Kamień felietoniczny – w kolejce po cud kapitalizmu

 

Edward Dwurnik

Edward Dwurnik

Pamiętam, jak niekiedy budzono mnie wcześnie rano, i posyłano. Nie do przedszkola. Tłumaczono mi, że ja do przedszkola chodzić nie muszę, bo dom, w którym się wychowywałam, miał za „majordomusa” – babunię. Ona to z dziarską miną, i nie mniej dziarską sprawnością ruchową wykraczającą daleko poza normę swego szacownego wieku, opiekowała się całym domem. I mną – nie musiałam chodzić do przedszkola…

Toteż niekiedy budzono mnie wcześnie rano, bym towarzyszyła babuni w zakupach. Za każdym razem było to dla mnie niepojętą praktyką. Dziwną oraz twardo szlifującą mój charakter.

Najpierw babunia nerwowo krążyła po domu, szukając kartek. Martwiło mnie jej podenerwowanie. Chcąc ratować sytuację, podsuwałam babuni pod nos różne karteczki ze swoich zeszycików, w których rysowałam. Ale babunia odtrącała je jednym gestem, fukając: – Nie, przecież mówię, że kartek szukam!

Przecież właśnie podsunęłam jej kartki! Czego więc naprawdę moja babunia histerycznie, o szarym świcie, poszukiwała? Nie mogłam tego pojąć.

Po pewnej chwili się okazywało – tak było za każdym razem – że naprawdę poszukiwała kartek. Naprawdę nie mogłam pojąć, po co. Ani dlaczego.

Były to bowiem zwykłe, bardzo zwykłe kartki. Małe poręczne kartoniki, trochę jak wyrwane ze starego notesu, trochę jak kawałki różowej tektury. Widniały na nich wprawdzie drobne znaczki, ale nie sprawiały wrażenia magicznego. Zwykłe znaczki na zwykłej kartce, która nie przypominała ni pieniążka, ni książeczki – niczego niezwykłego. Tymczasem babunia traktowała je z trwogą i namaszczeniem.

Następnie ubierano mnie w rajtuzy, kombinezony i skafandry, po czym szłam z babunią za rękę do sklepu. Przed sklepem babunia ustawiała mnie w długiej, groźnej, zbitej kolejce, zaś sama na „moment” znikała. Ta ludzka kolejka była przerażająca:

szara, ponura, spowita równie szarym i ponurym świtem. Więdli w niej zmęczeni ludzie, chociaż dopiero było rano. Ta kolejka była powolna, żałosna i pełna napięcia. Stojąc w tej kolejce, po raz pierwszy w życiu doświadczyłam stanu dwoistości, a nawet schizmy: twarze ludzi w kolejce wyrażały naraz i walkę, i marazm, zakrawający wręcz na katatonię. Przesuwali się do przodu z prędkością leniwca, a zarazem poszturchiwali się krewko, jakby nie mogąc doczekać się cudu. Jeżeli tym cudem miały być chleb, kiełbasa i mleko w szklanej butelce, z którymi wszyscyśmy w końcu ze sklepu wychodzili jak z tarczą, to może w sumie nie powinnam być zdziwiona. A jednak – byłam.

Bo byłam dzieckiem…

Edward Dwurnik

Edward Dwurnik

Nie rozumiałam, czemu babunia zostawiała mnie samą w tej kolejce. Ależ ona w tym czasie stała w innej kolejce, cudownie analogicznej – jak dowiedziałam się po kilku latach, kiedy nieco podrosłam.

Nie rozumiałam, czemu trzeba tak stać, zanim zapłaci się za to, na co się posiada pieniądze, a co potrzebne do życia.

Nie rozumiałam wielu rzeczy, bo byłam mała.

Mój starszy o siedem lat brat wytłumaczył mi, że to, co się dzieje dookoła, wiąże się bezpośrednio z tym, że w 81. w jedną niedzielę zgasł „Teleranek”. Zdziwiłam się na tę nowinę, dalej nic nie rozumiejąc: dlaczego jednorazowe przepadnięcie telewizyjnego programu dla dzieci miałoby poskutkować owymi kolejkami, w których bez przerwy tkwili dorośli?…

Owe kolejki zdawały mi się czystą abstrakcją. Ich sens rysował się dojmująco nielogicznie. Miało się wrażenie, że ludzie chcą w nich stać, i jednocześnie nie chcą w nich stać. Dla mej małej dziecięcej głowy, ta dwoistość była nie do pojęcia. Ludzie chcieli, i jednocześnie nie chcieli. Ludziom zależało, i jednocześnie wcale nie. Ludzie mieli nadzieję, i jednocześnie gardzili nadzieją. Ludzie chcieli dużo, mieli mało, ale chcieli dużo, chociaż wokół niezmiennie mało było. Starsi ode mnie mawiali: nic nie było. Trzeba się było starać, walczyć, ale nic nie było. Jak przez mgłę pamiętam, jak opowiadali o tym, że nic nie mają i na nic się nie zapowiada, w czasie uroczych wakacji pod gruszą.

Pamiętam wyraźnie smak tego mleka z butelki. Piłam je na surowo, z gwinta, prosto z lodówki, kiedy dorośli nie widzieli. Bardzo podobało mnie się to mleko, jego wygląd oraz to, jak smakuje. W moim domu rodzinnym się bez przerwy na nie narzekało. Nie pamiętam, dlaczego. Pewnie dorośli mieli swoje powody. Przypuszczam, że tak. Nachodziło mnie nieodparte podskórne wrażenie, że kiedy dorośli złorzeczą na mleko, w istocie złorzeczą na coś zupełnie innego, co tylko kryje się w mleku. Poszukiwałam tego ukrytego złego czegoś, upijając mleko chyłkiem, ale nigdy tego nie znalazłam, mleko było zwyczajnie smaczne. Musiałam więc przyjąć, że będąc dzieckiem, niewiele rozumiem ze świata dorosłych, praktycznie – nic, i tyle.

Może powinnam rozumieć więcej – cokolwiek?

Raczej byłam nieco tępa, na pewno niezbyt lotna…

Dlatego ostatecznie zapisano mnie do przedszkola. Babunia wciąż była w formie, lecz rodzice uznali, że przyda mi się odrobina ogłady towarzyskiej, przygotowania do życia w społeczeństwie, bo może jakiej lotności nabiorę.

Edward Dwurnik

Edward Dwurnik

Kiedy ukończyłam przedszkole, odbyło się wielkie święto. Wszyscy wiwatowali. Ale nie z powodu mego osobistego sukcesu: przypadkowo mój dyplom przedszkolny zbiegł się w czasie z czymś dużym, znaczącym, czego w dalszym ciągu ani trochę nie rozumiałam.

Wszyscy wtedy mówili, że odtąd będzie zupełnie inaczej!

Że kiedy dorosnę, będę mogła podróżować, gdzie zechcę oraz zostać, kim zamarzę.

Że nareszcie upadł świat kolejek.

Że nareszcie będziemy mieli wszystko.

Że nareszcie na półkach sklepowych będzie wybór.

Że wygraliśmy.

Mówili, że nastała nowa era. Trochę dla nich, moich rodziców, nawet jeszcze trochę dla babuni, która pamiętała wojnę i wciąż była w formie, ale przede wszystkim dla mnie – dla mojego pokolenia. Dla dzieci urodzonych w latach 80. A potem – dla ich dzieci; dla moich…

Wszyscy tak mówili – nikt nie miał racji!

Mimo że na sklepowych półkach faktycznie pojawiło się wszystko, ze słynnymi niemieckimi proszkami do prania na czele, po owo wszystko – ludzie dalej stali w kolejkach, dalej poszturchując się krewko. Mimo że ludzie nie korzystali już z kartek, na ich obliczach nieszczególnie malowało się szczęście.

To było w latach 90., kiedy nikt już nie wyjeżdżał na wakacje pod gruszą, więc nie wyjeżdżał na wakacje w ogóle – wcale i nigdzie. Sklepy stały się barwniejsze, fakt, ale wielu nie było stać na kupowanie tych przepastnych kolorów prosto z Zachodu. W tym czasie po raz pierwszy doświadczyłam paradoksu: kiedyś nic nie było, ale ludzie coś jednak mieli; teraz było wszystko, ale nikt prawie nic nie miał. Byłam zdziwiona!

Potem znów podrosłam, przeskoczyłam gładko z wieku XX do XXI, w międzyczasie nauczyłam się kilku nowych słów, takich jak „demokracja”, „kapitalizm”, „wolność” i „wolny rynek”, i dotarło do mnie, wcale nie bezboleśnie, że w dalszym ciągu – nic nie rozumiem!

Potem skończyłam lat trzydzieści, i okazało się, że wciąż kroczę przez świat – chronicznie, dziecięco zdziwiona!

Przecież obiecano mi kiedyś, że gdy dorosnę, będę mogła żyć, jak zechcę, podróżować i spełniać marzenia. Obiecano mi kapitalistyczny dobrobyt. Obiecano mi standard życia – stabilizację egzystencjalną, różne ścieżki rozwoju. I wybór. Mówili, że będę miała wybór. I że moje dzieci będą żyły szczęśliwie w demokratycznym zdrowym kraju bez kolejek.

w kolejce po cud kapitalizmu 3

Edward Dwurnik

Już XXI wiek, ja wciąż dzieci nie mam, bo nie stać mnie na dzieci, ani na podróże, ani na „zachodnie” towary, co zalegają na sklepowych witrynach i półkach. Nie pamiętam nawet, co to – wakacje. Bez przerwy pracuję – a nie zarabiam. Nadal żyję – z dziarskością odziedziczoną najwyraźniej po babuni, co pamiętała wojnę – w świecie kolejek, dwoistości i paradoksów. Nie mam czego wybierać, ani kogo – jak mogę ufać eleganckim panom w kosztownych krawatach, skoro dawne pokolenie podobnych panów obiecało mi dostęp do kapitalistycznych cudów, i złamało dane słowo?

Czy czuję się oszukana? Spytacie zapewne.

Odpowiem: ależ nie! Czuję się jedynie skromnym – niezbyt lotnym – świadkiem znaczących i niezwykle specyficznych przemian, politycznych i społecznych, których korzenie sięgają lat 80., a które do dnia dzisiejszego nie puściły ni jednego zielonego liścia.

Niezwykłe to przemiany, których specyfika polega na staniu w jednym – martwym – punkcie. Cóż za paradoks, gdy wszystko się zmienia – nie zmieniając się ani w calu! Dziwię się, i przestać nie mogę!

Jestem świadkiem przemian zapowiedzianych, uruchomionych, i jednocześnie niebyłych. Przyglądam się światu oczami głodnego dziecka, światu w dalszym ciągu złożonemu z kolejek.

Oto wylęgają bowiem jak grzyby po pysznym deszczu – galerie handlowe. Na wielkie uroczyste otwarcie takowej galerii przybywają wygłodniałe i zdziczałe tłumy, cisnąc się w krewkiej kolejce, która przywodzi mi na myśl dziwne smaki dzieciństwa. Przyglądam się współczesnemu światu z ciekawością, ze zdumieniem – temu światu kolejek, który nigdy nie przepadł.

We współczesnej kolejce po nowe i jednocześnie stare (ach, jakiż piękny paradoks!) cuda kapitalizmu cisną się tłocznie całe masy ludzkie, cisną się różne pokolenia. Wśród nich – jeszcze pokolenie mej babuni. Dziś – pokolenie już mocno zużyte. A jednak kolejka reanimuje wszystkich starców niczym zastrzyk ratujący życie. Emeryci o kulach ścigają się na ruchomych schodach w demokratycznym biegu po promocję. Dziś, w dniu otwarcia hipermarketu, obiecano ludziom darmowe hamburgery. Tak, hamburgery! Tak, ikonę kapitalistycznego cudu, nie tylko zachodniego, ale i amerykańskiego! Cały świat naprawdę stanął przed nami potworem! Przepraszam: otworem!

Nie do wiary, co się wyprawia w tej kolejce – dziwię się najszczerzej, jak umiem…

Babcie i dziadkowie ożywają w tej masowej histerii, w wojnie o hamburgera. Podejrzewam, iż dlatego, że ożywają w nich wspomnienia o prawdziwej wojnie. I prawdziwej walce o cud kapitalizmu. Oto bez wahania porzucają kule i laski, włączają trzeci tajny bieg, i biegną po hamburgera.

Pokolenie moich rodziców – w tej samej kolejce – próbuje okiełznać swe rozgorączkowane emocje i zachować pozór godności. Tłoczą się, przepychają po hamburgera z wdziękiem, wprawnie udając, że wcale im nie zależy.

Edward Dwurnik

Edward Dwurnik

Moje pokolenie – w tej samej kolejce – dobywa z kieszeni tanich dresów nowoczesne smartfony i filmuje z lubością walkę o cud kapitalizmu, toczoną na żywo przez dwa pokolenia naraz, przez pokolenie dziadków i przez pokolenie rodziców.

Oto po zagładzie „Baltony” – nastał cud „Sukcesji”. Oto, miast oranżady w proszku, nastała nowa era. Era hamburgera i coli. I era mutanta – kapitalizmu widzianego jedynie w krzywym zwierciadle. Era demokracji zamkniętej w beczce śmiechu.

Oto w miejscu społeczeństwa zjednoczonego – zsolidaryzowanego – myślą o nowym, lepszym, sprawiedliwym świecie, zaistniało społeczeństwo zmutowane, takaż mnie refleksja nachodzi.

Zmutowane, bo w świecie, w którym eleganccy panowie w kosztownych krawatach składają te same, najsłodsze obietnice, w którym cuda kapitalizmu wylewają się wszelkimi szczelinami, a zarazem pozostają cudownie niedostępne, nie ma przestrzeni dla zwykłego człowieka, który miałby siłę wierzyć w dobre jutro.

Myślę, że jutro zgubiło do nas drogę. Myślę, że to nie szkodzi. W końcu niby czego człowiek potrzebuje do życia – do szczęścia? Czego, prócz tych paru kapitalistycznych cudów?

Nie, nie czuję się oszukana. I myślę, że nic nie szkodzi. Bo w świecie hamburgera popitego puszką coli, szczęściem dla mutanta – może nowy być batonik.

Zatem ja też stanęłam w tej kolejce po darmowego hamburgera – po szczęście. Takie małe szczęście w sam raz dla mutanta, najszczerszy cud kapitalizmu, który mi się przecież należy, bo ktoś mi go poprzysiągł, obiecał. I zjadłam sobie. I wiecie, co? I wcale mi nie posmakował! Dużo bardziej smakowało mi tamto mleko w szklanej butelce. To samo, na które dorośli narzekali, jak gdyby kryło się w nim coś złego.

Dziś ja narzekam – na cud kapitalizmu. Na hamburgera. Ale naprawdę przecież wcale nie narzekam na jego smak. Narzekam na to, co w środku, głęboko ukryte przed wzrokiem niezbyt lotnego mutanta. Na to coś złego, czego nie widać, a o czym my, dorośli, dobrze wiemy, że jest.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Jeden komentarz

  1. Zanurzeni w smutnej teraźniejszości wyczekujemy jeszcze lepszych czasów – mamy na to ładunek sił, mam w sobie energię. Jak długo jeszcze…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *