Lekcja 11 – Poprawność językowa: kim jest redaktor?

W literackich Warsztatach Pandory poruszyłam dotychczas kwestie, kim jest pisarz i czym jest miejsce właściwe do pisania; mówiłam o „wszystkich sensach” literatury; na przykładzie felietonu otarłam się o gatunki dziennikarskie; wspomniałam i o tym, że pisarz (twórca literatury pięknej) nie musi, a wręcz nie powinien być polonistą, bo dążenie do hiperpoprawności językowej – to nie jego zadanie. Ale jeszcze nie opowiadałam Wam o tym, kim jest redaktor – ani na czym polega relacja autora powieści z redaktorem pracującym w wydawnictwie…

Dziś opowiem nie tylko o tym, na czym zasadza się praca redaktora – wskażę też przyczyny, dla jakich pozostaje ona ważna zarówno dla wydawcy, jak i dla samego autora. Mam nadzieję, że artykuł ten pomoże Wam dostrzec tzw. drugą stronę medalu – zdać sobie sprawę z tego, że jako pisarze nie jesteśmy „jedyni we wszechświecie”. Że nasza praca literacka nie stanowi hermetycznej wyspy dryfującej po nieznanym oceanie – bowiem nasza praca literacka podlega pod skomplikowane, acz zarazem wymierne procesy wydawnicze, których istotną częścią jest współpraca pisarza właśnie z redaktorem wydawnictwa. Myślę, że dobrze, kiedy pisarz zawiera w sobie wyobrażenie tych procesów – wówczas współpraca ta przebiega sprawniej i bez wątpienia w przyjemniejszej atmosferze. Postaram się toteż omówić kluczowe aspekty pracy redaktora, zwracając uwagę na zalety i wady redaktorów. Zapraszam do czytania!

Zacznę od tego, że skoro już wiesz, że Twoim priorytetowym celem jako pisarza nie jest bezwzględna „higiena językowa” – zrozum także, że ktoś o tę higienę dbać jednak musi. I tą osobą jest redaktor. Wytrawny redaktor – dla każdego bez wyjątku wydawnictwa – to prawdziwy skarb; zawsze to powtarzam. Dlaczego tak sądzę? Bo to oczom redaktora nie umknie najmniejszy językowy lapsus, bo to redaktor dąży do tego, by tekst przyjęty do druku – ukazał się w jak najlepszej formie. Ale co to znaczy: najlepsza forma tekstu? Mowa nie tylko o dążeniu do uzyskania wysokiej jakości stricte językowej – mówimy tu również o prawidłowej konstrukcji powieści, z której to konstrukcji wynika kilka znaczących elementów: wartki rytm opowiedzianej w książce historii, melodia opowieści (tekst literacki musi stosownie „płynąć”), stopniowanie napięcia emocjonalnego, umiejętne prowadzenie czytelnika przez poszczególne odsłony fabuły; prowadzenie w kierunku rozwikłania tajemnicy przedstawionych zdarzeń lub po prostu w kierunku finalnej pointy…

Poważne, prężne wydawnictwo zatrudnia kilku odrębnych strażników zakwalifikowanego do druku słowa pisanego – inaczej mówiąc, powieść powinna przejść w wydawnictwie kilka korekt i redakcji wykonanych przez różne osoby. Na przykład: pierwsze czytanie równa się pierwszej korekcie, która wyeliminuje z powieści wszystkie błędy językowe – interpunkcyjne, ortograficzne i gramatyczne. Kolejna osoba, czyli już nie korektor, a redaktor – przystąpi do drugiego czytania. I to jest czas, w którym redaktor we ścisłej współpracy z autorem powinien wyeliminować nie tylko błędy oraz niedostatki stylistyczne – może on także zasugerować autorowi zmiany w konstrukcji powieści, zmiany w tytule głównym powieści lub w tytułach poszczególnych rozdziałów, a nawet może zaingerować w treść powieści, czyli np. zasugerować zmianę zakończenia czy pomniejsze zmiany na różnych etapach fabuły. O ile z interpunkcją i literówkami trudno dyskutować (choć zmiana miejsca położenia pojedynczego przecinka potrafi kategorycznie zmodyfikować sens całego zdania!), o tyle ingerencja z zewnątrz w budowę powieści, tytuły, nie wspominając już o ingerencji w treść dzieła – mogą przyprawić autora o zawrót głowy, skok ciśnienia i, nie bójmy się tego przyznać, gniew albo przeciwnie: przysłowiową czarną rozpacz. Wiem dobrze, o czym mówię, bo na chleb zarabiam, będąc redaktorem – natomiast literatura jest moją miłością, i to bycie pisarzem nadaje mojemu życiu, ważny dla mnie osobiście, sens. Ale znam obie strony medalu: wiem, co to znaczy być pisarzem, który podlega pod cudzą korektę i redakcję – wiem też, co to znaczy być korektorem i redaktorem cudzego dzieła. Obie role są trudne i wymagające, choć każda z nich niesie ze sobą własne priorytety i ścieżki dochodzenia do zadowalającej jakości. Ale to nie tak, że albo pisarz ma rację, albo redaktor ma rację – na ogół, jak to w życiu, trochę racji ma autor, a trochę redaktor… Kluczem do wspólnego sukcesu jest skomplikowana, ale jednocześnie zbawienna sztuka kompromisu! Do wspólnego sukcesu, czyli do tego, aby książka, która ukaże się drukiem, przyniosła satysfakcję i pisarzowi, i redaktorowi (którego nazwisko widnieje na wewnętrznej stronie okładki lub na tzw. stronie redakcyjnej), i wydawnictwu – i przede wszystkim czytelnikowi! Lecz co dokładnie wpisane jest w ową sztukę kompromisu, gdy mówimy o procesach wydawniczych? Już opowiadam…

Skoro powieść została przez wydawnictwo zakwalifikowana do druku, czego wyrazem jest zawarcie umowy na piśmie między autorem a wydawnictwem – oznacza to bezsprzecznie, iż wydawca uznał, że w tejże powieści istnieje potencjał nie tylko czy niekoniecznie artystyczny, ale przede wszystkim marketingowy, mówiąc brutalnie. Obojętne, czy umowa zawarta z wydawcą dotyczy ukazania się na rynku wydawniczym projektu literackiego w tradycyjnej, papierowej postaci, czy w formie ebooka, czy przy użyciu innych jeszcze nośników; istotne w tym kontekście jest co innego: skoro wydawca zaakceptował powieść do wydania, to znaczy, że zgodził się na tę powieść – czyli uznał ją za „dobrą” (np. taką, która może sprzedać się w przynoszącym zyski nakładzie, bądź taką, która wpisując się w dany profil wydawniczy, wesprze wydawnictwo w procesie budowania jego renomy, dobrego imienia; etc.). A skoro powieść została przez wydawcę przyjęta – w związku z tym nie ma wytycznych, wedle jakich autor musi zgodzić się na wszystkie poprawki wprowadzone/zaproponowane przez korektora i redaktora. Oczywiście warto wnikliwie i skrupulatnie przestudiować warunki umowy z wydawcą, którą podpisujemy jako autorzy: powinna ona bezwzględnie opisywać wszystkie prawa i obowiązki obu stron umowy – a więc powinna jasno określać, co oraz w jakim czasie z powieścią uczyni wydawca, zanim książka zostanie wydana, jak i to, na co autor powieści musi się zgodzić, a na co nie i w jakich sytuacjach może dojść do anulowania umowy i bezproblemowych odstąpień od wstępnie przyjętych ustaleń. Osobiście – jako autor – nie wyobrażam sobie podpisać takiej umowy, która zmuszałaby mnie do zaakceptowania bez prawa do polemiki absolutnie wszystkich zmian przeprowadzonych na mojej powieści przez redaktora wydawnictwa. Nie wiem zresztą, czy takie umowy w ogóle „w przyrodzie występują” – wiem natomiast, że wszelkie zmiany przeprowadzane na mojej powieści winny być ze mną rzeczowo skonsultowane, czyli w świetle podpisanej umowy, ja jako autor muszę mieć zagwarantowany czas na tzw. autoryzację, zgodnie z którą zaakceptuję modyfikacje zaproponowane przez redaktora albo je odrzucę.

A teraz, skoro w powyższym akapicie ochroniłam interesy i wolność wypowiedzi pisarzy – odwrócę stronę medalu! Młodzi pisarze, czasem naprawdę warto posłuchać redaktora – zaufać mu, zdać się na jego świadomość i intuicję językową oraz na techniczne, głębokie doświadczenie wynikające z pracy z książką, z różnymi literackimi wizjami i pomysłami rozmaitych autorów! Nie na tym ta zabawa polega, że wszystko, co stworzę – napiszę w bezsenne noce, orząc w materii słownej z pełnym zaangażowaniem w każdą sylabę i każdy przecinek – powinno trafić w ręce czytelnika w tej właśnie pierwotnej, mojej autorskiej, postaci. Jako pisarz, uważam, jestem zobligowana względem czytelnika nie tylko do tego, żeby przekazać mu intrygującą opowieść, niezwykłą fabułę itd. Jestem zobligowana również do tego, by czytelnik otrzymał ode mnie jak najszlachetniej oszlifowany diament – i życie okazuje się złożone w odniesieniu do tej metafory i tezy zarazem, bo praca pisarza polega na odkrywaniu diamentów, zaś praca redaktora na ich szlifowaniu. Dlatego, będąc autorem – koniecznie pozwól redaktorom na wykonywanie ich pracy: pozwól im nadać własne szlify – Twojemu słowu pisanemu. Wysłuchaj argumentów redaktorów, odrzuć prywatną dumę, zdystansuj się do swojej powieści – zerknij na zmiany redaktora życzliwie, z otwartą głową. Dyskutuj wyłącznie wtedy, kiedy jesteś absolutnie pewny, że się nie mylisz – pamiętaj, że pisarzowi niekiedy trudno jest dostrzec ze środka swego umysłu popełnione przez siebie błędy, nie tylko stylistyczne, ale przede wszystkim konstrukcyjne, koncepcyjne, merytoryczne. Tak, ależ tak – fikcja literacka także zawiera w sobie warstwę merytoryczną; warstwa merytoryczna nie dotyczy jedynie literatury faktu czy opracowań naukowych. A redaktor, to właśnie ten człowiek, który pilnuje „merytoryki” dzieła czy logiczności zaprezentowanych wydarzeń – szeregu „rzeczy”, które twórcy literatury pięknej mogą, choć oczywiście nie muszą, wymknąć się spod kontroli.

I znów odwrócę medal! Każda grupa zawodowa, która mianuje się dużym zaangażowaniem w wykonywaną pracę, zwykła charakteryzować się osobniczymi i czasem niechlubnymi „dziwactwami”. Mówi się o tym, że np. lekarze swobodnie rozprawiają o chorobach czy wnętrznościach w czasie domowego obiadu z rodziną, a prawnicy przejawiają trudności w opowiadaniu o prywatnych radościach i kłopotach w sposób „niebełkotliwy”, czyli nieprzesiąknięty żargonem prawniczym. Analogiczną przywarą dla tej grupy zawodowej, jaką stanowią redaktorzy, jest z kolei swego rodzaju pycha i drobiazgowość, która prowadzi do „wąskotorowości” intelektualnej. Tymczasem bycie redaktorem wytrawnym wymaga od człowieka umiejętności zachowania niezmanierowanego i niezakleszczonego umysłu. Na polskim rynku wydawniczym istnieje wielu redaktorów, ale tylko nieliczni spośród nich zasługują na ten zacny epitet: „redaktor wytrawny”. Oczywiście w dowolnej grupie zawodowej znajdziemy dwojakich przedstawicieli danej profesji: zdarzają się lekarze opryskliwi i zupełnie niezainteresowani pacjentem, jak i, na szczęście, ci o tyleż kompetentni, co empatyczni. Podobnie wśród redaktorów: są tacy, którzy nie widzą niczego więcej poza sztywnymi regułami cytowanymi ze słowników, są – szczęśliwie – i tacy, którzy potrafią „wczuć się w autora” i dokonywać zmian wyłącznie w tych miejscach powieści, gdzie są one absolutnie niezbędne.

W pracy redaktora – oczywiście pod warunkiem, że chce się być prawdziwie dobrym w tym zawodzie – trzeba wiedzieć, a przede wszystkim rozumieć, kiedy należy poprawić popełniony przez autora błąd, a kiedy warto pozwolić autorowi na popełnienie pewnych „błędów”, to znaczy na świadome zastosowanie przez autora „okaleczeń języka”. Bycie profesjonalnym redaktorem polega na świadomym poszukiwaniu najlepszych rozwiązań semantycznych, ale w pracy tej koniecznie trzeba powściągnąć fantazję i wyrzec się wirtuozerii – bo to pisarz pozostaje pełnoprawnym autorem powieści. Powiem Państwu uczciwie, że to, że sama jestem pisarzem, bardzo uszlachetnia, oczyszcza moją pracę redaktora, kiedy pracuję nad cudzym dziełem! Jasne, że ani w jednej, ani w drugiej dziedzinie – nie jestem bezbłędna (bo bezbłędny byłby tylko robot, lecz jeszcze nie wynaleziono robota, który potrafiłby w stu procentach zrealizować zadanie: odcedź tekst z błędów językowych i daj światu wzorcową i jednocześnie zachwycającą powieść). Jednak poprzez to, że jestem pisarzem – kiedy wchodzę w skórę redaktora, staram się podążać tropem autora, wyjść mu naprzeciw, odczytać jego intencje… To ważne, aby redaktor umiał uszanować intencje autora – a ponieważ ten odcinek Warsztatów Pandory poświęcony jest właśnie redaktorom, dodam, że zdziwiliby się Państwo ogromnie, gdybym wskazała, do jakich nadużyć potrafią posunąć się niewytrawni redaktorzy… I żeby nie być gołosłowną – podam przykłady owej pychy, o jakiej wspomniałam na początku tego akapitu.

Mianowicie w środowisku redaktorów spotkałam się na przykład z sytuacją, w której redaktor zadał kolegom po fachu następujące pytanie: – Zainspirowałem autora do napisania tej książki, to znaczy podsunąłem mu ogólny temat do przemyślenia. I autor zdecydował się napisać książkę na ten temat, a ja pracowałem (jako redaktor) przy tej książce. Jak myślicie, czy mam prawo żądać, aby moje nazwisko wystąpiło na okładce tej książki w roli jej współautora? Inny przykład (mówi redaktor): – Pracuję nad redakcją romansu i autorka tej powieści użyła samych sztampowych metafor/epitetów: „miękkie nogi”, „ucisk w dołku”, „powabna szyja”, „intensywne spojrzenie” etc. I ja konsekwentnie zmieniam autorce wszystkie te żałosne metafory/epitety na bardziej wysmakowane i oryginalne, bo powieść w tej postaci, w jakiej została napisana, to rasowa grafomania. I cóż Państwo powiedzą na te dwa przykłady? W pierwszym przypadku mamy do czynienia z przerostem ambicji zawodowych, a tak naprawdę – osobowych, wynikających z ego; zachowanie kompletnie nie do przyjęcia. W drugim przypadku mamy do czynienia z uzurpowaniem sobie przez redaktora prawa do odgórnego (z pozycji krytyka literackiego) wartościowania pod względem literackim otrzymanej do redakcji prozy; zachowanie kompletnie nie do przyjęcia. Owszem, skoro ustaliliśmy w obrębie tego artykułu, że redaktor jak najbardziej ma prawo do zasugerowania zmian w konstrukcji i treści powieści – powinien mieć prawo również do sugestii zmian użytych przez pisarza metafor czy innych figur stylistycznych. Dobrze, niech zatem redaktor przekaże pisarzowi swoją (zwięzłą i merytoryczną) opinię o użytych w powieści, niefortunnych jego zdaniem, metaforach – ale z pewnością do zadań redaktora nie należy rugowanie z powieści metafor, które nie przypadły mu do gustu, gdyż redakcja nie ma nic wspólnego z osobistym gustem redaktora! Mało tego: może warto skonsultować się z przełożonym, czyli z wydawcą – być może wydawca zakwalifikował tę powieść do druku właśnie z uwagi na obecność w powieści owych, prostych, oględnie mówiąc, metafor? Może wydawca dostrzega właśnie w tychże metaforach wyraźny profit, na przykład ten finansowy?

A teraz opowiem Wam, jak przebiegała moja współpraca jako pisarza z redaktorem wydawnictwa, które jako pierwsze mi zaufało. Opowiem o mojej – technicznej – drodze do wydania powieściowego debiutu. Opowiem dlatego, żeby udokumentować plusy i minusy wspólnej podróży autora i redaktora – i opowiem sprawiedliwie i szczerze, zgodnie z tym, jak ta konkretna podróż się odbyła, nie pastwiąc się ani nad sobą jako „żółtociobowym” wówczas pisarzem, ani nad redaktorem pracującym w wydawnictwie.

Otóż w chwilę po tym, kiedy podpisałam umowę z wydawcą, moja powieść trafiła do redaktora. Redaktor poinformował mnie w pierwszej wiadomości e-mail, co nastąpi dalej: – Pani Justyno, Pani powieść bardzo mi się podoba, niemniej od razu uprzedzam, że czeka nas dużo zmian, włącznie z ingerencją w treść. Przyjęłam tę, wielce zaskakującą, nowinę ze strachem, ale także ze stoickim spokojem, który wyraziłam w krótkich słowach typu „rozumiem”, „w porządku”. W kolejnym e-mailu otrzymałam od redaktora moją powieść – z wykreślonymi obszernymi fragmentami, które zdaniem redaktora winny zupełnie wypaść z powieści; z przekreślonymi zdaniami i akapitami, które zostały przez redaktora „wyprostowane pod względem językowym”; a także z następującą informacją: – Pani Justyno, rozdział trzeci jest do kompletnej przebudowy (tu padły konkretne argumenty, co zdaniem redaktora jest źle, co zgrzyta; dlaczego i po co; że dziury logiczne itd. – przyp.: J.K.). Proponuję Pani dwa wyjścia: albo zgodzi się Pani napisać ten rozdział od nowa, biorąc pod uwagę moje wskazówki, albo ja przeredaguję treść tego rozdziału w Pani imieniu i Pani odniesie się do nowego kształtu rozdziału. Jeśli żadne z tych wyjść nie będzie Pani odpowiadało, rozważam usunięcie tego rozdziału, choć uważam, że byłaby wielka szkoda, bo sam pomysł jest dobry i rozdział wiele wnosi do fabuły; sądzę, że byłoby świetnie powalczyć o niego. Jak ustosunkowałam się do tych nowin, informacji i sugestii? – spytacie. Otóż nie spałam przez dwie, albo i trzy, noce z rzędu i krok po kroku zagłębiałam się w swoją powieść, która nagle, bardzo gwałtownie w mej percepcji, przestała być moja. Ostatecznie postąpiłam tak oto: część fragmentów pozwoliłam z powieści usunąć – przyznając rację redaktorowi, bo rzeczywiście poza wypełnieniem klimatu i tła, niewiele one wnosiły – o inne fragmenty walczyłam jak lwica, i wygrałam. Rozdział trzeci – postanowiłam napisać raz jeszcze, wysłuchawszy pilnie uwag redaktora. Wtedy – te uwagi były dla mnie szokiem i łzami smutku; dziś pozostaję redaktorowi wdzięczna za nie! Faktycznie – nowy rozdział trzeci, zgodnie z prognozami redaktora, nie moimi, dał powieści oddech, bardziej intrygującą narrację i, co najważniejsze, słusznie podsycił czołową tajemnicę, kryjącą się w fabule.

W czasie tej współpracy zdarzyły się również akcenty, powiedziałabym: „błaho-zabawne”. Na przykład pewnego dnia redaktor posyła mi e-mail o takiej oto treści: – Pani Justyno, zmieniam wyrażenie „żółcień cytrynowa” na „żółć”, ponieważ żółć także oznacza kolor (w tym miejscu redaktor linkuje trzy definicje słowa „żółć” oznaczające kolor, zawarte w trzech różnych słownikach). Odpowiedziałam, że jako autor powieści nie miałam na myśli słowa „żółć”, tylko nazwę „żółcień cytrynowa” – i chcę, żeby tak w powieści pozostało. Redaktor nie dał za wygraną. Nasz ping-pong trwał długo… Rozwiązanie przyniósł dopiero mój e-mail, brzmiący tak oto: – Pani Redaktor, swego czasu ukazała się książka pt.: ‚Gabinet żółcieni’. Proszę sobie wyobrazić, co odczułby czytelnik, co zobaczyłby w swojej fantazji, gdyby biorąc tę książkę do ręki, przeczytał tytuł: ‚Gabinet żółci’? Czyż nie jest jasne, że czytelnik skojarzyłby tytuł ten ze stołem operacyjnym i pęcherzykiem (woreczkiem) żółciowym – podczas gdy celem autora było, aby czytelnik doświadczył skojarzenia z odcieniem emocji, a nie z płynem ustrojowym? Napisałam również, że jestem także… plastykiem, w związku z czym, jeśli używam w powieści zwrotu „żółcień cytrynowa”, nie czynię tego przez przypadek ani w wyniku nieznajomości słów, tylko dlatego, że akurat mam na myśli dokładnie tę barwę, ten pigment wręcz, który nazywa się żółcienią cytrynową, a nie żółcią… Udało się! Ostatecznie w mojej debiutanckiej powieści uświadczycie więc zwrotu „żółcień cytrynowa”, ale droga do owej żółcieni nie była łatwa, oj – nie… Już po zakończeniu współpracy z redaktorem moja powieść powędrowała do specjalisty od składu – potem, już po składzie, znów przywędrowała do mnie do autoryzacji. I wówczas sam wydawca zapytał mnie: – Pani Justyno, to jak ma w końcu być: ta żółć, czy ten żółtocień? Odparłam: – Ani to, ani to. Ma być: (ta) żółcień cytrynowa…

I to są, proszę Państwa, różne „grube i drobne smaki” współpracy autora z redaktorem. Żeby było jeszcze dowcipniej, z chwilą kiedy wydawca dowiedział się (zapewne od redaktora), że jestem również plastykiem, zapytał, czy nie chciałabym mieć jakiegoś wpływu na okładkę (a więc mój ping-pong z redaktorem rozegrany o żółcień cytrynową się opłacił). Pewnie, że chciałam! Projektu okładki dokonał oczywiście grafik zatrudniony przez wydawnictwo, ale wysłuchano moich uwag, co ogromnie mnie ucieszyło. I żeby w tej opowieści pozostać nader sprawiedliwą, dodam, że byłam – dla redaktora – autorem niezwykle upierdliwym… Innymi słowy – było ze mną bardzo dużo pracy, i wiele dyskusji i polemik musieliśmy wespół stoczyć i odbyć, zanim mój debiut wydawniczy stał się faktem. Na koniec tej współpracy pani redaktor napisała mi: – Pani Justyno, cieszę się, że młodzi ludzie w Polsce tworzą literaturę piękną, a nie tylko banalne sprawozdania z życia. W mym poczuciu – otrzymałam wspaniały komplement; wszystko dobrze się skończyło! Pani redaktor wspomniała też, że współpraca ze mną istotnie była wymagająca (moim zdaniem była wręcz upierdliwa, powtórzę, bo to prawda!) – ale summa summarum obie wybrnęłyśmy z tej współpracy z tarczami, co szalenie mile dziś wspominam, kłaniając się Pani Redaktor z wdzięcznością. Notabene to właśnie ta pani nauczyła mnie poprawnie zapisywać „dialogówki”, bo – jak okazało się w czasie naszej współpracy – przed naszym spotkaniem zupełnie tego nie potrafiłam! Rozstałyśmy się więc we wzajemnym szacunku i w przyjemnej atmosferze.

Po co o tym wszystkim wspominam? Otóż po to, żeby wykazać czarno na białym, że relacja redaktora i autora prawie nigdy nie należy do oczywistych. To jest skomplikowana relacja, która promieniuje, rzutuje na obie strony medalu. Opowiedziałam Wam o mojej pierwszej w życiu współpracy z redaktorem wydawnictwa – ale nie zawarłam w swej opowieści tej arcyważnej części naszego dialogu, w jakiej redaktor starał się usilnie przekonać mnie do diametralnej zmiany zakończenia. Ta właśnie część była dla mnie najtrudniejsza, bo moim zdaniem zmiana zakończenia tej książki zaowocowałaby niczym więcej, aniżeli jej śmiercią. Innymi słowy, mogłam zgodzić się na wiele zmian – mielić w swoim umyśle sugestie i zabiegi redaktora, mierzyć się z nimi i niektórym z nich przyznać rację – ale tego jednego: zwyczajnie nie mogłam zrobić. Nie dlatego, że nie potrafiłam technicznie, tylko dlatego, że nie chciałam. Uważałam, i nadal uważam, że owa zmiana pierwotnego zakończenia Tropiąc jednego wilka na zupełnie inny wydźwięk byłaby kastracją całej powieści, czymś, pod czym stanowczo, przenigdy, nie podpisałabym się. Nie wyraziłam aprobaty dla pomysłu zmiany zakończenia, ale walka o to, co moje i w co wierzę, była piorunująco intensywna i wyczerpująca. Z drugiej strony, z tyłu głowy pobrzmiewa mi i zgoła inna prawda… Otóż jest taka powieść, nosi ona tytuł Piknik pod Wiszącą Skałą – znakomita książka napisana przez Joan Lindsay, która w roku 1975 doczekała się równie znakomitej adaptacji filmowej w reżyserii Petera Weira. Kto zna to dzieło, zarówno pierwowzór książkowy, jak i film, doskonale wie, że sensem, a i pięknem tej historii jest tajemnica; tajemnica sama w sobie – tajemnica i stos pytań, na jakie twórcy nie udzielili ni grama odpowiedzi, ani nawet milimetrowej wskazówki. To główna siła tej historii: niewytłumaczona, nierozwikłana tajemnica. Tymczasem „wieść gminna” niesie, że autorka tej powieści – znała rozwiązanie sekretu, umieściła je w książce. Wydawca przekonał ją jednak, że dla dobra – wartości i artyzmu – książki należałoby się tegoż wyjaśnienia pozbyć. Posłuchała; usunęła ze swej książki pierwotne zakończenie, pozostawiając w jego miejscu kuszące, magnetyczne niedopowiedzenie… I, o rety, jak to dobrze, że posłuchała, że zaufała! W rezultacie otrzymaliśmy bowiem dzieło wybitne – perfekcyjnie wyważone pod względem konstrukcji i opływające w unikalną, rozpoetyzowaną atmosferę… Wydawca – redaktor – miał rację! I jako pisarze powinniśmy umieć wsłuchiwać się w te dobre, jakościowe podszepty, inteligentnie odcedzając je od tych złych, chybionych, niesłużących.

Praca redaktora jest niewątpliwie światu potrzebna – tak jak nie wystarczy umieć obsługiwać programy graficzne, by tworzyć projekty, reklamy i bannery prawdziwie dobre, tak nie wystarczy nauczyć się kształtu liter, mając 6 czy 7 lat, by potem cieszyć się „umiejętnością pisania”. Praca z tekstem – świadomość i intuicja językowa – to coś znacznie bardziej skomplikowanego niż niebycie analfabetą; coś, co wymaga od człowieka nie tylko zasobów wiedzy stricte lingwistycznej, ale także swoistej plastyczności, zdolności wkraczania w różne narracje, przy jednoczesnym zachowaniu i chłodu ocen wobec cudzego tekstu, i zaangażowania w proces jego naprawy. Natomiast tak jak artykuł ten nie powinien być rozumiany jako zachęta dla młodych pisarzy do szerzenia nieprzemyślanej niedbałości językowej, tak samo nie powinien być rozumiany jako zachęta dla redaktorów do pielęgnowania w sobie poczucia lepszości i „niezastąpioności”…

Drodzy Redaktorzy, teksty bez Waszej dobroczynnej ingerencji – i tak będą rozsiewały się po świecie, zupełnie samopas. Drodzy Pisarze, bez Waszej uważności językowej literatura, którą stworzycie, nigdy nie stanie się wielką – umieć opowiedzieć historię, to za mało, aby pisarzem być…

Do zobaczenia w kolejnych Warsztatach Pandory!

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (14)
  • w porządku-niezła grzanka (9)
  • potrzebny-smaczny tost (9)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *