Kronika ptaka Polaka, czyli opowieść o orzechu, katalpie i niesporczaku

„W świecie hamburgera popitego puszką coli – szczęściem dla mutanta może nowy być batonik”. Ten aforyzm wraca do mnie coraz częściej… Wymyślił go mój brat, było to w latach 90. Sam się nie spodziewał, co takiego tym nibywierszykiem „przepowie”…

Orzech

Pewnego dnia na Polsce pękła stara, niewygodna łupina orzechu, był nią PRL, i ze środka wychynęła świeżutka, inna Polska. Na polskich sklepowych witrynach pojawiły się towary z Zachodu i były one wyrazem nie naszej zdobyczy, a utęsknienia. Z czasem cola, hamburger i także mandarynki stały się symbolem nowych, wspaniałych możliwości, ale realne możliwości kryjące się za tymi towarami nigdy nie zostały przez nas uchwycone – pozostały kształtem naszej tęsknoty narodowej. Niebawem na licznik wskoczą lata 20. XXI wieku, a nam, Polakom, wciąż pozostał syndrom gonienia Zachodu. Hamburger i cola nie są już synonimem wielkiego świata rozumianego przez nas jako zachodni cudowny dobrobyt, ponieważ zdążyły się zadomowić i spowszednieć, ale potrzeba gonienia Zachodu jak najbardziej pozostała w nas żywa.

Z jednej strony nie dziwię się tej, prześladującej nas nieustannie, potrzebie gonienia Zachodu. Stan naszych dróg, nawierzchni asfaltowych i chodników w wielu miastach Polski jest fatalny. Moje rodzinne miasto, Łódź, sukcesywnie się wyludnia, panuje tu dużo widocznej gołym okiem biedy, mnóstwo kamienic sypie się dosłownie w oczach – są w Łodzi miejsca, gdzie trzeba uważać, by iść chodnikiem możliwie daleko od budynku, bo urywają się całe cegły, fragmenty gzymsu, lecą i roztrzaskują się o chodnik, w każdej chwili mogą spaść przechodniowi na głowę.

To prawda, że wiele z tych odrapanych, niszczejących kamienic bardzo ładnie wygląda w oku kamery czy w obiektywie aparatu, nic więc dziwnego, że swego czasu sam David Lynch zapragnął właśnie tutaj, w Łodzi, nakręcić swój film. Rzeczywiście Łódź w obrazie swej infrastruktury, różnych „demonicznych” zakamarków jest inspirująca, szczególnie dla plastyków, i dla artystów w ogóle. Ale pod spodem tej intrygującej plastycznej otoczki – w środku starych, zaniedbanych kamienic mieszkają żywi ludzie. Sporo mieści się w Łodzi mieszkań opalanych piecami węglowymi, także mieszkań bez łazienki i toalety.

Choć w zderzeniu z fatalizmem starych, sypiących się, brudnych kamienic – występują w Łodzi również hipernowoczesne, światłe akcenty; wymienię kilka z nich. Nasza najważniejsza ostatnia – raczej nie zdobycz, a właśnie nasz wyraz tęsknoty za prężnym, bogatym Zachodem, to piękny dworzec Łódź Fabryczna w stylu wielce modernistycznym. Jest to olbrzymi, nader przestronny i prawie cyberpunkowy gmach dworcowy – biały, jasny, jaśniutki… Mamy go stosunkowo od niedawna, więc jeszcze jest jaśniutki, ale założę się, że przez lata nikt go nie umyje, więc zarośnie smogiem i gołębimi kupami, jak większość łódzkich dzielnic. Pominę w tym momencie przebieg tej łódzkiej inwestycji, nic nie powiem, jak długo się ona ciągnęła, ile żmudnego czasu stary dworzec Fabryczny był jedynie smutnym, wykopanym w ziemi kraterem oczekującym na przemianę w cud Zachodu – w tym artykule chcę odnieść się jedynie do estetyki, do wizerunku tej inwestycji (choć dodam na marginesie, że pod względem wielkości inwestycji dworcowych Łódź Fabryczna jest trzecią inwestycją w Europie!). Otóż wystarczyło porządnie pomyśleć i można było pchnąć tę inwestycję w zupełnie innym kierunku estetycznym – można było wykorzystać piękny pierwotny anturaż miasta, jakim kiedyś była Łódź, w ten sposób powstałby śliczny nowy dworzec Łódź Fabryczna w stylu retro.

Drugim pięknym punktem na mapie nowoczesnych miejsc widowiskowych Łodzi jest pyszna rzeźba na Placu Dąbrowskiego. Jest to bardzo ważny dla Łodzi plac, bo znajduje się tu Teatr Wielki, nasza łódzka wizytówka wysokiej kultury, nasza opera. W Teatrze Wielkim odbywałam praktyki w ramach swego szkolenia się na scenografa, było to około roku 2000 i już wtedy Teatr Wielki trzymał się na skraju bankructwa; jak jest z nim teraz – nie wiem, i boję się o to pytać, dowiadywać… W każdym razie na Placu Dąbrowskiego postawiono piękną, a nawet przepiękną nowoczesną rzeźbę – niestety nikt się na jej urodzie nie poznał i wszyscy nazywają ją kąśliwie „leżącą waginą”. Wokół „leżącej waginy” w takt muzyki klasycznej tryskają kolorowe, wesołe fontanny, i jest to „spektakl” żałosny – gdzież mu do wrocławskich strzelistych fontann tańczących do melodii Carminy Burany!

Mamy też w Łodzi wielkie lotnisko. Samolotami się nie przemieszczam, więc o jego funkcjonalności się nie wypowiem. Jeden mój kolega wyrusza czasem na wakacje samolotem, od niego słyszałam, że za każdym razem spotyka na łódzkim lotnisku wiejący chłodną pustką hangar – ale może akurat on wybiera sobie jakieś dziwne godziny lotów, nie wiem… Za to drugi mój kolega często wyjeżdża w zagraniczne delegacje – firma za każdym razem wsadza go w samolot na warszawskim Okęciu, ani razu nie leciał z Łodzi. Nie mam pojęcia, na ile nasze łódzkie lotnisko jest użyteczne, na ile to konieczna i opłacalna inwestycja, wiem tylko, że je posiadamy i że jest duże i nowoczesne.

Katalpa

Stosunkowo niedawno – kilka lat temu był pomysł z budżetu obywatelskiego, żeby wzdłuż słynnej ulicy Piotrkowskiej (która powinna stanowić wizytówkę Łodzi – jeśli chodzi o nasz miejski deptak spacerowy) posadzić drzewa. Pomysł ten był kapitalny, niestety ktoś z urzędników źle go zrozumiał i w rezultacie „klepnięto” posadzenie wzdłuż Pietryny – katalp. Katalpa to ekstremalnie kosztowne drzewo ciepłolubne wywodzące się bodaj z Azji. Wygląda jak przerośnięta wykałaczka zakończona ażurową główką delikatnych listków. I tak jak katalpa wygląda – takąż dokładnie jest: kruchą, delikatną, kompletnie nieprzystosowaną do polskiego klimatu. Mimo to zainwestowano horrendalną sumę w owe katalpy i faktycznie umiejscowiono je wzdłuż Pietryny (na pewnym jej fragmencie, bo na całość inwestycji, czyli na ozdobienie drzewami Piotrkowskiej na odcinku od Placu Wolności do ulicy Zielonej, pieniędzy rzecz jasna nie starczyło), z tymże nie posadzono ich w ziemi, tylko w donicach. Donice te także są światowe, nowoczesne oraz wielce ekskluzywne – wprawdzie wyglądają jak zwykłe szare cembrowiny z typowej staroświeckiej, polskiej studni, ale w istocie są kosztownym projektem zamówionym u włoskiego projektanta. Same katalpy w tychże urodziwych donicach na zimową porę roku wywozi się do magazynu, no bo drzewka te dostarczone z cieplejszych od Polski krajów – w polskich warunkach pogodowych sobie nie radzą, zaś koszt pielęgnowania i utrzymania jednej katalpy w owym magazynie przez okres zimy wynosi tyle, że wstydzę się powiedzieć… Kto by tam zainwestował – niższe kwoty pieniędzy! – w polskie drzewa, żeby je posadzić przy polskiej ulicy, które by tam rosły cały okrągły rok, bez żadnych specjalnych upiększeń donicowych ani bez kosztownych chemikaliów specjalnej troski w konewce…

Kiedyś mieliśmy w Łodzi lunapark. Jaki był, taki był – no nie był spektakularny, na kolejkę górską i wielki młyn rodzice zabraniali nam z bratem wsiadać w latach 90., bo straszliwie złowieszczo te konstrukcje trzeszczały. Ale mieliśmy wesołe miasteczko. Już nie mamy. Teraz tam będzie coś innego. Nie wiem, co dokładnie, ale to będzie bardzo nowoczesne i nie będzie to wesołym miasteczkiem. Pani Hanna Zdanowska na pewno coś godziwego wymyśli – wszak wymyśliła już i wdrożyła „cyber-Łódź Fabryczną”, przepotężną inwestycję na miarę Europy…

Poza tym mamy straszne dziury i nierówności oraz uskoki w chodnikach. Do tego wszystko obudowane jest jakimiś stromymi schodkami, cudacznymi obejściami… Przekonałam się o tym boleśnie jakieś dwa lata temu, kiedy po wypadku musiałam przemieszczać się o kulach – wtedy dotarło do mnie bez pudła, dlaczego na łódzkich ulicach i w środkach komunikacji miejskiej widuję tak mało niepełnosprawnych. Ano dlatego, że każde wyjście z domu choćby do przychodni, do lekarza pierwszego kontaktu, to katorżnicza przeprawa przez obiektywne męki spowodowane fizycznymi zaporami wokół. A wejście po nienormalnie wysokachnych stopniach do tramwaju przez ludzi starszych i niepełnosprawnych musi graniczyć z autentycznym cudem – skoro dla mnie, zdrowej kobiety o wzroście 158 cm jest ono na tyle trudne, iż przypomina cyrkową ekwilibrystykę. Nie zliczę, ile razy w życiu podholowywałam w górę jakąś babcię o lasce do takiego nieprzystosowanego dla ludzi tramwaju… Ludzie niepełnosprawni siedzą zatem zapeklowani w swoich, to znaczy w wynajmowanych, przydzielonych przez urząd miasta, ubogich mieszkankach w owych sypiących się kamienicach. Jak mają dobrych sąsiadów, którzy skoczą do apteki wykupić leki, którzy przyniosą węgiel do palenia w piecu zimą oraz będą tak mili i pójdą niepełnosprawnemu człowiekowi wynieść, opróżnić wiadro z fekaliami, to pół biedy. Gorzej, gdy taki niepełnosprawny człowiek znikąd nie ma pomocy. Państwo się nim nie interesuje za bardzo, o wszystko samemu trzeba walczyć, dopominać się jak roszczeniowy żebrak – to niesprawiedliwe i upokarzające, a jak człowiek jest chory i niepełnosprawny i nie ma siły wspinać się po schodach, walczyć, to tak kiśnie w tej nędznej norze mieszkalnej i czeka na nic…

W Holandii jest inaczej – w miastach widuje się niepełnosprawnych. Francja, Niemcy, Anglia – tam jakoś inaczej życie ludzkie się toczy. U nas nie ma klasy średniej. U nas nie jest tak, że jak ktoś zasuwa jako kelner, to zbiera pieniądze na jakiś własny projekt artystyczny albo przedsiębiorczy. U nas jest tak, że jak ktoś ukończy studia wyższe, to idzie do roboty jako kelner, żeby przeżyć od pierwszego do pierwszego. Albo do handlu, do pracy w hipermarkecie. Jak się komuś poszczęści i bez koneksji znajdzie zatrudnienie w jakimś urzędzie, to jest szczęściarzem wielkim, może sobie pogratulować. U nas nie jest jak w Finlandii – u nas nie jest tak, że ktoś zostaje nauczycielem z przekonania, bo wybrał sobie taką ścieżkę kariery. Lekarze? Nasze uczelnie państwowe kształcą bardzo dobrych lekarzy, ale oni po zdobyciu wykształcenia uciekają za granicę, bo kto chciałby wykonywać tak odpowiedzialną pracę, jaką jest ratowanie ludzkiego zdrowia i życia, za przysłowiowe psie pieniądze. A ci lekarze, którzy w państwowych przychodniach i szpitalach zostają i nas leczą… zapewne są i tacy z prawdziwym powołaniem do wykonywania tego nadzwyczajnie ważnego społecznie zawodu. Jednak nagminne są przypadki, że na wizytę u specjalisty czeka się miesiącami, a potem, gdy przychodzi upragniony termin, lekarza nie ma lub spóźnia się parę godzin i wizyta albo się uda i odbędzie, albo zostanie odroczona. A specjalisty nie ma w wyznaczonym miejscu w państwowej służbie zdrowia dlatego, że w tym czasie siedzi on w pracy w swej prywatnej praktyce – czyli taki lekarz oszukuje system i przede wszystkim polskiego obywatela, swojego rodaka.

Niesporczak

No więc tak właśnie żyje się w Polsce – nie mamy tu wygód, nie mamy warunków do egzystencji ponad poziomem trywialnej wegetacji, do rozwijania swojej przedsiębiorczości. Jeśli nie jesteśmy prawnikiem czy urzędnikiem, z olbrzymim prawdopodobieństwem będzie nam się żyło w naszej własnej ojczyźnie trudno, ciężko i stale pod górę. Część z nas znajdzie względną stabilizację materialną w zagranicznej korporacji z oddziałem w Polsce, ale nie każdy się do korpokariery nadaje, jako że to specyficzne środowisko z przeznaczeniem dla ludzkich „robotów”, przypuszczam, że sztuczna inteligencja sprawdzi się w nim wyśmienicie, bo człowieczeństwo jest tam zupełnie zbyteczne…

U nas w Polsce nie bardzo rozumie się pojęcia służby zdrowia, tak samo jak służby urzędniczej – są to zresztą naleciałości po naszym rosyjskim okupancie: Polak przyzwyczaił się i nauczył, że kasta urzędnicza to nie jest służba, której zadaniem jest służyć obywatelowi, odpowiadać na jego potrzeby i zapytania, tylko wydaje się Polakowi, że urząd to jest jakiś rodzaj władzy, przed którą należy się kajać, żeby tylko móc załatwić swoją sprawę, z którą się do urzędu przyszło. Nic dziwnego, że tak myślimy – to myślenie wpojono nam zaborami, a potem naszym rozkosznym PRL-em, z którego tak fajnie jest się dzisiaj wesoło pośmiać, kiedy sobie człowiek puści na DVD „Alternatywy 4” czy inny film Bareji i zagryzając popcornem oraz popijając colą, rechocze do rozpuku… Można nawet zamówić sobie hamburgera w McDonald’sie na wynos i zjeść na kanapie w pokoju, oglądając bardzo wesołą komedię Bareji w kompie. Ale w rzeczywistości PRL nie był wcale śmieszny – władza nieposłusznym czy niewygodnym obywatelom, którzy mieli odwagę opowiadać się za potrzebą wolności, łamała palce i robiła jeszcze dużo innych, równie „fajnych” rzeczy… Jesteśmy młodym państwem postkomunistycznym i jeszcze ciągle nam się zdaje, że musimy kogoś gonić, udowadniać sobie, udowadniać innym, zabiegać o cudzą atencję, domagać się szacunku ze strony świata…

To prawda, że różne rozwiązania gospodarcze do Polski trafiają najszybciej o dwadzieścia lat za późno i patrząc z tej perspektywy, istotnie wygląda to tak, że nigdy nie dogonimy naszego ukochanego, wymarzonego Zachodu. Z drugiej jednak strony – zawsze byliśmy narodem dumnym i piekielnie trudnym do zniszczenia. Próbowano nam odebrać naszą tożsamość, dumę narodową, moje rodzinne miasto Łódź miało być w intencji Hitlera popisowym, wizytówkowym miastem III Rzeszy – i faktycznie te nieliczne fragmenty dróg, które Hitler zdążył tu zbudować, są jakoś podejrzanie równe, jakby nie były nasze, jakby nie pochodziły stąd… Próbowano zmusić nas do mówienia po rosyjsku, Stalin radośnie sypał polskim dzieciom cukierki pod nóżki, żeby z entuzjazmem recytowały rosyjskie wierszyki i śpiewały rosyjskie piosenki. Jak nie z prawa, to z lewa zawsze nas gnębiono, a tym dobroczyńcą, który wprowadził do Polski Internet był sam… niejaki Tymiński.

Zaiste Polska jest dziwnym, zdumiewającym krajem. Nasza polska duma miesza się przedziwnie z naszą nieufnością i jednoczesną zdolnością do improwizacji. Nie jesteśmy tak równi, matematycznie poukładani jak Niemcy. Nie jesteśmy tak egocentryczni, pewni siebie jak Rosjanie. Nie jesteśmy tak majętni jak Anglicy czy Szwedzi. Nasz polski temperament jest gorący, żywiołowy, ale nie tak rozkrzyczany, radośnie gestykulujący jak temperament Włochów. Ale o dziwo przez całą naszą koszmarną historię zawsze potrafiliśmy sobie poradzić i pomimo naszych braków, niedostatków – przeżyliśmy gnębienie nas i próby zgładzenia z ręki obcych mocarstw, przetrwaliśmy to niczym prymitywny niesporczak w kosmosie… I kto wie? Może naprawdę jesteśmy w pewnym sensie prymitywni, ale jesteśmy też butni, prawdomówni, porywczy – potrafimy się błyskawicznie zmobilizować i stanąć murem w obronie jakiejś idei, którą uznajemy za istotną, za cenną z moralnego czy duchowego punktu widzenia. Bo nasze jakże ponure doświadczenie okupacji nauczyło nas nie tłumić w sobie swojego zdania. Już nie ma takiej konieczności, byśmy siedzieli cicho, bali się – takiego czy innego wodza, który przyjechał do nas jak do sługi, jak do gorszej rasy, jak do „legalnego” niewolnika, którego wziął sobie we własne posiadanie, bo tak mu się podobało…

Z Zachodu wciąż płyną do nas nie tylko elegancko ometkowane chińskie towary z Bangladeszu, nie tylko podniosłe wzorce kulturowe w rytmie pop i z refrenem disco – płyną też nakazy, przykazy i rozkazy, przemycane w majestacie prawa i pod szyldem poprawnych politycznie sugestii. Kiedyś różnego rodzaju „sugestie” posyłał nam nasz sąsiad zachodni, następnie sąsiad wschodni, a dziś…

Gryząc hamburgera i popijając colą, siedzimy w naszej wegetacji w oczekiwaniu na jaki nowy batonik czy inny hit kultury Zachodu, którą nadal, jak nam się wydaje, potrzebujemy niezbędnie gonić… Mój brat będący w latach 90. młodym chłopakiem, wypowiadając swój dowcipny, cyniczny aforyzm, nie wiedział, nie podejrzewał, o czym de facto mówi, co „przepowiada”. Myślał, że mówi o kolorowym, nowoczesnym blichtrze z Zachodu stopniowo wypełniającym nasze polskie telewizory oraz półki w sklepach – intuicyjnie wyczuł w tym blichtrze jakieś niebezpieczeństwo, iluzję prawdy, pogoń za nie wiadomo czym. W rzeczywistości mówił o dzisiejszej, XXI-wiecznej sytuacji, „przewidział” ją, choć oczywiście wtedy nie miał o tym bladego pojęcia.

Swój śmieszny nibywierszyk wypowiedział tylko raz, ale ja go zapamiętałam. Przez lata, od czasu do czasu ten wierszyk się we mnie odzywał – odtwarzał się w mojej pamięci przy różnych drobnych okazjach, jak nikłe echo czegoś znaczącego i zaprószonego jednocześnie. A od niedawna ten wierszyk wraca do mnie coraz częściej, brzmi jakby jaśniej, silniej, jak gdyby ktoś nakręcał w mojej głowie niewidzialną sprężynę świata… Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, czuję jednak, że sprężyna staje się coraz bardziej napięta.

Justyna Karolak

Justyna Karolakred. nacz. Literatury Tostera Pandory, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT. Najnowszą powieść Karolak, „Mowę kruka” (2016), pobierzesz w formie bezpłatnego e-booka (Pdf) z naszej witryny: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

Informacje uzupełniające:

Tytuł artykułu i puenta częściowo nawiązują do powieści japońskiego pisarza Harukiego Murakamiego, pt. „Kronika ptaka nakręcacza”.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *