Kamień filozoficzny – między bogiem a fikcją

 Kamień filozoficzny między bogiem a fikcją

Czym jest bóg? Nie istnieje odpowiedź na to pytanie i jednocześnie istnieje nieskończenie wiele propozycji odpowiedzi na to pytanie. Przy czym żadna z nich nie jest kompleksowa, ponieważ nikt nie widział boga – nikt boga nie spotkał, nie doznał i nie doświadczył.

Każdy człowiek w kontekście rozważań o bogu wybiera właściwy dla się punkt widzenia: wierzę, nie wierzę, ta hipoteza jest mi obojętna, wierzę albo nie wierzę – nie mam zamiaru o tym decydować… Czasem człowiek potrafi wybrać nie pojedynczy punkt, a rozległy horyzont zdarzeń. Jednak nawet potencjał intelektualny – czy jeśli kto woli: duchowy – umożliwiający danej jednostce ludzkiej dostrzeżenie dwu, kilku albo i wielu horyzontów, nie może zapewnić mu zrozumienia całości zagadnienia, ani nawet obiecać możliwości takiego zrozumienia. Bo owa całość, to absolut. Tymczasem nikt nie spotkał – nie widział absolutu. Nikt nie stanął przed „obliczem boga”, więc nie posiada możliwości jego opisania, z uwagi choćby na naturalne ograniczenie ludzkiej skali poznawczej. Możemy podejmować próby opisu jedynie wyobrażeń o bogu, o absolucie będącym wyrazem poszukiwania jedynej prawdy słusznej, ale próby opisu istoty zjawiska określanego mianem „bóg” skazane są na porażki.

Kiedy człowiek z iskrami w oczach mówi: „Ja wiem, że bóg – jest”, jego wiara stała się dla niego miażdżącym światłem w szarym tunelu codzienności. Światło to osiągnęło rozmiar miażdżący psychikę (rozum i emocjonalność) tego człowieka, ponieważ urosło ono w jego subiektywnej percepcji na tak jasne, silne i jednoznaczne, iż nie pozwala już zauważać mu ani skrawka cienia. To gigantyczne światło przestaje być toteż światłem – staje się entuzjastycznym zaślepieniem, czyli ciemnością, czyli zwykłym fanatyzmem. Każdy, kto wybrał, iż będzie wierzył, a po przebrnięciu przez pewien odcinek swej wiary, zaczyna głosić, że wie, iż bóg na pewno istnieje – pozostaje głupcem: osobą intelektualnie niepełnosprawną, pod względem moralnym – podejrzaną, a pod względem emocjonalnym – ekspansywną, agresywną. Bądź też pozostaje osobą chorą psychicznie.

Jak powiedział antropolog Scott Atran: „Bóg w oderwaniu od myśli ludzkich – nie istnieje”. Zdrowa wiara to ta, która nie gwarantuje człowiekowi niczego więcej poza nadzieją. Jednocześnie zdrowa wiara nie uwalnia człowieka od żywienia wątpliwości. Każdy, kto wybrał, iż wierzy, powinien pamiętać, że ten bóg, w którego ufa, nie istnieje poza sferą jego własnych, osobniczych myśli. A myśli człowieka, to delikatna, podatna, żywiołowa tkanka – zależnie od kaprysu albo okoliczności zewnętrznych myśli człowieka mogą być pełniejsze o nadzieję, innego dnia mogą być pełniejsze o zwątpienia. Jeśli wrastamy w wybrany przez siebie światopogląd na tyle głęboko i ściśle, że przestajemy balansować między poczuciem spokoju (nadzieją) a poczuciem niepewności czy zagrożenia (zwątpieniem), oznacza to, iż oddaliliśmy się od normalnej natury człowieczej. A zatem jeżeli uparcie powtarzamy jedno, a nie dopuszczamy do świadomości istnienia drugiego, to czy wynaturzamy swoje człowieczeństwo?…

Osiągnięcie stanu idealnej harmonii w świecie doczesnym – jedynym, jaki choć po części znamy i o którym wolno nam powiedzieć, że istnieje – jest z gruntu albo fałszywe, albo chore. W każdym razie nie jest ono wykonalne, realne; nie ma ludzi idealnie szczęśliwych, ani idealnie nieszczęśliwych, jedna i druga skrajność nieosiągalna jest za życia. Dlatego każdy, kto twierdzi, że osiągnął doskonały spokój wewnętrzny, a więc pełną nadzieję i niepodważalną harmonię – jest martwy albo chory, albo kłamcą. Każdy, kto twierdzi, że wie, że bóg na pewno istnieje, jest martwy, chory albo kłamie.

Wydawać by się mogło oczywiste, że wiara nie jest wiedzą, i odwrotnie. W rzeczywistości ludzkiej nie ma jednakże nieomal nic pewnego, tak więc często bywa, że wiara przybiera pozór wiedzy i usiłuje mówić jej językiem. I w drugą stronę, analogicznie: wiedza nierzadko przybiera pozór wiary i usiłuje mówić jej językiem. Te przepoczwarzenia dwóch odrębnych z założenia pojęć są tylko wąską pseudo ewolucją jednostek ludzkich, jakie osiągnęły poziom zaangażowania we własne wyobrażenia na tyle wysoki, iż uniemożliwia im on dostrzeganie granic: tak ograniczeń prywatnej fantazji, jak ograniczeń świata ogólnego, fizycznego. Twierdzenie „wiem, że bóg na pewno jest”, tak samo jak „wierzę, że boga na pewno nie ma”, to wyłącznie oksymoron wygenerowany w wyniku prywatnych poszukiwań i wycelowany jak ostrze miecza w każdego, kto twierdzenia tego nie podziela. A nie podziela dlatego, że jest odrębny – oddziela go od twierdzącego wyraźna granica. Ludzie oddani w stu procentach głoszonym przez siebie twierdzeniom nie widzą tej granicy – żadnych granic. Oni nauczyli się „przenikać przez ściany” – oni już nie tłuką łbem o mur, bo skutecznie poznali wszystkie odpowiedzi. W ich percepcji świat stał się bezbrzeżny, ale jednakowy, łatwy do pojęcia, czysty i absolutnie harmonijny, „święcie zrównoważony”. Dla nich poznać wszystkie odpowiedzi, to de facto z oceanu niepojętości wyłowić jedną propozycję odpowiedzi i nazwać tę zaledwie propozycję – doskonałą, nieskończoną całością.

Istotą wiary jest nadzieja, a nie wiedza na temat boga, bo taka wiedza niemożliwa jest do zdobycia – takiej wiedzy nie ma. Istotą wiedzy (nauki) jest badać, poznawać i nazywać – różne składniki rzeczywistości czy praw, sił, które tą rzeczywistością zawiadują. Istotą wiedzy nie jest dążenie do zanegowania takiego składnika rzeczywistości, który jest doskonale niedostępny – nieuchwytny, niedostrzegalny, niekomunikowalny, niemożliwy do określenia w najsubtelniejszym choćby stopniu, nierealny do granic absurdu. Nierealny, bo nie sposób powiedzieć o nim nic wymiernego…

Weź do ręki przypadkowy kamień, zważ go w dłoni – a potem wytłumacz innym dokładnie, jaką ten kamień posiada masę, jaki ma kolor i fakturę, jaką temperaturę… Dlaczego ktoś miałby Ci uwierzyć?… Nikt nie musi Ci wierzyć: może wziąć kamień z Twojej ręki i umieścić go na wadze; może go osobiście dotknąć i zweryfikować jego istnienie. Ale nawet po dokonaniu takiej weryfikacji – trzeba brać pod uwagę pewien margines błędu, gdyż ten sam kamień wskutek przekazania z dłoni do dłoni: zmienił się, stał się inny. Pomiar będzie dokładniejszy, jeśli wyeliminujemy z badania naturalne różnice w percepcjach badających – gdy stworzymy dogodne warunki laboratoryjne wykluczające różne marginesy błędu, czyli jeśli zadbamy o takie okoliczności, w których nasz kamień będzie nieruchomy, wyodrębniony, zawieszony w czasie… Wtedy w rezultacie – czegokolwiek o cechach pojedynczego, skończonego kamienia jesteśmy w mocy się dowiedzieć.

Mój ojciec nie żyje; bardzo go kochałam. A teraz udowodnię, że go kochałam. Jak? Nie mogę udowodnić istnienia mojej miłości, bo adresat tej miłości jest nieuchwytny. Jedyny podmiot badawczy dla wszystkich z nas pozostaje doskonale nieosiągalny. Dla wszystkich – dla mnie również. Moja dzisiejsza miłość do ojca jest tylko echem minionego uczucia – pamięcią o relacji, która się odbyła. Nie jest faktem. Jest jedynie moją osobistą wiarą w zjawisko, moim domniemaniem. Którego to zjawiska nic nie może zarówno potwierdzić, jak i zanegować. Nie istnieje najmniejszy dowód na moje twierdzenie o miłości. Ale czy miłość potrzebuje dowodu? Nie: potrzebuje jedynie wyboru, decyzji. Z dziejącej się chwili, która posiada początek i koniec, wybieram zaufać, że moja miłość jest prawdą – kiedy w spojrzeniu taty doświadczam akceptacji mojej miłości i jej odwzajemnienia, wówczas dla nas obojga ta miłość jest prawdą, stanowi fakt. Po przekroczeniu punktu granicznego tej chwili (śmierć taty), ta miłość odcina się od realnego strumienia życia i przeobraża do formy niezbadanej dla nikogo tajemnicy – zanika w zakamarkach moich wyobrażeń i wierzeń, i już nie znajduje poparcia w rzeczywistości.

Możemy badać wyłącznie te składniki rzeczywistości, które zachowują się w ciągłości czasu, lub których dawne istnienie pozostawiło w dalszej rzeczywistości „żywe” ślady, mogące podlec pod weryfikację. Natomiast wszystkie składniki wykraczające poza tę strefę, są wiarą w rzeczywistość czy jej domniemaniem.

Kiedy wierzę, to znaczy, że mówię, iż mam nadzieję.

Kiedy myślę o danym zjawisku w konkretny sposób, wtedy snuję domniemania na jego temat – wyobrażam sobie prawdę o nim, która będzie okrojona z uwagi na naturalnie mnie obudowujące granice.

A kiedy mówię, że wiem, to znaczy, że jestem w stanie w nieskończoność przekazywać z rąk do rąk jeden i ten sam, nieśmiertelny, niewzruszony, nietknięty a poznany kamień…

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

3 komentarze

  1. Wszystko to prawda, co napisałaś, ale żyjący może wiedzieć coś o umieraniu, ale nic o śmierci, wierzący może coś wiedzieć o Absolucie, ale nigdy o Bogu – a ateista, cóż, on zawsze będzie śmieszny wypowiadając się na podobne tematy.

  2. Żyjący może wiedzieć coś o umieraniu, ale nic o śmierci, wierzący może coś wiedzieć o Absolucie, ale nigdy o Bogu – a ateista, cóż, on zawsze będzie śmieszny wypowiadając się na podobne tematy.

    • Nie mogę zgodzić się z tym, iż ateista będzie śmieszny, wypowiadając się na temat życia, umierania i śmierci. To bardzo surowy osąd z Twojej strony, Drogi Zibikendo, a wręcz osąd „z czapy”, rzekłabym kolokwialnie, acz delikatnie.

      Ateista to człowiek, który odrzuca istnienie Boga jako tę hipotezę, która nie jest mu do niczego potrzebna. Ale dlaczego uważasz, że nie rozmyśla on o śmierci na przykład? Przecież dla niego śmierć – tak samo jak dla wszystkich istnień ludzkich, bez względu na przyjęte poglądy i światopoglądy – także stanowi punkt, hmm… graniczny? Ostateczny? Bezwględny? Tajemniczy? Niezgłębiony?…

      Podstawowy problem w deprecjonowaniu ateistów przez osoby wierzące – w, powiedzmy, siłę sprawczą, Absolut etc. – polega chyba na tym, że wierzący oceniają, iż skoro dany człowiek odrzucił istnienie Boga, będzie on człowiekiem niemoralnym, niepewnym, chwiejnym itp. Tymczasem wcale tak nie jest, do licha! Bywa nawet jeszcze lepiej: ateiści często zachowują się dużo bardziej moralnie od ludzi wierzących, ponieważ biorą oni pod uwagę, że ta przygoda i niezwykła podróż, której właśnie doświadczają (życie), może być jednorazowa, zamknięta. Może nie być tzw. drugiej strony – lustra, rzeczywistości naszej. Może nie istnieć absolutnie miłosierne wybaczenie – może nic nie istnieć. A skoro tak, naprawdę warto wykorzystać tę jedną jedyną szansę, by próbować być jak najlepszym, godnym, kochającym i sprawiedliwym człowiekiem. Przeciwnie osoby wierzące – skoro tak wiele może zostać nam wybaczone, po co się starać? Po co się starać – już teraz?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *