Lapsus Calami – O wydawaniu e-booków

lapsus1

Książki. Książki nigdy się nie zmienią – powiedziałby klasyk jeszcze kilkanaście lat temu. A jednak się zmieniły. Choć zmiana to może nie do końca trafione słowo. Lepiej może powiedzieć, że zaadaptowały się, bądź wciąż się adaptują, do współczesnego czytelnika. Teraz czytamy, na czym się da – na komputerach, komórkach, tabletach. Teraz wszystko musi być elektroniczne: mamy już e-mail, e-papierosy, e-uczelnie, to i książki musiały stać się „e-”. Co to oznacza dla wydawców, autorów i czytelników?

Najprościej powiedzieć, że dla wydawców e-booki oznaczają dodatkowe koszta (ale również dodatkowy przychód – wszak nikt nie trudziłby się z wydawaniem książek elektronicznych, gdyby nie było to opłacalne). Można przypuszczać, że nie ma nic prostszego niż stworzenie e-booka, zwłaszcza gdy powstaje on równomiernie z wersją drukowaną książki. Drogi czytelniku, musisz wiedzieć, że termin „wydawanie e-booka” oznacza tyle, co „wydawanie dzieła w trzech formatach plików: PDF, EPUB i MOBI”. Zgaduję, że ci z was, którzy nigdy nie mieli do czynienia z czytaniem na tabletach lub czytnikach rozpoznali tylko ukochany PDF. Dlatego może warto w tym miejscu zaznaczyć jedną, bardzo istotną kwestię. Czytanie PDF-ów na czytnikach i tabletach mija się z celem. One są tworzone tylko z myślą o komputerach. Dlatego skupmy się na dwóch pozostałych formatach.

EPUB to prawdopodobnie najpopularniejszy format, w którym czyta się e-booki. Nie tylko da się go wyświetlić na każdym sprzęcie, ale także jest bardzo elastyczny (automatycznie dostosowuje wielkość liter do urządzenia; można też samemu modyfikować rozmiar i krój fontu oraz marginesów).

MOBI natomiast, w porównaniu do formatu EPUB, ma jedną wadę, która właściwie wadą wcale być nie musi – mianowicie działa tylko na czytnikach firmy Amazon, czyli popularnych Kindlach. Na owych urządzeniach nie działa jednak EPUB, więc jako takiego problemu nie ma (bo MOBI w zasadzie powstało jako substytut dla EPUB-a. Na zasadzie „jeżeli korzystasz z naszego czytnika, używaj tylko naszego oprogramowania”), ale wiem, że wielu ludziom to się nie podoba (zazwyczaj najwięcej narzekają ci, co z e-czytaniem mają nie po drodze).

Kupując sobie e-booka, płacimy za wszystkie trzy formaty, więc co, na czym i gdzie czytamy, zawsze zostaje w naszej gestii. Wiedząc już, co wydawnictwa rozumieją pod terminem „e-book”, przyjrzyjmy się, jak wygląda przygotowanie takiego „pakietu”.

Pliki EPUB i MOBI powstają na zasadzie konwersji, za którą odpowiada wyspecjalizowane studio. Za podstawę do wykonania tego działania mogą służyć: plik tekstowy, PDF lub książka papierowa. Cena wykonania takiej konwersji waha się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Największy wpływ na nią mają forma i struktura książki. Mówiąc o strukturze, mam na myśli „poziom skomplikowania” książki – tabele, wykresy, listy, grafiki, itp. Oczywiście im więcej takich dodatków, tym więcej trzeba zapłacić. Najkorzystniej pod względem finansowym opłaca się obranie za podstawę pliku tekstowego – PDF i tradycyjna książka są o wiele trudniejsze do przerobienia. Trzeba też pamiętać o dodatkowej korekcie: konwersja z PDF-a czy z książki nigdy nie jest wolna od błędów. Należy zatrudnić korektora, aby zajął się brakującymi przecinkami i spacjami (z mojego doświadczenia związanego z e-bookami wynika, co muszę z bólem przyznać, że albo często jest ta korekta pomijana, albo po prostu pracownik nie jest zbyt zmobilizowany do pracy, bowiem bardzo rzadko udawało mi się znaleźć e-booka nieskażonego efektem sklejonych wyrazów bądź porozrywanych akapitów).

Lapsus Calami O wydawaniu ebooków

Ważną częścią książek elektronicznych są też zabezpieczenia. Przecież ani wydawca, ani autor nie chce, by w pięć minut po premierze utworu efekt pracy wielu ludzi był dostępny za darmo na pewnym popularnym gryzoniowym portalu internetowym. Są więc dwa rodzaje ochrony, które stosuje się do walki z piractwem.

Pierwszym z nich jest DRM (Digital Right Management). Pewnie części z was (tej grającej w gry) oczy właśnie zapłonęły ze złości, bo – nie ukrywajmy – zabezpieczenia DRM najbardziej uprzykrzają życie ludziom uczciwym, a piraci komputerowi i tak nic sobie z nich nie robią. Może zacznę od dobrej wiadomości – w e-bookach się odchodzi od tego typu ochrony. No dobrze – zapytacie – ale co jest właściwie takiego złego w tych trzech przypadkowych literkach? Przedstawię problem na podstawie firmy Adobe. Po pierwsze, do odczytu plików zabezpieczonych DRM-ami należy pobrać specjalne oprogramowanie. Po drugie – należy utworzyć identyfikator na stronie producenta i przypisać do niego nasze urządzenia (w przypadku Adobe ID, który umożliwia odczytywanie specjalnych plików PDF, plik może znajdować się na sześciu urządzeniach jednocześnie). A przecież każdy z nas uwielbia rejestrować się na milionach stron, więc wiadomo, że taki system bezpieczeństwa cieszy się bezgraniczną miłością użytkowników.

Na całe szczęście potrzeba jest matką wynalazków, toteż – teraz już bez ironii – ludzie wpadli na lepszy pomysł. A pomysłem tym okazał się znak wodny (Watermark). To zabezpieczenie ma formę znakowania pliku wewnątrz treści książki. Innymi słowy: pozwala ono na identyfikację osoby, która łamie zasady udzielonej licencji. W tym przypadku nie ma mowy o  limitach dotyczących ilości urządzeń, na których może znajdować się plik. Nie można go po prostu odsprzedać (ale – powiedzmy sobie szczerze – jaki sens ma odsprzedawanie książek, które nie mają swojej formy fizycznej?) oraz wstawić do internetu. Jest to system o wiele przyjaźniejszy dla użytkowników i dlatego też coraz bardziej popularny.

Skoro już mamy wyobrażenie o tym, jak powstają e-booki, trzeba zadać kolejne pytanie: czy wydawanie książek elektronicznych w Polsce ma sens? Co do tej kwestii, mogę bardzo szybko odpowiedzieć – tak. Oczywiście do mojej opinii trzeba dorzucić parę „ale”, bo rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała i nie myślcie, że skoro nie udało wam się wydać książki papierowej, to możecie spróbować wydać elektroniczną – nie jest to aż takie proste. W poprzednim numerze, w wywiadzie z Andrzejem Pilipiukiem, „największy piewca wsi polskiej od czasów Reymonta” uznał za niemożliwe wybicie się publikacją w formie e-booka. I, przynajmniej póki co, ma –rację. W Polsce e-czytanie dopiero zyskuje na popularności (w zasadzie na etapie „zyskiwania”  są kraje na całym świecie, ale to inna historia), więc bardziej sprawdza się jako dodatek do książki papierowej niż jako samodzielna publikacja.

Lapsus Calami O wydawaniu ebooków 1

No, chyba że nazywasz się Jacek Dukaj. Autor „Lodu” jako pierwszy w Polsce wydał powieść wyłącznie w formie elektronicznej i… okazała się ona bestsellerem. „Starość aksolotla” – bo o tym tytule mowa – po czterech tygodniach sprzedaży znalazła 8,5 tysiąca nabywców. Jest to zasługa zarówno nazwiska autora, jak i szeroko zakrojonej akcji marketingowej (o samej treści już nie wspominając), ale oczywiście utwór ten stanowi wyjątek od reguły – niewielu polskich pisarzy jest tak rozpoznawalnych jak Dukaj.

Za inny przykład niech posłuży Andrzej Sapkowski. Jego „Sezon burz” ukazał się w formie tradycyjnej, ale nacisk fanów sprawił, że opublikowano wersję elektroniczną. Wydawnictwo, choć na początku nie miało w planach wczesnego wydania powieści jako e-booka, po pojawieniu się elektronicznych wersji „drugiego obiegu”, szybko się złamało. Podczas przygotowań do napisania tego artykułu natknąłem się na tezę, że gdyby nie poślizg w powstaniu wersji elektronicznej, ta część „Wiedźmina” mogłaby być najlepiej sprzedającym się e-bookiem w polskiej historii. Szkoda, że nie dane nam było się o tym przekonać.

Książki elektroniczne nie są już tylko melodią przyszłości. Rewolucja dokonuje się na naszych oczach. Stajemy się społeczeństwem, które przestaje się przywiązywać do rzeczy materialnych. Stąd biorą się przecież karty kredytowe, przelewy internetowe i produkty cyfrowe (gry, filmy, muzyka, a teraz jeszcze książki). Myślę, że przeciętni konsumenci będą z takiego rozwoju sprawy usatysfakcjonowani. Nikt przecież nikomu nie mówi, jak ma czytać książki. Dopóki istnieje wybór, to wszyscy powinni być zadowoleni. Przecież nie jest ważne, jak czytamy. Ważne, że czytamy w ogóle.

Lapsus Calami

lapsus-calami-logo

Niniejszy artykuł jest przedrukiem z drugiego numeru pisma pt.: „Lapsus Calami”. Obecnie w przygotowaniu znajduje się piąty numer „Lapsusa” dedykowany zagadnieniom rozwoju pracy redaktora i korektora na przestrzeni wieków.

Redakcja pisma „Lapsus Calami” powstała w 2015 roku z inicjatywy studentów Katedry Tekstologii i Edytorstwa KUL. W kręgu zainteresowań „Lapsusa” leży szeroko pojęta humanistyka, edytorstwo, ale także najważniejsze wydarzenia kulturalne Lublina i nie tylko. Na łamach „Lapsusa” publikują obecni i przyszli edytorzy oraz badacze literatury. Sztuka słowa pisanego jest dla nich najwyższą wartością. Każdy numer pisma „Lapsus Calami” stara się udowodnić, iż czytelnictwo – zwłaszcza wśród młodych ludzi – nadal ma się dobrze.

Zapraszamy do odwiedzania fanpage’a „Lapus Calami” na Facebooku: https://www.facebook.com/e.Lapsus.Calami/?fref=ts

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Pingback: Współpraca z Tosterem Pandory – Lapsus Calami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *