Gwiezdne Wojny – Wszyscy widzieli, to pora zaczynać

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy. Pseudorecenzja

Lord Wader jest wszędzie, i klony i Czubaka – wszędzie są. Jako klocki, karty, ciastka, tornistry, piórniki, chusteczki do nosa – boję się podnieść deską klozetową, żeby nie usłyszeć marsza imperatorskiego i nie zobaczyć świetlistego miecza. Ciemna strona, i jasna strona mocy już dawno trafiły do języka politycznego i codziennego, jako wspomaganie opisu stosunków rodzinnych. Tak się stało i co byśmy nie chcieli powiedzieć, i jak byśmy tego nie oceniali: Star Wars stało się prominentną częścią kultury świata współczesnego. Na pewno jest wiele dzieł kultury, które bardziej zasługują na to zaszczytne miano, znacznie bardziej głębokich, dramatycznych i podniosłych, ale im się nie udało, a Star Wars – tak. Osobiście uważam, iż saga ta jest wspaniałym materiałem na operę. I widzę już tę scenę… Kostiumów szyć nie trzeba, są stricte operowe, w tle galaktyka lub ruiny imperialnego statku kosmicznego – wychodzi Wader i głębokim basem oznajmia światu, iż będzie go dręczył swoim śpiewem, na co Lea kwili, że nigdy, i że po jej trupie – trochę się chyba zagalopowałem, no dobra, przesadziłem, ale brzmi pociągająco, nie uważacie?

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy 1

A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli – Star Wars 7. Przebudzenie mocy.

Szczerze mówiąc, nie rozumiem, co zrobił Disney z tą „space operą”, dlaczego zachował się tak, jakby pomysłowość i fantazja zostały w tej wytwórni zabronione. Całe motywy filmu są żywcem przeniesione z poprzednich serii, a szczególnie z części 4, 5 i 6, i nikt do nas jednak nie mruga porozumiewawczo okiem, nie: rżną na żywca, aż boli. A tam, gdzie pojawia się żarcik, jest on tak wymiętolony i sentymentalny, że jakoś się człowiekowi trochę wstyd robi. Film jest jednym wielkim stosem stereotypów, klisz i kalek. Schematy są tak oczywiste, że można go w całości przewidzieć w ciągu pierwszych trzech scen. Chociaż niektóre momenty mogą zaskoczyć naiwnością, na ogół jednak jest tak banalny, jak to tylko możliwe.

W zasadzie wszystko jest bardzo dobrze, wręcz znakomicie, no po prostu świetne zdjęcia, świetne dekoracje, kostiumy, efekty, no wszystko jest bardzo „cacy”, ale film jest jak marzenie marketingowca, jak „fotoszopowa” panienka – po godzinie patrzenia na nią zaczynasz się zastanawiać, co się stanie, jak spadnie z niej ta tapeta.

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy 2

Są jeszcze aktorzy wcielający się w bohaterów. To osobna historia…

Mamy tu starsze pokolenie, które znajduje się bardzo dobrze w filmie. W 40. minucie pojawia się Han Solo i ma się wrażenie, że cały film zawisł na nim, i tak wisi na tej postaci przez godzinę. Ford jest sobą i nie pokazuje niczego nadzwyczajnego, ale to w zupełności wystarcza. No, pojawia się jeszcze Max von Sydow, ale ginie po 8 minutach filmu, więc chodziło chyba tylko o to, aby go wpisać na listę produktu jako markę firmy. Leia Organa-Solo pokazuje, że czas nie był dla niej zbyt łaskawy (sądzę, iż bardziej dokuczyła jej kariera pisarza alkoholizującego się nieco, niż generała rebeliantów), za to wypowiada słynną kwestię – „Niech moc będzie z tobą”. Jest jeszcze Mark Hamill, jego rola jednak ogranicza się do równomiernego, powolnego obracania się, oraz odrzucenia kaptura; może i dobrze, bo wygląda imponująco, a podczas obracania – nie przewraca się.

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy 3

Są także nowe postacie. Postacie zostały dobrane według klucza poprawności politycznej; główną bohaterką jest dzielna, niezależna dziewczyna z długim kijem, a jej kompanem jest czarnoskóry mężczyzna, a ponieważ jest mężczyzną i nieważne, że czarnoskórym, to jest nieco głupawy i nieporadny. Tę piękną parę uzupełnia futbolówka o ambicjach aktorskich, o wdzięcznym imieniu BB-8. Uzupełnia ten zestaw elegancki, ambitny pilot w stylu RAF-u z czasów Drugiej Wojny Światowej, który chwilowo został wycofany na plan dalszy. Rola Rey, głównej bohaterki, zagrana przez Daisy Ridley, została dobrze obsadzona, widać miesiące spędzone przez aktorkę na joggingu, ma świetnie i mocno ukształtowane łydki, które słusznie wyeksponowano gustownymi rybaczkami, praca rąk jeszcze nieco szwankuje, ale można już poważnie myśleć o średnich dystansach, pięknie biega. Poza tym, to miła, urocza i skromna aktorka, z jeszcze niewielkim dorobkiem. Jeśli chodzi o Finna granego przez Johna Boyegę, odnosi się wrażenie, że ani aktor, ani reżyser nie podjęli do końca decyzji, czy jest to rola dramatyczna, czy komediowa, w rezultacie aktor miota się po ekranie i ma minę, jakby był nieco zdziwiony. Co do gry futbolówki, zdania są bardzo podzielone.

Gwiezdne Wojny 7. Przebudzenie mocy 4

Natomiast po drugiej stronie, tej ciemnej, mamy wspaniałego naczelnego, strasznego super wodza o imieniu Snoke, i przypomina on przerośniętego Golluma po przejściach – może dlatego, że gra go ten sam aktor, niejaki Andy Serkis. Jest jeszcze Generał Hux, czyli biała, męska, szowinistyczna świnia spuszczona z łańcucha, o mentalności Andersa Breivica, no i wisienka na torcie, Kylo Ren, którego infantylność i osobowość siedmiolatka w szczerym buncie przeciw rodzicom popycha do zachowań, które budzą w widzu coś pośredniego pomiędzy zażenowaniem a otępieniem. Kiedy najpierw podziwiamy jego maskę, czy rodzaj hełmofonu, który nosi na głowie, to zastanawiamy się, co jest pod spodem; potem aktor zdejmuje hełm i natychmiast żałujemy naszej ciekawości. Gra go Adam Douglas Driver,  i pomyśleć, że jest to jego najbardziej znana rola. Najlepiej wypada skrzyżowanie Breivica z Putinem, którego gra Domhnall Gleeson – biały, irlandzki, rudy aktor, scenarzysta i reżyser, więc kogo to obchodzi…

Ale „Gwiezdne Wojny” nigdy nie grzeszyły jakimś szczególnym zaangażowaniem w aktorstwo swoich bohaterów; nawet gdy zatrudniano wybitnych aktorów, ich talent stanowił raczej ilustrację dzieła niż spełnienie zadań aktorskich.

Czego mi brakuje w tym filmie? Przede wszystkim, galaktycznej skali konfliktu dobra i zła, tego tła, które zawsze było uzasadnieniem dla labiryntów życia bohaterów, gdzieś uciekło. Niby jest Rebelia, niby jest Najwyższy Porządek, nawet jest Gwiazda Śmierci, ale brak temu wszystkiemu wymiaru kosmicznego. Zgodnie z hollywoodzką zasadą, jak nie masz pomysłu – zrób wszystko jeszcze większe, tu gigantyzm przekroczył granicę sensu i utracił wymiar mrocznej tajemnicy. Ciemna strona mocy nie utrzymała swojej pozycji i nie tchnęła ducha w film. Czym jest Ruch Oporu? Nawet trudno określić. Co kieruje jedną i druga stroną? Nawet nie wiadomo. Brak mi również relacji mistrz-uczeń i wprowadzania ucznia w świat panowania nad mocą.

Jest jeszcze jeden element, który był dość charakterystyczny dla całej serii, pewna barokowość i przepych bogactwa form zwierzęcych, technicznych i architektonicznych w całym uniwersum, gwarantowało to za każdym razem, iż film oglądało się jak ten sam, ale wciąż nowy, bo wciąż bogatszy o nowych przedstawicieli gatunków zwierząt, o nowych mieszkańców planet, nowych krajobrazów i nowych odkryć, nowych technologii i pojazdów. Geroge Lucas skarżył się właśnie na to, iż starał się do każdego filmu o coś nowego, co wzbogacało to uniwersum, a w tym filmie tego zabrakło, i w pełni się z nim zgadzam.

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Jeden komentarz

  1. Pingback: TOSTER PANDORY 2016 – BILANS ROCZNY I WYBRANE ARTYKUŁY – Toster Pandory

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *