I kowbojki mogą marzyć – recenzja powieści Toma Robbinsa

 

I kowbojki mogą marzyć

Los Angeles Times” stwierdził: „Próba opisu powieści Toma Robbinsa poprzez streszczenie fabuły przypomina wskazywanie na płatek śniegu i zmuszanie kogoś, by pojął, czym jest narciarstwo”. Opinia ta byłaby słuszna, jeśli celem czytania – byłaby konieczność streszczenia fabuły. Jeśli celem narciarstwa byłoby analizowanie budowy pojedynczego śnieżnego fraktala…

Celem narciarstwa jest odczucie chrzęszczącego śniegu pod nartami i krzepiącego gorąca wewnątrz ciała – celem jest doświadczenie dwóch przeciwstawnych stanów, i endorfin. Może podobne cele niesie ze sobą czytanie?

Nie mówię o zwykłej gimnastyce – umysłu. Ale dobra książka jest jak jazda na nartach albo jak skok ze spadochronem: stwarza możliwość przeżycia czterech pór roku w godzinę i skłania do intuicyjnego połączenia ich w spójną całość. Od sprawności intelektualnej czytelnika zależna jest tylko umiejętność ułożenia, zaakceptowania tej całości, natomiast dynamiczne przeżycie literatury dostępne jest każdemu.

Istnieje prawy i lewy margines tej samej kartki, zapisanej zarówno wielkimi, jak i małymi literami, wypełnionej zarówno spójnikami, jak i przecinkami. I zarówno spójniki, jak i przecinki służą jednemu celowi – zbudowaniu kompletnej całości, którą czujny czytelniczy umysł uchwyci i zaakceptuje. Lecz ten, kto nie raduje się każdym pojedynczym zdaniem, niech zapomni o radości płynącej ze znalezienia się wzrokiem na ostatniej stronie powieści pt.: „I kowbojki mogą marzyć” Toma Robbinsa. Kogo nie cieszy mróz na policzkach i pęd wiatru, ten nie odczuje radości prędkiego zjazdu po ośnieżonym stoku. Ci wszyscy niech nie dręczą siebie metodycznym przewracaniem kolejnych stronic tej książki, niech zapomną o nazwisku jej autora, niech w zamian wezmą pod lupę płatek śniegu, uznając go za doskonałą całość.

I kowbojki mogą marzyć 1

Człowiek uczy się przez całe życie – uczymy się ciągle, za każdym razem czegoś nowego. Chociaż wiedza, wrażenie i życie – sprytnie łączą się w jedno, to wiele dróg służy poznaniu. Świat jest jeden, przynajmniej ten doczesny, o którym wiemy na pewno, że istnieje. Ale wiele jest kultur, kształtów myślenia i stylów odczuwania. Przynależność do kultury europejskiej bardzo często „wymusza” na ludziach – nieusprawiedliwione nawet wiekową tradycją – poczucie wyższości, „każe” sądzić, że Ameryka jest krainą duchowych mielizn, nieudolnym eklektycznym zlepkiem zapożyczeń z innych, starszych i bogatszych, kultur. Ale przecież dorobek kultury amerykańskiej jak najbardziej bywa cenny, a jeśli przyjrzeć się błyskotliwym, oryginalnym, twórczym amerykańskim umysłom, można odnaleźć prawdziwe perełki.

I tak też się sympatycznie złożyło, że nie gdzie indziej, a w Ameryce narodził się łebski człowiek (nazwisko jego już znacie) – miało to miejsce w Karolinie Północnej. Robbins studiował religioznawstwo i sztuki piękne, pracował zaś jako krytyk oraz redaktor w pismach poświęconych sztuce – co podkreślam nie bez przyczyny.

Bowiem napisana z nieprzeciętnym, intelektualnym rozmachem powieść pt.: „I kowbojki mogą marzyć” aż roi się od zaczepnych aluzji do różnych artystów i proponowanych przez nich idei. Także od aluzji do „prawdy o człowieku”, momentami wręcz biologicznej. Robbins ma zdolność przyjemnego, lekkiego przemykania przez słowo pisane, jak dziecko ma zdolność ślizgania się po zamarzniętym stawie, bez strachu, że lód pęknie. Jednocześnie jest wymagającym pisarzem, bo zmusza czytelnika do wzmożonej uwagi i samodzielności, jakby zmuszał do przebiegnięcia maratonu w ciągu jednej chwili. Jednak po drodze – zachwyca, udowadniając, że niezmordowane bieganie naprawdę jest możliwe. Jak gdyby mówił do czytelnika spomiędzy wersów: – Dasz radę, jeszcze tylko jedno okrążenie, i jesteś na mecie! Ta książka zdaje się tak dynamiczna, gęsta, bo Robbinsa cechuje niezwykle oryginalne poczucie humoru, które przyciąga ku sobie jak magnes.

images1683435

Robbins przedstawia rzeczywistość poprzez dostrzeżenie w niej totalności absurdu. Pozwala pojmować rzeczywistość poprzez samą istotę człowieka, którą to istotę ujawnia nam w sposób naturalny, i smaczny. Śmiech i łzy smaży w pikantnym, kalorycznym tłuszczu, po czym serwuje je nieomal na raz z deserem. Deser ten obiecuje słodycz happy endu, ale nie jest obarczony posypką ani z iluzji, ani pruderii.

300x300

Gdyby felieton mógł urosnąć do rozmiaru powieści – akapit ten kieruję do miłośników felietonowego poczucia humoru, jakie prowokuje do myślenia, jednocześnie unikając banalnego i beznamiętnego tonu dydaktycznego – stałby się właśnie powieścią pt.: „I kowbojki mogą marzyć”.

Czemu kowbojki są głównymi bohaterkami tej dowcipnej, a zarazem refleksyjnej powieści? Być może dlatego, że jazda konna na oklep, wywijanie lassem w takt muzyki Enjo Morricone – dwoma słowy: duch westernu – są silnymi znamionami amerykańskiej kultury, estetyki. Ale może kowbojki, to… swoista „ikona”, „archetyp” – jeden z wielu sugestywnych obrazów, do których Robbins swobodnie sięga w swej książce. Pobieżny czytelnik może nie dostrzec licznych, inteligentnie wplecionych odwołań i metafor, bo czytając tę książkę, łatwo zachłysnąć się powietrzem – łatwo tę książkę „przebiec”, jak apetyczną, wesołą łąkę.

Kowbojki są tu na pewno synonimem dziewczęcości, poznawania życia dzięki zmysłom i odkrywania prawdy przez doświadczenie ciepła i chłodu drugiego człowieka.

Kowbojki mogą marzyć. Ale marzenia bywają dzikie, nieprzewidywalne jak mustangi…

Kowbojki wiedzą, że porażka i sukces są jedynie różnymi określeniami tego samego zjawiska. Tak – to realne…

I kowbojki mogą marzyć 2

Kowbojki marzą o tym, żeby znać więcej mężczyzn takich jak Chink – dzikich i ujarzmionych jednocześnie. A czego pragnie najważniejsza z nich, Sissy Hankshaw? I kim właściwie jest Sissy – bardziej kowbojką, czy autostopowiczką?…

Na pewno jest czołową postacią tej apetycznej, przepełnionej śmiechem, dowcipem i erotyzmem powieści. Dziewczyną, która, jak pisze Robbins, „miała talent do ptaków”. Która nie mogąc się pogodzić z losem ptaków uwięzionych w klatce Juliana, pewnego dnia otworzyła drzwiczki klatki, a ptaki wyfrunęły na zewnątrz.

Dlaczego to zrobiła? Przecież te ptaki urodziły się i wychowały w niewoli – w bezgranicznym świecie nie będą potrafiły zdobyć pożywienia, odnaleźć się, przeżyć. Otóż zrobiła to, bo – jak stwierdziła – w życiu jest tylko jedna rzecz ważniejsza od szczęścia, i jest nią wolność.

I z tą refleksją Was żegnam, życząc przyjemnej, radosnej lektury.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Pingback: TOSTER PANDORY 2016 – BILANS ROCZNY I WYBRANE ARTYKUŁY – Toster Pandory

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *