Ide Prosto – Święte krowy głośno ryczą

Nie chodzi o to, że PiS jest naszą partią ze snów i marzeń. Chodzi o to, że nie ma specjalnie innego wyboru, niż PiS. A poza tym, PiS wprowadza niezbędne zmiany, które od dawna ciążyły na polskim społeczeństwie, nie pozwalając na jego prawidłowy rozwój. Jedną z najbardziej skorumpowanych grup społecznych w Polsce prócz PSL-u, zawsze było środowisko sędziowskie. Stan absurdalnego samozadowolenia, alienacji, niczym nieuzasadnionej pychy, jaki osiągnęło to środowisko, nie był nigdy porównywalny z niczym innym w Polsce. Politycy, artyści, dziennikarze – zawsze jednak jakoś byli związani z odbiorcą, traktując go, wprawdzie bardziej lub mniej protekcjonalnie, ale jednak – podmiotowo. Musieli się z odbiorcą choć przynajmniej trochę liczyć. Również lekarze, nauczyciele, policjanci – stykali się ze społeczeństwem; z konieczności – choć bez entuzjazmu – musieli się z nim porozumiewać. Jedynym środowiskiem, które w pełni przedmiotowo traktowało obywatela, było właśnie środowisko prawnicze.

Sposób odnoszenia się prawników do ludzi, sposób ich traktowania i rozwiązywania problemów tak dalece odbiegał od kanonów naszej kultury i naszego zachowania, że należałoby na ten sposób znaleźć inne, specjalne określenie. Samo prawo, zawsze otoczone labiryntem znaczeń, interpretacji, możliwości, tworzy sytuację, w jakiej człowiek wobec prawa jest bezbronny. Bezbronność tę zawsze interpretowano na niekorzyść jednostki, traktując każdego znajdującego się w mackach prawa, jako skończonego głupca, jako winnego z definicji, a wręcz jako przedmiot. Mimo upadku komunizmu, środowiska prawnicze w Polsce, kompletnie bezkarne, będące hermetycznie zamkniętą organizacją, stały się reliktem przeniesionym z poprzedniej epoki, który zawsze traktował człowieka jako już winnego, tylko jeszcze nieskazanego. Środowiska te zawsze traktowały się jako absolutną i bezkarną elitę, czy to łamiąc prawo, czy będąc udziałowcem przekrętów, czy nawet kradnąc pendrive’a w sklepie. Mogły one liczyć na to, że ich winy zostaną zatarte, zamataczone, wytłumione i ukryte przed społeczeństwem.

Ale świat się zmienił! To nie PiS niszczy te środowiska, to XXI wiek odrzuca tę przestarzałą, anachroniczną, niezdrową strukturę. To oni – owi prawnicy – są środowiskiem hamującym rozwój społeczny i dynamikę rozwoju kraju. Po prostu już nie da się iść dalej z tym ciężarem i bagażem. I nie ma to nic wspólnego z łamaniem demokracji, z uciekaniem od Europy – to właśnie jest drogą ku wolności. Jest absolutnie obojętne, kto by tego dokonał – która partia czy jaka siła polityczna. To po prostu musiało się stać.

Nie wszystko, co jest awangardą, od razu jest sztuką. Pojęcie awangardy zostało mocno nadwyrężone w czasach komunizmu, realnego socjalizmu, socjalizmu z ludzką twarzą czy jakkolwiek to nazywano. To właśnie przedstawiciele PZPR-u uważali siebie za postępową awangardę narodu, na drodze do nowoczesności i rozwoju. Stanowili oni tę w pełni świadomą część społeczeństwa, która z odpowiedzialnością brała na siebie ciężar kierowania narodem w dążeniu do dobrobytu.

Ich zespołowy, w pełni nowoczesny i postępowy, wysiłek cofnął nas o 50 lat w stosunku do świata nazywanego umownie cywilizacją Zachodu.

Kiedy więc słyszę, że ktoś mówi: awangarda, nowoczesny, postępowy – przekładam pieniądze do wewnętrznej kieszeni i zaczynam się żegnać, dziękując za zaproszenie.

Jednak część naszego społeczeństwa wciąż odczuwa przynależność do tego malowniczego panoptikum osobowości, przypisując sobie może już nie tytuł przewodniej siły narodu, ale zastępczo – elity.

Elity w Polsce nie powstały na bazie tradycji, zasług wobec narodu, czy awansu wynikającego z moralnej niezłomności lub intelektualnego rozwoju; one powstały na mocy nominacji. Z tym że centrum decyzyjne wobec tych nominacji leżało w Moskwie, tam umocowani nominaci nadawali kolejne nominacje już w kraju. Siermiężność, a wręcz prostactwo pierwszych nominatów ukrywano w wianuszku kulturalnej otoczki, jaką stanowiło środowisko tzw. inteligencji pracującej. Ponieważ nie istniała inna możliwość kariery, jak tylko poprzez ocenzurowany, limitowany dostęp, więc robili ją tylko słuszni i prawilni autorzy, czasem dla niepoznaki pomiędzy nich wystawiano jakiś odpowiednio oszlifowany diamencik, żeby nikt nie mówił, że wolności nie ma. Nad wszystkim zawsze czuwało oko szefa, dyrektora czy redaktora naczelnego, zdającego następnie raport w miejscowym komitecie partii.

I komu to przeszkadzało – jak mówił mi pewien redaktor – a poziom był wyższy i papieru się mniej zużywało. A teraz, co, jakieś trolle, jakaś mowa nienawiści. Co za czasy!

System dystrybucji obejmował wszystkie dziedziny życia, w tym prawo do wykonywania zawodu. Nie mogłeś wykonywać zawodu prawnika czy sędziego, jeśli nie rozumiałeś podstawowej zasady komunizmu: nie ma niewinnych, są tylko jeszcze nieskazani; zupełnie jak we współczesnej psychologii – nie ma normalnych, są tylko jeszcze niezdiagnozowani.

Ten specyficzny podział społeczny na tych, którzy mieli dostęp do przywilejów, i całą niezdiagnozowaną resztę, społeczeństwo zdrowo i z poczuciem humoru nazwało – dostępem do koryta. Miałeś dostęp do koryta, znaczy byłeś elita. Reszta to motłoch.

Motłoch nie posiadał żadnych praw i nie istniał jako zbiór jednostek, ale jako masy społeczne oddzielone od elit niewidzialną zasłoną, za którą elity prowadziły swoje życie prywatne, swoje rozgrywki i swoje rozrywki, a nawet swoje luksusowe sklepy niedostępne dla motłochu. Dość powiedzieć, że kiedy w restauracji jadła obiad jedna ze znanych polskich gwiazd muzyki rozrywkowej, zamykano restaurację dla całej reszty gawiedzi. Wielcy członkowie elit nie jedli, nie pili, nie mieli hobby, nie chodzili, pojawiali się na estradach i mównicach, niosąc boskie słowo do ciemnego ludu.

Coraz częściej pojawiające się kryzysy ekonomiczne oraz dynamiczny rozwój Europy zachodniej doprowadził do sytuacji, w której dostęp do koryta nie zapewniał już nawet komfortu na poziomie średniej klasy społecznej na Zachodzie; spowodowało to utratę wiary elit w możliwość dalszego rozwoju pasożytniczego. Osłabiło to bezpowrotnie establishment polityczny, doprowadzając do przewrotu 1980 roku, w którym elity zgodziły się na głębokie zmiany polityczne kosztem zachowania swego status quo.

Przemiany następujące na wszystkich poziomach społecznych i gospodarczych, mimo że blokowane i spowalniane, były jednak nie do powstrzymania, nabierając coraz większych obrotów i wyrzucając coraz bardziej na margines – coraz mniej potrzebne elity z poprzedniej epoki. Zachowały one wprawdzie apanaże, ale już nie biorą udziału w nowym podziale dóbr. Ich najzdolniejsi przedstawiciele już dawno uwłaszczyli się na społecznym majątku lub wyemigrowali, a nowi nie widzą podstaw, by się dzielić ze starymi. Zaś najnowsi rozpoczęli proces pełnej redystrybucji dóbr. To ostateczny obraz klęski pasożytniczych elit.

Wciąż jeszcze jak w złym śnie pojawiają się w niektórych mediach artefakty z tamtej epoki, których pochodzenie, możliwości intelektualne i świadomość społeczna wskazują na kompletne zagubienie. Ich oferta jest zupełnie nieadekwatna do rzeczywistości, a moralność się patologizuje.

Jednak pogłębiający się kryzys koryta, powoduje u tych ludzi determinację. Do tej pory anonimowe postacie zaczynają się pojawiać w wystąpieniach publicznych, szokując społeczeństwo bezczelnością swoich roszczeń, przebrzmiałe gwiazdy miotają się pomiędzy zachłannością a ambicjami, znikąd wyskakują zdumiewające kukiełki, stając w obronie swojej wolności do złego smaku i demoralizacji. Istne panoptikum osobliwości. Zaś w tle rozwija się pejzaż w świetle taśm prawdy, nowych już, kompletnie cynicznych kandydatów do żłobu, a komisje sejmowe zdzierają kolejne warstwy tapet z pięknych modeli ekonomicznego bezprawia.

Za pięknymi słowami, za lawiną przemądrych artykułów, za dramaturgią artystycznych manifestacji, stoi tylko jedna prawda: coraz bardziej puste koryto. Święte krowy głośno ryczą. Nie są przyzwyczajone do normalnego życia. Życia wśród ludzi, którymi gardzą i którymi się brzydzą.

Nie mamy jeszcze nowych elit; dopiero rosną…

Ci zaś, którzy do nich pretendują, wstydzą się nas, Polaków, wstydzą się nawet za Polskę.

Mamy za to piękną przyrodę – mówi młoda piosenkarka – ale ci nasi rodacy siedzą nad rzeką i żrą mięcho z grilla, dzieci wszędzie biegają, jest głośno, tłusto i obrzydliwie, nie mogłabym tam odpoczywać z nimi. Nie oddam za ciebie Polsko ani kropli mojej krwi – śpiewa inna młoda artystka. Polak zwyczajny w kinie – to patologia, która leje dziecko jak nie leje żony, która zresztą się puszcza, zazwyczaj obydwoje są zupełnie pijani, no i oczywiście brudni. Polak jest oczywiście głupi i niegodny jakiejś głębszej refleksji, no chyba że jest gejem, lesbijką lub żydem. To, że Polak jest głupi, widać jak na dłoni po wynikach ostatnich wyborów i mimo że wszyscy mu mówią, jak ma być, on nie chce przestać. Polak jest głupi, bo nie chce sobie zafundować kryzysu uchodźczego, a przecież mądrzejsi od niego to zrobili. Polak jest cham, bo ustępuje miejsca kobiecie, przepuszcza ją przodem, a czasem, o zgrozo, całuje w rękę; Polak jest tak głupi, że myśli, że jak mu się urodziła dziewczynka, to to jest dziewczynka, a jak chłopak, to to jest chłopak. Bezczelnie i podstępnie Polacy osiągnęli najniższy w Europie poziom przemocy w rodzinie; Polacy podstępnie udostępnili jako jeden z pierwszych krajów w Europie prawa wyborcze swoim kobietom – wcześniej nie mogli, bo byli pod zaborami.

Wstyd za Polskę i Polaków to postawa dzieci poprzednich elit. Odziedziczona przez nie niespełniona nienawiść, zamieniona na wstyd. To wstyd, który ma usprawiedliwić sprzedajność, bo przecież, jak to powiedziała pani komisarz: za takie pieniądze to może pracować tylko idiota albo złodziej.

Matador – Ide Prosto

Artykuły uzupełniające:

Pogarda, czyli system kastowy w Polsce

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *