Lekcja 3 – Jak zostać pisarzem?

Lekcja 3 Jak zostać pisarzem

Część z Was poczuje dotkliwe rozczarowanie, ponieważ na pytanie postawione w tytule, odpowiem: pisarzem nie można zostać – pisarzem się jest… albo nie. Bycie pisarzem, to jak bycie zakochanym: jeżeli pytasz, po czym poznać ten stan, skąd masz wiedzieć, że się nie mylisz, skąd masz wiedzieć, czy to, co czujesz, jest prawdziwe, to znaczy, że nigdy nie byłeś zakochany.

Oczywiście, że zakochanie jeszcze może Ci się przydarzyć. A pisanie? Niekoniecznie.

Po tym akapicie, logicznie rzecz biorąc, całe przedsięwzięcie pod tytułem Warsztaty Pandory – powinno legnąć w gruzach, bo skoro nie jestem w stanie udzielić Ci jasnych wskazówek, jak zostać pisarzem, po cóż tu niby jesteśmy?

A jednak nie legnie. Jesteście ciekawi, dlaczego?

Otóż dlatego, że chociaż nie istnieją szkoły poetów i szkoły powieściopisarzy, chociaż nie mogę przekazać Wam kryształowej recepty na zostanie pisarzem – mogę przekazać Wam charakterystykę pisarza. Może dzięki niej – rozpoznacie siebie samych? Może zderzycie swoje marzenia z cieniem prawdy o Was samych? Może zidentyfikujecie się z tymi spisanymi cechami oraz powinnościami pisarza i podejmiecie wiążące decyzje na przyszłość?

Nie istnieje wymierna odpowiedź na pytanie, jak zostać pisarzem, natomiast istnieje zbiór odpowiedzi na pytanie, na czym polega bycie pisarzem, czym się ono charakteryzuje oraz w jaki sposób je pielęgnować…

Bycie pisarzem jest samotną drogą pod prąd. Drogą, której kardynalnym celem jest… ona sama. Drogą, która się dzieje, biegnie, wspina – równolegle do banalnej codziennej ścieżynki. Tej ścieżynki, którą trzeba podążać, żeby móc opłacić rachunki, kupić chleb, buty na zimę – i żeby mieć czas i przestrzeń na swoje pisanie. Znałam kiedyś kobietę, która zarabiała najniższą krajową i pewnego dnia spytano ją, dlaczego nie poszukuje lepiej płatnej pracy, dlaczego zadowala się byle czym – wszak była inteligentna, do tego wykształcona. Dlaczego miałaby nie próbować mierzyć wyżej? Odpowiedziała: ależ ja mierzę wyżej. Jestem pisarką. Mogę przeżyć za najniższą krajową, ale nie umiem żyć bez pisania.

Czy rozumiesz, o czym mówię, do czego zmierzam? Pozwól, że postaram się wytłumaczyć Ci jak najdokładniej, abyś nie żywił złudzeń:

pisarz nie pyta, czy wolno mu pisać, wyrażać poglądy, poszukiwać form ekspresji – pisarz to robi. Pisarz adaptuje się do niesprzyjających warunków, walcząc o przetrwanie, tym samym tworząc godne warunki dla swojego pisania. Pisarz znajduje miejsce w życiu na to, aby pisać. Pisarz może się obyć bez kosztownych ubrań czy gadżetów, natomiast nie potrafi prawdziwie żyć – bez pisania.

Pisarz nie domaga się od życia sprzymierzeńców, czyli ludzi, którzy z sympatii będą mu przyklaskiwali – pisarz życzy sobie mentorów, mistrzów, wzorców i prawd. Pisarz nie szuka wymówek – pisarz pisze. Pisarz nie mówi: dawno temu naprawdę chciałem, w głębi duszy wciąż chcę, ale już mi nie wypada, ja teraz mam dzieci, rodzinę…

Pisarz nie dopytuje, jak powinno wyglądać jego biurko, czy kałamarz ma trzymać bliżej lewej czy prawej krawędzi. Pisarz nie poszukuje poplecznika dla swoich idei – pisarz poszukuje metody na dotarcie ze swoimi ideami do czytelników.

Pisarz nie dopytuje, czy się opłaca. Pisarz pisze, bo pisanie jest nim, a on pisaniem.

Jak jasno dowiodło doświadczenie – nie tylko moje – ludzie, którzy zadają mnóstwo pytań (o pisanie) przed tym, zanim zabiorą się do pracy, raczej nie są i nie staną się pisarzami. Natomiast ten człowiek, który pisze, którego pisaniu towarzyszy szczera, rzec by: organiczna pasja, z czasem odkrywa, że jego szuflada jest za ciasna, za wąska, za mała. Wydanie swojej twórczości, udostępnienie jej światu, jest naturalnym następstwem tego, kim się jest. Taka jest właściwa kolejność działań: najpierw pracuję, dopiero potem zastanawiam się, co uczynić z owocami mojej pracy.

Ktoś, kto widzi same trudności, niedogodności i wyzwania nieomal nie do pokonania już na wstępie, wyzwania, które zdają mu się abstrakcyjne i niepojęte, z dużym prawdopodobieństwem donikąd w pisaniu nie dojdzie, nawet jeśli rzeczywiście ma takie marzenie, iż chciałby tworzyć książki. Za każdym razem zdumiewają mnie spotkania z przypadkowymi ludźmi, którzy mówią mi na przykład: chciałbym napisać książkę, ale nie wiem, jak to się robi, żeby znaleźć wydawcę…

Jeśli niczego nie napisałeś – nie stworzyłeś materiału na powieść – skąd pomysł o szukaniu wydawcy? Czym chciałbyś potencjalnego wydawcę zainteresować, jeśli nie dysponujesz gotowym, stworzonym przez siebie tekstem?

Jak zatem zostać pisarzem? Jak przekuć marzenie na realne działanie?

Pisz, pisz i jeszcze raz pisz. Potem – pisz, dalej pisz. I jeszcze trochę – pisz. Gdy już napiszesz książkę, odłóż ją na pewien czas, uwolnij się od niej. Po pewnym czasie – wróć do swojej książki z otwartą głową, i popraw ją. Naucz się spoglądać na każdy własny projekt literacki, który popełniłeś, jak na glinę, z której dopiero coś wyrzeźbisz. Zrozum, że nie istnieje coś takiego, jak w pełni gotowy, idealny tekst. Prawie nic, co wydostało się spod pióra, nie ukazuje się w druku w tym dokładnie pierwotnym kształcie. Niezbędne jest, by autor – zanim przystąpi do poszukiwań wydawnictwa – samodzielnie dokonał szlifu dzieła, czyli serii korekt. Możliwych rodzajów korekt jest co najmniej kilka – pozwól, że opowiem Ci o tym, co ze swoją powieścią robię ja, i w jakiej kolejności to robię:

  1. Ortografia

  • Najpierw koryguję wszystkie zdania napisanej powieści pod względem ortograficznym, czyli pozbywam się przypadkowych głupich literówek oraz błędów wynikających z niewiedzy, którą na szczęście daje się na bieżąco uzupełniać, korzystając ze słowników i porad językoznawców, których w sieci bez liku.

  • Unikam słów i zwrotów obcojęzycznych, ale kiedy uznaję, że nie da się zastąpić ich polskimi – jak najprecyzyjniej sprawdzam pisownię, ale też znaczenie obcych słów, nawet jeśli wcześniej sądziłam, że jestem pewna na sto procent, co dane słowo oznacza. Praktyka nie raz bowiem utarła mi nosa – im jestem starsza, tym przytomniej zachowuję czujność względem językowej materii, która to czujność wiąże się z egzekwowaniem od siebie zwyczaju żywienia wątpliwości co do zapisu niemal każdego słowa, jak i jego precyzyjnej definicji. Wiele słów i sformułowań wkracza do języka obiegowego (potocznego), i każdy z nas powtarza je, kalkuje bez namysłu, co skutkuje wypaczeniem prawdziwej, głębokiej treści. Dlatego już na poziomie korekty ortograficznej jednocześnie sięgam nieco głębiej – badam etymologię różnych słów, weryfikuję, skąd się wywodzą i czemu pierwotnie służyły (w jakich okolicznościach były wypowiadane).

  • Na tym etapie staram się przede wszystkim oczyścić tekst z niepotrzebnych przecinków, których nadmierna ilość w trakcie zapisywania myśli (zdań) do powieści mi się wkrada, inne – konieczne – przecinki przesuwam, starając się rozmieścić je poprawnie, czyli tak, jak wynika to z zimnej gramatyki języka polskiego, a nie tak, jak mnie się wydaje czy podoba.

  • Staram się też wyrugować z tekstu znaki takie jak myślniki, średniki, wielokropki czy wykrzykniki, nauczona na własnych błędach, że lepiej, gdy autorowi udaje się wzbudzić w czytelniku wszystkie emocje – zawieszenie myśli, krzyk, westchnienie etc. – niż gdy autor, nie potrafiąc ich wzbudzić realną treścią, opisem, próbuje oddać je w tekście jedynie graficznym zapisem.

  • Jeśli mogę, rozbijam zdania wielokrotnie złożone na zdania pojedyncze, by przekaz był czystszy – „przyjemniejszy” w czytaniu.

  • Jeśli w swej powieści posłużyłam się cytatami, umieściłam w niej myśli zapożyczone czy parafrazy, sumiennie opatruję je cudzysłowami i dodaję stosowne przypisy, w jakich jak najdokładniej wskazuję pierwotnego autora, źródło zaprezentowanej wypowiedzi, jednocześnie wskazując na kontekst, który jako autor powieści – dla tej zapożyczonej myśli przewidziałam. Skoro jestem twórcą literatury pięknej, nie wplatam do swojego dzieła cudzych sentencji po to, żeby się pochwalić znajomością sztuki, kultury, historii – wplatam je w „jakimś celu”, stąd uznaję za swój etyczny obowiązek, skoro korzystam z cudzego dorobku myśli, jasno wskazać ten cel. Może i niesłusznie, może „głupio”, ale jestem wręcz „purystką” pod tym względem. Wolę dodać przypis, aniżeli nie dodać – jeśli mój przypis w ostatecznym rozrachunku okaże się na wyrost, nazbyt „łopatologiczny”, wyruguje go redaktor wydawnictwa, który to dokona owego ostatecznego rozrachunku. Ja wolę powiedzieć więcej niż mniej (w kategorii przypisów), co wynika z mojej wrażliwości i poszanowania praw autorskich. Nie używam w swoich powieściach – bez opatrzenia przypisami – nawet zwrotów typu „wdowi grosz”, do których teoretycznie mam prawo, bo są własnością jakoby języka obiegowego… Mimo to – ja zawsze dodaję przypis, że Biblia, że przypowieść ta i ta… Przyznaję – to nieco na wyrost, ale ja zwyczajnie lubię postępować w ten sposób, bo wtedy czuję się uczciwsza, i takie działanie pomaga mi dbać o dyscyplinę językową.

  1. Gramatyka

  • W drugiej korekcie wnikliwie badam i naprawiam całość pod względem gramatycznym. Skoro pierwsza korekta służyła do tego, bym zyskała przekonanie co do graficznego zapisu zdań oraz poprawnego użycia wszystkich słów, zwrotów i sformułowań – na etapie drugiej korekty próbuję poddać różne zdania drastycznemu rozbiorowi, zapisać je inaczej, poniekąd od nowa.

  • Pisarz, mym zdaniem, jest od tego, aby łamać język – niekiedy musi wręcz język „okaleczyć” czy „zgwałcić”, aby zawalczyć o nową, świeżą melodię wypowiedzi. Jednak własne zapędy artystyczne w kierunku „łamania języka” należy koniecznie okiełznywać – i do okiełznywania właśnie służy ten poziom korekty. Zanim się bowiem zasadę złamie, trzeba znać i rozumieć tę zasadę!

  • Oznacza to, że pisarz jest intelektualnie, a może i moralnie, zobowiązany do tego, by własne połamane zdania wyprostować – innymi słowy: tam, gdzie poprawna składnia i szyk zdania nie psują treści, którą chcę czytelnikowi przekazać, przyznaję składni i szykowi zdania pierwszeństwo. Zezwalam sobie na „łamanie języka” wyłącznie wówczas, kiedy jest to uzasadnione „wartością wyższą”.

  • Ową „wartość wyższą” definiuję jako bezwzględnie precyzyjne nadanie unikalności konkretnej treści, którą chcę dostarczyć czytelnikowi. Niczego nie łamię dla frajdy, dla dziecięcej igraszki, moje myślenie literackie z założenia nie ma być rewolucyjne pod względem gramatyki, moją powinnością nie jest tworzenie języka, moje zadanie nie polega na psuciu czegokolwiek – bez sensu, bez uprzedniego obdarzenia szacunkiem ustanowionych na długo przede mną zasad, reguł. Zatem jeśli decyduję się złamać składnię lub zastosować w tekście „słowotwór”, czynię to z premedytacją wypracowaną w pocie czoła – nigdy nie czynię tego „lekką ręką”, pobłażając sobie i infantylnie zawierzając w całości swojej intuicji. Nigdy nie łamię składni, żadnych prawideł gramatyki, dlatego, że idę na skróty, podążając za kaprysem czy prywatnym gustem. Pilnuję, by łamanie składni było w mojej twórczości zjawiskiem wybitnie rzadkim, któremu przyznaję prawo zaistnienia dopiero po wielu próbach zapisania danego zdania poprawnie pod względem gramatycznym.

  • Ale – uwaga: pisarz nie jest polonistą ni językoznawcą (nie musi nimi być; to nie jego zadanie)! Natomiast uważam, że pisarz musi wykonać „solidną robotę gramatyczną” ze swoją powieścią, zanim pchnie ją dalej. Mówiąc wprost: to, że nie jesteś polonistą, nie zwalnia Cię z obowiązku zmierzenia się z zawiłościami gramatyki i semantyki. Nie zapominajmy, że forma – też jest treścią! Jednocześnie, drodzy pisarze, nie zapominajcie, że jesteście pisarzami – to Wy decydujecie, jaka forma jest najwłaściwsza dla Waszej literatury!

  • Z powyższego wynika jednoznacznie: odcedź swoją powieść teraz, na tym etapie pracy z nią, z nadmiernej, zbyt kwiecistej ornamentyki. Powstrzymaj swoje „instynkty wirtuozerskie”. Zanim zaczniesz słowami sprawnie żonglować, bądź uprzejmy sprawdzić, czy owa żonglerka albo ekwilibrystyka na pewno jest nieuchronna – czy zamiast brawurowo kroczyć bez skrępowania niebezpiecznymi zakrętami, nie lepiej aby pójść prosto, surową, „normalną”, przejrzystą drogą.

  1. Konstrukcja

  • I oto po dwu pierwszych korektach, wreszcie nastaje czas korekty prawdziwej, Korekty przez duże „K”. Teraz dopiero jesteś gotowy do przemyślenia swojej powieści pod kątem konstrukcji – czyli budowy, konceptu, konwencji, gatunku i wydźwięku…

  • Właśnie teraz spoglądasz na swoją powieść z lotu ptaka – z wysokości, na jaką tylko jesteś w stanie się wzbić. Powiadają, że malarz może tworzyć jeden obraz latami, ale tenże prawdziwy obraz – powstaje w pięć minut. Innymi słowy, to ostatnie „pięć minut” procesu tworzenia przewidziane jest dla artysty; wszystko inne, wszystko wcześniej – jest orką, nie mającą niczego wspólnego z wirtuozerią, z artyzmem… Teraz właśnie nastaje ta chwila – Twoje pięć minut jako artysty. Uciesz się nią, i wykręć ją niczym mokrą ścierkę do unicestwiania kurzy! Uciesz się nią, a nawet zachłyśnij, jeśli masz ochotę – ale zarazem ciśnij ją jak ząbek czosnku w wyciskaczu, ciśnij ją jak cytrynę do herbaty, ciśnij ją jak wroga, któremu chciałbyś wywiercić dziurę w brzuchu; ciśnij ją tak, jakbyś chciał udusić z miłości…

  • W tej chwili – od nowa analizujesz tytuł główny oraz tytuły każdego rozdziału. Modyfikujesz je bez litości, póki nie zwymiotujesz. Modyfikujesz póty, póki nie odbierzesz ostrzegawczego, dojmującego łupnięcia w środku czaszki, które da Ci do zrozumienia jasno: koniec; ten tytuł jest najlepszy, na więcej mnie nie stać – zostaw!

  • W tej chwili z entuzjazmem szaleńca zamieniasz akapity kolejnościami. Właśnie teraz odkrywasz radośnie ten fakt, że jedną z najcudowniejszych zalet pisarza jest umiejętność pod tytułem: manipulowanie czasem. W życiu czas jest mianem liniowym, prostym, w kulturze zachodniej dodatkowo jest mianem uproszczonym w wyniku myślenia przyczynowo-skutkowego. Geneza – przebieg – rezultat. Najpierw narodziny, w następnej kolejności śmierć… Ale Ty, będąc pisarzem, pretendujesz do zakłócenia uznanego kulturowo porządku rzeczy – na tym etapie możesz mielić pierwotną konstrukcję swojej powieści, zamieniając zdarzenia miejscami, zmieniając tryby użytych czasów, przy jednoczesnym zachowaniu spójności powieści.

  • W tej chwili z bezemocjonalną kompetencją chirurga – amputujesz niepotrzebne, niczemu nie służące, nikomu – poza marnym Tobą – niczego nie podarowujące zdania. Wycinasz je jak raka, usuwasz wszystkie chore – nadprogramowe – komórki, bez litości wycinasz ze swojej powieści narosłe ongiś tkanki, tniesz płat tkanki za płatem, zdanie po zdaniu, bez płaczu i histerii grzebiąc bezpowrotnie wyprodukowane przez siebie brzydkie narośle po to, by dla świata pozostawić czysty, w pełni funkcjonalny, zwarty, lity organizm. W tym punkcie pracy ze swoją powieścią uzbrój się w żelazne nerwy i naucz się nie być totalnie przywiązany – jak pies – do każdej myśli umieszczonej w Twojej powieści, tej myśli zrodzonej z natchnienia, i tej zrodzonej z przyziemnej, wspaniałej pracy. Weź głęboki wdech i zrozum: wszystko, co doprowadziło Cię do stworzenia tej powieści, było cudnie wolne, wręcz frywolne; każde Twoje zdanie powstało z Ciebie, Twego niekłamanego przekonania, impulsu, woli i talentu. Kiedy pisałeś tę powieść, korzystałeś z przywileju nieograniczoności, fantazji, wyobraźni… Ale teraz budzi się bezdyskusyjnie Twój rozum, Twoja trzeźwa świadomość przejmuje kategoryczne dowodzenie nad pasją – to właśnie ta chwila. Doceń ją! Pozwól Twojej chłodnej, racjonalnej świadomości pożegnać zdania, które nie są dobre, mimo że Twoje, mimo że bardzo się starałeś – porzuć te niedobre zdania (nawet jeżeli nadal wydaje Ci się, że je kochasz, a może właśnie szczególnie wtedy), rozpoznaj je i wyklucz z całości. Nie żałuj ich – pogrzeb je i bez wyrzutów sumienia zapomnij. Niektóre z, w ten sposób powstałych, luk zapełnij nowymi tkankami (zdaniami), inne „luki” pozostaw w spokoju, bez komentarza, sprawiając, by w oczach świata nie były wcale miejscami pustymi po czymś: spraw, by stały się niezauważalne, nieistniejące…

  1. Podsumowanie

Kiedy już uporasz się z trzema korektami, które stosuję ja, o których oto Ci opowiedziałam – pomnóż dowolną z wymienionych korekt o dowolną ilość razy i piłuj tę mnogość, póki nie zwymiotujesz… Ja właśnie tak robię – definitywnie wieńczę przygodę z poprawianiem swej powieści dopiero w chwili, kiedy nie umysł, a ciało moje zaczyna twierdzić wyraźnie: mam dosyć, i ty, Justyno, też powinnaś – zrobiłaś ile mogłaś i ile się dało, więc daj już nareszcie spokój, przestań!

  1. Post Scriptum

A teraz, kiedy już wiesz „bez pudła”, cóż ze swoją powieścią czynię ja, aby była jak najlepsza, jak najzdrowsza – bądź łaskaw mi zaprzeczyć. Podziel wszystkie moje, gładko tu wymienione, „mądrości” przez co najmniej pięćdziesiąt procent i ufaj przede wszystkim sobie – nie mnie! Zawsze bierz pod uwagę, że wyłącznie moim osobistym doświadczeniem jest, co niniejszym prezentuję Tobie jako „rady”, jako „wyznaczniki jakości”. Zaś prawda zwykle jest inna, bo prawd tyle, ilu ludzi. Bo nie ma jednej prawdy. Bo nie ma żadnej prawdy?…

Głęboko wierzę, że prawdą jest to, jaki jesteś i do czego dążysz. Jeśli danego zdania w swej powieści nie jesteś w stanie poprawić, przekształcić, jeśli z jakichkolwiek względów nie chcesz lub nie potrafisz zmoderować pewnych fragmentów swej powieści – nic mnie, ani nikomu, do tego. Sztuka – literatura piękna – to dziedzina nader pojemna. To Ty decydujesz, jak budować zdania, jaka Twoja literatura ma być, co wyrażać, komu ją dedykujesz. Ja w moim pisaniu polegam na pracy – wymiernej, realnej, „brudnej” pracy; takiej pracy, którą człowiek się umorusa, po której pada na łóżko, wyczerpany, ale szczęśliwy, jak gdyby spełniony. Ty możesz polegać na intuicji, na iluminacji, na natchnieniu…

Naprawdę istotne jest co innego: warsztat każdego artysty (w tym: pisarza), to nic innego, aniżeli własna wrażliwość plus trening. Ty – trenuj się, jak tylko sobie życzysz, nie jestem w stanie ingerować w Twoje metody pracy nad sobą, ani nie chcę. Mówię Ci tylko jedno: talent bez treningu marnieje, a praca nie poparta talentem jest kruchą, słabą i żałosną wydmuszką…

Do zobaczenia w kolejnych Warsztatach Pandory!

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (10)
  • w porządku-niezła grzanka (7)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *