Lekcja 10 ― Pisanie: wszystkie sensy literatury

Pisanie wszystkie sensy literatury

“Jaki sens miałoby pisanie, gdyby nie stała za nim wola prawdy?”, pyta retorycznie Hermann Hesse. Tak, pisarzom zależy przede wszystkim na tropieniu prawdy. Rejestrowanie słowem zawiłych ścieżek życia ludzkiego to zadanie polegające na eksperymentalnych, szaleńczych próbach dotarcia do jądra rzeczywistości. Pisać, to odzierać warstwa za warstwą dane zjawisko, odejmować po kolei powłoki, skóry dziwnego owocu, przebijać się przez miąższ, do końca, aż do pestki. Zgadzam się z Hessem: po co miałabym pisać, jeśliby w moim pisaniu nie skrywał się gęsty, ważny cień? Piszę, bo chcę tykać cieni, których na co dzień fizycznym okiem nie widać. Piszę, by demaskować różne cienie ― ujawniać światu ich istnienie, przynosić na tacy niebezpieczne, bo jeszcze niezgłębione, znaczenia natury ludzkiej i życia.

Jednak prawda, to trudne słowo. W zależności od przyjętej postawy filozoficznej, możemy uprawiać różne interpretacje prawdy. Prawda pozwala się naszkicować jako wartość obiektywna, absolutna ― równie dobrze da się ufać w odmienną jej definicję: prawda jest subiektywna albo relatywna, w każdym razie stanowi ona jedynie rodzaj umowy międzyludzkiej, jest przyjętym kodem służącym do porozumiewania się w obrębie danego kontekstu kulturowego i społeczeństwa, natomiast nie może być niczym bezwzględnym, twardym jak pestka czy kamień, niczym uniwersalnym, totalnie wspólnym i jednośladowym.

Sztuka ― w jej obrębie: literatura ― też bada rzeczywistość, ale artysta w przeciwieństwie do naukowca za materiał badawczy przyjmuje kruchą, dziwaczną, ulotną “materię” swych myśli. Naukowiec podważa zastany obraz świata, aby dojść do prawdy. Żeby dane zjawisko uznać za prawdziwe, naukowiec przeprowadza dowód. Gdy przeprowadzenie dowodu nie jest możliwe, wtedy istota zjawiska ― jako że niepotwierdzona ― wymyka się poznaniu, staje się odrzucona przez sceptyczny rozum, uznana za hipotetyczną (nierealną do rzetelnego opisania), czasem wręcz za zbyteczną (nieużyteczną). Zdaje się, że pisarz postępuje odwrotnie do naukowca: świadomie podąża za niedostępnością danego zjawiska i mimo nierealności zbliżenia się do jego istoty, i tak usiłuje ją liznąć, nadgryźć. Dlatego w rozumieniu naukowca literatura piękna w żadnym razie nie służy do opisywania prawdy ― do tego celu służyć może wyłącznie język nauki. Rozumiem to krytyczne podejście do języka sztuki, choć oczywiście bliższa mnie pozostaje postawa Hessego. Ale w pełni akceptuję, że w percepcji naukowca pisarz musi uchodzić zaiste za dziwoląga oraz wariata! Może rzeczywiście nimi jest!

Być może poznanie prawdy niemożliwe jest ze względu na naturalnie ograniczające człowieka ramy doczesności (na pewno poznanie “prawdy absolutnej”, jeżeli założyć tę właśnie definicję miana prawdy, jest niemożliwe z ww. przyczyn ― przyp.: J.K.), ale niewątpliwie mechanizm myślowy, który opisują słowa Hessego: “wola prawdy”, jest w ludziach obecny. Nawet jeśli prawda umyka naszemu marnemu wzrokowi, istnienie woli jej dotknięcia, chęć poszukiwania prawdy ― pozostaje faktem. Zimnym, suchym faktem, którego nie sposób zanegować.

Tak oto dotarliśmy do punktu stycznego między dziedzinami sprzecznymi: motorem napędowym i sztuki, i nauki jest wola prawdy. Ona właśnie napędza nasze struktury myślowe, ona stymuluje aparaty pojęciowe. Istnienie tej woli jest pozadyskusyjne, kompletnie bezsporne. Mówiąc inaczej, pomimo przeciwstawnych, znoszących się wzajemnie metod tropienia prawdy, sama wola prawdy, głód prawdy i determinacja w dążeniu do jego zaspokojenia ― zawiera się w każdym człowieku: w praktyku i w teoretyku; w naukowcu i w artyście; w “dociekinierze” i w “wymyślaczu”.

Twórca literatury pięknej korzysta ze “zdarzeń wymyślonych”, owszem, lecz mimo podążania w pisaniu za wykreowanym przez siebie światem, za wyobraźnią, za zaprojektowanymi przez siebie kolorami i smakami, jednocześnie szuka w tym procesie “czegoś prawdziwego”. Czegoś, czego wprawdzie nie potwierdzi naukowy sposób eksplorowania rzeczywistości, ale to coś znajdzie inne, unikalne potwierdzenie: w postaci czytelników. Odbiorcy literatury są lustrem pisarza: odbiją jego wymyślone tezy w sposób bezkompromisowy. I to zwierciadlane odbicie zawsze będzie prawdą, mimo że poszczególne lustra różnią się między sobą: istnieją zwierciadła krystaliczne, “wierne” w stosunku do odbijanego przedmiotu; istnieją krzywe zwierciadła i “beczki śmiechu”. I wszystkie zwierciadła są równie prawdziwe…

Pisarz obmyśla “prawdę”, opisuje “coś” nieuchwytnego (eterycznego) i jednocześnie mięsistego (“materialnego”, “kostnego”). Tymczasem ludzie, czytając, w sposób autentyczny potwierdzają “istnienie” tego czegoś w realnym świecie, choćby była to idea najzmyślniejsza, balansująca na ostrzu absurdu, mitu czy abstrakcji. Czytelnik odczuwa wewnątrz siebie owo “coś”, co wymyślił dla nich pisarz ― najbardziej nienormalna czy wykrzywiona teza, propozycja, wizja pisarza może spotkać się z potwierdzeniem ze strony czytelnika. Tu dotykamy znaczenia popularnej sentencji: “w literaturze człowiek szuka kawałka siebie” (w przytoczonej sentencji słowo “człowiek” oznacza odbiorcę literatury, nie jej twórcę ― przyp.: J.K.). Ale ― z racjonalnego punktu widzenia ― jak to się dzieje, że rzeczy wymyślone znajdują potwierdzenie w realnych ludziach? Którędy przebiega ten zdumiewający proces? Czyż rzeczywiście nie wydaje się to szalone: wymyślić coś, co w następstwie, po przejściu przez wewnętrzny filtr zupełnie osobnego człowieka, zostaje przyjęte jako prawda, zostaje wchłonięte jako “stan faktyczny”?…

Hesse ma rację: to najważniejszy sens pisania ― wola prawdy. Kardynalnego sensu tworzenia literatury nie należy upatrywać w prawdzie rozumianej jako pełny, krańcowy produkt, ów sens wpisany jest właśnie w łaknienie prawdy ― a więc zawiera się w pragnieniu głębszego poznania siebie, innych i świata. W pragnieniu znalezienia się bliżej “czegoś”. To pragnienie charakteryzujące działalność pisarską jest podskórne, organiczne ― powiedziałabym, że stanowi ono element składowy naturalnych (wrodzonych) predyspozycji do pisania ― i zarazem jest ono świadomie wybrane, powzięte, wynikłe z intelektu pisarza.

Literatura dysponuje wielością twarzy i masek… Potrzebuję uściślić, że mój artykuł dotyczy literatury pięknej. Innymi prawami i obowiązkami rządzi się literatura faktu, np.: reportaż. Choć i w reportażu jako twórcy znajdziemy przestrzeń ― mówiąc dokładniej: szczelinę ― na swoistą kreację, ale to temat na odrębny artykuł, poświęcony w całości gatunkom dziennikarskim, z rzeczonym reportażem na czele…

Pisanie jest jak róża zanurzona w ciekłym azocie. Będąc pisarzem, bierzesz do rąk gotową cząstkę rzeczywistego świata, po czym zmieniasz ją w “coś innego”, niczym szaman. Czasem wyrządzasz tej oryginalnej rzeczy, którą pochwyciłeś w palce, krzywdę ― robisz tak, żeby ukazać ciemną naturę tej rzeczy, po to, byś w pisaniu mógł podążać za subtelną, złożoną skalą szarości, nie za oczywistą graficznością, za czarno-białym obrazem świata. Czasem przydajesz tej oryginalnej rzeczy, którą pochwyciłeś w palce, urody, wdzięku, wymowności ― robisz tak, żeby wydobyć z opuszczonego strychu drobny przedmiot, zdmuchujesz z niego kurz, odwijasz z zapomnienia. Pisanie jest wówczas podobne do zaklinania rzeczywistości: pochylasz się nad “śmieciem” i poprzez sam pokłon w rezultacie oddajesz światu nie śmieć, tylko skarb (jakiś walor, jakąś słuszną opowieść, jakiś czysty pakunek myśli, refleksji). Czasem, pisząc ― niszczysz tę pochwyconą w palce, oryginalną cząstkę świata: jakbyś zanurzał różę w ciekłym azocie. Po tego rodzaju zabiegu literackim, opisane przez ciebie zjawisko staje się zamrożone, wytworne i “magiczne”, ale wystarczy pojedyncze delikatne tknięcie, by podmiot twych myśli rozkruszył się na niepoliczalne okruchy podobne do szkła… Część czytelników uzna te okruchy za utracone dobro, niektórzy z nich uronią łzę wzruszenia. Część czytelników uzna te okruchy za oczywisty bałagan ― zmiecie je jednym wprawnym ruchem, i bez żalu wyrzuci do kosza. Część czytelników zbierze okruchy z podłogi pieczołowicie, gest za gestem, po czym umieści je w aksamitnym woreczku i odłoży na ulubioną półkę.

Pisarz korzysta z pożyczonych fantów. Pisarz, to dziwny kuglarz, który żongluje cudzymi piłeczkami. Obserwujesz rzeczywisty świat po to, by wyrywać z niego małe niepozorne, śmieszne włókna albo potężne, imponujące masywy skalne… Lecz niezależnie od rodzaju i rozmiaru “materii”, którą połowisz, każdą zdobycz, każde znalezisko, każdą obraną za temat twojej twórczości rzecz ― zmielisz zwyczajnie, w efekcie karmiąc świat pokracznym obiadem swego autorstwa. Żadna z rzeczy, które złowisz, które porwiesz, które weźmiesz sobie, by cokolwiek z nich zbudować, nie należy do ciebie. Korzystasz z pożyczonych fantów ― jesteś pojedynczym puzzlem w rozległej układance, należysz do realnego świata, ale on nie należy do ciebie.

Justyna Karolak

Źródła:

Słowo “dociekinier” powtórzyłam za Wojciechem Jóźwiakiem, czytając artykuł na jego Tarace (nie pamiętam tytułu, dotyczył w każdym razie charakterystyki ludzi piszących czy dyskutujących).

Słowo “wymyślacz” powtórzyłam za Ryszardem Kapuścińskim (użył go bodaj w “Autoportrecie reportera”, ale nie jestem pewna).

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (10)
  • w porządku-niezła grzanka (8)
  • potrzebny-smaczny tost (8)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *