Komentujący a komentowany – prawda mitu, dynamit prawdy

Komentujący a komentowany

Wybaczcie zbyt osobisty sposób prowadzenia narracji, ale aby umocnić czy uprawomocnić – a może uprawdopodobnić?… – swoją moc intelektualną (mały bezbronny rozumek) śmiało obnażoną w tymże artykule, postanowiłam przymocować się silnie do osobistej ścieżki życia i konkluzje płynące w prostej linii z tej ścieżki, postanowiłam objawić za pośrednictwem przytoczonego doświadczenia. Oczywiście – własnego; nie może być inaczej. Słyszałam zresztą, że to arcy-modne – próby stawiania tez, zadawanie pytań czy budowanie na piśmie sprawozdania z otaczającego świata jest obecnie zjawiskiem anachronicznym, w przeciwieństwie do którego arcy-modne jest odwoływanie się do osobistego doświadczenia właśnie, jako jedynego słusznego motywu opisywania prawdy…

tak też postanowiłam postąpić: oto przynajmniej raz w życiu pójdę stanowczo, w pełni intencjonalnie z prądem mody i zamiast snuć – z kilku różnych perspektyw – rozważania tak zwane intelektualne, spojrzę na rzeczywistość dokładnie poprzez wewnętrzny filtr, odwołam się do osobistej praktyki życia, i z tej wąskotorowej (pojedynczej) perspektywy napiszę, jak jest, i już. Rzecz będzie osnuta wokół wątku prawdy!

Prawda – jakież trudne słowo! Ostatni czas, kiedy próbowano ułożyć dlań w miarę precyzyjną definicję, minął wraz z końcem epoki Oświecenia. Od tamtej bowiem pory do miana „prawda” zaczęto z lubością dodawać stany mistycznego upojenia (nawet i bez stosowania zewnętrznych środków stymulujących mózg), czyli – szeroko pojętą intuicję, mitomanię pretendującą do poziomu wiedzy oraz romantyczne uzasadnienie dla ignorancji czy po prostu abnegacji rozumu…

W dzieciństwie, po czas mniej więcej zaawansowanej pełnoletniości, zdawało mi się, że „prawda” musi, a co najmniej powinna skłaniać się do tego, by zawierać w sobie choć pewien pierwiastek świata zewnętrznego i jednocześnie, rzec by: namacalnego. Jednak im dłużej żyję, tym jaskrawiej zaczynam traktować „prawdę” jako szczególny rodzaj międzyludzkiej umowy, czasem ustnej, a czasem sporządzonej na piśmie – i to niestety wcale nie w postaci teorii i dowodów nauki, wniosków z eksperymentów naukowych, czy dzieł sztuki różnych dziedzin, tylko przede wszystkim w postaci dogmatów i mechanizmów iście religijnych (i nie mówię tu o wyznaniu, o konkretnej wierze, lecz o swoistym charakterystycznym mechanizmie mitogennym, który wzbudza we mnie grozę).

Kontynuując wątek prawdy jako rodzaju międzyludzkiej umowy, powiem, że relatywizm od dziecka zakrawał mi na bardzo kuszący, zdawał się taki ładny i czysty w swych intencjach, uczciwy w swych postulatach, i ślicznie okrąglutki, jak dobrze wykarmiony bobas. Niestety, dziś wydaje mi się również asekurancki, a wręcz tchórzliwy, nie tylko zachowawczy i bezpłodny.

Dawniej relatywizm głosił: byt określa świadomość i świadomość określa byt. Dzisiaj relatywizm głosi: każdy ma swoją ścieżkę, ja nic nie wiem o twojej ścieżce, ty nie wiesz nic o mojej, ja nie oceniam, i ty też nie. Toż to ogromnie „uduchowiona” postawa, i jaka wygodna! Ale niestety podszyta tchórzostwem, narosłym w człowieku od chwili odtrącania najważniejszych zdobyczy Oświecenia, jakie epoka ta przyniosła człowiekowi: sceptycyzmu i krytycyzmu.

Komentujący a komentowany 1

Co robi współczesny człowiek? Kim jest?… W ten sposób postawiłabym problem, który usiłuję tu omówić, gdybym była mną z wczoraj, przedwczoraj i sprzed lat. Ale dziś już wiem, że mój uprzedni sposób prowadzenia narracji nie ma sensu. To postawienie problemu sprowadziłoby mnie na mielizny anachronizmu, czyli zdecydowanie dziś niemodnego snucia rozważań wokół zewnętrznego, namacalnego świata. A kim ja niby jestem, żeby wygłaszać opinie na temat świata?!

Dziś pojęłam, że aby wygłaszać opinie na temat świata – stawiać tezy, zadawać pytania, drążyć, tworzyć hipotezy, poddawać je do rozmysłu i pod oceny innych – trzeba być obserwatorem życia, a nie jego uczestnikiem. Bo przecież albo komentujesz (jesteś obserwatorem), albo ciebie komentują (wtedy jesteś uczestnikiem życia), tymczasem nie da się sprawować tych dwu funkcji poznawczych, intelektualnych i empirycznych, jednocześnie, bo grozi to „schizofrenią” new age’owską, jedną z najgroźniejszych „chorób psychicznych” XXI wieku.

Dziś przyjrzę się zatem „od środka” relacji komentującego i komentowanego, by poddać miano „prawdy” drastycznemu rozbiorowi, następnie drastycznemu składowi od podstaw, a całości tego wysiłku dokonam z pozycji komentowanego, czyli uczestnika życia!

Oto szczególna międzyludzka umowa o dzieło, zwana dalej Umową:

przedmiotem Umowy, a więc dziełem, jest Prawda, umowa zostaje zawarta między komentującym a komentowanym, zwanymi dalej Komentującym (Obserwatorem) i Komentowanym (Uczestnikiem Życia).

Zacznę od tego, że Komentujący we współczesnym świecie ma, mówiąc kolokwialnie, przechlapane. To główny powód zepchnięcia poznawczej perspektywy Obserwatora na plan anachroniczności w działaniu ludzkim. Tu odwołam się do zapowiedzianego osobistego doświadczenia: wiem cokolwiek o tym, bo Komentującym byłam od dziecka. Aż po dorosłość, powiedzmy oględnie.

Otóż Komentujący ma przechlapane, bo co nie powie, zaryzykuje upokorzeniem go przez wszelkich wyrazicieli zdania tak zwanego przeciwnego. Jeśli podejmie rozważania intelektualne, które nie pasują na przykład do kształtu wiodących trendów myślowych w społeczeństwie, usłyszy: cóż to za pseudo intelektualny bełkot. Jeśli powoła się na inteligencję emocjonalną, dowie się, że brak mu środków intelektualnych do „prawdziwego” zobrazowania poruszonego zagadnienia. Jeśli dla swojej wypowiedzi zastosuje hybrydę dwu wymienionych powyżej percepcji, spotka się z zarzutem o niekonsekwencji, która wynikać może z dwóch źródeł – jedni wskażą u Komentującego niedomiar sprawności intelektualnej, drudzy wskażą nadaktywność sfery emocjonalnej.

Z kolei Komentowany, z którym dziś i ja się utożsamiam, ma dużo wygodniej: nie wygłasza opinii, gdyż postuluje, że wyzwolił się ze spętania prymitywnym, głodnym, zwierzęcym ego; istnieje w świecie jako wyodrębniony jego składnik, mianujący się tą specyficzną konstrukcją, która nie poszukuje niczego, a jedynie istnieje, jest. Komentowany funkcjonuje bowiem dokładnie jako Uczestnik Życia. Innymi słowy, Komentowany kroczy przez świat bezpieczną ścieżką swojej próżni duchowej, ślepy i głuchy na dyskusję – rzecz jasna, odwołuje się do swojej rozwiniętej świadomości, ale „prawda” jest taka, że odcięcie własnych podstawowych kanałów komunikacyjnych (wspomniana ślepota i głuchota) od korelacji ze światem, to szalenie wygodna wymówka dla niepodejmowania dyskusji, owocująca skutecznym znalezieniem się w błogostanie („nieświadomość jest błogosławieństwem”).

Komentujący a komentowany 2

W tym miejscu podniosę tę rękawicę i zapytam: dlaczegóż to Komentowany niczego nie poszukuje?

Otóż dlatego – podejmę i heroiczną próbę wyjścia z tego pojedynku z tarczą – że poszukiwanie jest ryzykowne i bolesne, zawierzenie natomiast i istnienie samo w sobie (ów błogostan), rozumiane jako wolne od każdej odpowiedzialności dryfowanie bytu przez rzeczywistość, jest łaskawe, układne, wymoszczone jak miłe gniazdko zawieszone wysoko w koronie drzewa, z dala od przyziemnych korzeni.

Komentujący – odwrotnie – zwykł głęboko zapuszczać korzenie. Co należy wiązać z ryzykownym, bolesnym doświadczeniem. Przytwierdzenie się do skorupy ziemskiej niesie ze sobą przecież ból bycia, istnienia połączonego z szerszym, bo różnorodnym, czasem przychylnym, a z reguły agresywnym światem. I tym Komentujący różni się od Komentowanego, że nie prowadzi swojego życia wygodnie, odgrywając rolę wyizolowanego ze świata jednostkowego składnika, czyli wesołego, wręcz błazeńskiego „nowoczesnego nomada”. Na tym polega różnica, że Komentujący „czuje” związek czy rozmaite związki – inaczej mówiąc: zdaje sobie sprawę z relacji i powiązań obecnych w świecie, więc nie dryfuje, tylko wnika w głąb, bo korzenie go stabilizują i odżywiają.

Komentujący stając w miejscu – osiedlając się – doświadcza w przeciwieństwie do Komentowanego zmian w swoim otoczeniu, zmuszony jest opierać się zmiennym zewnętrznym, czy wieje wiatr, czy pada deszcz, czy grzeje słońce, Komentujący ponosi skutki tych zmian i swojego trwania wraz z nimi, które to trwanie stwarza mu iluzję płynięcia, dziania się.

Komentowany odwrotnie, wzorem „nomada” wędruje przez świat (de facto dryfuje), ale pozostaje od świata oderwany, gdyż go nie obserwuje, a nie czyni tego, bo sens swego istnienia upatruje w przeżywaniu. Zmienne zewnętrzne – na przykład kapryśna i nieprzewidywalna pogoda – guzik Komentowanego obchodzą, bo skoro stale się przemieszcza, z łatwością omija wszystkie zmienne, zaś przeżywa wyłącznie te stany, które są mu wygodne, które lubi, ceni, w jakich czuje się jak w domu, w jakich doznaje iluzji stałości…

Zastanawiające, że Uczestnik Życia, który stale wędruje – w metaforycznym i dosłownym znaczeniu tego słowa – niczego nie poszukuje, lecz paradoksalnie pozostaje zatrważająco przywiązany do określoności, do swojego charakteru i do charakteru świata, uznając oba te charaktery za nieruchome, fundamentalne…

I odwrotnie: Obserwator, który stale stoi w miejscu (bo zapuszcza korzenie, by lepiej, dokładniej poznać dane miejsce) – poszukuje wszystkiego albo sporej puli rozmaitości, lecz paradoksalnie pozostaje zatrważająco uwolniony od określoności, od swojego charakteru i od charakteru świata, uznając oba te charaktery za płynne, niestałe, niekiedy wręcz prowizoryczne…

Komentujący a komentowany 3

Można by powiedzieć, że jeden i drugi osiągnęli wręcz przeciwne założenia, zrealizowali odwrotne pragnienia!

Tak, Moi Drodzy! Mówiąc serio – nie dokonałam imponującego odkrycia: Komentujący i Komentowany od dawien dawna bardzo labilnie wymieniają się rolami; to stara obserwacja i stare przeżycie, żadne odkrycie.

Gdy długofalowo i wytrwale cokolwiek lub kogokolwiek Obserwujesz, bądź uprzejmy na chwilę zmienić perspektywę, bo jako nieustannie Komentujący, niezmiernie łatwo możesz obudzić się jako Komentowany.

Gdy konsekwentnie i wiernie trwasz jako Uczestnik Życia, bądź uprzejmy na chwilę zmienić perspektywę, bo jako przeżywający a nie oceniający niczego ani nikogo, niezmiernie łatwo możesz obudzić się jako Komentujący.

Przyznam się, że wciąż darzę sentymentem stary, dobry, uroczy relatywizm, więc napiszę teraz, że Prawda musi – a co najmniej powinna skłaniać się do tego – być złożona z dwu perspektyw, nie jednej, obojętne której. Ale żeby nie zachować się asekurancko czy, co gorsza, tchórzliwie – dopowiem, że i dwie perspektywy, to pewnie za mało

gdyby dziś wolno mi było ocenić świat – zewnętrzny, namacalny – powiedziałabym, że Prawda jest bardzo śliska, nieroztropna, niepoważna, czasem nieco histeryczna, ale na ogół jednak rozmydlona i próżna. Miło byłoby mi potrafić wierzyć, że w świecie istnieje ten walor, jaki kryje się za słowem „obiektywizm”, ale ponieważ w artykule tym przywołuję wyłącznie osobiste doświadczenie, przyznam się, iż nigdy nie widziałam nic obiektywnego. Jako Uczestnik Życia, a nie tylko jego Obserwator, nie ufam głosicielom wielkich, ale niepoważnych słów, którzy mówią: na pewno, wiem, otwórz oczy, zawsze, nigdy… Zarazem nie mogę poprzeć i tej postawy, która zgodnie z magnetyczną zasadą niezbędności kontrapunktu, głosi: prawda jest subiektywna.

Wartości obiektywnej znaleźć nie sposób. Polegać w całości na subiektywizmie, nasuwa mi na myśl albo zacietrzewienie czy nawet fanatyzm, albo abnegację rozumu. W sumie nie chce mi się ani zapuszczać zbyt ciężkich korzeni, ani wędrować przez życie jako subiektywnie wyselekcjonowany, wątły składnik rzeczywistości, który nie zna poczucia więzi ze światem, ani nie wie, co to sentyment. Nie uśmiecha mi się również być niczym więcej, aniżeli błogim dryfem

Błogie dryfowanie sprzyja tworzeniu mitów, bo człowiek chce – łaknie prawdy. Czymkolwiek ona jest i wszystkim, czym by nie była – człowiek pragnie ją poznać. Niektórzy coprawda nauczyli się uwalniać od tego łaknienia, odrzucając jego treść jako całkiem zbędną do życia hipotezę. Ale, po pierwsze, ta nauka jest wybitnie rzadkim zjawiskiem, po drugie – można by rozważyć, czy odrzucenie tej „zbędnej hipotezy” nie jest aby ich rozumieniem „prawdy”?

Wracając do perspektywy, iż prawda jest rodzajem umowy międzyludzkiej, szczególnej i unikalnej, napiszę, że „prawda” rozbryzguje się i w świecie materialnym, i mistycznym, jak dynamit. Jej głęboka zawartość umyka i świadomym oczom, i ufnej oraz podatnej intuicji, wybucha tuż przed ludzkim wzrokiem, ale… eksplozja ta odbywa się w ułamkach chwil, po chwili na rzeczywistość opada różowa mgła, czyli swoiste „opary” i „powidoki”, wymieszane z „krwią” i „okruchami”.

Komentujący a komentowany 4

Prawda” jako przedmiot tej szczególnej i unikalnej umowy, jako dzieło, o jakim toczą się dyskusje i od jakiego mnożą się ucieczki jednostek, wymyka się poznaniu, zbadaniu i wchłonięciu.

Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, uważam, że warto jej szukać. I nieważne, którą ścieżkę uznamy za własną, za właściwą – na dowolnej spośród ścieżek nie warto porzucać sceptycyzmu i krytycyzmu, bo ani błazeńska wygoda, ani poczucie wyjątkowości nie powinny przesłaniać człowiekowi zdrowego, normalnego rozumienia, czyli filtrowania informacji pochodzących ze świata zewnętrznego i samodzielnego (wewnętrznego) ich opiniowania.

I przeżywanie, i obserwowanie, nacechowane powinny być sceptycyzmem i krytycyzmem, tak myślę ja. Ale moje myślenie może być jedynie przedmiotem szczególnej, unikalnej umowy, którą zawrę tylko z niektórymi z Was. Pozostali się ze mną nie zgodzą. I to bardzo, bardzo dobrze, że się nie zgodzą!

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *