Feministyczna Ania z Zielonego Wzgórza – recenzja nowego serialu!

„Możesz być kim chcesz, ale… Nie wyrażaj głośno swojej opinii, bo to bezczelne. Nie bądź zdecydowana i stanowcza, bo pomyślą, że jesteś uparta. Nie ubieraj się inaczej niż wszyscy, bo ich przestraszysz. A przede wszystkim nie próbuj być niezależna, bo to zniechęca chłopców. Dobrze? Nie!” – oto treść pisana i czytana sensualnym kobiecym głosem, dodana do polskiego zwiastunu serialu Ania, nie Anna dostępnego na platformie Netflix…

W roku 2017 doczekaliśmy się nowej adaptacji filmowej popularnej książki dla dzieci, Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Powieść napisaną w 1908 roku dzieci, głównie dziewczynki, po dziś chętnie czytają, po drodze próbowano ją nie raz i nie dwa przełożyć na ruchomy obraz. Właśnie na małe ekrany weszła kolejna próba adaptacji – kanadyjski serial Anne, w Polsce znany pod tytułem Ania, nie Anna, dystrybuowany przez Netflix.

Zarówno powieść, jak i jej najnowsza adaptacja – zostały stworzone przez kobiety, a w centrum prezentowanych zdarzeń stoi uosobienie kobiecej wrażliwości: romantyczna, nieco egzaltowana, wyjątkowo urocza dziewczynka o bujnej, malowniczej wyobraźni, Anne Shirley. Doskonały materiał literacki z uwielbianą na świecie czołową bohaterką plus znakomicie dobrana obsada aktorska, piękna sceneria zielonych, kwitnących wzgórz oraz miasta oddającego kurz starej epoki – wskazują, że serial ten nie mógł się nie udać. Amybeth McNulty, grająca tytułową Anię, to istne żywe wcielenie literackiej Ani Shirley i choć w roli tej łatwo o zrażającą do postaci przesadę – o nadmierną egzaltację – McNulty gra wyśmienicie, w sposób perfekcyjnie wyważony oddając paletę emocji charakterystyczną dla Ani, od radości i ekscytacji, po smutek i dramatyzm.

A jednak przepięknie zrealizowany serial Ania, nie Anna to idealny wzór, jak czystą literaturę dziecięcą zamoczyć w brudnej zaprawie politycznej. Z niewinnej przeuroczej dziewczynki, jaką była literacka Ania, uczyniono małą wojującą feministkę, nadpisując dziewczynce cechy, których Montgomery nigdy w swej powieści nie ujęła.

Przypomnijmy, że literacka Ania – mimo iż nieco krnąbrna i zbuntowana, głęboko wewnątrz pozostawała przede wszystkim ponadprzeciętnie wrażliwa. Literacka Ania nigdy nie chciała się wyróżniać – wręcz brzydziła się swoją innością (np. rudymi włosami) i jak każda dziewczynka w wieku 11 – 13 lat, marzyła o tym, by być taka sama jak rówieśnicy, by wtopić się w rówieśniczy tłumek. By być zwykła, normalna.

W najnowszym serialu pierwotny tkliwy romantyzm literackiej Ani zastąpiono nowoczesną potrzebą betonowania się w świecie fantazji i uznawania swej fantazji za lepszą, ważniejszą od realnego świata. O ile literacka Ania uciekała w wyobraźnię i marzenia z przyczyny naturalnego, miękkiego, dziewczęcego lęku przed konfrontacją z realnym życiem, o tyle nowa serialowa Ania ucieka w wyobraźnię, bo to, co czuje, pojmuje jako bardziej wartościowe od tego, co czują inni. Dlatego to własnemu środowisku wewnętrznemu poświęca większość myśli i przekonań, ludzi wokół siebie uznając raczej za „żywe rekwizyty” drugoplanowe, których priorytetową powinnością jest podsycać i wielbić duchowość samej Ani.

Literacka Ania była i po dziecięcemu, i po kobiecemu zagubiona – musiała przejść długą drogę poprzez swe kompleksy, aż do rozumnej samoakceptacji. Ta droga dla czytelniczek młodych i nieco starszych stanowiła wzruszającą, pouczającą lekcję na temat poszukiwania swej własnej tożsamości kobiecej, a chłopięcym czytelnikom pozwalała lepiej zrozumieć świat dziewczynek. Literacka Ania była też postacią nadzwyczajnie empatyczną, starającą się zaskarbić sobie uczucia, początkowo chłodnej, pragmatycznej Maryli – za pomocą wykazywania się.

Nowa serialowa Ania natomiast wie, czego chce, i niejedna dojrzała kobieta mogłaby pozazdrościć jej samoświadomości. Zaś o akceptację Maryli nowa Ania nie zabiega, tylko nieomal strategicznie walczy – biegle stosując na otoczeniu techniki szantażu emocjonalnego. Po cóż miałaby się interesować, czy tym bardziej przejmować tym, że Mateusz i Maryla dostosowują do niej swój prywatny świat, naginają zasady i zmieniają priorytety – przecież dużo istotniejsze jest to, co się Ani po prostu należy. Od swych opiekunów wymaga więc oddania i troski, jak każde bezbronne dziecko, ale zaspokojenie tych potrzeb osiąga zadziwiająco dorosłym wyrachowaniem.

Zamiast chodzić do szkoły i mierzyć się z prozą dnia codziennego i obowiązkami, nowa Ania wagaruje i z premedytacją oszukuje swoich opiekunów, Marylę i Mateusza, uparcie kłamiąc ich prosto w oczy, iż uczęszcza na zajęcia. W domu nie robi nic – to Mateusz, ze słabym sercem, zasuwa w polu, a niezmordowana, nigdy nieskarżąca się Maryla – w kuchni. W tym samym czasie Ania beztrosko kica po łąkach i lasach, recytując wiersze i udając księżniczkę Kordelię. Nie potrafi skupić się nawet na tyle, by spełnić prostą prośbę Maryli i wyjąć pod jej nieobecność placek z pieca na czas – i żeby nie rychły powrót Maryli, kuchnia niechybnie poszłaby z dymem.

Za to kiedy w sąsiedztwie wybucha poważny pożar – w płomieniach stoi cały dom – i wszyscy mężczyźni nalewają wody do wiader, by opanować zagrożenie, w małej Ani nagle budzi się, niczym logicznym nieuzasadniony, duch rycerza i rozum inżyniera, i to ona sama, ona jedna wbiega do budynku między płomienie, aby pozamykać okna i drzwi, odcinając ogniowi dopływ tlenu i opanowując pożar. Oczywiście żaden z dorosłych mężczyzn nie wpadł na ten genialny pomysł, bo wszak w feministycznej interpretacji każdy mężczyzna jest jedynie nieproduktywnym trutniem, zatem to „naturalne”, że heroiczne rozwiązanie problemu musiała akcji dostarczyć chuda, niepozorna dziewczynka – a tak naprawdę: feministyczny deus ex machina. Tego bełkotu feministycznej poprawności politycznej dopełnia i to, że Maryla nie ochrzania Ani, na czym świat stoi, za to, że samozwańczo, nieroztropnie wbiegła do walącego się od płomieni budynku – gdzież tam: Maryla patrzy na Anię z podziwem i puchnącą dumą. Nie wiem, która matka pozwoliłaby pobiec swej trzynastoletniej córce w sam środek wielkiego pożaru – ja chwyciłabym małą za kołnierz koszuli nocnej, zmuszając, by stała w bezpiecznej odległości od ognia!

Oczywiście nowa Ania jest wyjątkowo wdzięczną postacią, co przyznaję absolutnie szczerze, a przede wszystkim z pełnym zachwytem i szacunkiem do urody oraz gry aktorskiej McNulty. Feministyczny bełkot, który wypłukał z serialu treść i aurę pierwowzoru literackiego, jest niestety ewidentny, ale stanowczo przemycony w masce wzruszającej, fantastycznej McNulty. Mówiąc wprost, twórczynie serialu nie podały nam feministycznej ideologii wprost – przeciwnie: ukryły tę ideologię za twarzyczką urokliwej dziewczynki, a literacki prototyp tej dziewczynki wykorzystały jako zasłonę dymną dla zarażenia widowni obmierzłą poprawnością polityczną, od jakiej myślący, przytomni ludzie wymiotują tęczą.

Jeżeli czytelnik woli myśleć o feminizmie XXI wieku jako o cnocie, jako o słusznej pod względem moralnym i społecznie użytecznej idei, to odpowiem, że każdy ma prawo zamykać oczy i być ślepym – we własny, oryginalny sposób. Odpowiem także, że feminizm jako wartościowy ruch społeczny przeminął wraz z pierwszą zdrową falą feminizmu, poprzedzoną przez odważne sufrażystki, którym ze strony współczesnych kobiet należą się wdzięczność i szacunek. Natomiast dzisiejszy, nowoczesny, pasywnie agresywny lub wprost wojujący feminizm jest postawą intelektualnie miałką i społecznie bezużyteczną, której źródło – wbrew feministycznym deklaracjom – stanowi nie dobro kobiet, lecz cicha, podjazdowa „wojna” o wyższość płci żeńskiej nad całością tej przygody, jaką jest życie ludzkie.

Nowoczesny – dzisiejszy – feminizm to nic innego, aniżeli ohydna poprawność polityczna, umoczona w różnych strefach wpływów, a sztuka i wszechobecna kultura obrazkowa coraz częściej staje się powierzchownie polukrowanym narzędziem w rękach przyczajonych za węgłem „wodzów”, narzędziem służącym otępianiu ludzkiej tożsamości i ujednolicaniu człowieczych indywidualności aż do poziomu bezwolnej szarej masy, gotowej bezwiednie realizować cudze, utajone cele polityczne. A jeśli wnioski te zdają ci się przesadzone i nadęte, bądź łaskaw zażywić – jednak – wątpliwość i przyjrzyj się poniższym informacjom, jakże zgrabnie, choć „podprogowo” importowanym nam przez ów polski zwiastun Ani, nie Anny na Netflix:

  1. „Nie wyrażaj głośno swojej opinii, bo to bezczelne”.

Pierwsza obietnica szczęśliwego życia przewidziana dla młodej kobiety XXI wieku zachęca do głośnego wyrażania swojej opinii, bez względu na okoliczności. Zawsze mów, co rzeczywiście myślisz – i mów głośno, tak aby wszyscy słyszeli. Oto, co przekazuje pierwsze zdanie zwiastunu. Z pozoru zdanie brzmi szlachetnie, bo któż nie chciałby być słyszalny, któż nie chciałby potrafić odważnie wygłaszać poglądy? Żeby jednak sprawnie wyrażać poglądy, trzeba nauki, obrastania w wiedzę i pokory. Dzisiejszy feminizm obiecuje młodym dziewczynom coś innego: kapryś i grymaś do woli, bądź wredna, jeśli zechcesz, noś się – jak ci się żywnie spodoba i nie licz się z niczyim zdaniem. Świat będzie taki, jak zechcesz, więc w nosie miej jakiekolwiek konwencje. Kop cudze ideały i gardź historią. Jesteś absolutnie wolna i możesz być, kim tylko zapragniesz. Możesz być nawet głupia i tupać nogą bez racjonalnego powodu. Co oczywiście jest szkodliwą nieprawdą, bowiem świat – czy nam się podoba, czy nie – ubrany jest w schematy i ramy. Zamiast bez wiedzy i przygotowania je besztać, warto gromadzić wiedzę i znać rozmaite ograniczenia – po to, aby mądrze wyswobadzać się z opresji oraz rozumieć własne mocne i słabe strony. Każdy ma osobnicze predyspozycje, jak i wady, natomiast wykrzykiwanie prywatnych wyobrażeń o świecie, bez głębszej refleksji nad mechanizmami, które rządzą światem, to wydmuszka dla naiwnych, to kodowanie kobiety – lepienie z kobiety płytkiego, zadowolonego z siebie konsumenta.

  1. „Nie bądź zdecydowana i stanowcza, bo pomyślą, że jesteś uparta”.

Już od grubych dekad świat zaakceptował kobiece zdecydowanie, stanowczość i kobiecy upór. I choć nadal w kilku miejscach na świecie prawa kobiet są łamane, faktem pozostaje, iż w cywilizowanych krajach kobiety dawno temu przestały być traktowane jako istoty bezwolne i realizujące wyłącznie wolę mężczyzn. Ten postulat jest zatem spóźniony o sto lat. Kobiety sprawują urzędy, są prezydentami, premierami i posłami, wybitnymi naukowcami, spełniają się jako artystki, jako przedsiębiorcy…

  1. „Nie ubieraj się inaczej niż wszyscy, bo ich przestraszysz”.

Zdanie to w rzeczywistości mówi: ubieraj się, jak chcesz, bo bez twojej zgody nikt nie może cię dotknąć/naruszyć. Jest to postulat przemycony z feminizmu i odnoszący się do tzw. „kultury gwałtu”, którą feminizm piętnuje. To prawda, że kobieta ma prawo ubierać się, jak sobie życzy, a o gustach się nie dyskutuje. Ale ta wspaniała swoboda bycia możliwa jest do stosowania wyłącznie w przewidywalnych okolicznościach. Każda kobieta, która wybrała się w samotną podróż po różnych, czasem „dzikich” zakątkach świata, nigdy nie założyła „dziwnej sukienki”, nie przywdziała się w jaskrawe barwy etc. Będąc w podróży, obcując z nieznanym terenem, kobieta zakłada luźną koszulę o męskim kroju – w kolorze białym, szarym albo chromowej zieleni – i spodenki do połowy uda. Sprawdźcie sami, co na temat stroju kobiety mówi znana podróżniczka, Pawlikowska. A jak udacie się z wizytą do Japonii i zechcecie pójść do sauny/łaźni, zapomnijcie o tym, jeżeli macie na ciele tatuaże, których nie będziecie w stanie zasłonić ręką albo w inny sposób zakamuflować. A jak będziecie mieć dziecko, to nie będziecie chcieli ani chciały, żeby pani nauczycielka przychodziła do pracy w mini tak krótkiej, że widać podwiązki, i w dekolcie do pępka. Ubierając się ekstremalnie inaczej niż społeczeństwo, w którym egzystujesz (oraz niezależnie od okazji) – wzbudzasz strach albo siebie narażasz na niebezpieczeństwo (a w najlepszym razie – na śmieszność), a wzbudzasz te trudne emocje nie bez przyczyny ani bez celu. Bo różne uniformy są światu potrzebne tak samo, jak normy społeczne – bowiem jedno i drugie służy do efektywnego porozumiewania się w obrębie społeczeństwa, porozumiewania za pomocą powszechnie znanych skrótów, czyli poza czy ponad słowami.

  1. „A przede wszystkim nie próbuj być niezależna, bo to zniechęca chłopców”.

Niezależna kobieta – jak świat światem – frapuje i podnieca chłopców, a nie zniechęca. Niezależność kobieca nie jest wynalazkiem współczesnego feminizmu – to cecha przewijająca się przez całość historii świata, jaki znamy. To cecha królowych, cecha muz artystów, wojowniczych Słowianek i równie wojowniczych kobiet Wikingów – jak i mecenasek sztuki, kobiet-naukowców oraz właścicielek ziem i majątków, które historia odnotowała nawet w epoce średniowiecza. Jeśli mężczyźni zbudowali cywilizację, kobiety co najmniej zainspirowały ich do tego wysiłku, dostarczywszy motywacji i pomysłu. W bardzo dawnych czasach, gdy ludzie byli nomadami, to kobiety wynalazły rolnictwo, a to właśnie ten wynalazek zezwolił Homo sapiens na zawiązanie, a w następstwie na rozwój cywilizacji – bowiem rolnictwo umożliwiło zaprzestanie nieustannej wędrówki i założenie osady. Niezależna kobieta imieniem Lilith – pominięta w Biblii – według podań starożydowskich była pierwszą kobietą: Bóg stworzył ją przed Ewą; to ona była pierwszą, niepokorną i nieuległą, partnerką Adama. Świat roi się od – mitów o niezależnej kobiecie i od faktów o niezależnej kobiecie. A ostatnie stęknięcia świata o uległości kobiecej jako cnocie – w państwach cywilizowanych upadły ostatecznie najpóźniej w latach 60. ubiegłego wieku.

W czasach, o jakich pisała Montgomery, panienki takie jak Anna Shirley rzeczywiście były przez rodziców przygotowywane głównie do roli żony i opiekunki gospodarstwa domowego. Szczytem kariery kobiety było, jeśli udało jej się zostać nauczycielką (choć warto wspomnieć, iż w owych czasach był to zawód prestiżowy) – tą zresztą drogą ostatecznie poszła literacka Ania. Tak pojmowana rola kobieca nie jest wprawdzie powodem do chluby epoki, o której w tej chwili rozmawiamy, ale na różne przemiany społeczne trzeba czasu, a literacka Ania poprzez swoją naturalną oryginalność, upór i krnąbrność – jadła życie pełnymi garściami i skutecznie realizowała swoje pragnienia. Dopisywanie do tej bohaterki dodatkowych cech – w postaci: nie fantazjowania a krętactwa, nie niepokorności a bezczelności, nie intuicyjnego, zdrowego „ścigania się” z chłopcami a pogardy wobec chłopców – czyni z nowej, serialowej Ani wytwór spaczonej poprawnością polityczną, obrażonej na świat, feministycznej jaźni, dla której własnoręcznie wymyślona wizja kobiecości jest ważniejsza od prawdy, czyli od historii o kobiecie i od zapisów, choćby na kartach literatury, o minionych dziejach.

Świat, w którym obecność mężczyzn ma sens tylko pod warunkiem, iż realizują oni „fochy” lub fantazje kobiet. Świat, w którym najdrobniejsza, najbardziej niepozorna kobieta odkrywa w sobie siłę „pięciu chłopa”. Świat, w którym kobiecie przypisuje się instynkt rywalizacji na miarę mężczyzny i zwyciężający z mężczyzną, choć w istocie intensywna rywalizacja przynależy do męskiej biologii i towarzyszy samcom, jako że dyktowana jest testosteronem. Świat, w którym ja kobiety staje się dla niej ważniejsze od relacji społecznych. Świat, w którym wyłącznie „inne” oznacza „wartościowe i piękne” – a wszystko, co zwykłe, przeciętne, wzbudzać ma pogardę. Taki jest świat nowej, serialowej Ani.

Jeśli chcesz zobaczyć, jak zakażona poprawnością polityczną Kanada bruka wybitną literaturę dziecięcą swej rodaczki, koniecznie udaj się na Netflix i obejrzyj serial pt. Ania, nie Anna. Gra aktorska na bezdyskusyjnie wysokim poziomie z pewnością nie zawiedzie, urzekną cię także pejzaże złożone z zielonych wzgórz, buchająca parą staroświecka lokomotywa oraz wiernie oddane stroje i przedmioty wypełniające świat opisany niegdyś przez Montgomery. Nie spodziewaj się jednakże wątków znanych ci z serii książek o Annie Shirley – twórczynie serialu wymyśliły własną fabułę, cwano wykorzystując ogromny potencjał literacki Montgomery do siania zupełnie nowych, odrębnych, innych przekazów. Delikatność i poetycki, nieskalany – dziecięcy romantyzm literackiej Ani w serialu tym zachowano tylko w wyglądzie i stylu bycia McNulty, lecz w głębokiej treści filmu – tego nieskalanego romantyzmu już nie odnajdziesz. Spod powierzchownej kołderki baśniowo-romantycznego świata panie scenarzystki i reżyserki przemycą do twojej ufnej głowy nową, feministyczną, a więc sprytno-bezczelną Anię, ukrytą za fasadą elfa czy uroczej strzygi. Bądź przygotowany na tę polityczną manipulację, na to estetyczne kłamstwo – i wiedz jedno: prawdziwej, czyli literackiej Ani, poza jedynie powierzchownością McNulty, w tym ruchomym obrazie nie uświadczysz.

Samej McNulty z najwyższą przyjemnością wróżę karierę aktorską – jestem pewna, że wyrośnie na piękną kobietę. Dokładnie tak jak McNulty winna wyglądać literacka Ania – dokładnie tak, po prostu co do joty. Przykro mi niezmiernie, że tę urzekającą, jakże bliską wizualnie literackiej Ani, dziewczynę zanurzono w jazgotliwym, feministycznym bełkocie, jednocześnie plamiąc jedną z powieściowych ikon mojego dzieciństwa. Mojego, i tysięcy kobiet.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

 

Artykuły uzupełniające:

Piotruś Pan kontra Pippi Pończoszanka: http://tosterpandory.pl/piotrus-pan-kontra-pippi-ponczoszanka/

Średniowieczna emancypacja: http://tosterpandory.pl/sredniowieczna-emancypacja/

Tak, jestem królową pszczół!: http://tosterpandory.pl/tak-jestem-krolowa-pszczol/

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (9)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

2 komentarze

  1. Dlaczego feminizm jest Twoim zdaniem „brudny”?
    Każda adaptacja jest interpretacją. Netflix dokonał znakomitej, myślącej interpretacji. Aby osiągnąć taki efekt, trzeba utworowi zadawać pytania nie tylko „o czym autor chciał powiedzieć”, ale również pytania: „o czym autor nie powiedział” i „o czym autor nie mógł nam powiedzieć”.
    Tak zwana „sprawa kobieca” jest silnie akcentowana w pierwowzorze i we wszystkich powieściach Lucy Maud Montgomery. Była też jednym z najszerzej i najgoręcej komentowanych zagadnień w epoce, gdy toczy się akcja powieści. Pominięcie jej właśnie byłoby zafałszowaniem historii.
    Z tekstem kultury jest zawsze tak, że jego odbiór jest inny w różnych epokach. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć, jak Anię odbierano w epoce, w której się ukazała. Nie będziemy wiedzieć, jak dyskutowano o niej w salonach, na pensjach i w kuchniach, czyli wszędzie tam, gdzie były jej czytelniczki i czytelnicy. Ale Netflix stara się nam tę społeczną rzeczywistość przybliżyć.
    Pod tym względem bardzo ciekawe są wątki, które budzą największe kontrowersje wśród zwolenników „wiernej” ekranizacji, tj. wątek świadomości seksualnej Ani, wątek lesbijskiej relacji pani Józefiny i wątek kredytu Mateusza. Wszystkie trzy poprowadzone z wnikliwą znajomością realiów epoki. Seksualność, która w epoce wiktoriańskiej była tabu na salonach, nie była tabu w sferach niższych, gdzie pokolenia żyły, umierały i rozmnażały się w jednej izbie. Relacje lesbijskie, były mocno obecne w społeczeństwie również polskim, z którego znamy wszak podobne motywy z biografii Marii Konopnickiej i Marii Rodziewiczówny. Motyw „wysadzonych z siodła” i kobiet, które musiały sobie radzić pozbawione męskiego wsparcia, to wszak największy motor zmian w XIX-wiecznego społeczeństwa również w Polsce – vide Orzeszkowa.
    Te „brudne” sprawy dodają ekranizacji niezwykłej głębi i z sentymentalnej ramotki tworzą wybitne dzieło. Marzy mi się, aby polski kanon doczekał się równie ambitnych interpretacji.

    • Nie napisałam, że uznaję feminizm za brudny – napisałam, że czystą dziecięcą literaturę w tej adaptacji filmowej zanurzono w brudnej zaprawie politycznej. Feminizm, do którego odnoszę się w tej recenzji, mocno krytycznej wobec serialu, nie funkcjonuje dziś jako samodzielny, spójny ruch ideowy o wydźwięku społecznym – dzisiejszy feminizm ma wąski wymiar elementu podporządkowanego szerszym mechanizmom poprawności politycznej. Nie sam feminizm stanowi tu problem – problem polega na tym, że przy pomocy pięknych, romantycznych obrazków zaczerpniętych z pierwowzoru literackiego przemyca się do podświadomości młodych widzów pewien rodzaj nowoczesnych, obłudnych w mojej ocenie, tarć politycznych służących realizowaniu celów w formie osobniczych wizji społeczeństw…

      Ma Pani rację: każda adaptacja, w pewnej części – jest interpretacją dzieła. Jednak istotą adaptacji nigdy w historii sztuki nie było, i nie jest, zastąpienie oryginalnej treści dzieła zupełnie nową, własnoręcznie wymyśloną treścią – istotą adaptacji jest oddanie ducha, atmosfery oryginalnego dzieła. I tu właśnie rodzi się pytanie (które zadałam sobie w trakcie seansu, uznając pytanie to za mój obowiązek recenzenta): czy w nowym serialu „Ania, nie Anna” został oddany duch literatury Montgomery i opisanych w tej literaturze czasów? Otóż – nie; klimat powieści Montgomery i czasów, o jakich pisała, nie został w tym serialu oddany, lecz został zastąpiony XXI-wiecznym echem politycznym. I na tym zasadza się mój podstawowy zarzut kierowany do twórców tego serialu.

      Nie zgodzę się z Pani tezą, iż celem adaptacji miałoby być dociekanie „o czym autor chciał powiedzieć” lub „o czym nie mógł nam powiedzieć”. Postaci kobiet stworzone, napisane przez Montgomery – były na swój sposób niezależne, pełne charakteru i temperamentu, zatem pomysł, aby nadpisywać im porcji dzisiejszego feminizmu, tłumacząc tę nadinterpretację tym, że kontynuuje się pierwotne idee Montgomery, pomagając jej w wypowiedzeniu tego, co w jej epoce było niemożliwe, uznaję za krzywdzący wobec literatury Montgomery oraz jej świadomości i pisarskiej, i kobiecej. Moim zdaniem zjawisko swoistego fałszowania historii – odbyło się właśnie w tym nowym serialu, a odbyło się na potrzeby dzisiejszych tarć politycznych, a nie na potrzeby wzbogacenia artystycznego.

      Ma Pani słuszność twierdząc, że tekst kultury jest odbierany inaczej w różnych epokach. To prawda, każdy odbiorca pozostaje osadzony w określonym kontekście kulturowym i patrząc na dzieło z tej perspektywy – winien umieć wyciągać własne wnioski. I ja takie wnioski wyciągnęłam. Nie wiem, o czym rozmawiano na pensji czy w kuchni w czasach ukazanych przez Montgomery, wiem natomiast, że sukces jej literatury dowodzi tego, że treści, jakie w swych powieściach ujęła – dla czytelniczek były wystarczające, nie znajduję więc zasadności dla zastępowania tych treści całkiem innymi, nowymi. I szczerze wątpię, że intencją Netflix jest przybliżenie mi jako widzowi – historycznej prawdy.

      Co do np. relacji lesbijskich, do jakich się Pani odwołuje, nie są one odkryciem ani współczesnego feminizmu, ani czasów właściwych Montgomery. Homo sapiens w pewnym procencie nawiązuje relacje homoseksualne, jak zresztą i różne gatunki zwierząt; od czasów Safony miłość między kobietami była zjawiskiem obecnym w literaturze. Proszę jednak – skoro rozmawiamy o klimacie dzieł literackich – zauważyć, z jaką subtelnością, wdziękiem i jednocześnie głębią miłość pań została opisana np. w „Smażonych zielonych pomidorach”. Nie wydaje mi się, by w opowieści literackiej o Ani Shirley motyw lesbijski czy „świadomości seksualnej” miał grać pierwsze skrzypce, stąd dziwię się, z jak jednoznacznie politycznym entuzjazmem jest on wpychany w głowę widza, jako zjawisko kluczowe w życiu współczesnej kobiety. Owa „świadomość seksualna”, o jakiej Pani wspomina jako o istotnej i dodatniej jakości dyskutowanego serialu, to wyłącznie polityczne hasło – to jedynie postulat poprawności politycznej niemający nic wspólnego z dbałością o samoświadomość młodych kobiet. „Świadomość seksualna” nie jest fundamentem tożsamości kobiecej – jest tylko pojedynczym składnikiem natury i kultury kobiety – stąd rozprawianie o owej świadomości jako kluczu do duszy współczesnej kobiety zdaje się intencjonalnym mieszaniem pojęć, sianiem zamętu znaczeń.

      Odnośnie do motywu kobiet „wysadzonych z siodła” dodam, że na gruncie polskim pozycja społeczna kobiety była bardzo silna, czego zresztą zazdrościły nam kultury anglosaskie, w których to – mówiąc nawiasem – narodził się bełkot poprawności politycznej. Polska kobieta zarządzała gospodarstwem domowym nie dlatego, iż była przez świat męski zdeprecjonowana czy odsunięta, lecz dlatego, że nasi mężczyźni brali udział w powstaniach, byli na wojnie. Obok kobiet Wikingów – to właśnie polskie kobiety słyną z niezależności, walecznego temperamentu i ugruntowanej samoświadomości. Mam nadzieję, że polski kanon w literaturze i innych sztukach będzie sukcesywnie budowany na tych zasobach, które nasza historia z sobą przyniosła, a wśród tych zasobów – kobiecość jawi się pełnym, pięknym tematem, który nie wymaga nadinterpretacji i nadpisywania dodatkowych cech, zaimplementowanych z innych kontekstów kulturowych. Na poparcie moich słów, linkuję dla Pani obszerny artykuł, czytelnie ilustrujący genezę i poprawności politycznej, i feminizmu, dziś niestety skrzywionego i wyjałowionego: http://tosterpandory.pl/poprawnosc-polityczna-po-polsku/

      Bardzo dziękuję, że zdecydowała się Pani podzielić swymi przemyśleniami – cenię czujnego czytelnika, który nie waha się podzielić własnymi, różnymi od moich, wnioskami. Wymiana tych wniosków oraz spostrzeżeń – cieszy mnie wielce; ogromnie Pani za naszą wymianę myśli dziękuję.

      Pozdrawiam serdecznie 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *