Jak zmieniają się internety – YouTube na przykładzie Gonciarza

jak-zmieniaja-sie-internety-youtube-na-przykladzie-gonciarza

Drodzy Czytelnicy! W okresie przedświątecznym na łamach Tostera Pandory dajemy sobie i jednocześnie Wam odrobinę oddechu od tematów dużych i kontrowersyjnych – dlatego też i ten artykuł jest zaproszeniem Was do nieco lżejszej w tonie publicystyki. Nadal zdecydowanie interesuje nas problematyka społeczna, ale z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia – niech będzie ona delikatniejsza, mniej jaskrawa i niedotykająca kwestii „życia i śmierci”. Dziś zapraszamy więc do wspólnego zastanowienia nad tym, jak zmieniają się „internety” – na ile to medium, jakim jest Internet, a zwłaszcza YouTube, może być rzetelnym źródłem informacyjnym, jak i skutecznym dostawcą rozrywki? Jak YouTuberzy kształtują swój wizerunek w sieci, jak podchodzą do relacji vloger – widz (przyp.: red.)?…

 

Odsłona pierwsza – Kim jest Gonciarz?

Nie wstydzę się przyznać, że byłam fanką Krzysztofa Gonciarza, a mówiąc ściślej, jego działalności vlogowej. Mniej sympatyzowałam z Zapytaj Beczkę – pewnie jestem „za stara” na tego rodzaju dowcip, choć zarazem prawdą jest, że zwróciłam uwagę na Gonciarza właśnie wskutek tego cyklu jego vlogów, bowiem od razu doceniłam montaż i zdało mi się, że trafiłam na vlogera, któremu zależy: na samodoskonaleniu i na podnoszeniu jakości swych materiałów filmowych. Ambicja Gonciarza od początku była obecna w jego vlogowaniu – czaiła się między wierszami, to znaczy między kadrami… spodobało mi się to. Postanowiłam pilnie się temu YouTuberowi przyglądać. I rzeczywiście z chwilą kiedy zaczął kręcić daily vlogi, w mojej opinii na polskim YouTubie zaczęło być bardzo ciekawie; „mocno”, atrakcyjnie – w odniesieniu do prezentowanych treści. I nagle – a dokładnie z dniem 9 grudnia 2016 r. – moja opinia o Gonciarzu drastycznie się zmieniła, subskrybcja została cofnięta; pozostał absmak…

W dobie deprecjacji tego medium, jakim jest telewizja, w siłę rośnie Internet, a zwłaszcza różnej maści działalności na YouTubie. Moim zdaniem to piękne, że nie wielkie pieniądze – nie całe przepastne zaplecze studia telewizyjnego, nie kosztowne uwarunkowania techniczne, nie ogromne zespoły ludzi – we współczesnym świecie grają pierwsze skrzypce w tworzeniu i dostarczaniu widzom atrakcyjnych treści. Technologia staje się coraz bardziej intuicyjna w obsłudze i relatywnie tania, w związku z czym nieomal każdy może próbować swoich sił w kreowaniu „czegoś sensownego” – to piękne, że nie pieniądze, a pomysłowość człowieka ma szansę skutecznie wyłaniać się na pierwszy plan.

Oczywiście, że pieniądze zawsze się przydają – ale do tworzenia ciekawych filmów, a szczególnie vlogów, nie są bynajmniej bezwzględnie kluczową podstawą. Mówiła zresztą o tym świetna polska reżyser, Małgorzata Szumowska, w wywiadzie przeprowadzonym przez Tomasza Raczka, w cyklu Kulturalne rozmowy. Otóż Raczek zapytał Szumowską, co poradziłaby młodym ludziom, którzy mają pomysły na kino – którzy marzą o robieniu kina, ale brakuje im pieniędzy na pierwszy film. Szumowska stwierdziła, że problem funduszy na zrobienie filmu nigdy jej nie dotyczył – stawiała na własną pomysłowość i po prostu angażowała się w kręcenie etiud szkolnych. Dlatego kiedy przyszło jej do robienia pierwszego dużego filmu, stały za nią jej nagradzane projekty z okresu studiów – one przyniosły jej uznanie i środki materialne potrzebne do realizacji następnych projektów. I tak też młodzi twórcy, zgadzam się z Szumowską, zamiast narzekać na niedobory finansowe, powinni zacisnąć zęby i zwyczajnie robić swoje, zważywszy że przy obecnej technologii leżącej w zasięgu praktycznie każdego z nas, ciekawy projekt filmowy można zrealizować przy użyciu komórki. Jasne, że nie uzyskamy w ten sposób ani znakomitego obrazu, ani dźwięku – ale to małe banalne elektroniczne pudełko na początek wystarczy, byśmy skutecznie mogli objawić światu nasz talent, byśmy mogli zaprezentować naszą oryginalną pomysłowość, wrażliwość i umysł oraz serce do robienia filmów. Mówiąc wprost: dobra treść zawsze się obroni – to, w jaki sposób potrafisz ustawić kadr trywialnym telefonem, powie o Tobie więcej niż obraz zarejestrowany obiektywem poważnej kamery (jeśli zdjęcia nie mają smaku i naturalnego wyczucia). Bo jeśli nie masz światu nic do powiedzenia – do pokazania, do zaoferowania – wtedy wspaniały sprzęt nie uratuje cię przed dotkliwą salwą krytyki.

Z Gonciarzem było trochę odwrotnie, gdyż jego vlogi od początku prezentowały bardzo dobrą jakość – pod względem technicznym świetnie nakręcone i złożone, skutecznie wabiły do siebie widza. Zdawało się, że nie pozostaje nic innego, niż jedynie czekać na oprawienie w ciekawy montaż równie ciekawych treści w wydaniu Gonciarza. I tak też się stało: z momentem gdy Gonciarz sięgnął po tę estetykę, jaką stanowią daily vlogi, jego działalność youtubowa wzbiła się na kolejny, jeszcze wyższy poziom, bo oprócz dobrej jakości technicznej materiałów, nareszcie otrzymaliśmy także atrakcyjną treść. Oto mieliśmy naszego młodego człowieka w Japonii – kapitalny twórca filmów zaczął pokazywać nam fascynującą, zupełnie inną kulturę, i robił to z dużym wyczuciem, co czyniło prezentowane treści jeszcze bardziej interesującymi. Gonciarz bowiem nigdy nie piał z wysokiego C, lecz opowiadał o Japonii bardzo naturalnie, zgodnie z esencją tej formuły, jaką są daily vlogi, akcentując zwyczajne, normalne życie tam, czyli w kompletnie obcym dla Polaka świecie. W międzyczasie Gonciarz rozwijał w Japonii własną firmę, czym również – zresztą słusznie – zaskarbił sobie nasz szacunek. Przez cały czas pracował na coraz wyższą jakość swoich filmów – jakość w rozumieniu właśnie ciekawych treści, a nie wyłącznie aspektów technicznych – nie próżnował, konsekwentnie popełniał progres.

Odsłona druga – Zaufanie widzów, czyli Patronite

Nic więc dziwnego, że przyszedł w życiu Gonciarza moment odpowiedni na Patronite – lecz sukces, który osiągnął dzięki patronom, którzy mu zaufali, przerósł wyobrażenia nawet samego Gonciarza: nie spodziewał się, że otrzyma od ludzi aż tyle. Oto wypełnił się ten czysty, piękny mechanizm przyczynowo-skutkowy, o jakim wspomniała Szumowska: jeśli masz talent i pracujesz, dotacje „przyjdą same”. I tak też stało się w wypadku Gonciarza – i cudownie, że się stało!

Jednak niedługo po sukcesie Gonciarza na Patronite, w mojej głowie zadźwięczał pierwszy dzwonek alarmowy. Otóż w ramach przekroczenia pewnego progu na Patronite, Gonciarz zobowiązał się do zrealizowania filmu o Aokigaharze, czyli o słynnym lesie samobójców w Japonii – i właśnie ten film okazał się jaskółką obnażającą… no właśnie: co? Nie wiem, czy brak powagi sytuacyjnej, czy może brak entuzjazmu do zrealizowania projektu obiecanego w ramach podziękowań za okazane mu imponujące wsparcie finansowe – grunt, że arcyciekawy sam w sobie, wymowny temat, jakim jest to szczególne miejsce w Japonii, las samobójców, Gonciarz potraktował dość płasko i powierzchownie, by nie powiedzieć, że mieliznowo. Zdawałoby się, że unikalny temat winien przyciągnąć do siebie szczególną formę ekspresji – tak jak na obrazie kolor ciągnie za sobą kolor, tak samo wycieczka do dusznego, specyficznego lasu samobójców powinna zaowocować świeżą pracą kamery chociażby. Zdawałoby się, że któż inny aniżeli Gonciarz jest lepiej przygotowany do nakręcenia wyjątkowego vlogowego materiału bezpośrednio z tego miejsca, jakim jest las samobójców… Niestety – vlog ten nie okazał się nawet w jednej trzeciej tak dobry, jakby mógł.

Potem odbyła się bodaj dwumiesięczna wizyta Gonciarza w Polsce, w czasie której zorganizował kilka eventów i spotkań z fanami – i świetnie. Tymczasem po powrocie do Japonii – coś pękło… W zupełności rozumiem potrzebę kilkudniowego odpoczynku – codzienne dokumentowanie za pomocą vlogów bądź co bądź swojego życia zapewne musi wypalać, więc odpoczynek jak najbardziej się należy, tym bardziej, że vloger w dalszym ciągu planuje rozwój swej kariery w kierunku właściwie bycia dokumentalistą, bo do takiej rangi vlogi Gonciarza urosły. Nic zatem zdumiewającego, że chcąc powrócić do Internetu z nową energią i kolejnymi pomysłowymi materiałami filmowymi – najpierw musi odetchnąć i naładować wewnętrzne baterie.

jak-zmieniaja-sie-internety-youtube-na-przykladzie-gonciarza-1

Odsłona trzecia – Pierwsza porażka Gonciarza; pierwsze potężne rozczarowanie fanów

9 grudnia 2016 r. Gonciarz publikuje na swym kanale film pt.: Mój nowy projekt – NAEBA! W opisie pod filmem czytam: „Przez lata prezentowałem Wam co jakiś czas nowe marki: od Zapytaj Beczkę, przez WebShows, TheUwagaPies, Daily Vloga, Sztukę Składania Historii i wiele innych. Dzisiaj poznacie nowego członka naszej beczkowej rodziny: Naebę”. Brzmi ciekawie – myślę sobie. I co się okazuje – o czym opowiada ten filmik? Ano – wcale nie o następnym interesującym kreatywnym pomyśle Gonciarza, tylko o… koszulkach. Tak, dobrze zrozumieliście – Naeba to marka produktów; jak mówi sam Gonciarz: „w tym momencie koszulek”.

Nie mam nic przeciwko temu, że YouTuberzy otwierają swoje sklepy i sprzedają koszulki z różnymi nawiązującymi do ich działalności nadrukami – problem w przypadku Gonciarza leży całkiem gdzie indziej! Chodzi o sposób prezentacji tychże koszulek – otóż Gonciarz opowiada o nich jako o produkcie ekskluzywnym, nieomal niszowym, mało tego: zaprasza widzów do zidentyfikowania się z jego marką. Opowiada o tychże koszulkach jako o czymś wybitnym, wyjątkowym, ubranym w pewną „historię” oraz „oryginalną narrację”.

Cały ten film jest absolutnie pusty – jest tak dalece wydrążony z jakiejkolwiek treści, jak to tylko możliwe. Nie wiem, czy Gonciarz naiwnie wpadł w macki jakiejś designerskiej ekipy, która usiłuje wypłynąć na jego nazwisku, czy być może naprawdę uwierzył w to, że kawałek tkaniny sprzedawany za sto złotych jest w mocy stanowić wybitny projekt kreatywny obarczony jakąkolwiek historią. I skąd – i kto konkretnie wpadł na ten „genialny” pomysł, żeby Gonciarz powiedział do kamery, do widzów: „Chcę, żeby Naeba była marką, z którą utożsamiają się ludzie, którzy wyznają jakiś podobny światopogląd do mnie”. Spytacie teraz: – A jakie nadruki widnieją na tych koszulkach; jaki to światopogląd jest na tych koszulkach wyrażony? Odpowiedź brzmi: żaden. Faktycznie jednym z dostępnych na koszulkach grafik jest Naeba – „symbolicznie” przedstawiona góra w Japonii, ale obrazek ten sam w sobie nic nie wyraża… nie kryje się za nim żadna treść – żadna fascynująca wyprawa do Naeby; kompletnie – nic. A jest to i tak najlepszy (czytaj: najmniej nieudany) z dostępnych nadruków! Inny nadruk to np. infantylna podobizna Gonciarza, będąca umowną siatką trójkątów – ani to wzór dekoracyjny, ani skomplikowany, ciekawy pod względem graficznym, ani kryjący w sobie, drobne choćby, znamiona jakiegokolwiek światopoglądu… Z czym mam się utożsamić? Z tą jawną pustką, wypchaną tupetem? Żeby ostatecznie sklamrować ten akapit sensowną pointą, dodam, że w odniesieniu do tychże koszulek Gonciarz w owym filmiku wypowiada dwa magiczne słowa: ekskluzywność i komercja. Przecież jeżeli coś w założeniu ma być produktem niemasowym, a właśnie ekskluzywnym, to siłą rzeczy to samo coś nie może być komercyjne i łatwe w zasięgu… Coś jest albo dla elit, albo dla mas – przy czym w wypadku ww. koszulek Gonciarza, zdaje się, że obie grupy widzów mają prawo poczuć się urażone. Mnie osobiście pozostaje ucieszyć się w duchu, że zawsze byłam za biedna, aby móc wesprzeć Gonciarza na Patronite – bo gdybym została jednym z jego patronów, dziś musiałabym się poczuć tak, jakby wymierzył mi policzek. A ponieważ nie jestem jego patronem, na szczęście mogę czuć zwykły absmak, a nie ból.

Odsłona czwarta – W obronie Internetu, w sprzeciwie wobec „kapitału ludzkiego”

No dobrze, ale o co tyle krzyku? – spytacie. Czy naprawdę warto poświęcać tyle uwagi i czasu na opisywanie jakichś tam koszulek jakiegoś tam vlogera? Słuszne pytanie, jednak chciałabym na przykładzie Gonciarza zaprosić was do dyskusji na bardziej złożony temat: dokąd zmierzają internety?…

Zawsze broniłam Internetu, dostrzegając w nim – bardzo uwalniającą mnie jako czytelnika i widza –  przewagę nad innymi mass mediami. Wielu dziennikarzy współpracujących z innymi mediami – np. z prasą czy z telewizją – słusznie obawia się tzw. dziennikarstwa obywatelskiego, zaś co mądrzejsi spośród zawodowych rasowych dziennikarzy sami wchodzą na YouTube, doskonale zdając sobie sprawę, jaką siłę rażenia, jaki dynamiczny oddźwięk niesie ze sobą Internet. Przykładem polskiego rasowego, powiedziałabym: wytrawnego dziennikarza, który obecnie skutecznie zaskarbia sobie widownię youtubową, jest Witold Gadowski.

To, co zwykło szczególnie urzekać mnie w internetach, to po pierwsze dynamika przepływających, a właściwie bombardujących informacji oraz interaktywność relacji pisarz (czy YouTuber) – czytelnik (widz). Po drugie, swoboda wypowiedzi objawiająca się w niezwykłej rozpiętości między dziedziną rzetelnej publicystyki a miękkiej blogosfery. Po trzecie – łatwość dostępu do kultury i nauki. Nie, niekoniecznie mówię o ściąganiu superprodukcji filmowych – mówię o dostępie do np. recenzji dzieł sztuki, ilustracji, grafik, tekstów… słowem: o dostępie do wszystkiego, na co normalnie musiałabym poświęcić mnóstwo czasu, a nierzadko i niemało pieniędzy, aby mieć z tym, na czym mi zależy, co mnie interesuje styczność. Internet to podróżowanie po świecie – w czterech ścianach; i to jest wspaniałe.

Martwi mnie jednak szalenie, że ten piękny i jakże wolny, swobodny wirtualny świat dziś coraz wyraźniej upodabnia się do przestarzałych mediów. To, co miało łączyć ludzi, co miało ułatwiać kontakty międzyludzkie i umożliwiać styczność z odległymi zakątkami świata, z ciekawymi miejscami i dorobkiem intelektualnym i artystycznym innych, oddalonych kultur – dzisiaj staje się przesycone tym samym bełkotem biznesowym, który przenicował aż do zwymiotowania wszelkie anachroniczne media, z telewizją na czele, o martwej gazecie nie wspominając. W zupełności rozumiem i akceptuję to, że Internet prócz walorów rozrywkowych i edukacyjnych stanowi przestrzeń służącą do zarabiania pieniędzy – jak wiele innych przestrzeni w życiu człowieka – ale nie toleruję tego, że YouTuber, który urósł w siłę dokładnie dzięki sympatii internautów, zaczyna czuć się tak, jakby absolutnie wszystko zawdzięczał sam sobie. Nie toleruję tego, że YouTuber, który miał być pięknie różny od „plastykowego” celebryty telewizyjnego; miał być prawdziwy, miał być „bliski”, naturalny – raptem ze środka mojego osobistego laptopa zaczyna mówić do mnie ową obrzydliwą korpomową i próżną nowomową kołczersko-marketingową, której pełno i od groma w zbyt wielu szczelinach życia, aby jeszcze w Internecie miała ona stać się „normalną” codziennością!

I stąd moje pytanie: dokąd internety zmierzają? Czy naprawdę chcemy, aby obrały ten sam kierunek – a jest to kierunek obmierzły, brzydki i wydmuszkowy – jakim podążyły wszelkie wcześniejsze, a dziś umierające, mass media?

Mam nadzieję, że ta porażka Gonciarza, jaką stanowi brzydka, niegodziwa, bełkotliwa prezentacja marki Naeba, nie przypieczętuje wrednej radości cyników, którzy uważają, że kariera na YouTubie z natury rzeczy musi być nietrwała jak bańka mydlana. Moim zdaniem wcale nie musi tak być, nie tylko w przypadku Gonciarza. To po prostu dobry, wręcz idealny moment, żeby się zatrzymać – nie na kilka dni, nie dla oczywistego odpoczynku, lecz na nieco dłużej. Miejsce, do którego prędzej czy później dociera każdy z nas, a które jest porcją spełnienia naszych osobistych marzeń czy aspiracji, rzadko kiedy utożsamia wyłącznie nasz indywidualny, suwerenny wysiłek. Ci, którzy osiągają coś na tym świecie, to ci szaleńcy, którzy nie odnajdując w swoim otoczeniu sprzyjających warunków – sami je tworzą. Ale też ci, którzy głęboko cenią oklaski, jakie otrzymali po drodze.

Jeśli zrobiłeś brzydko i przewróciłeś się wskutek tego – wstań i ładnie przeproś. I powiedz głośno: pomyliłem się – dziękuję, że zwróciliście mi uwagę na mój błąd. Nie wiem, jakie obyczaje panują w Japonii – wiem, że w Polsce nie lubi się ukrytych intencji i popłuczyn w zastępstwie głębokich treści. No i jako użytkownicy Internetu nie pozwalajmy na to, by ktokolwiek zwracał się do nas jak do „zasobów ludzkich” czy „kapitału ludzkiego”.

jak-zmieniaja-sie-internety-youtube-na-przykladzie-gonciarza-2

Odsłona piąta – Szczera, ale marna rehabilitacja Gonciarza

Artykuł ten – do poprzedniego akapitu włącznie – napisałam wczoraj, czyli 11 grudnia 2016. 12 grudnia 2016 – dosłownie na godzinę przed tym, gdy zasiadłam do dopisania wniosków finalnych – Krzysztof Gonciarz opublikował na swoim kanale filmik przeprosinowy (tytułu nie podaję, bo składa się z wulgaryzmu). Jako autorce niniejszego artykułu wypada mi podkreślić, że – jako widz – doceniam sam gest przeprosin ze strony vlogera. Teraz pozostaje mi znów bacznie się Gonciarzowi przyglądać – obserwować, czy jego filmy będą rozwijały się w kierunku klasy i ambitnych daily vlogów, czy jednak popularność ponownie przesłoni vlogerowi zdrowy rozsądek, a koszulka dalej będzie promowana jako synonim „światopoglądu”… Mam gorącą nadzieję, że prawdziwym okaże się pierwszy z tych dwóch wymienionych wariantów.

Muszę niemniej powiedzieć, że parę rzeczy w owych przeprosinach Gonciarza bardzo mi się nie spodobało. Mianowicie to, że Gonciarz z fali krytyki, która na niego – słusznie – wcześniej spłynęła wyłuskał przede wszystkim zarzut dotyczący ceny koszulki. Tymczasem nie był to główny zarzut wyrażony przez rozczarowanych internautów! Po drugie zaś, Gonciarz w swym filmie przeprosinowym wypowiedział zdanie w rodzaju, że przecież wielu ludzi od początku czekało, kiedy powinie mu się noga, no i proszę – ludzie ci nareszcie otrzymali to, na czym najbardziej im zależało: pierwszą porażkę Gonciarza. Bardzo mi się ta wypowiedź nie spodobała – jako od paru lat fan vlogów Gonciarza, poczułam się niesympatycznie dotknięta. Było wręcz przeciwnie: przez szmat czasu wiernie Gonciarzowi kibicowałam. Teraz jest mi zwyczajnie smutno, że inteligentny, zdolny chłopak, który miał być ambitną, pierwszą twarzą polskiego YouTube’a, nagle wmanewrowuje sam siebie w pusty „światopogląd koszulkowy”, a potem jeszcze uparcie broni tego produktu, jak gdyby był on wybitnym patentem naukowym… I co dalej – co potem? Zweryfikuje czas.

Justyna Karolak

 

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Osobiście uważam, że Gonciarz zbyt wiele srok za ogony złapał. Wiadomo – krowę doi się jak jest mleko. Ale nadmierne dojenie to tylko zapalenie wymion (widać, że ze wsi jestem). I z „lasem samobójców” też się zgodzę – czekałam na efekt „WOW!”, był efekt „ok”. Czekam teraz na nową serię, bo szczerze mówiąc – w internetach teraz przeważają tylko głupawe skecze, pranki i nastoletni gamerzy, których ogląda mój syn. Dla mnie zostaje Gadowski, Kolonko czy właśnie Gonciarz. Trochę mało.

    • Dzięki Ci za Twój komentarz – wynika z niego, że zasadniczo się zgadzamy… Ja z dużą przyjemnością oglądam Gadowskiego, dla bardzo żywiołowej dynamiki i specyficznej narracji – Kolonkę, a Gonciarz był dla mnie (odnoszę się tu do daily vlogów) bardzo sympatyczną odskocznią od znaczących trosk tego świata: miło było oglądać jego daily vlogi kręcone w Japonii, poznawać inny świat – od swoiście miękkiej, codziennej strony. Czy Gonciarz rzeczywiście, jak piszesz, próbował schywatać za wiele srok za ogon? Chyba coś w tym jest… Pozdrawiam 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *