Europejczycy i Muzułmanie

Europejczycy i Muzułmanie 1

Muzułmanie oskarżają nas, Europejczyków, o historię podbojów religijnych prowadzonych ogniem i mieczem. Mają rację. Oskarżają nas, Europejczyków, o krwawe zbrodnie chrześcijaństwa. Mają rację. Oskarżają nas o konkwistę, o krucjatę i inkwizycję. Mają rację.

Tak. My Europejczycy wiemy, iż dobrze się morduje z imieniem Boga na ustach, i dlatego trudno nas będzie oszukać. I powiem nawet więcej: my też mamy piękną religię, pokojową i pełną miłości, a nasz prorok kazał nam nastawiać drugi policzek. Żeby dopełnić obrazu całości, dodam tylko, iż hitlerowcy mieli na pasach napisane, iż „Bóg jest z nami”.

Nie, nie biję się w piersi, przepełniony winą. Zupełnie nie.

Nie. Nie żałuję za grzechy.

Ja informuję, że ten rozdział historii w Europie przerabialiśmy 800 lat temu i chyba nie chcemy do niego wracać. Ale czujemy się trochę zdezorientowani, nagle wprowadzeni w sam środek wojny religijnej. W tym czasie nasza kultura dokonała kilku przełomów i kilku samosądów, uwalniając się z koszmarów państwa autokratycznego oraz państwa teokratycznego. Po drodze przeżyliśmy faszyzm i komunizm, które także dały nam sporo do myślenia.

Tymczasem przychodzą do nas muzułmanie i informują, że teraz zaprowadzą boski porządek na Ziemi. Dwa tysiące lat naszej trudnej krwawej historii ma trafić szlag, i będziemy w zamian mieć szariat. Zburzymy bazylikę Świętego Piotra, Akropol, kilka nikomu do niczego niepotrzebnych pomników wolności, i osiągniemy stan szczęścia powszechnego, zanurzając się w Koranie. Ileż to nam rozwiąże problemów, koniec z niesprawiedliwością prawa,  nie będzie hazardu, wódki, piwa ani burdeli. Koniec z ogłupiającą telewizją, pornografią oraz rock and rollem. Koniec z politycznymi bzdurami, ruchami społecznymi i mniejszościami seksualnymi, o feminizmie nie wspominając. I o co chodzi? Dziwią się muzułmanie. Przecież będziecie szczęśliwi, no, bo my jesteśmy szczęśliwi; u nas nie ma różnic rasowych i nie ma domów starców, ani domów dziecka, ani lichwy, ani narkomanów.

I co? O co nam chodzi?

Mnie chodzi o Stańczyka i Monę Lisę.

Już na dworze Ptolemeusza I był obecny błazen, a potem stopniowo, aż do początków średniowiecza, stawali się oni – błazny – nieodłączną częścią dworów królewskich, przekształcając się w satyryków, którym wolno było krytykować poczynania króla. Oni stawali się czymś w rodzaju powiernika i doradcy, który swoim krytycznym umysłem mógł powiedzieć to, czego inni nie mogli, i w imię zdrowego rozsądku mogli wyśmiewać przywary szlachty, książąt, a nawet samego władcy. To tradycja zawsze obecna w naszej kulturze, zawsze ważna i zawsze żywa. Satyry pisał już Horacy i były one przez całą historię Europy obecne nawet w najsroższych i najciemniejszych czasach naszej historii, kpiono zawsze i ze wszystkich papieży, kardynałów, z dygnitarzy i dyktatorów. Każdej osobie nieco bardziej znanej – towarzyszyła jej karykatura lub ośmieszający ją pamflet. Tak, to my, Europejczycy, z ironii, sarkazmu i kpiny uczyniliśmy sztukę. Piszemy pamflety, fraszki, satyry, bawi nas to i cieszy, kiedy nadymający się dygnitarz musi nieco upuścić rozsadzającej go pychy, kiedy coś najeżone i nastroszone do granic rozsądku – nagle zostanie ośmieszone. Satyra jest w naszym świecie niejako instytucjonalna, a jej obecność potwierdza nasze prawa niezbywalne do człowieczeństwa; tacy jesteśmy i nic z tym nie da się zrobić.

Wiem, wiem, muzułmanie mieli Hodżę Nasreddina, postać wręcz mityczną, autora żartów i niezliczonych facecji, kogoś w rodzaju Jasia Spryciarza, który umiał przechytrzyć rzeczywistość, ale ta legendarna postać nie niosła nigdy tego czynnika oczywistej kpiny prosto w oczy, jaką cechuje się nasza kultura, gdzie stylem i poziomem wykazuje się ten, kto umie się od siebie zdystansować i kto zażartuje sam z siebie, a satyrę przyjmie z uśmiechem.

Tu się różnimy. Bardzo się różnimy. W tradycji bliskowschodniej nie pisze się satyr, pisze się panegiryki i mowy pochwalne pełne kwiecistych poetyckich porównań, pełne wiernopoddańczej miłości i cierpienia z zachwytu nad wielkością i chwałą pana i władcy. Głębokie obudowanie tradycją takiej formy relacji powoduje, iż piewca pochwał – nie czuje się kłamcą, a odbiorca – nie czuje się okłamywany. Kłamstwo w takich warunkach staje się formą uświęconej tradycją komunikacji z przełożonym, władzą i władcą. No, i oczywiście z klientem. Negocjacje z klientem, to forma najwyższej z możliwych komunikacji z drugą osobą i jest ona swoistą postacią spektaklu. Jakżeż to inne od naszych doświadczeń; wchodzisz do sklepu, a tam cena – patrzysz, kupujesz lub nie, i już, koniec, i tyle.

Dlatego muzułmanie nas nie okłamują, oni się z nami komunikują, to forma negocjacji. Wprawdzie trochę się dziwią, że „łykamy tę papkę” i nie targujemy się, ale cóż mają zrobić z naszym brakiem kultury, osobiście myślę, że czują się zawiedzeni takim prostackim sposobem naszej komunikacji.

Muzułmanie mówią, że ich religia jest kwintesencją dobra i pokojowego podejścia do świata, my też to mówiliśmy, co więcej dalej to powtarzamy. Muzułmanie mówią, iż nie popierają terroryzmu, a co mają powiedzieć na przykład we Francji 62. milionom Francuzów? Że popierają, kiedy jest ich tylko 4 miliony?… Prawda jest taka, że po ataku na World Trade Center, tańczyli z radości na ulicach, a następnie zgodnie z tradycją zaprzeczyli, jakoby popierali terroryzm, co nie przeszkadza trochę się nacieszyć jego sukcesami na ciele Szatana. A, bo musicie wiedzieć, iż jako niewierni jesteście siedliskiem dla Szatana, niezależnie, czy tego chcecie, czy nie. I nie jest to poetycka przenośnia. Z punktu widzenia każdego muzułmanina jesteśmy, jako niewierni, rodzajem nieczystości. Kontakt z nami, nawet konieczny, jest kalający i trzeba się następnie z niego oczyścić. W wypadku muzułmanów nie ma miejsca na bycie takim muzułmaninem, jak większość Europejczyków jest chrześcijanami, ponieważ jest się nim nie jako spadkobiercą kulturowym, biernie przyjmującym spadek pokoleniowy, jest się nim zawsze – czynnie, czyli w relacji bezpośredniej. Koran nie jest zapisem słów proroków i kaznodziei, jak Biblia, jest bezpośrednim słowem Boga, który wykorzystał usta Mahometa, aby przekazać je ludzkości. Prorok Mahomet nie jest Bogiem, a porównanie go do Boga jest jednym z najcięższych grzechów i naruszeniem głównego filaru wiary, stąd muzułmanie są muslim – poddany Bogu, a nie są mahometanami, tak jak my po Chrystusie – jesteśmy chrześcijanami. Natomiast w rozumieniu muzułmanów: Jezus był muslim.

Trochę to skomplikowane, ale nie przejmujcie się, obowiązkiem każdego muzułmanina – prócz obowiązkowej wyprawy do Mekki i codziennych modłów – jest krzewienie swojej wiary wśród niewiernych, czyli Was, zatem oni właśnie Wam wszystko „wytłumaczą”.

Z punktu widzenia muzułmanina – jesteście spisani na straty jako nosiciele Szatana, jako nieczyści, toteż nawracanie Was nastąpi dla Waszego dobra; no, naprawdę. A jeśli nie chcecie, cóż… jako spisani na straty, i tak wielkiej różnicy nie będzie, a przecież szkoda, żeby się tyle dobra marnowało, prawda?

Dlatego przezabawne wydaje się dzielenie muzułmanów na dżihadystów, ekstremistów i fundamentalistów, po czym – znów muzułmanów; taki podział nie istnieje. Jest tworem sztucznym –  sztucznych środowisk medialnych; to jest bełkot stworzony na potrzeby pseudo poprawności idio-politycznej.

Dlaczego?

Ponieważ wynika to z naturalnych warunków, jakie charakteryzują społeczeństwo muzułmańskie. Oparte jest ono o strukturę klanu rodzinnego, wyposażonego w szeroko rozbudowane kręgi i relacje; oparte jest o sieć wzajemnych stosunków międzyklanowych. To, co w Europie byłoby nepotyzmem, w tamtych społeczeństwach jest obowiązkiem wynikającym z relacji rodzinnych oraz oczywistą koniecznością wobec poszczególnych członków klanu. To, co dla nas jest łapówką, tam jest usankcjonowanym zwyczajem, wyrażającym szacunek i wdzięczność o nazwie „bakszysz”, czyli „podziel się z bliźnim”. W takich relacjach nie ma miejsca na wymknięcie się z sieci wzajemnych połączeń i zobowiązań rodzinnych. Po prostu: nie, i nikt tego nie oczekuje, ponieważ nie istnieje nawet taka alternatywa. Nie można wyprzeć się rodziny, ani religii, to znaczy – można, ale jest to dość dziwna jak na tamte stosunki forma popełnienia samobójstwa. W każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraża woli takich zmian.

A o co chodzi z Mona Lisą!

Gdybym jednak musiał zostać muzułmaninem, nie mógłbym tego obrazu lubić.

Po pierwsze, przedstawia on postać ludzką, co jest zabronione.

Po drugie, przedstawia kobietę uśmiechającą się zalotnie, co jest zabronione.

Po trzecie, nie wiadomo, czy do obrazu nie pozował jednak młody mężczyzna, co jest jeszcze bardziej dwuznaczne.

Po czwarte, namalował go Leonardo, a nie wiadomo, czy nie był homoseksualistą, co jest zabronione.

Po piąte, szóste, siódme itd. …

Możliwe, że nigdy bym nie zobaczył tego obrazu, a jak bym zobaczył, bym nie zrozumiał jego piękna. A najgorsze, co mi przychodzi do głowy, to że w dobrze pojętym interesie całej muzułmańskiej społeczności – zostałby zniszczony, tak jak Rembrandt i inne szkodliwe dzieła dekadenckiej sztuki Zachodu.

Trochę mnie pociesza to, że na pierwszy ogień poszłyby te wszystkie otwarte i tolerancyjne środowiska, pełne politycznej poprawności, głoszące nowoczesność poglądów i moralności. No po prostu na samą myśl, aż mi się pysk śmieje, kiedy pomyślę o bezpośrednim starciu patrolu kontrolującego stan moralności muzułmańskiej z tęczową bojowniczką o wolność, równość i równouprawnienie. Myślę, że po jednym ukamienowaniu na środku każdego miasta powyżej 50. tysięcy mieszkańców – by wystarczyło, aby nieco ostudzić nadzieje. Tylko, czy wystarczyłoby nam celebrytów i dziennikarzy?

 

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *