Koń jaki jest, każdy… widział

Koń jaki jest, każdy widzi” – to słynne zdanie wypowiedziane przez ks. Benedykta Chmielowskiego w Nowych Atenach, encyklopedii z XVIII wieku, powinno zawisnąć nad wejściem każdej organizacji zajmującej się walką o prawa zwierząt…

Koń kiedyś był tak powszechny swą obecnością w życiu człowieka, że prawie nie zauważano jej. Był nie tylko wymiarem statusu społecznego lub przejawem miłości do zwierząt, był przede wszystkim niezbędną codziennością. Praca tego zwierzęcia stała się elementem cywilizacji, pozwalając jej osiągnąć konieczną wydajność. Ulice miast zapełnione były powozami, zaprzęgami, dorożkami i jeźdźcami. Konie ciągnęły tramwaje, wózki z węglem pod ziemią, wozy wypełnione towarami i zaopatrzeniem oraz pracowały na roli. Wokół koni funkcjonowała rozbudowana infrastruktura związana z ich obsługą i utrzymaniem, a tysiące ludzi miało z tego tytułu pracę. Konie były istotnym elementem ekonomii, kultury, przemysłu, armii oraz życia społecznego i… i zniknęły.

Konia z rzędem temu, który na ulicach dzisiejszych miast zobaczy konia, no chyba że w Krakowie. Na obrzeżach miast, jeśli masz szczęście, w stadninach – możesz w celach rozrywkowych zrobić sobie na koniu kółeczko na lonży albo w galerii sztuki współczesnej możesz zobaczyć go wypchanego, albo zrobić dziecku w zoo z nim selfie.

Prawie nie ma go w Polsce, kraju znanym z tego, że darzył to zwierzę szczególną atencją i szacunkiem, zniknął z naszej rzeczywistości nie tylko miast, ale również wsi. Stał się gadżetem, pięknym obrazkiem lub efektownym dodatkiem do filmów kostiumowych. Ale nie ma go już nigdzie, czasem jeszcze pojawia się jako ozdobnik w etnograficznej rekonstrukcji lub spełnia swoją rolę w specjalnych jednostkach policji, lub też jako zwierzę pociągowe w turystyce.

I tu pojawiają się całkiem „nowe” społeczne zjawiska „postępowe”.

Zieleni ekofanatycy i rozanielone, rozmemłane panienki dobrego utrzymania w imię swojego ideowego fanatyzmu postanowili zlikwidować również tę turystyczną partię koni, uznając widocznie, że martwy koń jest lepszy niż pociągowy. W głowach ekofanatyków i panienek nie mieści się prosta prawda, że nikt nie będzie utrzymywał niepotrzebnego konia i pójdzie on po prostu do rzeźni, a jego miejsce zajmie bardzo ekologiczny wózek elektryczny melex. Góral więcej zarobi i jeszcze na paszy zaoszczędzi, i wszyscy będą szczęśliwi – oprócz konia oczywiście.

Żeby lepiej zilustrować, o co mi chodzi, opowiem o pewnej świni. Żyje ona sobie bardzo zadowolona, komfortowo, bezpiecznie i szczęśliwie, jest szeroko odwiedzana i podziwiana, bo żyje oczywiście w zoo. W całym liczącym sobie ponad dwieście milionów mieszkańców państwie żyje tylko ona, sama jedna. A dlaczego? Bo to Pakistan, państwo na wskroś muzułmańskie i jedzenie wieprzowiny jest zabronione!

Bo to jest tak jak z kotem. Kot w gospodarstwie miał być łowny i od myszy, szczurów i ptactwa ziarno chronić. A w miastach żyjące w swoich koloniach koty chroniły miasto przed zbytnio rozrastającą się populacją gołębi i tępiły intensywnie szalejące w kanałach i piwnicach gryzonie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie cierpiący na nadwrażliwość miłośnicy zwierząt. Otóż żeby się kot nie „męczył”, a taki kochany jest ten koteczek, to trzeba go wykastrować. Oczywiście dla dobra kota. Wszyscy weterynarze to potwierdzą, a zabieg sam się nie zrobi, trzeba za niego zapłacić – od stu złotych wzwyż, w zależności od płci oraz wagi zwierzęcia. Poza tym w domu nie cuchnie, a meble przecież drogie są. I co? I nic! Kota o zdanie nikt nie pyta, natomiast ciekaw jestem, z jaką szybkością i na jaką odległość by uciekł, gdyby wiedział, co mu szykuje jego ukochana pani.

Ale tam, kot zwyczajny jest takich ekscesów wobec siebie, w końcu nie pierwszy raz mu się dostaje. Zaczęło się już w starożytnym Egipcie. Koty tam były bardzo szanowane i jak wiadomo czczone jako bóstwa. Do świątyni, w której między innymi można było oddać cześć bogu o kocim obliczu, odbywały się liczne pielgrzymki świętobliwych pątników. Mogli oni sobie na pamiątkę w tejże świątyni kupić mumię kota, aby potem ustawić ją na domowym ołtarzyku, co zapewniało szczęście dla domu. No i co się stało? Ano najpierw w okolicy świątyni, potem miasta, a nawet rejonu – zabrakło świętych kotów. Ciekawe dlaczego, prawda? Dla mniej kumatych spieszę z wyjaśnieniem: ano dlatego, że czczenie w starożytnym Egipcie bogini Bastet – bogini z głową kota – doprowadziło do tak entuzjastycznego mumifikowania świętych kotów, że z czasem w danym regionie całkiem ich zabrakło.

Ale no cóż, kot jaki jest, każdy przecież widzi – póki co…

Bo to jest jak z tym niedźwiedziem w zoo, co to z zabójczą determinacją ekofanatycy walczyli, aby dać mu żreć to, co żarłby w naturze, takie naturalne bardziej, a nie to badziewie, które mu opracowali jako dietę naukowcy. Dyrekcja zoo w końcu nie wytrzymała tych ataków i ugięła się, a zwierzę dostało tego, czego chcieli dla niego ekolodzy. I co? I niewdzięczne bydlę wzięło i zdechło.

Mamy jeszcze żubry, niedźwiedzie, rysie, orły, kozice, bobry, borsuki, wilki i piękne połacie dzikiej puszczy – nikt tego w Europie nie ma wcale albo ma bardzo już okrojone i zniszczone. I co? Myślicie, że Europa chce tu wysyłać swoich uczonych, aby się nauczyli, jak w swoich krajach odtworzyć środowisko naturalne i dziką dzicz?

Kto tak myśli, doprawdy naiwny jest.

Europa przysyła do nas biegających z obłędem w oczach ekologów, żebyśmy dołączyli do reszty i dorównali „nowoczesnej” Europie. Ciekawe, z czym poradzą sobie najpierw?

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *