Kobieta też człowiek – o feminizacji nazw zawodów

Kobieta też człowiek

Szanowni czytelnicy, tytuł niniejszego artykułu właściwie winien brzmieć: Człowiek to też kobieta, aby skutecznie nawiązać do jednego z przejawów maskulinizacji języka (będącej pochodną patriarchalizmu i androcentryzmu naszej kultury i obyczajowości – przyp.: I.Ł.-B.), jakim jest zastępowanie nazwy „człowiek” synonimem „mężczyzna”.

W Tosterze Pandory ukazał się niedawno artykuł O obyczajach i słowach – feminizacja nazw zawodów (link do artykułu pod niniejszym artykułem – przyp.: red.). Żywo zainteresowana poruszonymi w nim zagadnieniami, nie omieszkałam podzielić się swoimi przemyśleniami z jego autorką Justyną Karolak, co spotkało się z jej życzliwym przyjęciem i przerodziło w krótką wymianę zdań. Owocem tej dyskusji jest niniejszy tekst, będący poniekąd kontynuacją zawartych w artykule pt.: O obyczajach i słowach (…) myśli, ale przenoszący nieco ich punkt ciężkości, kierujący je na inny tor. Bynajmniej nie jest moim zamiarem wszczynanie przy tej okazji potyczki słownej ani forsowanie moich racji, choć od polemiki całkiem uciec nie zdołam ani nie zamierzam. Być może rzeczowa argumentacja – bo przede wszystkim taką zamierzam się posłużyć – wpuści promyk światła między zasłony utkane z uprzedzeń, nawyków, stereotypów i obaw. Gdyby nie ta zuchwała nadzieja, w ogóle nie zabierałabym głosu w dyskusji. Choć nie mogę wypowiadać się z pozycji językoznawcy czy innego eksperta, mam do tego pełne prawo jako kobieta. I to jest w moim odczuciu najważniejszy, a zarazem wystarczający powód.

Sporowi o żeńskie nazwy zawodów, tytułów i stanowisk daleko do pikanterii i temperatury pyskówek politycznych, ale tak jak w przypadku wielu z nich, tak i tu konsensusu nie widać. Choć wydawałoby się, że linia podziału zostanie wyznaczona przez płeć oponentów, a zatem przetnie równiutko społeczeństwo na domagające się modyfikacji istniejącego nazewnictwa kobiety i będących przeciw takim zmianom mężczyzn – tak się nie stało. Sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, co po raz kolejny dowodzi, że duch buntu, oporu i walki wciąż w narodzie miewa się dobrze. Polacy podzielili się na dwa obozy: postępowy i konserwatywny. Kobiety, reprezentujące całe spektrum postaw: od ortodoksyjnych po umiarkowane, stanęły po przeciwnych stronach barykady. Powołując się na naukę, historię, tradycję, odwołując się do uczuć, zdrowego rozsądku, pragmatyzmu, uzbroiły się w argumenty wszelkiego kalibru: od merytorycznych, obiektywnych po emocjonalne, subiektywne. Gros innych kobiet, o bardziej liberalnych poglądach, zajęło pozycje neutralne. Nie opowiadając się po żadnej ze stron, zachowało umiar i gotowość do kompromisów. Językoznawcy tymczasem przyczaili się na bezpiecznych stanowiskach obserwatorów, występując co prawda niekiedy w roli arbitrów, rozjemców czy doradców, najczęściej  jednak rozkładając bezradnie ręce i śledząc cierpliwie rozwój wypadków.

Na podstawie takiego przerysowanego, karykaturalnego obrazu z rzekomego frontu walk można by odnieść wrażenie, że nasz kraj jak długi i szeroki ogarnęły powszechna mobilizacja i masowy zryw, których celem jest obrona dotychczasowych tradycji językowych lub ich totalna dewastacja. Tymczasem cała ta pozornie ogólnopolska batalia to nic innego jak dyskurs toczący się z dala od codziennego zgiełku, w murach uczelni i instytutów oraz w niektórych kręgach i środowiskach, co jakiś czas odbijający się szerokim echem w mediach i rozpalający umysły zainteresowanych nim publicystów i części opinii publicznej. To także śmiała, acz ryzykowna próba niektórych osób lub grup wychodzenia poza utarte schematy, przełamywania tabu, oswajania z nowymi obyczajami, uczulania na zachodzące przemiany społeczne. Jeśli jednak przekaz ów w ogóle dociera, w takiej czy innej formie, do przeciętnego Kowalskiego, to jest z pewnością według niego wydumany, bzdurny i zwyczajnie mu obojętny.

W zbiorowej wyobraźni pokutuje przekonanie, że całemu zamieszaniu winne są feministki. I nic w tym dziwnego, skoro pierwszym skojarzeniem, czysto językowym, nasuwającym się w związku z feminizacją nazw zawodów jest feminizm. To jednak nie przynależność do tego ruchu czy choćby identyfikowanie się, ba, sympatyzowanie z nim, jest jedynym czynnikiem determinującym preferencje językowe. O ewolucji języka, o jej podążaniu w ślad za przeobrażeniami cywilizacyjnymi, społecznym i kulturowymi oraz o tym, jak postrzeganie i doświadczanie świata i rzeczywistości przekłada się na słowa, napisano niejedną pracę naukową. Choć kognitywizm tłumaczy w dość zawiły sposób naturę relacji zachodzących między procesem poznania rzeczy i zjawisk a ich werbalizowaniem i opisywaniem, dowodzi, jak wiele warunków składa się na ostateczny kształt tworzonych przez nas konstrukcji językowych. Te z kolei trzymane są w ryzach określonego systemu językowego, przyjętego przez daną zbiorowość i obowiązującego w jej obrębie.

Na co dzień nie zastanawiamy się, dlaczego posługujemy się takimi, a nie innymi określeniami, sformułowaniami, dlaczego chętniej używamy jakichś słów, dlaczego jedne nam pasują, a drugie rażą, śmieszą, brzmią dziwnie, nienaturalnie. Tak samo dzieje się z dokonującym się nieświadomie doborem nazw określających kobiety wykonujące dany zawód, zajmujące jakieś stanowisko, posiadające określony tytuł naukowy. Z pewnością na całą wspomnianą wcześniej wielorakość uwarunkowań językowych nakładają się też inne czynniki, jak: wzorce środowiskowe, moda, konwenanse, tradycje, przyzwyczajenia, upodobania. W rezultacie jedni wolą i uważają za naturalne określenia: kierowniczka, adwokatka, socjolożka, inni – wyłącznie ich męskie prototypy. Okazuje się jednak, że zdecydowanie popularniejsza i lepiej przyswojona przez ogół społeczeństwa jest forma męska. Tradycja jej używania okrzepła i utrwaliła się w nazewnictwie zawodów, stanowisk i tytułów do tego stopnia, że podejmowana od kilku lat próba jej zakwestionowania i zerwania z nią budzi niechęć oraz sprzeciw zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. I tu dochodzimy do meritum: o ile nie dziwi – nietrudne do przewidzenia – nieprzychylne zmianom stanowisko mężczyzn, o tyle brzmiący w podobnym tonie, ale bardziej słyszalny, stanowczy głos sprzeciwu ze strony kobiet zdumiewa, daje do myślenia.

Kobieta też człowiek 1

Z publikowanych na stronach internetowych artykułów, raportów z badań i wpisów na forach, będących swego rodzaju miernikami opinii i nastrojów społecznych, wynika, że większość Polek nie chce rezygnować z dotychczasowych form nazewnictwa. Nawet gdyby artykułom wytknąć tendencyjność, badaniom nieodpowiedni dobór próby a wypowiedziom internautów skrótowość i powierzchowność, pokazują one jednoznacznie panujący wśród kobiet brak przekonania, gotowości i motywacji do zmian. Ma on każdorazowo inne podłoże, będące wypadkową wielu uwarunkowań i zależności natury psychologiczno-socjologicznej oraz kontrowersji i dylematów lingwistycznych. Wzięte pod lupę językoznawców, filologów czy socjologów stanowią bezkresne terytorium badań, dociekań i analiz, pośród których można i warto szukać odpowiedzi na pytanie o przyczynę zaistniałej sytuacji. Najpierw wypadałoby jednak oddać głos najbardziej zainteresowanym jej dalszym rozwojem – kobietom.

Kiedy wypowiadają się na temat feminizacji nazw zawodów na forach internetowych (materiał i cytaty pochodzą z portali: Kobiety Kobietom, Gazeta.pl, mLingua.pl), łatwo pomylić je z mężczyznami. Bynajmniej nie z powodu skrywających ich płeć nicków, lecz za sprawą zbieżności poglądów. Całe towarzystwo zgodnym chórem recytuje brzmiące w podobnym tonie uwagi i opinie, z których jedne rozczarowują miałkością i trywialnością, inne zaskakują głębią i celnością, a jeszcze inne, w rodzaju „widzimisiowych”: „bo tak i już”, „bo ja tak wolę”, „bo mi się to nie podoba” – irytują. Stosunek do żeńskich nazw zawodów przeważnie jest artykułowany w dwojaki sposób: poważny – emocjonalny lub pragmatyczno-rzeczowy – bądź prześmiewczo-karykaturalny. Balansuje między akceptacją, sceptycyzmem i ambiwalencją a niechęcią i wrogością. Zgoda na zmiany językowe rzadko jest całkowita i bezwarunkowa, a brak zastrzeżeń co do niektórych derywatów nie zawsze oznacza wolę ich używania. Za dopuszczalne uznaje się ich stosowanie w mowie potocznej, w luźnych rozmowach, w sytuacjach pozazawodowych, nieoficjalnych. Niechęć i opór (tendencja wyraźnie wiodąca) wobec nowego słownictwa  manifestowane są emocjonalnie, a najczęściej padającymi z ust jego przeciwniczek argumentami są skojarzenia, nawyki, upodobania i względy estetyczne.

Niektóre nazwy zwyczajnie kobietom nie leżą, nie pasują. Kręcą na nie nosem i wybrzydzają, jakby chodziło o nietwarzową sukienkę, źle dobraną fryzurę czy niepasujący makijaż. Nazwy zawodów, tak jak części garderoby i dodatki, mają być atrakcyjne, szykowne i sprawić, by kobieta wyglądała poważnie, profesjonalnie i kompetentnie. Panie traktują je jako atrybuty wysokiego statusu, jako gwarant prestiżu i poważania. Nazwy powinny być też miłe dla ucha i dobrze się kojarzyć, brzmieć swojsko i „normalnie”. Cóż, niewiele z tych oczekiwań spełniają żeńskie derywaty, które brzmią: „śmiesznie”, „groteskowo”, „poufale”, „niezbyt dostojnie”, „dziecinnie”, „obraźliwie”, „pogardliwie”, „lekceważąco”, „pobłażliwie”, „nienormalnie”, „dziwnie”, „dziwacznie”, „nienaturalnie”, „obco”, „dziko”, poza tym: „drażnią”, „irytują”, „źle się kojarzą”, „są nacechowane  politowaniem”, „mają złośliwy, pejoratywny wydźwięk”, „deprecjonują”. Wymaganiom kobiet są w stanie sprostać tylko i wyłącznie męskie formy, gdyż brzmią: „normalnie”, „ładniej”, „jakoś tak po polsku”, przydają: „powagi”, „szacunku”, „splendoru” i „uznania” i w ogóle „są w porządku”.

Przykłady żeńskich derywatów stają się przy różnych okazjach przedmiotem krytyki, niewybrednych żartów i drwin; jednych irytują, śmieszą, innych oburzają. Fora internetowe doskonale sprawdzają się w roli filtrów emocji i inkubatorów nowotworów słownych. Przyciągają osoby, które pod osłoną anonimowości dają upust swoim frustracjom, uprzedzeniom, kompleksom, antypatii. Płeć nie gra roli, głosy kobiet i mężczyzn zdają się często współbrzmieć i świetnie uzupełniać w gierkach i potyczkach słownych deprecjonujących potencjalne nazewnictwo żeńskie. Inwencja twórcza w tej dziedzinie nie zna granic, a jedynym hamulcem ukracającym wycieczki słowne bywa poziom kultury obowiązujący na danym portalu. Tak więc w atmosferze zabawy i kpin sypią się jak z rękawa propozycje żeńskich nazw zawodów, typu: „betoniarka”, „tapicerka”, „kominiarka”, „kierownica”, „poślica”, „muzyczka”, „premiera” czy „tirówka”, których oczywiste konotacje i homonimia mają pozbawić je racji bytu.

Właśnie owe niechlubne skojarzenia i dwuznaczność, odzierające żeńskie nazwy zawodów, a pośrednio też wykonujące je osoby, z powagi i godności, uderzają w czuły punkt kobiet. To ważki, choć nie jedyny, argument przeciwniczek feminizacji nazw. Defekt ten, tkwiący w niektórych derywatach żeńskich, zaliczany do ograniczeń semantycznych, wydaje się poważną przeszkodą w asymilacji obarczonych nim nazw. Podobnych kłopotów nastręczają ograniczenia stylistyczne, które dotyczą wyrazów utworzonych przez dodanie do męskiej podstawy formantu -ka pełniącego w słownictwie polskim funkcję zdrabniającą (deminutywną), nadającą potoczności. Same kobiety jednak nie mogą się zdecydować, które z takowych wyrazów rażą ich uczucia, a które nie. Do zagadnienia podchodzą dość wybiórczo: dają sobie i innym prawo do używania owych rzekomych zdrobnień w odniesieniu do zawodów tzw. typowo kobiecych, a zatem, niestety, mniej szanowanych, gorzej opłacanych i posiadających niższą rangę (sprzątaczka, opiekunka, kelnerka), a oburzają się, gdy słyszą utworzone według tej samej normy żeńskie nazwy zawodów wykonywanych niegdyś wyłącznie przez mężczyzn, a tym samym bardziej prestiżowych, poważanych i zapewniających większe profity (adwokat, prawnik). Zgodziły się też używać żeńskich nazw tytułów i stanowisk (profesorka, dyrektorka) tylko w określonych sytuacjach i tylko w odniesieniu do osób pracujących w podrzędnych firmach i instytucjach, zaś do pań posiadających te same tytuły i zajmujących te same stanowiska w poważniejszych firmach i instytucjach każą się zwracać w formie męskoosobowej (profesor, dyrektor).

Może więc problem wcale nie tkwi w nazwach, tylko w głowach? To w wyobraźni kobiet wszystkie zdrobnienia przybierają kształt potwora, którego demonizują i przed którym próbują się schować. Owe zdrobnienia i dwuznaczności zawarte w żeńskich nazwach, a mające w powszechnym odczuciu pejoratywny wydźwięk, wdrukowują w ich umysły tak samo negatywny, a dodatkowo utrwalony w stereotypach, obraz kobiecości. Porównywanie go z wzorcem męskim, owym niedościgłym w tym odwiecznie patriarchalnym świecie ideałem, okazuje się zwykle dla kobiet niekorzystne. To uruchamia w nich tęsknotę do pierwiastka męskiego oraz potrzebę jego umacniania w sobie i pielęgnowania. Za przekonaniem o szkodliwym – ośmieszającym, ujmującym powagi, deprecjonującym – oddziaływaniu języka i za lękiem przed tymże wpływem stoi zakodowane w podświadomości kobiet poczucie niższości. To być może ono wyzwala w nich niechęć wobec wszelkich treści obnażających i podkreślających ich rzekome wady i niedoskonałości. To prawdopodobnie ono też popycha je do afirmowania i pozytywnego wartościowania wszystkiego, co męskie. Uznanie i akceptacja są tym, czego oczekują od mężczyzn, drwina i ośmieszenie – tym, przed czym uciekają.

Kobieta też człowiek2

Wiele kobiet kwestionujących potrzebę wprowadzania żeńskich nazw zawodów, tytułów i stanowisk uważa, że przyczyni się ono do stworzenia w słownictwie niebezpiecznego podziału podkreślającego płeć, co kłóci się z ideą równouprawnienia. Osoby te równocześnie przekonują, że dotychczasowy model jest rozwiązaniem najlepszym, a powstałe w oparciu o niego nazewnictwo jest uniwersalne, neutralne płciowo. Pomijając kwestię prawdziwości tego twierdzenia w aspekcie lingwistycznym, który jednoznacznie i bezsprzecznie wskazuje na rodzaj męski nazw typu: psycholog, doktor, dyrektor, trudno nie polemizować z tezą, że język jest lub może być nienacechowany płciowo. Otóż polszczyzna jest silnie zmaskulinizowana, co pokazuje, że androcentryzm miewa się w naszej kulturze doskonale. Gdyby się przyjrzeć budowie rzeczowników osobowych, okazałoby się, że większość z nich posiada męską podstawę słowotwórczą, a zatem forma męska jest pierwotną, podstawową, a żeńska – jej pochodną. Dodatkowo istnieje grupa takich wyrazów, które nie mają w ogóle żeńskich odpowiedników, jak: człowiek (mimo ogólnego znaczenia obejmującego obie płcie, w domyśle oznacza mężczyznę i jako jego zamiennik stosowany jest zarówno w mowie potocznej, jak i w literaturze, publicystyce itp.), gość, świadek, widz, nurek, kierowca, wódz, stróż, wójt itd., oraz takich, które posiadają wyłącznie formę żeńską, ale źle się kojarzą, jak: kaleka, fajtłapa, gapa, pokraka, beksa. W nazewnictwie zawodów tylko kilka z nich nie doczekało się męskich wariantów. Rodzaj męski wiedzie też prym w gramatyce: rządzi liczbą mnogą czasownika i przymiotnika, co widać na przykładzie zdań: „Chłopak i dziewczyna szli”, „On i ona są młodzi”, oraz nadawany jest rzeczownikom oznaczającym zbiór osób, jeśli tylko jedna z nich jest płci męskiej (ci przyjaciele/sąsiedzi/uczniowie). Tę samą, nadrzędną, rolę odgrywa w języku formalnym, okolicznościowym, urzędniczym, w którym reprezentuje daną zbiorowość. Daje się to odczuć w sformułowaniach: „biuro obsługi klienta”, „prawa pacjenta”, „adresat nieznany” oraz w liczbie mnogiej rzeczowników osobowych: „pracownicy”, „klienci”, „obywatele” itd. (W obu przypadkach brak jasności, czy chodzi tylko o mężczyzn, czy i o nich, i o kobiety łącznie). Podporządkowanie świata pojęć mężczyznom znajduje też swoje odzwierciedlenie w polskiej tradycji nadawania dzieciom nazwiska ojca, przyjmowania przez kobiety nazwiska męża oraz tworzenia określeń dla żon od zawodu/stanowiska/tytułu ich męża (sędzina, prezesowa, profesorowa). Można nie znosić modnych ostatnio pojęć: seksizm, androcentryzm, asymetria językowa, lingwistyka płci, można być zaciekłym wrogiem środowisk, które je propagują, i ideologii, które niektórzy wyznają, ale trzeba przyjąć do wiadomości fakt, że u podstaw wszystkich znanych nam zwyczajów językowych tkwi patriarchalny porządek świata. Neutralność płciowa jest fikcją również z tego prostego powodu, że pisząc lub mówiąc o jakiejś osobie czy też zwracając się do niej, nie da się zataić jej płci – zdradzi ją pojawiające się prędzej czy później imię, nazwisko, zaimek, rodzaj przymiotnika albo forma czasownika. W wielu sytuacjach niezbędne jest również, nie tylko ze względów grzecznościowych, poprzedzenie dwurodzajowego rzeczownika wyrazem „pani”, bo jakiż sens miałyby bez niego przykładowe zdania: „To pismo trzeba zanieść dyrektor”, „Referat został wygłoszony przez profesor”, „Wśród gości zabrakło prezes”.

Ci, którzy upierają się przy pozostawieniu nazw w dotychczasowej postaci, uważając je za normalne, poprawne i tradycyjne, zapominają, że przyjęły się one zaledwie kilkadziesiąt lat temu, staraniem walczących o równouprawnienie kobiet, jednak wbrew polskim normom gramatycznym. „Przewrót”, który dokonał się w polszczyźnie powojennej, był manifestem kobiet upatrujących w nazewnictwie męskim szansy na awans społeczny i zawodowy. Odżegnywanie się od żeńskich odpowiedników i zacieranie różnic językowych spotkało się jednak na początku z krytyczną opinią zarówno samego społeczeństwa, jak i wielu językoznawców. Nim utarło się w języku obiegowym, uważane było nie tylko za dziwaczne, lecz także za niepoprawne i burzące wieloletnią tradycję tworzenia podwójnych (a więc też żeńskich) form rzeczownikowych. Innowacje te wywróciły więc za jednym zamachem cały porządek: dokonały spustoszenia w słownictwie, skracając je o „kobiecą połowę”, i wyłomu w polskiej normie gramatycznej. To, co wcześniej było uznawane za błędne od strony formalnej – sprzeczne z zasadami poprawnościowymi nakazującymi odmianę rzeczowników oraz ich zgodność z formami zaimkowymi, przymiotnikowymi i czasownikowymi – stało się normą. Dobrze, żeby pamiętali o tym zwłaszcza ci, którzy dziś podnoszą alarm, jakby dokonywał się gwałt na polszczyźnie, i doszukują się urabiania na siłę, nienaturalności bądź niepoprawności niektórych derywatów żeńskich (np. psycholożka, ginekolożka). A także ci, którzy odsądzają od czci i wiary współczesne feministki, choć zarazem tak ochoczo i bezkrytycznie korzystają z „wynalazków” ich poprzedniczek.

To właśnie feminizm, który stanowi – podobnie jak przed laty – siłę napędową obecnych reform, jest solą w oku wielu oponentów. To jego sztandar niesiony w pochodzie ku nowemu kłuje w oczy oraz przesłania istotę i sens zachodzących zmian. To jego medialny obraz – nachalny i krzykliwy – razi i odpycha. Widziane z tej perspektywy kontrowersje wokół rewolucji językowej mogłyby więc być zrozumiałe i zasadne, gdyby nie… przewrotność natury ludzkiej. Okazuje się bowiem, że o ile feministki są niemile widziane w roli prowodyrek, a feminizm – w charakterze katalizatora owych zmian, o tyle sama ideologia i wynikająca z niej działalność znajdują nieraz, w innych okolicznościach, przy innej okazji, niemało uznania i poparcia wśród społeczeństwa. W zbiorowej wyobraźni feminizm ma jednak twarz stwora, o którym krążą mity i dowcipy. Mało kto go widział z bliska, ale każdy wie, że jest dziki, a czasem wręcz niebezpieczny. Niekiedy można go pogłaskać, innym razem nim poszczuć – wszystko zależy od potrzeb i sytuacji. Na wszelki wypadek lepiej jednak trzymać się od niego z daleka. Takie asekuranctwo w rozstrzyganiu sporu o żeńskie nazwy wiąże ręce i usztywnia języki osobom, które boją się być posądzone o powiązania czy choćby sympatyzowanie z feministkami. Tak jakby zbieżność niektórych dążeń scalała je z działaczkami łańcuchami zależności i więzami krwi i zobowiązywała do podpisania deklaracji członkowskiej; lub jakby miała ściągnąć na nie odium społeczeństwa. Sprawę dodatkowo komplikuje niepewność co do motywacji feministek: przez niektórych sceptyków postrzegane są one jako hermetyczne środowisko, które stara się lansować za pośrednictwem mediów wymyśloną przez siebie modę tylko po to, by przeforsować korzystne dla siebie zmiany obyczajowe i mentalnościowe. Dążenia te, zdaniem wielu, podyktowane są przede wszystkim ideologią, a nie racjonalnymi, pragmatycznymi względami. Świadczyć ma o tym prorównościowa i antymęska retoryka, nawiązująca do doktryny gender, przesiąknięta hasłami walki z dyskryminacją i ze stereotypami dotyczącymi płci. Jakkolwiek cała ta „nadbudowa” kładzie się cieniem na idei feminizacji nazw, to niewątpliwie służy definiowaniu i ukazaniu jej istoty, sensu i sedna w szerszym kontekście. Do nas należy jednak decyzja, co zechcemy z tą wiedzą zrobić.

Kobieta też człowiek 3

Prócz posądzania feministek o nieczyste intencje pojawiają się też pod ich adresem zarzuty o brak konsekwencji oraz o nierealność oczekiwań związanych z wprowadzeniem do słownictwa żeńskich nazw zawodów. Począwszy od drugiej połowy dwudziestego wieku kobiety coraz częściej znajdowały zatrudnienie w branżach uznawanych wcześniej za typowo męskie. Na znak partnerstwa i solidarności, a może w dowód wdzięczności za przyjęcie do „zacnego” grona, tudzież z potrzeby dostosowania się i upodobnienia do płci męskiej lub z chęci podkreślenia dopiero co zdobytej pozycji zrzekały się swych praw do żeńskiego nazewnictwa zawodowego. Kto to może dziś wiedzieć, jak było naprawdę, różnie przecież się zdarzało. Utarło się w każdym razie dostrzegać w ówczesnym „akcie odwagi” świadectwo równouprawnienia i przekonania, że na płaszczyźnie zawodowej nie liczy się płeć, tylko umiejętności. Dziś już wiemy, że eksperyment się nie powiódł. Zmieniły się czasy, przyszli inni ludzie, a wraz z nimi nowe priorytety i oczekiwania. Tylko potrzeba równouprawnienia i wyrównywania szans wciąż jest aktualna. Współczesne feministki pokładają te same nadzieje w przywracaniu żeńskich odpowiedników zawodów, co ich poprzedniczki ongiś w przyjmowaniu męskich nazw. Ktoś spyta, jaki w tym sens, po co to wszystko, skoro nawet dziecko wie, że same nazwy nie wyleczą kobiet z poczucia gorszości, nie zapewnią im wyższych płac, awansów i prestiżu, tak jak mężczyzn nie wyleczą z ich patriarchalnych ambicji i nie pomniejszą ich statusu. Czy przywrócenie sprawiedliwości w wymiarze społecznym, a w lingwistycznym – logiki i porządku okażą się wystarczająco przekonującymi argumentami?

Mleko się już rozlało. Proces feminizacji nazw trwa i każdy z nas wnosi – z rozmysłem lub bezwiednie – swój wkład w nadawanie mu dalszego kierunku. Nikt nie ma jednak wpływu na gusty i preferencje innych ani nie może im narzucać własnych zasad i przekonań. Choć być może przyjdzie taki moment, kiedy puszczone samopas inwencja i kreatywność słowotwórcza, znalazłszy się na rozdrożu, wypatrywać będą drogowskazów, które sprowadzą je na wspólne tory i zbliżą do normatywnych i systemowych rozstrzygnięć. Nim jednak tak się stanie, czeka nas długa i wyboista droga, pełna sporów, kłótni, wyzwisk i wyśmiewania. Zdaniem jednych to zawracanie gitary, gra niewarta świeczki, według innych – zbędna i sztuczna ingerencja, dla pozostałych – potrzebna i słuszna modyfikacja. Najtrafniej charakter toczącego się sporu ujęła jedna z forumowiczek w słowach: To nie tyle wojna o końcówki, co o tożsamość”.

Idea feminizacji nazw zawodów, tytułów i stanowisk zyskała jak na razie więcej wrogów i sceptyków niż sympatyków i entuzjastów. Przeciwnicy wprowadzania zmian w nazewnictwie są przywiązani do sprawdzonych, utrwalonych konwencji. Swój negatywny stosunek do burzenia istniejącego porządku tłumaczą przyzwyczajeniem do męskich form i brakiem przekonania do ich żeńskich odpowiedników. Pierwsze z nich uważają za naturalne i wystarczające, drugie – za sztuczne i urabiane na siłę. Ci, którzy popierają modyfikację, uznając ją za potrzebną – jeśli nie konieczną – widzą w niej szansę na wyrównanie językowych dysproporcji i na przywrócenie słownictwu równowagi poprzez wprowadzenie do niego par rzeczowników (określających nazwy zawodów, tytułów i stanowisk) równorzędnych i właściwych dla każdej płci z osobna. Oznacza to dla nich powrót do dawnych, porzuconych na kilkadziesiąt lat, wzorców, naprawienie błędów oraz pozbycie się złych nawyków i zastąpienie ich nowymi, wypracowanymi w oparciu o polskie normy językowe i reguły gramatyczne. W ich postulatach ważny jest zarówno aspekt lingwistyczny (poprawność fleksyjna, dwurodzajowość rzeczowników osobowych, a także brak przeciwwskazań do tworzenia derywatów żeńskich, które możliwe jest dzięki dużemu wyborowi służących do tego celu formantów: -ka, -a, -ini, -yni, -ina, -ica), jak i społeczno-kulturowo-mentalnościowy (przeciwdziałanie dyskryminacji, odbudowanie poczucia tożsamości, zmiana postaw). Zależy im też na wprowadzeniu równowagi i symetrii oraz wydzieleniu kobietom należnego im miejsca w przestrzeni językowej, a tym samym umocnieniu ich obecności i pozycji w świadomości społecznej. Pozostałe osoby, otwarte na innowacje, wyrażają swą gotowość do zmian, jednak nie w każdym wypadku i nie za wszelką cenę. Dzięki zdroworozsądkowemu podejściu, pozwalającemu im zachować trzeźwość osądu i zdolność do krytycznej oceny sytuacji, akceptują wprowadzanie poprawek wszędzie tam, gdzie jest to racjonalne i możliwe, natomiast odrzucają wszelkie skrajności i siłowe rozwiązania. Wszyscy uczestnicy sporu, którzy w większym lub mniejszym stopniu popierają zmiany, są natomiast zgodni co do jednego: nie powinny one być wprowadzane sztucznie, na siłę, odgórnie, pod naciskiem niektórych środowisk, pod dyktando mód czy pod presją poprawności politycznej. Oczekują, że będzie to proces powolny i naturalny, popierany przez większość społeczeństwa.

Język nie jest dziełem przypadku ani ostatecznym wynikiem umowy społecznej, kwestią dobicia targu czy załatwienia formalności. Historia jego ewolucji pisana jest rozwojem sytuacji społecznej, kulturowej, cywilizacyjnej, obyczajowej. Tradycji językowych nie można traktować pomnikowo, statycznie, gdyż język nie jest bytem skończonym, zamkniętym w muzealnej gablocie. On podąża za życiem i musi za nim nadążać, by oddawać całą jego płynność, zmienność, postęp. Przez ową dynamikę i ciągłą aktualizację języka należy też rozumieć wygasanie jednych, nieużytecznych wyrazów i zapełnianie luki po nich innymi, przystającymi do nowych potrzeb i rzeczywistości, ale też nadawanie dawnym słowom, zwrotom, związkom frazeologicznym nowej postaci, nowego brzmienia. Jedne słowa wychodzą z użycia, dezaktualizują się, zużywają, by zrobić miejsce nowym. Jeszcze inne odchodzą na zawsze w niebyt wraz z ich desygnatami. Słów nie da się zatrzymać na siłę ani stworzyć jak na zawołanie i wprowadzić w obieg. Użytkowa rola języka kończy się tam, gdzie zaczyna się wobec niego opór, brak przekonania, akceptacji, zapotrzebowania.

Mamy umysły otwarte i chłonne na zapożyczenia, z którymi obnosimy się jak z modnymi, drogimi gadżetami. Wiemy, w której sytuacji i w jakim towarzystwie wypada, a nawet należy ich używać. Kiedyś ich źródłem była łacina, potem język francuski, a od wielu lat jest nim angielski. Nie mamy oporów przed ich przyjmowaniem ani problemów z ich przyswajaniem. Skąd więc tyle asekuracji, powściągliwości i bojaźni wobec rodzimych zasobów językowych? Skąd ten dziwny upór, by niczego nie zmieniać, zostawić wszystko tak, jak jest, po staremu? Czyżby górę nad zdrowym rozsądkiem brały emocje, fobie, uprzedzenia, a na zrobienie kroku naprzód nie pozwalały wygodnictwo i przyzwyczajenia? Celną wskazówką naprowadzającą na jedną z przyczyn owej „odporności”, mogącą być zarazem zachętą dla niezdecydowanych, jest spostrzeżenie Mirosława Bańki. Według niego wprowadzanie do języka żeńskich nazw zawodów jest oceniane dziś niepotrzebnie w kontekście ideologicznym, mniej zaś zwraca się uwagę na to, że proces ten wspomaga komunikatywne funkcje języka i z praktycznego punktu widzenia zasługuje na poparcie”. Językoznawca proponuje, aby „sobie wyobrazić, że nie mamy nazw reżyserka ani aktorka. Zamiast powiedzieć »Reżyserka chwali dwie młode aktorki« mówilibyśmy »Pani reżyser chwali dwie młode panie aktor«” (źródło: www.sjp.pwn.pl/poradnia/szukaj/komunikatywne.html).

Kobieta też człowiek 4

Polki od lat walczą o swoje prawa, o więcej wolności w życiu społecznym, zawodowym i osobistym. Dlaczego więc tyle z nich nie chce korzystać z możliwości, jakie stwarza język polski oddający do ich dyspozycji wygodne narzędzia komunikowania się. Czemu obrażają się na polszczyznę i doszukują w niej zasadzek i niedogodności? Takie ostrożność i zaciętość przypominają zachowanie osoby, która mając w domu nowoczesną pralkę, woli zamiast niej używać tary, tłumacząc, że tak się prało kiedyś, tak jest normalnie i naturalnie. Może powinna przynajmniej wypróbować nowsze urządzenie, nim orzeknie, że się ono nie nadaje.

Iwona Łabuda-Bobowska

 

Link do artykułu Justyny Karolak: O obyczajach i słowach ― feminizacja nazw zawodów

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (2)
  • nie podoba mi się-spalony tost (2)

3 komentarze

  1. Joanna Skóra

    Z przyjemnością przeczytałam artykuł, jednakże nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w kwestii feminizowania języka niepotrzebnie doszukuje się w niej jakiegoś drugiego dna. A że formy są męskie, jeśli mowa jest o parze mieszanej, a że nazwy zawodów itd. wskazują na ogólną dominację mężczyzn na świecie. Szanowni Państwo, język polski (a także inne słowiańskie) jest bodaj najbardziej sfeminizowanym językiem spośród wszystkich. Mamy mnóstwo form czasownikowych żeńskich, przymiotniki żeńskie, a także wiele nazw zawodów, które mają naturalną formę żeńską, a niekiedy TYLKO żeńską (jaka jest męska wersja przedszkolanki?). W takim angielskim nie ma żadnego rozróżnienia na formę żeńską i bywa, że z kontekstu dowiadujemy się, że jakaś wypowiedź jest skierowana do kobiety lub pisana przez kobietę. Czy anglosasi mają żeńskie wersje nazw zawodów? Językiem angielskim posługuje się cały świat, w tym także feministki. I jakoś nikomu to nie przeszkadza, nie szuka się rewolucji.
    Ważny jest też poruszony aspekt pejoratywnego odbioru feminizmu. Kojarzy się go dzisiaj z gołymi piersiami i właśnie takimi „walkami” o język. Dzisiaj trudno przyznać się do poglądów feministycznych, bo kojarzą się one z biciem piany i stwarzaniem sztucznych problemów. Wolałabym, aby feministki mniej walczyły o język, a bardziej o np. ustawy regulujące przepisy i procedury w przypadku przesłuchać kobiet zgwałconych (do dzisiaj mówi się o poniżających przesłuchaniach). Może niech feministki bardziej wspierają samotne matki wychowujące dzieci niepełnosprawne (pomoc prawna, legislacja). Tu widzę sens. A język? Sam się dostosuje, jeśli w realnym życiu więcej będziemy miały do powiedzenia poprzez dbanie o sytuację kobiet. Pozdrawiam serdecznie Autorkę i Twórców tego portalu – dzisiaj go odkryłam. Dziękuję. 🙂

    • Szanowna Pani.

      Ależ tak, jasne, oczywiście – ma Pani rację: Pani komentarz jednoznacznie wskazuje na inne jeszcze możliwości; inne (aniżeli np. feministyczne) spojrzenie na język, i właśnie dlatego polecamy pierwszy nasz artykuł na temat feminizacji nazw zawodów (link w dopisku pod powyższym artykułem). Cieszy nas jednak, że uznała Pani ten (powyższy) artykuł za godny uwagi, że przeczytała go Pani z przyjemnością – bowiem dla nas, redakcji Tostera, rzeczywiście artykuł Iwony jest wzorem kultury wypowiedzi i publicystycznej analizy.

      Pozdrawiamy serdecznie 🙂 .

  2. Pani Iwono.

    W imieniu swoim oraz całej redakcji Tostera Pandory chciałabym Pani gorąco podziękować za tak piękny, czyli wspaniale skonstruowany, merytoryczny artykuł.

    Nie musimy zgadzać się w osobistych poglądach – tymczasem dyskurs odnośnie do kwestii językowych (i nie tylko), w którym zgodziła się Pani wziąć udział, jak i powyższa publicystyka w Pani wydaniu, to rzecz w naszej opinii krzepiąca, będąca znakomitym sygnałem zwrotnym, mówiącym nam, że na łamach Tostera mogą odbywać się i toczyć godne, pełne, ciekawe dialogi. Dziękujemy Pani za to 🙂 .

    Pozdrawiamy i kłaniamy się z radością oraz wdzięcznością – jeśli jeszcze znajdzie Pani wolę i czas na napisanie jakiegokolwiek artykułu dla Tostera, pozostajemy na Panią bardzo otwarci i głodni Pani autorskich przemyśleń (na wiele różnych tematów) 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *