Literatura kobieca – gatunek czy wymysł?

Wpisuję do wyszukiwarki Google hasło „literatura męska” i otrzymuję około 500 000 wyników. „Literatura kobieca” – 1 300 000 wyników. Co to znaczy? – myślę sobie (no bo komu mam myśleć, jak nie sobie). I rozpoczynam intensywne dumanie o literackich jakościach i definicjach…

Mężczyźni piszą po prostu książki. A twierdzi się, że kobiety piszą książki dla kobiet i o kobietach. Mężczyźni wypowiadają się o problemie – kobiety wypowiadają się o sobie samej i o swoich uczuciach. Mężczyźni opisują zjawisko, zaś kobiety wyrażają swój stosunek do zjawiska. Czy w ten sposób pojmowane rozróżnienie myślenia literackiego na męskie a kobiece jest jakkolwiek uzasadnione? Postanowiłam przemyśleć sprawę. Oto i wnioski:

Pozostaję świadoma psychologicznych różnic między płciami. Nie urażają mnie one, a wręcz przeciwnie: dobrze mi z moją kobiecością i cieszą mnie różnice między kobiecością a męskością. Cieszy mnie to, że kobiety i mężczyźni nieco inaczej oglądają i interpretują świat. Bo właśnie one – różnice, a nie podobieństwa – są najwięcej inspirujące. Jednak czy chcę, aby moja literatura była klasyfikowana jako kobieca? Zdecydowanie: nie. Po pierwsze dlatego, że w kategorii tej mieści się zbyt wiele miałkości – rozmaite historyjki erotyczno-landrynkowe, z modną twarzą pana Greya na czele, rzekomo ujętą w pięćdziesięciu odsłonach, mdlą mnie aż do wymiotów, jak więc mogłabym dobrowolnie życzyć sobie położyć się na jednej półce z tego rodzaju pisarstwem. Po drugie uważam, że na przykład Paulo Coelho byłby dużo lepszą ode mnie pisarką piszącą literaturę kobiecą.

Jestem pisarzem – taki wykonuję zawód. Pisarz to swoista instytucja – to nie tylko deklaracja wynikająca z pasji, predyspozycji i emocji, lecz przede wszystkim szczególny nieomal tytuł, a na pewno odpowiedzialność intelektualna. Moralna – również.

Na pewno piszę o kobietach (choć nie tylko), to prawda, ale nie piszę wyłącznie dla kobiet. Jestem rasowym introwertykiem i z racji swej natury nie czuję się komfortowo, uczestnicząc w jakiejkolwiek wspólnocie – udziału w kobiecej wspólnocie również, najczęściej, się po sobie nie spodziewam i nie oczekuję. Owszem, mam przyjaciółki, ale to nie oznacza, że moje przyjaciółki muszą albo powinny być zainteresowane moimi powieściami. To, że nawet tak skrajny introwertyk jak ja, również niesie w sobie pragnienie kontaktu z drugim człowiekiem, że też nawiązuje przyjaźnie, to nie znaczy, że moje przyjaciółki mają obowiązek mnie czytać – że szukam w relacjach z innymi kobietami bliskości intelektualnej. Rzecz jasna, jeśli owa bliskość intelektualna ze strony kobiet samoistnie się wyłoni – nie odrzucę jej, będę zachwycona i będzie mi miło! – tymczasem sama jej nie wymagam, nie wymuszam i nie poszukuję.

W ogóle nie obchodzi mnie ten typ literatury, który zakłada poszukiwanie wyraźnie określonych sfer i zakresów wspólnych, służących budowaniu poczucia łączności z danymi grupami ludzkimi. Jako introwertyk piszę o różnych „wykolejeńcach” życiowych, o ludziach uwikłanych w niestadne, atypowe sytuacje, konteksty, absurdy i problemy. Korzystam z realizmu magicznego lub oniryzmu, by poprzez wykreowanie iluzji światów równoległych – opowiadać czytelnikom o tak zwanym normalnym, jednak, życiu. Zajmujące dla mnie jako pisarza-kobiety jest to, że najciekawsze sygnały zwrotne o moich powieściach napływają do mnie przeważnie od czytelników męskich, nie żeńskich. Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia, czy tak rzeczywiście jest, że częściej czytają mnie mężczyźni – może tylko częściej przekazują mi swoje wrażenia z lektur. Chociaż wyobrażam sobie, że kobiety nie czują ze mną owego powinowactwa myśli, tej charakterystycznej czystej wspólności emocjonalnej – i wcale im się nie dziwię: jestem okropnie hermetyczna, i moja literatura jest tej postawy odbiciem, moi bohaterowie literaccy zanurzeni są w wirujące w ich głowach fantazje i demony. Być może w świecie hermetycznych myśli i idei mężczyźni czują się bezpieczniej od kobiet? Może kobiecy czytelnik potrzebowałby więcej relacji postać-rzeczywistość zewnętrzna, by opowiadane historie wydały się czytającej kobiecie bardziej fascynujące, wsysające? Na te pytania oczywiście nie znam odpowiedzi, a i nie chcę dosadnie tych dylematów rozstrzygać – ja tylko piszę, i czynię to w zgodzie z moim, nie cudzym, konstruktem psychicznym.

Czym miałaby być literatura kobieca, żebym zechciała świadomie wstąpić w jej szeregi? Nawet nie widzę sensu zadawania sobie tego pytania. Piszę po prostu literaturę. Prawie na pewno nigdy nie będę opisywała świata ze zwróceniem uwagi na to, jak funkcjonuje świat – jak on działa – za to zawsze będą mnie ciekawiły relacje, które wypełniają świat, kwestie społeczne oraz te przeciwne do nich, czyli związane z poczuciem alienacji, z samotnością, z osadzeniem jednostki w strukturach jej obcych, niezrozumiałych dla niej, trudnych do oswojenia. Opisuję wymyślonych ludzi, starając się uchwycić ich jak gdyby w dryfowaniu, w zawieszeniu między przeszłością a przyszłością, niepewnych tego, kim są – próbujących znaleźć własną tożsamość i skleić się ze swoim cieniem. Towarzyszy mi przekonanie graniczące z pewnością, iż są to zagadnienia dotykające i kobiet, i mężczyzn – każda z płci będzie przeżywała i analizowała je na swój osobniczy sposób, ale sama natura tych poszukiwań filozoficznych jest bliska i kobietom, i mężczyznom. Oczywiście nie wszystkim kobietom i nie wszystkim mężczyznom – to jasne, ale tu zaczynamy wchodzić w spektrum gustu, co nie leży w zakresie tematycznym tego artykułu.

Rozważanie, czym jest, a czym nie jest literatura kobieca – zdaje mi się specyficznym konglomeratem myślowym pochodzącym z XIX wieku. I w XIX wieku rozważania te winny okrzepnąć. Smuci mnie, że w XXI wieku nadal podejmuje się to specjalnej troski rozważanie – czym jest lub miałaby być literatura tworzona przez kobiety? Smuci mnie także to, że Literacką Nagrodę Nobla otrzymała pani Jelinek – a smuci mnie ten fakt dlatego, że kreuje on i narzuca specjalną wizję literatury pisanej przez współczesną kobietę, która ażeby mogła zostać zauważona i doceniona, musi wyrastać z makabryczno-skrzywionego przekazu feministycznego i w takim wypadku dopiero uznaje się, że kobieta napisała jakość zaangażowaną społecznie. Według mnie literatura pani Jelinek jest językowo niechlujna, a jej treść stanowi wyraz nowoczesnego feminizmu wojującego, co mnie ani jako kobiety, ani jako pisarza bynajmniej nie nęci. Problematyka społeczna – ujmowana współcześnie w literaturze pięknej przez kobietę – może być o wiele szersza, głębsza i surowsza (nie tak malownicza i wulgarno-atrakcyjna, co czytelnikom uparcie proponuje pani Jelinek, a Szwedzka Akademia jeszcze temu schlebia i klaszcze).

Wręcz boli mnie to, że współczesny świat nie tylko w kategorii literatury pięknej lubuje się we wszelakich skrajnościach. Żeby literaturę piękną uznać – dzisiaj – za sukces pod względem głębi przedstawionych problemów, to te problemy muszą być parszywie wyolbrzymione i przejaskrawione. Jak seks, to opisany wyzywająco i wylewnie oraz koniecznie organoleptycznie. Jak problematyka społeczna – to że feminizm, że dyskryminacja i kultura gwałtu. Ludzie – postaci we współczesnej literaturze pięknej – już nie pieprzą się normalnie, tylko albo obłudnie, albo trywialnie i beznamiętnie. Jakby pośrodku tej materii nic więcej nie istniało!

O rety, jakże martwi mnie ten powszechny pęd, który zaraził również warstwę intelektualną współczesnej powieści, polegający na entuzjastycznym turlaniu się w kiczowato-różowo-bluźnierczych aspektach osobowości człowieka. No nie – ja w tej obłąkańczej kawalkadzie literackich, radośnie defekujących podskoków udziału brać nie zamierzam.

W ogóle uważam, że nie ma ci do dziś wybitniejszego pisarza polskiego niż Gombrowicz, za którym ja jako pisarz mogłabym jedynie nosić piórnik z przyborami do pisania. A kiedy czytam o tym, że pani pisarka Kaja Malanowska publicznie narzeka, że jej wielkiego talentu literackiego państwo polskie nie dotuje, wtedy robi mi się drastycznie słabo. Najbardziej wytrawne wykwity myśli ludzkiej – dzieła zarówno literatury pięknej, jak i dzieła filozoficzne – powstawały w stróżówkach przy przejazdach kolejowych, w bezsenne noce po chałturach za dnia, na kolanie, w przerwie w pracy, zawsze pod górę i po godzinach. Tak pisarze żyli, żyją i stawiam, że żyć będą. I tylko największym z nich zostanie przyznany najwyższy status społeczny – doceniający ich wysiłki, składający im pokłon i przekładający się na sukces sprzedażowy. Reszta musi się pogodzić z biedą względną, i czynić swoje, a nie uzewnętrzniać się publicznie, łzawo narzekając na swój jakże ciężki los – bo przecież to, że ktoś zasuwa do nudnej roboty codziennie o świcie od dwudziestu lat i na przykład sprzedaje warzywa na rynku, żebyśmy wszyscy mieli co żreć, to niby nie zasługuje na niczyj podziw, na szacunek, natomiast to, że pisarz założy nogi na stół, żeby w pocie czoła literaturę wymyślić, ma spotykać się z natychmiastowym przyjęciem za działalność katorżniczą i zasługiwać na granty, stypendia, dofinansowanie z pieniędzy tak zwanych publicznych… o, losie! Trzeba być niezwykle zadufanym w sobie, by dopominać się o przywileje, które stanowczo powinny być dla przeciętnego ogółu niedostępne, a zarezerwowane dla wybrańców.

Podkreślę zatem, że bycie pisarzem samo w sobie jest pięknym przywilejem – nawet, a być może zwłaszcza wówczas, gdy nie opiewa w profity finansowe. Jeżeli ktoś zabiera się za pisanie literatury pięknej z myślą o pieniądzach, to od razu – pod względem intelektualnym – skazany jest na porażkę. Bo pisarz musi mieć wolny, niespętany, nieskażony umysł.

Wracając do głównego wątku prowadzonych rozważań – sądzę, że tworzenie literatury zogniskowanej na rozmaitych problemach tak zwanej normalności, szarości, zwykłości i niepozorności, to moje najważniejsze zadanie jako dla pisarza. Jestem już zmęczona, znużona i oburzona światem, w którym wszystko musi być wytrzewione, idealistycznie i bezkrytycznie spolaryzowane, a na dodatek silnie zamoczone politycznie.

Moje powieści też zawierają w sobie porcję brutalności, ale podaję ją czytelnikowi bardziej sterylnie. Chcę, żeby moi bohaterowie literaccy, jeśli z fabuły wynika, że właśnie idą się kochać albo i nawet pieprzyć, to niech robią to jak normalni ludzie – czyli czasem jak zwierzęta, a czasem romantycznie i tęsknie. Nie mam zamiaru ni żadnej intencji opisywać świata skrojonego według ścisłego szablonu. Głęboko wierzę w to, że przyglądanie się stanom średnim – wszystkiemu temu, co pośrodku, co niezwracające uwagi, co z wierzchu milczące – to najbardziej interesujący horyzont zdarzeń. Interesuje mnie człowiek, człowieczeństwo i społeczeństwo, a także kobiecość i męskość. Natura, prawda, kłamstwo i cywilizacja. Przytomność umysłu i trzeźwy osąd, okraszony od czasu do czasu senną marą i zwykłą ludzką niepewnością lub zwątpieniem, a przyprawiony absurdem i organicznym niepokojem. Mam nadzieję, że te moje preferencje są przejawem myślenia literackiego, poszukiwaniem własnych metod na tworzenie literatury pięknej, a nie kobiecej.

A zresztą, nie będę przecież kategoryzowała samej siebie. Natomiast moje zdanie jako czytelnika polskiej literatury brzmi tak, że przede wszystkim Gombrowicz i potem długo, długo, bardzo długo nikt. A z kobiet pisarzy – Hanna Krall. Na pewno nie żadne panie Bonda, Malanowska, Tokarczuk czy Masłowska. Tokarczuk miała przebłyski intuicji literackiej, ale niestety uległa wabikowi poprawności politycznej zmieszanej z ekologicznym terrorem. Malanowska pisze zgrabnie i uroczo, ale o niczym istotnym. Masłowska weszła na rynek wydawniczy świeżym pomysłem, ale niestety zaczęła melorecytować w rytm dziarskiej muzyki i marzenia o robieniu literatury z niej opadły. A Bonda pisze literaturę popularną – klasycznie rozrywkową.

No i oczywiście są współcześni młodzi polscy pisarze – mężczyźni. To cudowne, że jest ich wielu, i przerażające, że nie ma wśród nich ani jednego nowego Gombrowicza. Jacek Dehnel niby przekornie i figlarnie próbuje, ale środków intelektualnych nie starcza. Ponadto wizja pana Dehnela o samym sobie zaprezentowana na okładce jego dzienników – gdzie ujawnił się w postaci Chrystusa Dürera, z tą jakże finezyjnie przybraną na potrzeby samouwielbienia miną, z tym cudnym gestem po Jezusowemu złożonej na piersi rączki, w tym rozkosznym arystokratycznym futrze – mówi sama za siebie i wyraża o ileż więcej, niż wszystkie słowa wypisane w dziennikach. Och, jakże mocno odpycha mnie ta przemożna lewicowa wrażliwość, to literacko chybotliwe pisanie o swoim prywatnym poglądzie na wszystko, co się usilnie pakuje w pozornie przewrotną okładkę i sprzedaje ludziom pod szyldem jakości uniwersalnej. Domniemywam, że pan Dehnel chciałby być jak pamiętniki Paska, niestety potencjał zupełnie nie ten, nie ta miara, nie ten gatunek, nie to myślenie – wszystko źle i nie tak, i nie to.

A na literaturze kobiecej, to ja się wcale a wcale nie znam. Nie mam pojęcia, ani czym to, ani na co to komu. Jeżeli to Jelinek, to jest mi przykro i wstyd. Jeżeli autorka śmiesznych przygód Greya, to czuję zażenowanie. Jeżeli pozostałe „harlekiny”, to odwracam głowę i nie oceniam. A jeżeli ktoś powie, że ja, to odpowiem – no trudno, nic nie szkodzi – i dalej będę pisała po swojemu. Bo ostatecznie nie mam do dyspozycji więcej Justyn Karolak do przeżycia, niż tylko tę jedną, toteż planuję żyć mną i za siebie. Nie mam czasu – szkoda mi życia zarówno na pisanie o flakach, co o landrynkach. Słodyczy nie jem prawie nigdy, a flaki mnie brzydzą. Dlatego stanowczo wolę te rzeczy, które leżą pośrodku i pomiędzy. I naprawdę uczciwie, lojalnie, a wręcz z premedytacją wierzę w to, że nadal, wciąż, jeszcze są wokoło ludzie, dla których także właśnie normalność i zwyczajność ma sens, jest wartością i sprawami godnymi naszej – wspólnej! – uwagi. Że istnieją czytelnicy, którzy chcą i potrzebują czytać specyficzne „kroniki” zdarzeń codziennych, którzy w prozie dnia codziennego potrafią razem ze mną odkrywać piękne oraz wstrząsające niezwykłości przypisane ludzkiemu istnieniu… A to, czy ci czytelnicy są kobietami czy mężczyznami, ma dla mnie jako kobiety, która jest pisarzem, a nie tylko podszywa się podeń – znaczenie trzeciorzędne.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o autorce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

Zapraszamy do przeczytania drugiego głosu w dyskusji o mianie “literatura kobieca”:
JAK TO JEST Z TYM KOBIECYM PISANIEM?

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (9)
  • w porządku-niezła grzanka (8)
  • potrzebny-smaczny tost (9)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Nie lubię dzielenia na płeć książek, ale czasem mi to w bibliotece pomaga. Jak ktoś powie to typowe dla kobiet czytadło, to się zastanowię zanim przeczytam. Lubię literaturę dla ludzi bez nacisku dla kobiet czy mężczyzn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *