„Mąż fryzjerki” (1990) pod recenzencką lupą Tostera

 

Mąż fryzjerki

Ten film jest delikatny i ostry zarazem. Erotyczny, powłóczysty i kompletnie niewinny. Tak jak przesycone płomiennym pragnieniem i niewinnością jest chłopięce marzenie, by zbliżyć się do niej – do kobiety idealnej, kobiety wyłonionej na powierzchnię życia z samego centrum sennych życzeń i widziadeł…

Reżyser „Męża fryzjerki”, Patrice Laconte, w młodości był rysownikiem – i tę plastyczną rękę i wrażliwość dostrzega się w każdym kadrze filmu, jak i w samym scenariuszu. Wizualna strona filmu i przebieg fabuły powodują wrażenie, że przebywa się w środku namalowanego obrazu. Albo w środku snu.

Ten film – ten sen – to sącząca się powoli, niezwykle prostolinijna i miękka opowieść o miłości wyjątkowej, bo doskonale spełnionej i idealnie szczęśliwej. Opowieść o miłości, która w realnym świecie nie istnieje, która pozostaje czystą fantazją, a wręcz ekstraktem z fantazji. Można powiedzieć, że to bardzo męski film. Stworzony przez scenarzystę i reżysera – mężczyznę – opowiadający o mężczyźnie i jego pragnieniach. Bezsporną królową tej męskiej krainy pozostaje kobieta – ale kobiecość w tym filmie pozbawiona jest cech osobniczych, rzec by: mięsistych, jawi się jak wyimaginowany obłok, otula cichą, malowniczą zmysłowością, nadaje uroczy sens prozie życia, porządkuje świat i uzasadnia go, jednakże nigdy nie wypowiada własnego głębokiego zdania, niczego do końca nie określa, epatuje brakiem samoświadomości i nie zdradza, dokąd dąży. Prawdopodobnie donikąd nie dąży – jej istnienie podobne jest do istnienia kropli rosy, która działając jako pryzmat, rodzi tęczę. To nie są zarzuty, to zalety tego filmu i jego pierwszoplanowa treść. Takie spojrzenie na kobiecość dla męskiego widza będzie ekscytujące i nęcące – dla widza kobiecego może być inspirujące i uwalniające.

Mąż fryzjerki 1

Film ukazuje drogę do męskiej dojrzałości od dwunastoletniego chłopca, Antoine, zafascynowanego uroczą, pulchną fryzjerką, aż po dni, kiedy wiedzie najszczęśliwsze z szczęśliwych małżeństwo – z Mathilde, która jak jego pierwsza fascynacja, para się właśnie fryzjerstwem. W tym specyficznym – nieco surrealnym, na pewno onirycznym – męskim świecie nie ma miejsca dla kobiety prawdziwej, czyli zwyczajnej, dla kobiety z krwi i kości. W rzeczywistości nie istnieją takie kobiety, jak Mathilde – która rysuje się na tyle odrealnioną, iż można uznać ją za wcieloną fantazję. I takiż jest cały film – to fantazja, wizja, marzenie i sen, a nie rzeczywistość, i w ten sposób należy go traktować. To nie zarzut – to ważna zaleta.

Wielu interpretowało fryzjerstwo – mycie włosów klientów, strzyżenie – jako rozmaite metafory, jako wytrychy służące do odkrycia głębszych warstw i den tej dziwnej, kolorowej i malarskiej historii, ale naprawdę „aspekt fryzjerki” nie ma wcale znaczenia symbolicznego. Bo dokładnie taki jest cały film – cudownie prosty i szczery. Reżyser nie mruga tu do widza, nie zmusza go do nadinterpretacji, lecz bardzo prostymi środkami buduje pejzaż złożony z „banalnej poezji codzienności”. A banał w odniesieniu do nas samych – kiedy my sami, wczuci w postać głównego bohatera, stajemy się uczestnikami tego banału, przestaje być banałem, przestaje być żenujący, urasta do poziomu osobistej, koronnej prawdy.

Sam reżyser o swoim filmie powiedział, że nie jest to historia autobiograficzna, ale właściwie – powinna nią być. Kiedy był chłopcem, uwielbiał chodzić do fryzjerki – mycie włosów przez fryzjerkę, czesanie i obcinanie, powodowało u niego uczucie błogości, w żadnej innej sytuacji w życiu nie czuł się równie wspaniale zaopiekowany i szczęśliwy. I to uczucie wniósł w dorosłe życie, by w roku 1990 ulepić na jego bazie tę urokliwą, zmyśloną opowieść o „dorosłym chłopcu”, który poślubia wyidealizowaną kobiecą fantazję – fryzjerkę imieniem Mathilde.

Mąż fryzjerki 2

Mąż fryzjerki” uwodzi oryginalnym urokiem i prostotą środków, ale nie jest to kino trywialne czy pospolite. Może wywołać uśmiech i radość, może pchnąć do słodko-gorzkich refleksji. Mimo kilku humorystycznych akcentów, bardzo mylnym jest przypisywanie go do gatunku komediowego. Najbliżej mu do subtelnego dramatu, w którym psychologia postaci ustępuje pola baśniowemu tańcowi dusz – małżonków i kochanków. Śliczna praca kamery i zdjęcia cieszą oczy, jedwabisty i zaczarowany erotyzm podnosi ciśnienie, a sielskość i bezkrytyczność opowiedzianej miłości potrafi zahuśtać utartym powszechnie postrzeganiem życia, schwytać za serce albo zawstydzić, albo wystraszyć nas o przyszłość ukazanej hermetycznej bańki mydlanej dwojga ludzi, kobiety i mężczyzny.

Mąż fryzjerki” prawdopodobnie spodoba się miłośnikom filmów takich jak „Bagdad Cafe” lub „Amelia”, ale nie z powodu podobieństw, lecz z powodu swojej charakterystycznej estetyki, która odwołuje się do unikalnej wrażliwości widzów. Dla tych z Was, którzy w kinie poszukują prężniejszego tempa, racjonalnych i logicznych wyjaśnień – ten film może być nużący. Jest to propozycja na spokojny wieczór – samotny bądź we dwoje – lecz taki wieczór, w którym ma się wypoczętą i otwartą głowę. Bo mimo lekkiej, lukrowej formy, ten film nie służy do oczywistego relaksu i właściwości kojące nie stanowią jego głównego waloru.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Pingback: Czy można zgubić seksualność? – Toster Pandory

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *