Krótka historia spódniczki w kontekście kryzysu

Krótka historia spódniczki w kontekście kryzysu

Dlaczego spódnica stała się symbolem kobiecości? Choć pytanie to może wydawać się naiwnym, a nawet niezbyt mądrym, odpowiedzieć na nie już nie tak łatwo. Wystarczy trochę się rozejrzeć po naszej globalnej wiosce, by zauważyć, że wielu wieśniaków, ot – choćby tacy Szkoci, raczej preferuje spódnice. A w czym paradują greccy wartownicy przed Grobem Nieznanego Żołnierza, jak nie w wymyślnych fustanellach? Nie są przy tym oni żadnym wyjątkiem. Spódnice noszą również mężczyźni mieszkający na wyspach Indonezji i Pacyfiku.

A sięgnijmy nieco pamięcią wstecz. Co nosili starożytni Egipcjanie i ich sąsiedzi, albo Rzymianie, których nie stać było na togę lub nie mieli do niej prawa? Wszyscy nosili spódnice lub coś do spódnicy podobnego. Nie inaczej było i w nieodkrytej jeszcze Ameryce… Wszyscy oni, proszę zauważyć, nosili się raczej krótko. Spódnica była od zawsze strojem męskim!

Wiek złoty jednak szybko przeminął, a w ślad za nim i inne wieki, trochę gorsze, ale jeszcze w miarę szlachetne. Tak jak dziś ocieplenie, tak wtedy niespodziewanie pojawiło się ochłodzenie, a wraz nim – goście ze Wschodu i Północy. A to Hunowie, a to Asterix i Gallowie oraz ich bliżsi i dalsi krewni, czasem Tatarzy, a w międzyczasie jeszcze Wikingowie. Sprawy szły tak źle, że żyć się po prostu nie chciało. Wszyscy poszli na łatwiznę i zaczęli odziewać się byle jak, byle cieplej, a więc w dłuższe „kiecki”.

Goście przywieźli ze sobą jednak parę nowinek; jedni – męskie spodnie, inni – strzemiona, zaś oba wynalazki bardzo przydatne podczas konnej jazdy, jeszcze inni – błyszczące jedwabie. No, i znaleźli się naśladowcy, za nic mający tradycję i starodawne obyczaje. Rzecz dziwna! Na lep tym nowinkom poszli mężczyźni. Przebrali się w spodnie, widocznie chcąc dorównać zagranicznym gościom, a może to właśnie kobiety ich do tego zachęciły, patrząc przychylnym okiem na atrakcyjnych przybyszów? A może to przybysze, poprzez swoje geny i memy, tak znacząco wpłynęli na zastaną sytuację?… Jak było, tak było, w każdym razie już mniej więcej od połowy średniowiecza – spódnice stały się atrybutem kobiecości.

Czasy były rycerskie i każdy mężczyzna, chcąc nie chcąc, sporo czasu musiał spędzać na uciążliwych treningach siłowych, aby w potrzebie móc skutecznie wywijać mieczem czy toporem. Ponieważ życie nie składało się z samych tylko konnych wycieczek i wojaczek, czasem trzeba było zsiąść z konia i przebrać się w strój cywilny. Czym tu jednak można zaimponować damie, skoro wszyscy mają posturę na schwał i dzielnie prężą muskuły? Podczas pokoju trzeba się wykazać zupełnie innymi walorami, niż tylko fizyczna tężyzna. Większe zainteresowanie pań budzili raczej subtelni śpiewacy o bladych, delikatnych licach, niż wojacy z sumiastymi wąsiskami i obyczajami prosto z kantyny. Z subtelnością też jednak nie można przesadzać, bo co będzie, jeśli nasza Bogdanka uzna nas za zbyt delikatnego i słabowitego, niezdolnego do większego wysiłku, jednak niezbędnego podczas uwieńczenia amorów? Dlatego w modzie męskiej pojawiają się, dziś już zapomniane, braguette. W średniowieczu, kiedy nogawice były niezależnymi od siebie elementami męskiego stroju, był to kawałek materiału zakrywający wolną między nimi przestrzeń. Mógł to być też specjalny woreczek, w Polsce znany jako saczek. Nie był to wynalazek nowy, ponieważ mężczyźni zamieszkujący wokół Morza Egejskiego nosili go już w epoce brązu.

Panie mogły więc przenieść swoje zainteresowanie z ogorzałych twarzy i napakowanych bicepsów na inne regiony męskiego ciała, od tego chyba czasu nazywane klejnotami. Eleganci z XVI wieku wyściełali je miękkimi tkaninami lub futrem, dekorowali prawdziwymi klejnotami, jednak pod koniec wieku stały się przedmiotem kpin, a ich noszenie uznano za nieprzyzwoite. Do zaniku tego elementu garderoby być może przyczynił się opis saczka, jakim dysponował Gargantua, u pludrów dla wojownika, pierwsza i najważniejsza sztuka jego rynsztunku.

A i panie robiły wszystko, aby się nie opatrzeć. Wymyślały więc, jak nie lamowania staników, to wielkie kapelusze, jak nie kapelusze – to zgrabne buciki, byle było to coś nowego, jeszcze nie odkrytego albo właśnie zasłoniętego, choćby woalką.

Dziwne więc, że dopiero w roku 1930. brytyjski psycholog, J. C. Flügel (1884-1955), zwolennik Freuda, zauważył w swojej Psychologii ubioru, że strefy erogenne nieustannie przemieszczają się („the shifting erogenous zone”), i że uznał, dotyczy to tylko kobiet. No, ale 70 czy 80 lat temu o seksizmie jeszcze nikt nie słyszał, więc nie oceniajmy zbyt krytycznie jego poglądów. Zdaniem tego badacza, w każdej kulturze zbyt długo eksponowany przedmiot, w tym przypadku element anatomiczny kobiety, który jest centrum męskiego zainteresowania, w końcu opatrzy się i traci swoją atrakcyjność i podtekst seksualny. Jednak instynkt zachowania gatunku jest tak silny, że szybko znajduje inny punkt zaczepienia dla męskich oczu, a co nim będzie, tego nie da się łatwo przewidzieć. Projektanci mody chyba wyczuwają instynktownie, kiedy nadchodzi właściwy moment i gdzie należy skierować uwagę. A zauważył już to Owidiusz, który pouczał, jak należy postępować, aby spod fałd szerokiej i obfitej togi stolata wyłuskać damską stópkę, nie narażając ani właścicielki, ani siebie, na zarzut niemoralności.

Teoria ta ma silne biologiczne uzasadnienie. Gdyby mężczyźni, a kobiety chyba także, zbyt długo interesowali się tylko jednym szczegółem anatomicznym, dobór naturalny rychło doprowadziłby do jego przerostu. Skutki tego byłyby estetycznie mało interesujące, kobiety składałyby się tylko z długich nóg lub dużych biustów albo znacznych pośladków, a mężczyźni z bicepsów osadzonych na potężnych udach. Można znaleźć przykłady izolowanych kultur, zastygłych w swym rozwoju, gdzie takie zjawiska zachodzą. Na szczęście gusta się zmieniają, nic nie zagraża naszemu gatunkowi, a kobiety są niezmiennie atrakcyjne, mężczyźni czasami też.

Kobietom nawet w najcięższych czasach nie brakowało fantazji w dziedzinie ubioru, zazwyczaj bardzo szybko znajdowały nowe pole do popisu. W międzyczasie ich liczba wzrosła na tyle, że do głosu doszły prawa tzw.: obiektywne, w szczególności ilość zaczęła przenikać w jakość. Spódnice wyalienowały się przy tym tak, że zaczęły żyć własnym życiem i rządzić kobietami wg własnego uznania, a właściwie: zgodnie z prawami psychologii i socjologii, wtedy jeszcze nieznanymi.

Spódnice zaczęły ulegać licznym metamorfozom. Najpierw trzymały się kurczowo góry, jakby obawiając się zerwania z uwięzi, tworzyły wraz z gorsetami i kaftanami jedną całość. Ta całość, czyli suknia, rozpadła się dopiero w latach 20. XIX wieku, ale do tego czasu uzyskała już znaczną autonomię. Autonomia spódnicy oznacza również autonomię góry sukni, a ta przejawiła się wyodrębnieniem bluzki.

Długie spódnice były niezwykle podniecające. Nie tylko małe dzieci są ciekawe świata, w tym i różnicy między dziewczynką a chłopcem, zdarza się to czasem osobom w nieco starszym wieku. Przypomnijmy sobie skargi Joasi Podborskiej, którą ówcześni, żądni erotycznych wrażeń, panowie, przy tym mało delikatni, obserwowali, gdy wsiadała do konnego tramwaju albo przekraczała kałuże. Musiała, biedaczka, zresztą nie tylko ona, unieść nieco spódnicę, odsłaniając stopę, nierzadko aż do kostki. Widok ten był niezwykle podniecający. Gdybyż mogła przewidzieć, że nie minie zbyt wiele czasu i w Anglii pojawi się Mary Quant ze swoimi pomysłami, a u nas Helena Majdaniec, która w roku 1962. odważyła się wyjść na szczecińską estradę w minispódniczce.

Długie spódnice rozrastały się też wszerz, przyjmując kształt krynoliny. Jakież to były kreacje i do czego mogły służyć! Najlepiej przedstawił to nieoceniony o. Jędrzej Kitowicz w swoim Opisie obyczajów za panowania Augusta III, którego fragment najlepiej zacytować, aby w pełni oddać atmosferę jego czasów, nie fałszując jej niestosownymi uproszczeniami: Jako zaś nie masz nic tak złego w rzeczach ziemskich, żeby oraz nie miały w sobie jakiej cząstki dobroci, tak też i rogówki lubo swym nosicielkom i sąsiadującym z nimi sprawiały subiekcyją, atoli w zwadliwych kompaniach służyły za fortece. Niejeden tchórz, skoro rzecz wytoczyła się do szabel, skrył się pod rogówkę i gdy drudzy karbowali sobie łby, nosy, policzki, obcinali ręce, on w dobrym zdrowiu pod rogówką przesiedział zawieruchę, bo już go tam nicht atakować nie śmiał, ile kiedy jedna go nakryła, a drugie, w kąt zbite na kształt wałów i szańców, rogówkami nie dozwalały przystępu.

Ale już wtedy wiedziano, że najlepszym sposobem zwalczenia pokusy jest po prostu poddanie się jej, dlatego długie spódnice zaczęto skracać, aby męskie oczy mogły się nasycić nieznanym dotąd widokiem łydek, potem kolan, a na koniec, o zgrozo, nawet ud. I choć dzisiaj śladem po butiku Mary Quant jest tylko mała restauracja, minispódniczki na szczęście pozostały.

Ponieważ życie w XX wieku nabrało chwilami szaleńczego tempa, minispódniczki, na krótko, ustąpiły miejsca maxi, a potem midi. I wtedy, za sprawą angielskich gazet, przypomniano sobie o związku między długością spódnic a stanem gospodarki. W latach dwudziestych, zwanych szalonymi, królował charleston, który można tańczyć tylko w krótkiej, zwiewnej sukience. Ale żadna teoria ekonomiczna nie przewidziała czarnych dni na Wall Street i światowej recesji, a tym bardziej ponurych sukni lat trzydziestych. Nikt też nie spodziewał się, że przyjdą lata czterdzieste. Ożywienie gospodarcze lat pięćdziesiątych i wspaniałe perspektywy lat sześćdziesiątych zbiegły się, a może musiało tak się stać, z minispódniczkami. Dewaluacji funta w 1975 roku towarzyszyły spódnice maxi. I właśnie wtedy przypomniano sobie, że już w latach 30., ówczesny student Harvardu Ralph Rotnem ogłosił swoją teorię długości spódniczek. Zauważył, że gdy spódniczki ulegają skróceniu, wartość akcji na giełdzie idzie w górę, spada zaś, gdy zaczynają zakrywać kolana. Że autor tej teorii nie żartował i jego spostrzeżenia należy brać poważnie, najlepiej świadczy fakt, że wkrótce został jednym z prezesów Harris Upham & Company. Tak się sprawy ułożyły, że długość kobiecych nóg, a głównie ich widzialnej części, splotła się w skomplikowany sposób z poglądami na temat możliwości intelektualnych, polityką socjalną i jeszcze paroma kwestiami.

Przeżywany przez na rzekomy kryzys też objawił się kilkoma zaskakującymi zjawiskami w dziedzinie mody. Oto angielscy sprzedawcy bielizny męskiej skonstatowali, że sprzedaż klasycznych białych slipów męskich wzrosła aż o 35%. Nie było to zjawisko precedensowe, ponieważ kilkanaście lat temu podobny już dopust boski dotknął Wielką Brytanię na początku lat 90., akurat wtedy, kiedy bohatersko walczyła ona z recesją. Rzecz jasna, eksperci pospieszyli ze stosownym wyjaśnieniem i ich zdaniem akurat takie proste białe slipki o klasycznym kroju są wspomnieniem po starych dobrych czasach, kiedy to ojcowie autorów i ofiar dzisiejszej biedy nosili właśnie takie.

Równie gwałtownie i widowiskowo zareagowały ponoć Amerykanki i Amerykanie. Z dnia na dzień, nieomal, zmienili oni swój styl ubierania się do pracy i na coraz to częstsze rozmowy rekrutacyjne. Uznano, że zapomniane już kostiumy i garnitury oraz białe koszule dają większą szansę na zachowanie dotychczasowej lub znalezienie nowej pracy. Wszelka krzycząca ostentacja młodych wilków jest podobno źle widziana. Na szczęście już jest po kryzysie, więc możemy wrócić do zadanego na wstępie pytania… ale czy na nie odpowiedzieliśmy?

Jerzy Skoracki

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *