Islam w Polsce – A, B, C problemu

O zagrożeniu, jakie stanowi postępująca islamizacja Europy, powiedziano i napisano prawie wszystko. Niewiele pozostaje do dodania w tej materii. A jednak ludziom obdarzonym szczególnym rodzajem wrażliwości „lewicowej” oraz „liberalnej” wciąż trudno pojąć, a tym bardziej zaakceptować, że jakikolwiek problem w kontekście islamu w Europie istnieje. Nieustająco zafascynowani każdym przejawem obcości, inności i egzotyki (tzw. ksenofilia), Europejczycy – wśród nich także część Polaków – nie dopuszczają do świadomości, że implementowanie kultury arabskiej i islamskiej do kultury europejskiej musi doprowadzić do co najmniej trudnych i przykrych tarć. Do skomplikowanych tarć na każdym polu: politycznym, ekonomicznym, obyczajowym, społecznym i duchowym…

„Lewicowi liberałowie” nie dostrzegają, więc i nie rozumieją różnic pomiędzy dwoma systemami duchowymi – chrześcijaństwem a islamem. Środowiska „lewicowo-liberalne” z entuzjazmem postulują, że dowolna, każda religia może przerodzić się w fanatyzm i że w Polsce również – po objęciu władzy przez PiS – mamy do czynienia z próbą zarządzania państwem przez Kościół. Prawda jest taka, że to chrześcijaństwo jako system duchowy wprowadziło odróżnienie sfery duchowej, religijnej od sfery świeckiej. Inaczej mówiąc, to chrześcijaństwo uznało pojęcie państwowości w rozumieniu struktury świeckiej oraz pojęcie duchowości i Kościoła w rozumieniu odrębnej struktury sacrum. Chrystus w Biblii powiedział, że „co Boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi”. Właśnie te słowa dały podstawę do oddzielenia Kościoła od państwa. W islamie jest całkiem odwrotnie: w tej ideologii pomysł oddzielenia państwa od wiary nigdy nie był realny – w islamie nie istnieje możliwość oddzielenia duchowości od państwowości. Oczywiście wśród głosów pod tym artykułem pojawią się takie, które powiedzą, że owo oddzielenie KK od państwa w Polsce nie funkcjonuje – że Kościół miesza się w politykę i że „partia PiS równa się władza kościelna”. Ale te głosy nie będą miały racji, bowiem część Polaków-katolików wcale nie głosowała na PiS i choć w pewnym stopniu rzeczywiście można stwierdzić, że „kościół w Polsce zachodzi na państwo, a państwo na kościół” (chociażby na tej podstawie, że cała nasza Konstytucja utrzymana jest w anachronicznym tonie prokatolickim, a nie stricte świeckim), to jednak wciąż wyraźnie wyczuwalna jest u nas odrębność tych dwu struktur. Natomiast taka odrębność zupełnie nie występuje w ideologii islamu, w której państwo równa się wiara, a wiara równa się państwo.

Różnic między nie tylko chrześcijaństwem, ale po prostu między kulturą europejską a kulturą muzułmańską – jest znacznie więcej. Są to ogromnie wyraziste, wręcz jaskrawe różnice obecne w każdej przestrzeni życia: począwszy od higieny osobistej, definicji rodziny, poprzez rozumienie ról kobiety a mężczyzny w społeczeństwie, poprzez codzienne obyczaje i normy społeczne, aż po wizję pracy, państwa, władzy i posłuszeństwa oraz aż po wizję Boga i stopień zaangażowania w wyznawaną wiarę.

Już sama różnica w przestrzeni językowej między dowolnym Europejczykiem a dowolnym muzułmaninem jest na tyle dojmująca, że stanowczo otwiera przestrzeń do zastanowienia, czy aby pogodzenie tych dwu kultur ma prawo okazać się wykonalne – a wiadomo, że niestety nie może, czego potwierdzającym dokumentem jest doświadczenie m.in. Szwecji. Mianowicie myślenie Europejczyka, myślenie kultury Zachodu jest przyczynowo-skutkowe, czyli logiczne, racjonalne, pragmatyczne – i takie też są europejskie języki. Natomiast w kulturze islamu występuje zupełnie inny rodzaj myślenia, inny tok rozumowania – oparty na pewnej jednoczesności, równoczesności, w której „tak” oraz „nie” mogą ze sobą bardzo sprawnie współistnieć w obrębie komunikacji. Jest to zupełnie, ale to zupełnie inny sposób rozumowania oraz inny sposób używania języka jako narzędzia komunikacyjnego. To, co w rozumieniu Europejczyka wyklucza się wzajemnie, dla Araba nie musi się wykluczać, co więcej – może być możliwe do „jednoczesnego zastosowania”, do wprowadzenia w czyn. Muzułmanie potrafią myśleć w sposób, rzec by: dwoisty. Stosują oni kompletnie różny od Europy i kultury Zachodu typ logiki – jest to „logika dwuwartościowości” [1], równoczesności i jednoczesności. Nasz typ logiki jest węższy – jest to logika liniowa, wynikowa, przyczynowo-skutkowa.

W rozumieniu muzułmanina kultura europejska jest zepsuta – amoralna, a więc z duchowego punktu widzenia: chora, skażona. W naszej kulturze akceptowalnym jest przekazanie babci, dziadka czy starszej cioci – do domu starców, domu spokojnej starości etc. Akceptujemy zwyczaj scedowania opieki nad starzejącymi się członkami rodziny osobom postronnym – zatrudniamy opiekunki, pielęgniarki do zmiany pieluch u starej matki, u starego ojca. Dla muzułmanina są to zwyczaje niepokojące, które rozumieją oni jako dowód duchowego i moralnego skrzywienia, wynaturzenia i odczłowieczenia. W kulturze islamskiej rodziny ściśle trzymają się razem, i są to przede wszystkim rodziny liczebne i wielopokoleniowe. W duchowości i ideologii islamu czymś doszczętnie nieakceptowalnym byłoby oddanie starej matki do obcego domu czy zewnętrznego (państwowego) systemu opieki – wydalenie jej poza krąg rodziny, poza rodzinny klan, który zawsze trzyma się ciasno ze sobą i otacza się wzajemną dozgonną troską i opieką. Wątek ten dotyczy de facto także rozdmuchanego przez niemieckie media oraz celebrytów w Polsce problemu dzieci – sierot z Aleppo, ponieważ w kulturze islamskiej pojęcie „sieroty” praktycznie nie istnieje.

Podanie kobiecie ręki przez mężczyznę, nie mówiąc o pocałowaniu w rękę, także jest czymś niemożliwym, chorym, wyuzdanym, niedopuszczalnym i pod każdym względem niemoralnym. Nie wolno dotknąć obcej kobiety. No chyba, że zasłużyła np. na ukaranie gwałtem, ale to temat dalszy, bardziej zaawansowany (nawiasem powiedziawszy, jest to również przykład owej „dwutorowej logiki”, tzn. gwałt w islamie może być jednocześnie uznany jako wyraz adoracji dla kobiety oraz jako wymierzona jej kara – przyp. J.K.). Muzułmanin nie rozumie i nie akceptuje europejskiego obrazu, wizerunku, zachowania kobiety – według muzułmanina kobieta nie może np. iść sama ulicą i palić papierosa. Nawet jeśli jest to muzułmanka, która ma chustę na głowie – jeśli pali przy tym papierosa, jest to świadectwem jej wyuzdania czy zbrukania. To wyraz zepsucia, duchowej i moralnej zgnilizny, nieczystości kobiety – tak postrzega europejskie normy kulturowe muzułmanin. To także przykład wspomnianej dwutorowej logiki: kobieta w islamie jest bardzo, nadzwyczajnie szanowana i chroniona, czego wyrazem jest otaczanie jej nieustającą opieką i nadzorem przez mężczyznę, natomiast jednocześnie może być ona przez mężczyznę karana psychicznie i cieleśnie, zaś sądy szariackie – dopiero zeznania dwu kobiet uznają za równe zeznaniom jednego mężczyzny. Te, sprzeczne według europejskich norm kulturowych, sposoby odnoszenia się do kobiet – w kulturze islamskiej nie są sprzeczne i wykluczające się, lecz spójne, równoległe, a nawet jednoczesne.

W islamie role kobiece, męskie, jak i postrzeganie oraz wychowywanie dzieci – mają zupełnie różny od europejskiego wymiar. To nie tylko tak, że w ideologii islamu dziewczynka może być wydana za mąż w wieku np. 9 lat (najukochańsza, tzn. ulubiona żona Mahometa, Aisha, została przez niego wzięta za żonę w wieku 6 lat, a pierwszy stosunek płciowy nastąpił, gdy Aisha miała 9 lat – przyp. J.K.). Również chłopcy w ideologii islamu wychowywani są w sposób specyficzny, odległy od naszego europejskiego, zachodniego myślenia. Arabski chłopiec w wieku bodaj 8 lat otrzymuje nóż, którym musi poderżnąć gardło kozłowi czy baranowi – bowiem wiek ten przyjmowany jest jako próg wejściowy do procesu przemiany chłopca w mężczyznę. Chłopiec w tej kulturze musi nauczyć się biegle posługiwać nożem, a naukę tę należy rozpocząć mniej więcej w ósmym roku życia chłopca. Baran zabity na mięso umiera powoli wskutek upuszczonej z poderżniętego gardła krwi – i jest to uczynek i sytuacja najzupełniej w tej kulturze normalna. W tej kulturze nie istnieje pojęcie „znęcania nad zwierzętami”. A chłopiec musi stać się mężczyzną jak najwcześniej i najszybciej, aby przyjąć przypisane mu kulturowo posłannictwo wojownika czy mężczyzny zaradnego, tzw. opiekuna – tak samo jak dziewczynka musi jak najwcześniej i najszybciej stać się kobietą, aby przyjąć przypisane jej z kolei posłannictwo bycia żoną, matką i własnością mężczyzny.

Muzułmanin nie akceptuje, że europejskie małżeństwa mogą za przyzwoleniem społecznym mieć np. tylko jedno dziecko – tym bardziej nie akceptuje, że europejskie małżeństwa mają prawo być bezdzietne. W interpretacji islamu taki wizerunek europejskiego małżeństwa również jest potwierdzeniem duchowego i moralnego zepsucia, a wręcz rozpadu fundamentalnych wartości. Małżeństwa muzułmańskie mają kilkoro lub wiele dzieci – i to jest jedyny słuszny i godny obraz małżeństwa oraz rodziny, a w dalszej perspektywie rodzinnego klanu.

Muzułmanin nie akceptuje, że chrześcijanin ma prawo pójść do kościoła tylko raz w tygodniu, w niedzielę, i że w kulturze chrześcijańskiej jest to interpretowane jako bogobojność. Bogobojny muzułmanin modli się 5 razy dziennie – i przed każdą modlitwą stosuje złożony, ścisły rytuał odpowiedniego obmycia ciała, przygotowania do modlitwy pod względem fizycznym oraz psychicznym; modlić się należy twarzą do Mekki, w czym pomocne dla „europejskich” muzułmanów są odpowiednie aplikacje do ściągnięcia na komórkę (elektroniczne kompasy). W tym miejscu trzeba podkreślić, że wiara i bogobojność chrześcijanina – w rozumieniu muzułmanina są jedynie czymś na kształt fasady, pozoru czy wydmuszki wiary. I rzeczywiście, jeśli zanalizuje się Biblię oraz Koran – dosadnie widać te różnice w pojęciu bogobojności. I w tej kategorii, jeśli pominiemy konotacje obyczajowe czy polityczne, a skupimy się na teologicznym porównaniu tych dwóch systemów duchowych, to w porównaniu tym chrześcijaństwo wypadnie blado (pod względem ww. bogobojności, posłuszeństwa Bogu). Silnej, faktycznie silnej wiary w Boga, opartej na absolutnym zawierzeniu Bogu i poddaniu się jego woli – chrześcijanie mogliby wręcz uczyć się od muzułmanów. Bowiem ich wiara potrafi nieomal zakrążyć w krwiobiegu tych ludzi; ich miłość do Boga i posłuszeństwo Bogu, któremu to posłuszeństwu towarzyszy poczucie wdzięczności i nadziei, a nie ciężaru czy straty – mogą swoją pojemną skalą słusznie zawstydzić chrześcijanina. Chrześcijaństwo, nadal licznie i mocno obecne w kulturze europejskiej (nadal liczne, pomimo stopniowego pustoszenia i zamykania kościołów chrześcijańskich), jawi się raczej jako lekki szwedzki stół, z którego chrześcijaninowi wolno wziąć to, co jest mu bliskie, co mu się podoba i smakuje, a resztę wolno mu pozostawić bez swego udziału. Kościół chrześcijański oraz katolicki nie wyklucza ze swej duchowej wspólnoty takiego wiernego, który nie kultywuje części nauk czy rytuałów chrześcijańskich. Tymczasem islam nie jest szwedzkim stołem, z którego można wybierać. Islam to zwarty komponent prawd, rytuałów i norm społecznych, który przyjmuje się w całości. Islam, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, nie jest bowiem religią wyborów (wolnej woli), lecz jest religią nakazów, wobec których się nie protestuje. Chrześcijaństwo dopuszcza w swej duchowej doktrynie element zwątpienia wiernego, a nawet element buntu, podczas gdy islam, gdy Allah, niczego podobnego nie dopuszcza – gdyż zwątpienie, nie wspominając o buncie wiernego, byłoby bluźnierstwem i zwróceniem się przeciwko Bogu. Chrześcijaństwo dopuszcza rozważania, dylematy filozoficzne, a wśród nich niepewność; dopuszcza duchową potrzebę zadawania pytań – islam, przeciwnie, jest religią gotowych, jedynych moralnie słusznych odpowiedzi. Już nawet nie brnąc na milimetr dalej w głębokie rozważania teologiczne, bo wkraczając w nie, trzeba by zająć się różnicami np. w postaci Jezusa Chrystusa obecnego w Biblii a obecnego w Koranie, co wymagałoby napisania osobnego, obszernego artykułu – już na obecnym, dość powierzchownym poziomie rozważań z całą pewnością można stwierdzić, że te dwa systemy duchowe drastycznie się od siebie różnią.

Warto również wspomnieć o różnicach między europejskim pojęciem pracy a islamskim pojęciem pracy. Otóż już za czasów Mahometa muzułmanie zorientowali się, że nie nadają się do ciężkiej – w naszym rozumieniu – pracy. Zauważyli, że nadają się do dalekich wypraw i wędrówek – że są znakomicie wytrzymali fizycznie na długich dystansach. Zauważyli także, że mają niepohamowany, wojowniczy temperament – że potrafią skumulować swoje siły fizyczne i duchowe, i skutecznie zaatakować i wygrać. Ale zauważyli też, że nie nadają się do pracy powolnej, wytężonej i niewdzięcznej, jak uprawa czy produkcja, czy manufakturowe wytwarzanie jakichś dóbr. I do dzisiaj to przeświadczenie, czy te skłonności wewnętrzne – u wielu muzułmanów są widoczne. Np. Pakistańczycy we Francji skutecznie otwierają swoje sklepy i handlują. Pewien spryt, żyłka handlowca – to są cechy, na jakich muzułmanin osadza wartość i jakość swojej pracy. Muzułmanin w Europie czułby się źle, idąc do pracy do fabryki, będąc robotnikiem – dlatego wśród muzułmanów w Europie, którzy chcą pracować, spotykamy głównie tych, którzy próbują własnych, choćby drobnych, biznesów, którzy handlują; którzy starają się robić własne, szybsze, bardziej zdynamizowane przepływy pieniędzy. Pozostali muzułmanie będą przede wszystkim tymi, którzy nie chcą pracować – nie dlatego, że organicznie nie chcą, tylko dlatego, że ich rozumienie i kulturowe pojęcie pracy jest różne od europejskiego, w związku z czym albo trudno im pójść do jakiejś europejskiej pracy, albo usiłują skorzystać z europejskiego „socjalu”, czyli z zasiłku. To specyficzne podejście do pojęcia, do rozumienia pracy jest obecne i żywe w europejskich państwach, gdzie w dzielnicach i gettach islamskich – nie bardzo widać jakiś rodzaj wytwórczości, rękodzieła etc [2]. Tego tam raczej, w znakomitej większości przypadków – zwyczajnie nie ma. Nie dlatego, że muzułmanie są np. leniwi – nie, nie o tym mowa. Oni po prostu nie potrafią; nie mają do tego ani motywacji, ani tym bardziej pasji – bowiem wyrośli, ukształtowali się w innej kulturze i inaczej rozumieją oraz traktują pojęcie pracy. Mają smykałkę do handlu, do negocjacji, do interesów, do tego, aby prędko i sprytnie rozejrzeć się, sprowadzić coś i skutecznie sprzedać – a nie do tego, żeby zakasać rękawy, zacisnąć zęby i wytworzyć coś, a zwłaszcza wytworzyć coś w duchu samodyscypliny i masowości.

Bardzo ważne jest to, aby podkreślić, że nie chodzi o ocenę wartościującą dwie kultury – europejską i islamską. Zupełnie nie o to chodzi, aby zastosować kategoryczną gradację wartości i napisać, że kultura europejska jest lepsza, a kultura muzułmańska gorsza. Tak zdecydowanie nie jest – żadna z tych dwu kultur nie jest ani lepsza, ani gorsza; każda ma zalety i wady – sukcesy i porażki. Chodzi o to, by napisać wyraźnie, że te dwie kultury dosadnie, dogłębnie się między sobą różnią. A także o to, aby wyjaśnić, że idealistyczne „lewicowo-liberalne” poglądy wyrządzają europejskim społeczeństwom szkodę, podając do opinii publicznej, iż dwie osobne, ewidentnie się od siebie różniące kultury – można poddać swoistemu wzajemnemu wchłonięciu, można je do siebie upodobnić, można je zmusić, skłonić do tego, by stały się one jednośladowe, pokrewne i współistniejące.

Kolejna bardzo istotna rzecz: to nie tak, że w Polsce nie ma muzułmanów. A także nie tak, że w Polsce nie będzie więcej muzułmanów. Już są, i będzie ich jeszcze więcej. Dlatego trzeba czy warto – być przygotowanym na polsko-islamskie relacje, które będą się natężać.  I stanowczo będą się natężać – nie tylko dlatego, że w pewnym momencie Unia Europejska może Polsce narzucić, wpoić jakąś liczbę imigrantów. Również dlatego, że owi imigranci są obecni w strefie Schengen, a to oznacza, iż mogą przyjechać do Polski, kiedy tylko zechcą. I zupełnie nie jest tak, że nie zechcą, bo „w Polsce jest za biedny socjal”. Zechcą na pewno. Więc odpowiedzią na tę sytuację ze strony społeczeństwa polskiego – może czy powinna być przede wszystkim wiedza. Trzeba, warto sobie uświadomić, że to nie jest tak, że nie ma różnic międzykulturowych czy międzywyznaniowych i że wszystko da się załatwić w drodze życzliwego dialogu oraz w drodze dwóch „magicznych” słów – edukacja i asymilacja. Tak nie jest: różnice istnieją, co więcej – istnieją wielkie różnice. Musimy otworzyć się na ich własnoręczne, osobiste poznanie – po to, aby nauczyć się wzajemnych relacji i życia w niesprzyjających warunkach.

Już niebawem będzie piękna okazja do rozpoczęcia nauki o tych różnicach – nie wiem, czy Czytelnicy wiedzą, ale obecnie Arabia Saudyjska i Turcja ścigają się między sobą, który z tych krajów jako pierwszy wyda Koran w języku polskim i przyśle go Polakom za darmo, abyśmy mogli czytać i poznawać tę wiarę i kulturę [4]. Niedługo na półkach księgarni – lub w innych przestrzeniach – zakwitną świeżo pachnące farbą drukarską egzemplarze Koranu po polsku, produkcji albo arabskiej, albo tureckiej. I zdecydowanie warto poświęcić czas tej lekturze. I nie tylko tej: warto poświęcić czas również lekturze Biblii, i to niezależnie od tego, czy jest się chrześcijaninem, katolikiem, agnostykiem czy ateistą… Trzeba potraktować oba te pisma święte jako ideologiczne i duchowe ikony i fundamenty dwu odległych kultur – a trzeba to zrobić po to, by zobaczyć i zrozumieć różnice między nimi. Jest to niezbędne do osłony własnego kodeksu moralnego oraz do rozwinięcia swego intelektu.

Dziś w Polsce, szczególnie w środowiskach „lewicowo-liberalnych”, dużo mówi się o pokojowych Tatarach, którzy od wieków żyją na ziemiach polskich – i bardzo słusznie, że się o nich mówi. Po pierwsze dlatego, że fakt, iż owi Tatarzy zasymilowali się z polskością przy jednoczesnym pozostaniu w wierze muzułmańskiej dowodzi, że pogodzenie tak odmiennych dwu kultur jednak jest realne, możliwe. Tak, stało się ono możliwe dlatego, że ta zgoda między „naszymi” Tatarami a Polakami powstała i uformowała się w naturalnej drodze tarć historycznych. Tej zgody nie zrodził, a tym bardziej nie zapewnił żaden sztucznie narzucony, punktowy dekret prawny (podobny do tych dekretów, które dziś państwom europejskim usiłuje narzucić polityka UE) – ta zgoda wynikła sama, na skutek naturalnych tarć, konfliktów, a na końcu dialogów. Po drugie, o czym zdecydowanie warto wiedzieć: choć dzisiaj w Polsce z ciepłym sentymentem wypowiadamy się o „naszych” Tatarach, to jednak najmłodsze pokolenia tych samych Tatarów, to znaczy mieszkający w Polsce tatarscy młodzi mężczyźni, wyruszają na studia do Arabii Saudyjskiej [5]. Stamtąd, po studiach, wracają do Polski już nie tak pokojowi i liberalni, a bardziej kategoryczni, by nie powiedzieć: radykalni.

To prawda, że w ideologii islamu istnieje bardzo wiele różnych odcieni, odłamów, czy sekt – w samych krajach islamskich swego czasu świetnie funkcjonował odłam „islamu europejskiego”, to znaczy: „taki z krótkimi spódniczkami” [6] (nie pamiętam, czy to było w Libii czy Libanie). Mówi się, że radykalni muzułmanie mordują przede wszystkim chrześcijan w Europie – to prawda, ale drugą grupą wyznaniową, którą najchętniej i najczęściej mordują muzułmanie, są… inni muzułmanie.

Chrześcijaństwo nauczyło nas, Europejczyków, że powinniśmy brzydzić się wojną; że cnotą jest nadstawiać drugi policzek. Zdajmy sobie sprawę z tego, że podobna wartość, że analogiczne rozumienie cnoty, że rozumienie uniku w konfrontacji jako dodatniej wartości duchowej – jest czymś doskonale obcym dla ideologii islamu. Wiedzmy, że w najbardziej pokojowych i miłosiernych szczepach islamu – pojęcie dumy, i walki w obronie tej dumy, oto cnota. Nadstawienie drugiego policzka dla muzułmanina jest wyrazem słabości, za którą należy się wstydzić, a nawet odwróceniem od Boga, co zasługuje na pogardę i karę. Allah był i jest Bogiem ludzi dumy, wojowników i wybrańców. Wyłącznie ten, kto uznał Allaha, jest wiernym – w rozumieniu muzułmanina chrześcijanin jest politeistą, czego muzułmanin nie może zaakceptować, bowiem Bóg może być i jest tylko jeden, a więc chrześcijańska idea jednego Boga w trzech osobach, dla muzułmanina jawi się politeizmem, co uznawane jest przez muzułmanów za odwrócenie od Boga, a zatem za innowierstwo.

W kontekście intensyfikującej się i zaogniającej relacji tych dwu odrębnych kultur – europejskiej i islamskiej – kluczową rolę spełnia niechlubna Europa. To nasze europejskie rządy, w historii ogarnięte poczuciem własnej lepszości, naddanej przez samych siebie, a także chciwością i zrodzoną z niej potrzebą podboju i bogacenia się kosztem „czarnych”, „dzikich”, „biednych” i „głupich” – doprowadziły do tego problemu, z którym dziś boryka się Europa, a który nazywa się: islamizacja Europy. Racji nie mają ci, którzy postulują, że wszystkie „biedne łodzie z Syrii” należy przesłać do USA, gdyż to Stany Zjednoczone Ameryki są w całości odpowiedzialne za obecny układ tragedii ekonomicznych i wojennych na świecie. Otóż ta odpowiedzialność spoczywa w znaczącym stopniu także na Europie – w której różne państwa, od Francji poczynając, poprzez Anglię, Niemcy i Skandynawię, a nawet po dość bezbronną dziś i stosunkowo biedną Hiszpanię, to właśnie te państwa mają za sobą tradycje kolonizatorskie. Tradycje prócz potrzeby podbijania i bogacenia się kosztem innych – związane także z potrzebą ustanawiania swej duchowej i moralnej wyższości oraz sprawczości. W tym miejscu przypomnijmy, że Polska tradycji kolonizatorskich za sobą nie ma – to nas kolonizowano i okupowano zaborami, to nas darto na strzępy. Nigdy nie byliśmy kolonizatorem, zawsze słynęliśmy z gościnności…

Pytanie zatem brzmi: jak dziś wykorzystamy nasze spadkobierstwo kulturowe, nasze tradycje, nasze dobro duchowe i nasz zdrowy rozsądek?… To prostolinijnie brzmiące pytanie wbrew pozorom jest głębokie, nader ważne i bardzo trudne.

Dzisiejsza tragedia prawie wszystkich państw europejskich – z Niemcami, Francją i Szwecją na czele – polega na tym, że kraje te pozbyły się swej tożsamości narodowej i własnej tradycji kulturowej. Tak, pozbyły się – po to, aby idea multikulturowości mogła zostać wprowadzona w życie. Dziś każdy przejaw poczucia tożsamości narodowej, czy to Polaka, czy Szweda, zderza się z tłamszeniem politycznym i medialnym – nazywany jest nazizmem, faszyzmem, także rasizmem i ksenofobią. Bardzo łatwo oskarżyć drugiego człowieka o na przykład nazizm czy ksenofobię – natomiast z uwagi na powszechnie obowiązującą poprawność polityczną mało kto ma odwagę głośno wyprowadzić kontrargumenty, a przecież realnie istnieje tzw. druga strona medalu, a więc ksenofilia i ojkofobia. Zapomnienie o swoich narodowościowych korzeniach i o tradycji, w jakiej nas, dane społeczeństwo danego kraju, wychowano – niestety powoduje rozpuszczenie tożsamości we wszystkich przestrzeniach: w człowieku zatraca się wrażenie tego, kim jest, a także gubi się umiejętność jakiejkolwiek samoidentyfikacji. Jest to politycznie misternie zaprojektowany mechanizm, który został obmyślony i wdrożony po to, aby w różnych europejskich narodach i społeczeństwach powstało miejsce na wzbogacenie kulturowe z zewnątrz. Źródeł finansowania tego mechanizmu możemy poszukiwać w okolicy dwóch słynnych nazwisk: Soros i Rothschild.

Wspomniany powyżej mechanizm usuwania z danego społeczeństwa jego poczucia narodowości, samoidentyfikacji, tożsamości narodowej i indywidualnej – najbardziej zaawansowany jest w Szwecji. Prywatnie nazywam dzisiejszą Szwecję „eksperymentem szwedzkim” i uważam, że eksperyment ten musi dojść do końca, czyli najpierw osiągnąć pełnię swego rozwoju, a potem zapaść się pod własnym ciężarem i zniknąć. Oczywiście nie życzę tego Szwedom i chciałabym stanowczo, aby do tego nie doszło, ale obserwując postępujące wynarodowienie i islamizację Szwecji, obawiam się, że nie ma już ratunku. Poziom absurdów prawno-polityczno-obyczajowych w Szwecji już osiągnął nadzwyczajną eskalację – i nie widać w tym procesie żadnego hamulca bezpieczeństwa. Socjaldemokraci doprowadzili ten świetnie prosperujący kraj do mentalnej ruiny – ich idea silnego państwa opiekuńczego zjadła swój ogon. Sądy szwedzkie uginają się pod prawem szariatu, liczba gwałtów, rozbojów i kradzieży nieprawdopodobnie wzrosła od chwili implementacji kwot islamskich migrantów, a przecież trzydzieści czy dwadzieścia, a może jeszcze dziesięć lat temu Szwecja była jednym z najbezpieczniejszych krajów Europy. Dziś jest krajem najniebezpieczniejszym – zajmuje czołowe miejsce w rankingu gwałtów i innych aktów przestępczych, z zamachami terrorystycznymi łącznie.

Dla porównania – Polska ma najniższy w Europie wskaźnik gwałtów. Wybaczcie, że nie przytaczam stosownych raportów, statystyk – ale szczerze nie chce mi się tego robić. Nie z braku szacunku do Czytelnika – w żadnym wypadku! – lecz dlatego, że już wielokrotnie pisałam artykuły o podobnej tematyce i przygotowywałam je niesłychanie starannie, usiłując ważyć każde słowo, każdą informację, na którą jako autor się powoływałam. A i tak otrzymywałam agresywne komentarze od „lewicowo-liberalnej” oraz „feministycznej” części naszego społeczeństwa, które z premedytacją butowały każdą naświetloną przeze mnie informację. Dlatego dziś dla odmiany kieruję ten artykuł nie do wszystkich – nie do całości naszego społeczeństwa, a wyłącznie do tej części, która nie czuje się dobrze z poprawnością polityczną, z „lewicowo-liberalną cenzurą” i która nie lęka się przyznać, że boi się i martwi o dalsze losy Europy. Te raporty, o których napomknęłam powyżej, są do znalezienia w sieci – każdy z Was jest w stanie dotrzeć do właściwych danych na własną rękę i przeczytać je ze zrozumieniem. Ja powiem tylko tyle: serce mi krwawi, kiedy słyszę wypowiedzi polskich „wyemancypowanych feministek”, które na pytanie, czy nie obawiają się uchodźców wyznających islam, czy nie obawiają się islamizacji Europy, podnoszą głos i odpowiadają, że przecież „Polki są masowo gwałcone przez Polaków” i że „przemoc i gwałty nie zależą od wyznania”. Ujęłam owe „feministki” w cudzysłów, gdyż nie są to feministki, lecz feministyczne atrapy, najwyraźniej niezdolne do krytycznego, sceptycznego myślenia. Te panie są odporne na wiedzę, co stwierdzam ze wstydem i przykrością – nie rozumieją, że gwałty w Polsce są przejawem patologii, czyli odstępstwa od normy kulturowej i prawnej, natomiast gwałty w islamie są uznane w obrębie i normy kulturowej, i prawnej (prawo szariatu). Nie rozumieją, że w Szwecji gwałcone są siedmiolatki, dwudziestolatki, jak i kobiety dojrzałe; że małe dziewczynki molestowane są na basenach (w pływalniach miejskich); że sklepy i firmy Szwedów są systematycznie rabowane itd., i że większość tych przestępstw i zbrodni realizowana jest przez migrantów islamskich. Nie rozumieją także, że nie chodzi o krytykę islamu jako religii, lecz jako ideologii politycznej…

Dlatego właśnie pytanie o to, jak postąpi Polska, czy uda nam się ocalić naszą kulturę, czy uda nam się wyciągnąć wymierne i konstruktywne wnioski ze smutnego eksperymentu szwedzkiego – jest szalenie istotne. Problemy, z którymi dziś boryka się Europa, są dojmująco złożone. Tarcia dwóch odrębnych systemów kulturowych i politycznych – wartości europejskich i wartości islamskich – stale się zaogniają, co pozwala na wysnucie obawy, iż z bliskim i dalszym czasem będzie dochodziło do coraz częstszych sytuacji konfliktowych i przemocowych. Należy w tym miejscu podkreślić, iż rzeczywiście napływ do Europy migrantów islamskich może spowodować – i tego trzeba się niestety spodziewać – aktywowanie się mocnych ruchów nacjonalistycznych. Lecz odpowiedzialnością za przyszłą działalność tych ruchów wypada obarczyć nie jedną stronę medalu, czyli tzw. prawicę – bo z tej strony, owszem, owe ruchy nacjonalistyczne wykwitną – ale właśnie tzw. lewicę. Dlatego, że ekstremum czy radykalizm rodzą się tam, gdzie postulaty i rządy „lewicowo-liberalne” zawodzą, czyniąc z obywateli ludzi słabych i duchowo „rozcieńczonych”. Pamiętajmy o tym, że jeśli europejskim światem ponownie w historii potrząśnie nacjonalizm, nazizm, faszyzm czy rasizm – to stanie się tak z przyczyny właśnie „lewicowych liberałów”, a de facto z przyczyny marksizmu (kulturowego i politycznego).

Na koniec dodam luźnym, swobodnym, potocznym językiem: tym z Państwa, którzy wskutek lektury tego artykułu chcieliby zarzucić mi „prawicowość”, „prawilność” lub „PiSowość”, pragnę z góry odpowiedzieć – no to teraz się Państwo zdziwią! Mnie w ogóle nie interesuje ani polityczny, ani społeczny dyskurs prawica-lewica, bo uznaję ten rodzaj prowadzenia dyskusji za anachronizm ubiegłego wieku. Nie głosowałam na PiS, ale dziś daję temu rządowi mój osobisty obywatelski kredyt zaufania, czujnie przyglądając się poczynaniom rządu, a udzielam tego kredytu zaufania dlatego, że tak wybrała większość moich rodaków w legalnych demokratycznych wyborach. Osobiście marzę o silnej, zdrowej, normalnej opozycji dla partii PiS – ale jeszcze się takowa nie narodziła. Marzę o zdrowej, moralnej, normalnej alternatywie dla partii PiS – ale nie widać jej na żadnym z horyzontów. Odpowiedzią nie jest PO, ani Razem, ani Nowoczesna, ani Wolność, ani żadna z obecnych partii w Polsce, ani też ruch społeczny Kukiz’15 (dlatego, że szczerość trybuna ludowego nie starcza do bycia sprawnym, skutecznym politykiem – potrzeba jeszcze pewnej biegłości strategicznej, sama charyzma emocjonalna nie wystarczy), nie wspominając już o „podrygach” aktywistów KOD-u, bo wstyd. Wracając do mnie, nie jestem ani zainteresowana, ani tym bardziej zaangażowana w żadne skrzydło konfrontacji politycznych, a jedyna deklaracja polityczna, jaką uczciwie mogę złożyć, brzmi: brzydzę się komunistami, socjalistami, marksistami. Jedyne w tym kontekście, w co pozostaję zaangażowana, to moje skromne, ale bardzo pilne obserwowanie realnej rzeczywistości – opisuję to, co widzę, i co przynależy do skrawka normalności, wciąż jeszcze obecnej w kulturze Zachodu, w Europie. Na miarę moich możliwości staram się „kronikować” życie, a robię to po to, aby normalność mogła obronić się przed próbami zgnębienia jej przez zdumiewający obłęd swoistej tyranii poprawności politycznej. Kompletnie nie obchodzi mnie, czy dany muzułmanin jest śniadym Syryjczykiem, czy czekoladowym Kongijczykiem – przyglądam się jedynie niebezpieczeństwom wynikającym z napływu do Europy wyznawców politycznej ideologii (a nie religii) islamu. Duchowo nie utożsamiam się z katolicyzmem ani chrześcijaństwem, ani żadną wizją religijną, ale akceptuję polski katolicyzm jako wymiar naszej rodzimej tradycji kulturowej i z przyjemnością obchodzę Boże Narodzenie i Wielkanoc. Głęboko wewnątrz czuję się agnostykiem, który skłania się w kierunku zawierzenia (nie wyznania, nie religii), że Absolut może istnieć.

Wszystkim Czytelnikom życzę dbania o własną przytomność umysłu, o sceptycyzm, słowem – o rozwijanie w sobie samodzielnego, krytycznego we wszystkie strony, myślenia. I apeluję również: przeczytajcie Biblię i Koran. Wiedza jest najbardziej wartościowym „uzbrojeniem” – bowiem tylko dzięki niej jesteśmy w stanie próbować zachowywać się i postępować w życiu mądrze, sprawiedliwie i racjonalnie.

Justyna Karolak

Przypisy:

1 – sformułowanie „logika dwuwartościowości” w odniesieniu do kultury arabskiej jest cytatem z wykładu dziennikarza Witolda Gadowskiego.

2 – informacja o tym, że w dzielnicach arabskich nie ma rękodzieła, tylko handel, również pochodzi z wykładu Gadowskiego.

3 – informacja o tym, że Turcja i Arabia Saudyjska ścigają się, który z krajów jako pierwszy dostarczy darmowy przekład Koranu do Polski, również pochodzi z wykładu Gadowskiego.

4 – informacja o tym, że młodzi „nasi” Tatarzy wyjeżdżają na studia do Arabii Saudyjskiej, skąd powracają bardziej kategoryczni, również pochodzi z wykładu Gadowskiego.

5 – sformułowanie „europejski islam, tzn. taki z krótkimi spódniczkami” także jest cytatem z wykładu Gadowskiego.

Link do kanału na YT Gadowskiego: https://www.youtube.com/user/WitoldGadowski

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (13)
  • w porządku-niezła grzanka (6)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

4 komentarze

  1. Nie jestem do końca przekonany o sile wiary w Islamie. Wiara kojarzy mi się z indywidualizmem, który w Islamie nie istnieje, Islam to zbiorowość.
    To nie jest religia, gdzie trzeba „wierzyć” aby być wyznawcą – tu trzeba „robić” – przestrzegać szariat ze wszystkimi nakazami.
    Hipokryzja jest karana śmiercią – czyli można zabić tego, który nie przestrzega szariatu zbyt gorliwie. Muzułmanin musi pokazać jak bardzo oddany jest Allahowi – to dlatego tak głośno krzyczy, protestuje – to nie dlatego, że czuje się urażony, ale dlatego, żeby inni zobaczyli że broni Islamu tak jak trzeba i żeby nikt nie pomyślał, że jest hipokrytą – mało gorliwym muzułmaninem – bo wtedy zostanie zabity.
    Oni pilnują siebie nawzajem, Islam może istnieć jedynie w zbiorowości.

    To nie jest nawet tak bardzo egzotyczne – bardzo przypomina życie w totalitarnym kraju – komunistycznym, nazistowskim – pozdrawiasz sąsiada o poranku i robisz rachunek sumienia – czy sąsiad ma jakiś pretekst żeby na ciebie donieść na milicji. I czy masz, być może, okazję donieść na niego – taka akcja wyprzedzająca, bo nigdy nie wiadomo… I nie zaszkodzi głośno krzyczeć na wiecu o prymacie socjalizmu tak, żeby wszyscy widzieli że nie jesteś wrogiem proletariatu.

    Widziałem kiedyś krótkie wideo z Syrii – Arab skakał z uśmiechem po zwłokach rosyjskiego lotnika. I skakał tak, i śmiał się i uporczywie wpatrywał w obiektyw nagrywającej go kamery.

    • Bardzo ciekawy komentarz 🙂 . Siła wiary w islamie jest ogromna, choć oczywiście wiele zależy od naszych indywidualnych interpretacji słowa „wiara”.

      Spróbuję odnieść się do ogólnie czy powszechnie znajomym nam definicji i powiem, że wiara (w znaczeniu: kultywowana przez daną społeczność religia) – żadna – nie koncentruje się ściśle na indywidualizmie, raczej skupia się na postulacie i potrzebie budowania wspólnoty. Ów indywidualny charakter wiary, na który się Pan powołuje, dotyczy bardziej różnego rodzaju mistyków bądź po prostu ludzi „czujących bezpośredni kontakt z bogiem/bogami”, ale wiara w ujęciu doktryny religijnej zwykle dąży do powoływania struktury wspólnotowej, spójnej zbiorowości ludzkiej czy „duchowej rodziny”.

      W islamie wartość taka jak rodzina oraz klan (duża rodzina) jest zakorzeniona głęboko, muzułmanie celebrują więzi rodzinne i ich dążenie do utworzenia jak najbardziej obszernej, a przy tym jednolitej zbiorowości ludzkiej jest niezwykle zaawansowane – widać je wyraźnie nie tylko w obrębie rodziny (mąż, żona/żony, potomstwo oraz dziadkowie; starszyzna) jako podstawowej komórki społecznej, ale i w obrębie klanu rodzinnego (obejmującego prócz podstawowej komórki także braci, wujków, kuzynostwo), jak również w obrębie społeczeństw muzułmańskich, które tęsknią i dążą do utworzenia jednego spójnego organizmu państwowego – kalifatu.

      To, o czym Pan mówi, że w islamie trzeba „robić, a nie tylko wierzyć” – wynika stąd, że islam jest religią nakazów, a nie wyborów i wątpliwości. A w takim systemie duchowym (wyznaniowym) walor bogobojności, a więc i moc zawierzenia/uwierzenia, jest bardzo, bardzo silny. I walor ten świadczy właśnie o sile wiary.

      Tak że zasadniczo właściwie zgadzamy się z sobą co do tezy, że w islamie najważniejsza jest wspólnota, zbiorowość. A chyba zgodzi się Pan ze mną, że trudno wyobrazić sobie większą siłę od zbiorowości – od mas ludzkich, od tłumu?

      Co do Pańskich skojarzeń prawa szariatu z ideą państwa opresyjnego, uważam, że są całkiem słuszne. Dlatego, że w islamie zupełne oddzielenie struktur świeckich od religijnych (państwa od wyznania) jest praktycznie niemożliwe.

      Natomiast skojarzenie, że muzułmanie pilnują swoich „braci” (innych muzułmanów), czy ci respektują prawa szariatu i że wyłącznie na tym systemie „inwigilacyjno-donosicielskim” miałaby opierać się siła ich wiary – jest wg mnie dość chybione, bo wywnioskowane na podstawie powierzchownego obrazu czy nazbyt skokowego skrótu myślowego, takie odnoszę wrażenie.

      • Ja natomiast zgodzę się z komentarzem Bana, gdyż u samego źródła nakazów tej religii jest naśladowanie, które może być wierne i jeszcze bardziej wierne, co automatycznie narzuca wyścig w jego wierności (chodzi o naśladowanie Mahometa – idealnego muzułmanina).

        Innymi słowy w Islamie zawsze jesteś winny, pytanie tylko jak bardzo jesteś winny, tego braku osiągnięcia ideału w postaci perfekcyjnego naśladownictwa. To wywołuje konflikty również wewnątrz tej religii, to dlatego policja muzułmańska napomina kobiety za nieobyczajne zachowanie, pomimo tego, że paradują w chustach, ale jeszcze nie w nikabach itp.

        Stopni do piekieł jest wiele i ciągle się obniżamy – takie odwrócenie wieży Babel – w Islamie pytanie brzmi jak nisko możemy zejść (a na dnie i tak Mahomet puka od spodu).

        • Co do definicji samej wiary to, myślę, że trzeba by tu rozróżnić wiarę, religię i wyznawanie wiary…

          Mój obraz Islamu nie jest doskonały, bo ukułem sobie na podstawie moich własnych powierzchownych obserwacji. Tak sobie tylko czytam wywiady i słucham co ludzie mówią, więc nie są to jakieś głębokie mądrości, tylko takie tam…

          Na przykład sprawa o której Zibikendo wspomniał – wspomnienia kobiety z czasów Rewolucji Islamskiej w Iranie – o tym jak z początku ze strachu zaczęła nosić chustę w torebce, w razie jakby co, i kiedy na głowie, bo zobaczyła krew jak policjantki obyczajowe obcięły wargi dziewczynie, która chusty odmówiła.
          Albo, że znów jakaś muzułmańska nastolatka wypadła przez balkon – z „pomocą” ojca i/lub brata, albo grupa muzułmanów przyłapana w piwnicy na biczowaniu chłopaka. Rozmawiam z muzułmańskimi kolegami i koleżankami, w grupie i na osobności.

          Słucham też i czytam słowa mądrych ludzi, takich jak Pani – i sprawdzam, czy zgadzają się z moim ułomnym obrazem, spostrzeżeniami. No i nie zawsze się zgadzają.
          To znaczy – tak – poczucie wspólnoty jest u nich bardzo silne.
          Tyle, że ich siła to raczej siła armii gdzie nieposłuszeństwo lub dezercja jest karana śmiercią lub chłostą.

          Myślę, że głównym spoiwem tej wspólnoty jest wewnętrzny terror a nie wiara.
          Wydaje mi się, że Islam to system stworzony do wykorzystywania prymitywnych instynktów. (No bo jak to tak – ona je w czasie Ramadanu a ja nie mogę! On wypił drinka w barze a ja muszę się tym RedBullem na ulicy nawalać!)
          Hipokrytów należy karać i zabijać na różne wymyślne sposoby. To jest właściwe. Bez wyrzutów sumienia, żadnego moralnego dylematu. Sprawa jasna- te bez chusty gwałcić, niewierne kamieniować, homoseksualistów zrzucać, pijących chłostać. Tych wszystkich co są inni, odstępców. Więc muzułmanin musi być taki sam, bo inaczej w grupie po prostu nie przeżyje.
          I to tak od samego urodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *