Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia

Frida Kahlo zapisała się w ludzkiej pamięci jako kobieta silna i niezależna, barwna tak pod względem duchowym, jak i fizycznym – stale ubrana w rozłożyste, kolorowe spódnice, duże naszyjniki, z ekspansywnymi kwiatami w upiętych włosach. Kolorowy styl bycia Fridy w połączeniu z zawsze zdecydowanym, czasami hardym, a wręcz charyzmatycznym, spojrzeniem sprawił, iż z Fridy uczyniły swoją patronkę nurty feministyczne. Jest to zdumiewające, gdyż Frida była kobietą niezwykle kruchą, normalną czy „typową” na wskroś i ze wszechmiar, przez całe życie nakierowaną na tworzenie domu, rodziny, na bycie matką. Z przyczyn zdrowotnych poroniła aż trzykrotnie i nie mogła spełnić swego marzenia o posiadaniu dziecka, lecz zwykła mawiać, iż już jako bardzo młoda dziewczyna, przechodząc obok Diega Rivery, myślała o tym, że chciałaby urodzić mu syna. Diego, znakomity i uznany malarz, był mentorem Fridy, następnie kochankiem i mężem. Mimo burzliwości tego związku, mimo skłonności Diega do poligamii i licznych romansów, para przeżyła razem prawie ćwierćwiecze, zawierając ślub dwukrotnie. Diego powiedział, że dzień, w którym umarła Frida, był najtragiczniejszym dniem jego życia i że nie spodziewał się, iż będzie tęsknił za Fridą aż tak silnie. Frida powiedziała, że przeżyła dwa tragiczne wypadki w swoim życiu: zderzenie z autobusem i z Diego. Zderzenie z Diego było tym okropniejszym… Przypomnijmy, iż zderzenie tramwaju, w jakim jechała młodziutka Frida, z autobusem połamało jej nogę, żebra, miednicę, obojczyk, przede wszystkim zmasakrowało jej nogę i stopę, uszkodzony został także kręgosłup, a metalowa poręcz przebiła podbrzusze, co w prostej linii przełożyło się na okaleczenie kobiety, gdyż właśnie z przyczyny uszkodzenia macicy nie była ona zdolna donosić ciąży. W swoim życiu była mnóstwo razy – nie tylko bezpośrednio po wypadku – hospitalizowana, unieruchamiana w bolesnych gorsetach, gipsach i na wyciągach, była ponad trzydziestokrotnie operowana (niektóre źródła podają 32, inne 35 operacji), a na niedługo przed śmiercią amputowano jej nogę do kolana. Długo by rozprawiać o kondycji ciała i zdrowia Fridy. Już w wieku około 6 lat (niektóre źródła mówią, iż w wieku 15 lat) dotkliwie przeszła polio, która to choroba najprawdopodobniej sprawiła, iż Frida miała jedną nogę chudszą i krótszą – być może jej nogi były jeszcze w jakiś dodatkowy sposób zdeformowane wskutek choroby, zaś późniejszy wypadek drogowy bez wątpienia miał wpływ na całe życie Fridy, przepełnione trudnym do wyobrażenia cierpieniem fizycznym, cierpieniem płynącym prosto z ciała, które wiele zniosło i wytrzymało, lecz które stało się niepełnosprawne. Frida – po wypadku i długiej oraz bolesnej rekonwalescencji – od nowa uczyła się chodzić, a wielu rokowało, iż nigdy już nie uda jej się stanąć na nogach, iż będzie musiała poruszać się na wózku. Ona niemniej osiągnęła swój cel – chodziła, a nawet tańczyła – ale ból był stałą częścią jej codzienności: ból towarzyszył jej każdego dnia jestestwa. Lecz ja nie chcę rozprawiać o bólu Fridy i opisywać jej bohaterstwa będącego jak gdyby echem tego bólu…

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 1

Świat już zbyt wiele razy starał się widzieć Fridę jako wojowniczkę, bohaterkę i heroskę właśnie z tytułu bólu, z tegoż właśnie względu nowoczesne feministki wyniosły biedną, udręczoną bólem Fridę na swoje sztandary i po dziś dzień ochoczo korzystają z jej wizerunku jako kobiety silnej, walecznej, a na pewno niezależnej i charyzmatycznej. Ja zamierzam opowiedzieć Wam o Fridzie od zupełnie innej strony…

Frida była bardzo ciepła i „domowa”, a swoim bólem zwyczajnie gardziła, kpiła z niego i brzydziła się nim, nigdy nie wynosiła go na żadne piedestały, dzięki jakim miałaby wzbijać się na wyższe poziomy swojej jakości ludzkiej. Mówiła o nim tak: „Próbowałam topić ból w alkoholu, ale skurwiel nauczył się pływać”. Ból jej nie uszlachetniał i gdyby było to możliwe, pozbyłaby się go bez mrugnięcia okiem, posyłając jednym gestem do stu diabłów. Ponadto Fridy nie interesowały żadne wojny płci, brzydziła się również porywczością i bezrefleksyjnością rewolucji i marzyła o dobrym, uporządkowanym, spokojnym świecie. Jej barwny styl ubierania nie był wyrazem żadnej hardości ni poczucia siły – za pomocą kolorowych rozłożystych sukien i spódnic maskowała okaleczenie swego ciała, w nosie mając wszelkie trendy i mody, które ani trochę jej nie obchodziły. A kwiatami otaczała się dlatego, ponieważ zwykła mawiać, że kwiaty będą żyły wiecznie, skoro ona je maluje. Opuszczając ten świat, rzekła jasno i szczerze, iż ma nadzieję nigdy doń nie wrócić. Opuściła ten świat najprawdopodobniej w wyniku samobójstwa – przedawkowania leków przeciwbólowych, choć informacji tej nigdy nie potwierdzono, bo nie wykonano sekcji zwłok. Zbyt chętnie chcemy widzieć ją jako waleczną i nieugiętą do samego końca, lecz prawda jest taka, że życie i nieomal bez przerwy towarzyszący mu ból – złamały ją. Zbyt łapczywie chcemy widzieć ją jako kobietę o tym charyzmatycznym wyrazie twarzy, jaki znamy z fotografii – natomiast bezmyślnie zapominamy, iż jest to wyraz, w którym zastygała, egzystując w ciągłym bólu. Nie była wcale nieugięta i niezależna. Małżeństwo i wspieranie męża pozostawało dla niej ogromnie ważne, a ponosiła dotkliwe ofiary i poświęcenia iście niefeministyczne na tym polu. Gotowała i dbała o dom. Lubiła ład, podczas gdy Diego ubóstwiał rozgardiasz. Pragnęła dziecka. Cierpiała bardzo zwyczajnie, po ludzku. Była dzielna, to prawda, ale przejaskrawianie tej wspaniałej dzielności w kierunku wpajania wizerunkowi Fridy gigantycznego heroizmu – odbiera jej prawdziwości, odmawia Fridzie ważnej części jej własnego doświadczenia, przekształcając Fridę w popkulturową ilustrację podobną do feministycznej atrapy, którą de facto nigdy nie była.

 Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 2

Stosunek Fridy do świata, ludzi, związków, rodziny i malarstwa – był pod każdym względem niezwykle rzeczowy i prostolinijny. Współcześnie można by powiedzieć, iż Frida była córeczką tatusia, gdyż z matką nie łączyła jej bliska więź i nie potrafiła się z nią porozumieć. O matce mówiła, że umie tylko liczyć pieniądze. Ojciec był dla niej ważny, to od niego czerpała ciepło i życzliwe, rodzinne uczucia, on też był pierwszym dyskutantem w kwestiach sztuk plastycznych, jako że sam zajmował się malarstwem i fotografią, i to od niego dostała pierwszy komplet pędzli, a także farby, choć trzeba przyznać, że specjalnie przebudowane sztalugi, które umożliwiły jej podjęcie prób malarskich, gdy przez długie miesiące po wypadku leżała bez ruchu, w gorsecie i gipsie – zawdzięczała matce.

 Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 3

Surrealiści chcieli widzieć malarstwo Fridy w swych szeregach już za jej życia, ale i oni się pomylili, tak jak feministki chcące posiadać Fridę w formie swej ilustracyjnej patronki oraz tak, jak wielu współczesnych historyków sztuki, którzy po śmierci Fridy nadal usiłują wprasowywać jej twórczość w ramy surrealizmu, co dość często się zdarza. Ale Frida była takim postrzeganiem swoich prac malarskich niemile zaskoczona. Stwierdziła cynicznie, iż nie podejrzewała, że jest surrealistką, dopóki nie obwieścił jej tego Breton. Bretona niecierpiała z głębi serca, nie przebierając w słowach, w wypowiedziach na jego temat – „idiota”, to chyba najdelikatniejsze określenie Bretona, jakie padło z ust Fridy. Szanowała jedynie Marcela Duchampa (była też wdzięczna jego żonie, która udzieliła Fridzie gościny w domu Duchampów w czasie pogorszenia kondycji zdrowotnej malarki na pewnym etapie), ponieważ Duchamp jako jedyny spośród surrealistów twardo stąpał po ziemi i myślał racjonalnie. O innych surrealistach miała jak najgorsze zdanie, wręcz pogardzała nimi – ich poziomem intelektualnym, tak samo jak obyczajnością. O sobie mówiła jasno i uczciwie, zgodnie z tym, co osobiście czuła i myślała o swojej jakości i formie artystycznej: nie jestem surrealistką, zawsze maluję rzeczywistość, nigdy nie malowałam ze snów ani z wyobraźni. Nawet jeśli Paryż i Nowy Jork przyjęły jej obrazy nader chłonnie, Frida nie chciała istnieć w tamtejszych środowiskach artystycznych, czuła się bezpiecznie wyłącznie u siebie, czyli w Meksyku, który kochała, i w swoim Niebieskim Domu, w którym tworzyła, a który dziś jest muzeum jej poświęconym. Amerykańska śmietanka towarzyska i artystyczna wprowadzała ją swoją dwulicowością, zakłamaniem, a przede wszystkim miałkością intelektualną i emocjonalną w stan permanentnej tęsknoty za ojczyzną i domem, a także w stan rozwścieczenia wynikającego z rozczarowania ludzką płytkością. Frida w swoich obrazach dotykała bowiem „mięsa”, malowała ból i cierpienie nie po to, by uczynić z nich pomniki, które miałyby z kolei ją uczynić silniejszą i lepszą – malowała je, bo były stałym elementem jej rzeczywistości. Malowała swoją prawdę, którą znała, więc nie zapominajmy, że nienawidziła bólu, że czuła się przez niego upodlona i „pomniejszona”. Tymczasem świat chciał i nadal chciałby widzieć obrazy Fridy jako dekoracyjne i poprzez tę cechę atrakcyjne, ignorując fakt, iż ich treść pozostaje jawnie brutalna i krwista, bez względu na piękne wizualnie walory, którymi Frida się posługiwała. Obrazy Fridy są jak surowy, krwawy kawałek mięsa podany na białym, czystym, zdobnym, ślicznym talerzu – lecz jakim cudem możemy, spożywając tę potrawę, koncentrować swój umysł jedynie na pięknej zastawie? Czyż to nie niedorzeczne? A co z ponurym, ciężkim, „niestrawialnym” smakiem, jakim nas poczęstowano?

 Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 4

Malarstwo Fridy jest jednocześnie interpretowane sprzecznie, w dwójnasób. Część wytrawnych malarzy kpi z obrazów Kahlo, nie traktując ich poważnie, uznając je za zdobne, prymitywne, dziecięce kolorowanki. Druga część, na czele której stoi sam Diego Rivera, uwielbia ten nadzwyczajnie wymowny ładunek emocji i podziwia talent plastyczny Fridy. Diego nie żywił najmniejszych wątpliwości co do tego, iż Frida maluje prosto z duszy; jej malarstwo zawsze było biologiczne, prawdziwe, twarde, ostre i bezkompromisowe jak życie, o którym bez ogródek w swoich dziełach opowiadała. Diego był pracoholikiem, jego obrazy zawsze były efektem długich procesów myślowych i intelektualnych, wystudiowane i skonstruowane. Malarstwo Fridy jest silne dzięki biologiczności właśnie, którą nie każdy twórca w sobie zawiera, a która potrafi świadomym widzem wstrząsnąć i wprawić w oniemienie. Obrazy Fridy krzyczą, wrzeszczą i rozpaczają, zarazem są statyczne i niewinne, ponieważ ich brutalność zawsze jest czysta, uczciwa, zaś nigdy przemycona czy oszukana. Obrazy Fridy krzyczą i płaczą z bólu oraz rozpaczy nad tym, co ból potrafi odebrać, okradając człowieka z wpisanego weń człowieczeństwa, ale bohaterka tych obrazów jest delikatna, krucha i przez swój ból pokonana. Bohaterka ta wprawdzie niekiedy prezentuje się posągowo, monumentalnie, najczęściej rysuje się na jej obliczu niczym niedraśnięta godność, ale zarazem pozostaje ona nieszczęśliwie i bezlitośnie ograbioną wewnętrznie przez ten ból, którego doświadczała w swoim realnym życiu.

Większość z dorobku malarskiego Fridy stanowią autoportrety. Ból, którego doświadczała, skazywał ją na chroniczną, nieuleczalną samotność, agresywnie izolując od świata, dlatego – jak rzekła Frida – ona sama była dla siebie obiektem, z którym przebywała najczęściej, który najlepiej znała, i dlatego malowała ten obiekt. Nie przemawiała przez nią próżność, a zwykły pragmatyzm.

Frida ponoć w nawet bardzo srogich okresach cierpienia fizycznego dbała o makijaż, o to, jak wygląda, jak prezentuje się w oczach świata jako kobieta. Co też przeczy ideom nowoczesnych feministek, które wygląd kobiety promują jako coś wtórnego, zbędnego, wymuszonego na kobietach przez patriarchat oraz przez wpływ kultury na nasze życie. Aktualne feministki zaprzeczają swymi postulatami biologiczności i naturalnym zachowaniom Fridy, pomimo czego bez skrępowania ni dozy głębszego zastanowienia korzystają z jej wizerunku, co może zdumiewać.

 Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 5

Frida uznawała, że wszystko, co daje ciału rozkosz, nie może być złe. Stąd czerpała pełnymi garściami z doznań płynących z wielu romansów, również z kobietami. W tym kontekście należy wymienić modne słowo – biseksualizm – ale prawda, po raz kolejny w tej opowieści, jest o wiele bardziej zwyczajna i dosłowna. Frida poprzez swoje romanse, w tym – z kobietami, uśmierzała swój ból, również duchowy. Prawda brzmi bowiem, że gdyby Diego potrafił być Fridzie wierny i przede wszystkim lojalny wobec ich małżeństwa oraz gdyby Frida mogła urodzić mu dziecko, pewnie o żadnej biseksualności Fridy nie byłoby mowy. Zapewne osiągnęłaby wówczas swoją wymarzoną pełnię, u boku najważniejszego mężczyzny życia, jako żona i matka oraz radosna malarka; zapewne nie miałaby powodów do tego, by szukać zapomnienia w erotycznych przygodach i w ramionach obu płci. Niewierność ukochanego Diega, tak samo jak ból fizyczny, wpychała Fridę w samotność i duchową próżnię, a w tym stanie – chcąc, nie chcąc – ratowała się pocieszeniem w postaci fizycznej bliskości z drugim człowiekiem, próbując jednocześnie wydobyć ze swojego zniszczonego, zbolałego ciała porcję przyjemności, próbując odnaleźć w cielesności coś innego, aniżeli tylko ból. Nie gloryfikowała związków erotycznych i nie była wcale tak „wyzwolona”, jak chciałyby ją widzieć feministki. Szukała tylko znieczulenia i zapomnienia, jak każdy zwykły, zagubiony, cierpiący człowiek. Choć była uczuciowa i angażowała się w swoje romanse – jak każda zwykła kobieta…

Frida urodziła się w małym miasteczku na przedmieściach Meksyku w roku 1907 lub 1910, zmarła również w Meksyku w roku 1954. Fakt, że jej malarstwo było tak biologiczne, jest więcej niż nieprzypadkowy. Artystka początkowo interesowała się medycyną i podjęła edukację w szkole medycznej, ale wypadek, któremu uległa, przekierował jej pasje w stronę malarstwa. Jedną z najbardziej znanych i uderzających prac Fridy jest malunek zatytułowany „Henry Ford Hospital”, który poczyniła w czasie pobytu w szpitalu, kiedy po raz kolejny poroniła, a jej ogólny stan zdrowia się pogarszał. Nad łóżkiem z nagą Fridą unosi się przejmujący embrion, a także inne części anatomiczne, które przypominają ponure, nierzeczywiste balony wypełnione helem, zaś dłoń Fridy utrzymuje je na sznurkach, jak gdyby wszystkie te elementy były z kobietą połączone na zasadzie biologicznej pępowiny. Frida zażądała od lekarzy pokazania jej martwych płodów płci męskiej, by mogła wzorować się na rzeczywistym embrionie, lecz odmówili, bojąc się negatywnego wpływu na jej psychikę, dopiero Diego wywalczył dla Fridy to, czego potrzebowała, by mogła przelać swój ból w tę niezapomnianą formę malarską.

Związek Fridy z Diego był ogromnie burzliwy z punktu widzenia stron obu. Diego nie stronił od kobiecych wdzięków, łatwo popadał w przelotne miłostki i przygody seksualne, chociaż nigdy nie ukrywał przed Fridą, że jest poligamiczny i nie potrafi się zmienić. Zdaje się, że dla Fridy ważniejsza była lojalność od wierności. Malarka wiele umiała swemu mężczyźnie wybaczyć, naginała własne granice tolerancji i często ganiła samą siebie, kiedy mawiała „mój Diego”. Natychmiast korygowała swoje wypowiedzi: jaki – mój? Diego nigdy nie należał ani do mnie, ani do nikogo, nigdy nie był i nie będzie niczyim mężem. Wypowiedzi te czytelnie dokumentują, jak dalece brak wierności męża dawał Fridzie w kość, i jednocześnie jak dalece umiała być istotą plastyczną, którą miłość do mężczyzny była w stanie formować, kształtować, czyniąc bardziej tolerancyjną. Jednak z czasem sama zaczęła miewać romanse – na romanse Fridy z kobietami Diego przymykał oczy, ale wobec kochanków był bezlitośnie zazdrosny. Natomiast braku lojalności Frida nie potrafiła i nie chciała tolerować. Kiedy jej mąż, Diego, miał romans z młodszą siostrą Fridy, Cristiną, Frida nie mogła tego ścierpieć, w żaden sposób znieść, zignorować, ani wybaczyć. Ten romans wyprowadził niszczycielski cios w małżeństwo Fridy z Diego, poróżnił ich niczym dzień i noc, choć zdaje się, iż od początku tej relacji – tych dwoje artystów nie mogło żyć razem oraz… nie mogło żyć oddzielnie. Był to związek tak silny, głęboki i organiczny, jak niemożliwy, destrukcyjny i patowy. Oboje porywczy i namiętni, nie potrafili współegzystować w zgodzie, zarazem zbyt długie oddzielenie od siebie nawzajem owocowało niemożebną do zniesienia tęsknotą. Konflikty między nimi i bolesna niezgodność narastały, lecz z czasem doprowadziły ich do ponownego zjednoczenia i zawarcia związku małżeńskiego po raz wtóry – który był jednakowo burzliwy, nieznośny i piękny, co i pierwsze pożycie małżeńskie… Czy Frida popełniła samobójstwo, czy jedynie przeczuwała swoją rychłą śmierć – faktem pozostaje, iż w dniu, w którym umarła, rano zawołała do swej sypialni Diega i podarowała mu specjalny pierścień, który miała schowany pod poduszką i przygotowany na 25. rocznicę związku, jaka czekała ich za parę miesięcy. Frida już wiedziała, że nie dożyje tej rocznicy, stąd podarowała prezent mężowi wcześniej. Gdy umarła, Diego zamknął się w odosobnieniu, u siebie (ponieważ małżonkowie, nie mogąc się znieść i na dobre zgodzić, dla obopólnej wygody mieszkali wtedy oddzielnie, to znaczy w dwóch sąsiednich domach – przyp.: J.K.), a ci, którzy go wówczas ujrzeli, powiedzieli, że w zaledwie chwilę postarzał się o wiele lat. Sam Diego przyznał, iż nie spodziewał się, że śmierć Fridy aż w tak rozległym stopniu go uderzy, poskromi; że aż tak będzie za nią tęsknił.

 Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 6

Frida w roku 1937 uległa prośbie, byłego wówczas, męża – Diego – i udostępniła swój dom pod pobyt Trockiego, z którym połączył ją głośny romans. Trocki został zamordowany najprawdopodobniej właśnie w domu Fridy, lecz Frida za jego śmierć obwiniła byłego męża, wyrzucając mu zjadliwie: to twoja wina, po co w ogóle sprowadziłeś go tutaj?!

Jednym z najbardziej znanych autoportretów Kahlo jest obraz pt.: „Dwie Fridy” z 1939 roku. Artystka namalowała go po rozwodzie z Diego. Obraz jest aż nadto wymowny i mocny. Widać na nim bezspornie, iż serce Fridy-żony, zostało z niej wycięte i jakoby przełożone do nowej, już niezamężnej Fridy. Obie postacie trzymają się za ręce; Frida w białej koronkowej sukni niby ślubnej dodatkowo trzyma zakrwawione nożyczki chirurgiczne, za pomocą których najwyraźniej dokonała przeszczepu. Można by wnieść z obrazu, iż takie przełożenie serca ze swej przeszłości do przyszłości było konieczne, by Frida mogła żyć nadal, zachować swoje życie – innymi słowy, rozstanie z mężem było dla niej czymś w rodzaju śmiercionośnego wydarzenia.

Równie mocnym obrazem jest „Autoportret z obciętymi włosami”, który powstał w roku 1940, więc podobnie do powyższego również pochodzi z okresu po rozwodzie z Diego. Trudno powiedzieć jednoznacznie, co autorka miała w tym wypadku na myśli, niewątpliwie w tym czasie Frida była dojrzałą już kobietą, niezwykle surowo doświadczoną przez ból i cierpienie fizyczne, która dodatkowo została zdradzona przez najważniejszego mężczyznę swego życia, Diego (mowa o romansie Diega z Cristiną – przyp.: J.K.). Ciało Fridy od dawna było okaleczone, niepełnosprawne – nie mogła ona mieć dzieci, których pragnęła – czarę goryczy przelał nielojalny czyn ukochanego Diega. Frida, która poczuła się w tym kontekście niekobieca, niepełna, osamotniona – dla podkreślenia jakoby utraty swojej kobiecej strony widnieje na obrazie w męskim ubraniu, z obciętymi po męsku włosami. Ten obraz, to jakby pożegnanie Fridy z własną kobiecością, z tożsamością kobiety, która została przez bolesne życie wystawiona na wyjątkowo ciężkie, brutalne wręcz próby i sprawdziany, jakich realna Frida – ostatecznie nie zniosła. Tym obrazem Frida Kahlo mówi, że już ma dość – bólu i rozczarowań, których źródło upatruje w swoje wrażliwej kobiecości i cieple, jakie życie zawsze wykorzystywało, zaś nigdy nie potrafiło nakarmić.

Obraz pt.: „Moja sukienka tam wisi” z roku 1933 jest osobistym podsumowaniem Fridy-malarki popełnionym w obliczu podróży do Nowego Jorku. Kolorowa, meksykańska sukienka Fridy wisi, jak gdyby susząc się na sznurze, zupełnie już pusta – wisi pomiędzy symbolami Nowego Jorku i Ameryki, podczas gdy właścicielka sukienki, Frida, szczęśliwie ucieka statkiem do swojej ukochanej ojczyzny. W natłoku wielu zgrabnie skomponowanych ze sobą szczegółów i symboli, widać wyraźnie kolorowy blichtr Stanów, którym Frida była zmęczona, którym gardziła i który uznawała za tragicznie odległy od swojej natury i stylu bycia. Nawet Statua Wolności na tym obrazie jest wyłącznie miałkim szczegółem geograficznym, który o niczym nie mówi i niczego nie wnosi, który jedynie istnieje, a który artystka porzuca z poczuciem ulgi i bez najmniejszego sentymentu…

… Frida powiedziała, że:

Malowanie jest jedyną umiejętnością, jaką posiada, że nie posiada żadnych innych.

Zbyt często rozmyśla o śmierci i przypuszcza, że w chwili śmierci myślałaby o Diego.

Stratę trojga dzieci zastąpiły jej obrazy – Frida wierzyła, że w takich chwilach praca jest najlepszym wyjściem.

Kocha Diego bardziej niż własną skórę – rzekła tymi słowy do Diega.

 

Justyna Karolak

 

 

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 8

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 9

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 11

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 12

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 13

Frida Kahlo – w cieniu bólu, w centrum życia 14

W usystematyzowaniu informacji faktograficznych skorzystano z danych zawartych w Wikipedii. Natomiast zaprezentowane w artykule cytaty pochodzą ze starych notatek szkolnych – z lekcji historii sztuki – autorki tego tekstu.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (11)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (4)

2 komentarze

  1. Mam wrażenie, że autor tekstu ma ewidentny problem z łączeniem Fridy z wizerunkiem feministki. To, że dba o dom, swój wygląd nie czyni ją antyfeministką. Może warto najpierw trochę o tym przeczytać? Frida- kobieta silna, niezależna, która postanawia spełniać swoje marzenia, kocha to co robi, kocha malować i nie boi się powiedzieć ,,nie” surrealistą? Nie robi z siebie ofiary, uczy się żyć z bólem, zaakceptować go tak samo jak akceptuje siebie, to jak wygląda. Tekst ciekawy ale to ciągłe robienie z niej antyfeministki tylko dlatego, że dbała o siebie (?) co mija się z „definicją” feminizmu, bo kto powiedział, że feministki o siebie nie dbają? Ich przeciwnicy?

    • Nie mówię, że Frida była antyfeministką – napisałam jedynie tyle, że nie była feministką 🙂 . Jeśli napiszę, że nie jestem blondynką, to nie znaczy, że jestem brunetką – może jestem szatynką albo rudą, a może mam niebieskie albo zielone włosy?… Innymi słowy: dlaczego dostrzega Pani tylko dwa bieguny – feminizm i antyfeminizm? Przecież pomiędzy tymi biegunami zawiera się całkiem obszerna paleta różnych możliwości!

      Pozdrawiam 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *