wzruszyć się dramatem, łatwo dobitnie przeżyć w kinie dramatyczną historię, natomiast dotknąć widza komedią – to nie lada sztuka. A ponieważ nie lada, zatem i wybitnie nieczęsta. Dzień Świstaka (1993) Harolda Ramisa, film utrzymany w konwencji komediowej, w swym gatunku jest arcydziełem, a prócz mistrzowsko zagranego dowcipu sytuacyjnego – wylewa się ciepłem na duszy i pozostaje w pamięci na lata.

Historia ukazana w Dniu Świstaka (w oryginale: Groundhog Day) sama w sobie jest banalna, niemniej spod banału wystają treści duże i znaczące. To łagodna, lecz wielce ciekawa opowieść o zgodzie na tajemnice życia, na niepewność jutra, także o prawdziwym, szczerym zachwycie nad światem, o definicjach pasji i miłości, o poszukiwaniu swojego skrawka lądu – domu, szczęścia, bliskości… Brzmi łzawo i banalnie? Owszem. A czy wygląda łzawo i banalnie? Nie, wręcz przeciwnie!

Dzień Świstaka jest zimowym lokalnym świętem przysłowiowego Pcimia Dolnego. Burmistrz mieściny wydobywa z nory świstaka imieniem Phil, który szepcze burmistrzowi na ucho, czy widział swój cień, czy nie. W zależności od tego, co obwieści świstak Phil, zostaje ogłoszona przepowiednia odnosząca się do wiosny – czy nadejdzie szybko, czy też ludzi czekają jeszcze solidne tygodnie skute lodem. Ceremoniałowi towarzyszy aura wiejskiego festynu, na głównym placu miasteczka zbierają się wszyscy mieszkańcy, a po ogłoszeniu świstakowej prognozy pogody – wieczorem odbywa się sympatyczna, przaśna impreza z potańcówką.

Phil (nasz główny bohater, a nie świstak), gwiazda telewizji, a mówiąc ściślej: pogodynek, udaje się do owego Pcimia, aby zrelacjonować miejscowe święto. Towarzyszy mu ryży operator Larry i śliczna Rita, kierownik produkcji. Po sfilmowaniu świstakowej prognozy pogody ekipa wsiada do auta i jedzie do swojej metropolii. Początkowo wszystko przebiega zgodnie z planem, niestety trasę powrotną hamuje nagła nawałnica śnieżna – Phil wraz ze współpracownikami musi zawrócić do Pcimia i spędzić w nim noc, by przeczekać mróz i nieprzejezdne drogi. I tu rozpoczyna się historia właściwa, bowiem po noclegu w głębokiej prowincji nasz uroczy pogodynek Phil ze zgrozą odkrywa, że… obudził się w tym samym dniu… że przeżywa ponownie ten sam dzień, to znaczy Dzień Świstaka. Jutro zgubiło do Phila drogę – tylko dla niego jutro nie nadeszło, nikt z otaczających go ludzi nie jest świadom, że kręci się w kółku tego samego co do joty dnia. Nie zdradzę Wam, ile dni Phil spędził w pętli czasowej, ale zapewniam Was, że w tym kołowrotku bezwzględnej, nieugiętej powtarzalności – tkwi masa miejsca na zaskakującą nowość…

Jaka jest nasza gwiazda, Phil? Przede wszystkim ma twarz genialnego Billa Murraya. Przyznam się, że nie potrafię pojąć, dlaczego Murray nigdy nie otrzymał propozycji zagrania wielkiej roli dramatycznej – przebłyskiem była wprawdzie subtelna, mądra rola w obiecującym reżyserskim debiucie Sofii Coppoli pt. Między słowami (2003), ale nawet tam wykorzystano głównie humorystyczny i specyficznie stand up’owy talent Murraya, akcenty dramatyczne umieszczając na drugim planie. Jestem przekonana, że Murray to aktor wytrawny pod każdym względem, który byłby w stanie sprawdzić się w wielu bardzo różnych aktorskich wcieleniach. Z jakiegoś powodu przylgnęła do niego etykieta malowniczego, miękkiego komika – i słusznie, że tak się stało, bowiem w kreacjach komediowych istotnie jest niezastąpiony, wywiązuje się z nich nieprzeciętnie. Źle natomiast, że do tej pory nie dano mu do końca wyżyć się dramatycznie na wielkim ekranie, bo potencjał ku temu tkwi w Murrayu olbrzymi. A może Czytelnik zna tego aktora z jakichś występów dramatycznych, które recenzentowi umknęły? Jeśli tak, serdecznie proszę o podzielenie się swoją wiedzą w komentarzach pod artykułem.

Z trzeciej strony – chyba przywykło się oceniać gatunek komediowy jako gorszy czy płytszy od poważniejszych, bo bardziej wstrząsających formatów, tymczasem komedia jest przecież normalną, uznaną częścią struktury dramatu, tak było „od początku”, czyli od czasów sztuk antycznych. Nie popadam więc w rozżaloną histerię nad tym, że Murray nigdy nie zagrał na przykład Hamleta – niezmiernie cenię sobie podziwianie go w korowodzie rozmaitych ról stricte komediowych, i szczerze kłaniam się przed jego aktorskim kunsztem.

Wracając do estetyki Dnia Świstaka, prawdą jest, że właśnie Murray z gracją przejmuje całą uwagę widza, ale… tak dzieje się, kiedy oglądamy Dzień Świstaka po raz pierwszy. Wtedy rzeczywiście skupiamy się na zachowaniu i kapitalnych minach postaci czołowej, natomiast jeśli pokochamy ten film i zechcemy do niego wrócić – z każdym kolejnym oglądem spostrzeżemy coraz więcej szalenie interesujących szczegółów płynących z postaci drugo- i trzecioplanowych oraz z tła.

Ten film to niekłamany majstersztyk aktorstwa. Aby móc uzyskać wiarygodną iluzję powtarzalności miejsc, ruchów, gestów – przy jednoczesnym wielokrotnym dokładaniu do tej powtarzalności nowych scen rodzajowych i jakości estetycznych, należało zaangażować gruby sztab niezawodnych, wyjątkowo sprawnych warsztatowo aktorów. W rezultacie powstało arcydzieło – udało się twórcom, a przede wszystkim aktorom zrealizować widowisko dopracowane co do milimetra. Tysiąc rzeczy, drobiazgów mogło się wysypać, nie udać po drodze – starczyłby pojedynczy błędny grymas dowolnego aktora, by z całości ulotnił się cały urok, czar filmowej opowieści… Tymczasem powstało arcydzieło – podkreślam z pełną odpowiedzialnością za te słowa.

Wszystko, co patrząc z wierzchu, zdaje się jakże naturalne, proste, zwykłe, a nawet trywialne – w rzeczywistości stanowi przemyślaną i opracowaną do granic obłędu kawalkadę aktorskich geniuszy, autentycznych mistrzów ostatnich planów, bez których nawet najzmyślniejszy plan pierwszy zapadłby się jak nieudolna, spróchniała budowla. Mądre tło, czyli absolutnie wszyscy aktorzy zgromadzeni na planie – zapewnili temu dziełu twardy, idealnie wyważony fundament. Na tym fundamencie oparł swój fenomenalny popis aktorski Murray, na tym fundamencie oparł się de facto również scenariusz i reżyserska praca Ramisa. Inaczej mówiąc, pomysł na film w wypadku Dnia Świstaka przewrotnie, poniekąd absurdalnie zamienił się miejscami z procesem realizatorskim, to znaczy – to, co zgodnie z logiką powinno być drugie w stosunku do idei, do pierwotnej wizji filmowej opowieści, stało się pierwsze, przerodziło się w punkt wyjścia dla tworzenia dzieła, nadając dziełu nie tylko charakteru, temperamentu i smaku, ale i niezatapialne techniczne podstawy.

W nawiązaniu do treści Dnia Świstaka powiem, że pogodynek Phil to klasyczny cynik, egotyczny i sarkastyczny gbur patrzący na ludzi z góry. Rzecz jasna przy wdzięku Murraya nie sposób nie polubić tego gbura od pierwszych sekund, najciekawsze jest jednak piękne wewnętrzne przeobrażenie, które dokonuje się w tej postaci na skutek utknięcia w czasowej pętli. Razem z Philem brniemy w irracjonalny czy magiczny krąg zdarzeń, ukazany jednak – oprócz bawiącej do łez, ogromnej dozy humoru – z psychologiczną prawdą, naturalizmem. Od zaprzeczenia i próby wyparcia wymieszanej z osobniczą pogardą do świata, przez wzrastający lęk, przez próby cwanego wykorzystania zaistniałej sytuacji do swoich hedonistycznych korzyści, w końcu przez głęboką depresję i nieomal katatoniczną rezygnację, poddanie się – ostatecznie Phil dociera do czystej, zwykłej, ujmującej zgody na życie, jakim by nie było, na jutro, które może nie nadejść, na siebie, pomimo wielu popełnionych błędów i omyłek…

Dzień Świstaka to podana bezbłędnie – dowcipna, radosna, nader przyjemna w odbiorze filmowa opowieść o drodze człowieka do siebie samego. Morał płynący z tej historii jest tak prostolinijny i czysty, jak ona cała: Twój dom mieści się tam, gdzie serce Twoje… Całość historii toczy się wśród śnieżnych zasp, w środku małomiasteczkowego klimatu zaprószonego śniegiem, lecz od początku do końca zanurzona jest w słodkim sosie truskawkowym, który wzrusza zarówno kobiety, jak mężczyzn – który nie mdli, a ciekawi. Poziom żartu jest tu płynny, naturalny, niewyszukany – ale wysoki. Nie trzeba domyślać się sensu dowcipów słownych i sytuacyjnych, są one dla wszystkich widzów krystalicznie czytelne, choć nie jest tak, że można zgadnąć następne odsłony opowieści, przewidzieć, co się zdarzy, jak dokładnie potoczy się humor i głębsze, nieco ukryte przesłanie filmu. Sceny odsłaniają nam się same krok po kroku, cieszą i przynoszą ulgę – polegającą na przywróceniu sobie podstawowych, ładnych wartości życiowych…

Dzień Świstaka pochodzi z początku lat 90. ubiegłego wieku, a komedie w tym okresie tworzono jeszcze bez usilnego zatapiania treści w brzydkiej poprawności politycznej – hipokrytce. Jeśli więc dany bohater jest śmieszny dlatego, że jest ryży, to bawi nas dokładnie ten fakt – że bohater jest ryży. Jeśli postać jest tępa i gruba, to śmiejemy się z tego, że jest tępa i gruba. Przepiękną kobietę w Dniu Świstaka analogicznie przedstawiono ze śmiałym dystansem i nieodzownym humorem – dlatego wolno nam śmiać się z jej nudnego romantyzmu i podniosłej wrażliwości.

U Ramisa ludzie śmieją się z samych siebie – potrafią to robić, bawią się sobą. Ramis buduje filmową zabawę z błyskotliwym wyczuciem komediowych konwencji i sztuki rozrywkowej, zarazem udowadniając, że dzieło popularne, popkulturowe, lekkie i przeznaczone do zabawy – jak najbardziej może być pełne, zrobione z inteligencją i zachwycająco dobre.

Zimowa sceneria okalająca Dzień Świstaka dodatkowo czyni ten film idealnym seansem na Boże Narodzenie – osobiście razem z mężem co święta wracam do tego filmu, niezmącenie odnajdując w nim tę samą słodką lekkość, wzruszenie i… swój niepohamowany śmiech, radość.

Dzień Świstaka konsekwentnie przypomina mi także, że nic nie dodaje kobiecie tyle wdzięku, urody, co rozpuszczone, rozchełstane, nieposkromione długie włosy, a nos i policzki przeuroczo zaróżowione od mrozu – to najlepszy, najefektowniejszy i… najefektywniejszy „makijaż”. Tym akapitem nawiązuję do Andie MacDowell w roli Rity, która urzeka promiennym uśmiechem równie umiejętnie, co nadąsaną minką. Sto doskonałych aktorek mogłoby zepsuć postać Rity, pozbawić ją charakterystycznej – koniecznej dla pozytywnego oddźwięku ze strony widzów – naturalności, urokliwości, więc osobiście cieszę się, że wybór Ramisa ostatecznie padł właśnie na cudną MacDowell. O samym aktorstwie MacDowell nie mogę wypowiedzieć się szczególnie entuzjastycznie, uważam natomiast, że jej unikalny kobiecy wdzięk i zdecydowanie nieprzerysowane, szlachetne piękno jako kobiety – są wprost stworzone do tego, aby się w jej postaciach, romantycznych kreacjach aktorskich rozkochiwać. W Dniu Świstaka – spisała się, także aktorsko, na medal i czymś niemożebnym byłoby spróbować wyobrazić sobie Ritę pod postacią innej kobiety i aktorki.

Polecam Dzień Świstaka wszystkim spragnionym ulgi w kinie, zabawy w dobrym stylu, radości z oglądania wyrazistych, niezapomnianych kreacji aktorskich. To świąteczny, niezdetronizowany – filmowy evergreeen, więc jeśli jakimkolwiek cudem jeszcze go nie znacie, koniecznie i czym prędzej nadróbcie zaległości. Czeka Was ogrom wesołego śmiechu i seria czułych – ale nie czułostkowych czy tkliwych! – wzruszeń, a bardziej uparci widzowie mają szansę zabrnąć w ciekawe rewiry pytań natury egzystencjalnej i filozoficznej.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *