Medycyna – raczkujące odszczepienie naukowe

medycyna

Jesteśmy dopiero na początku drogi, lecz pewne rzeczy udało nam się dokonać. Udało nam się ustalić pewne zasady postępowania prowadzące do sukcesu społecznego w dłuższej perspektywie.

Jedną z nich jest przyjmowanie skuteczności pewnych zachowań dopiero na podstawie dowodu, a nie na podstawie zaledwie opinii. Tak właśnie działa nauka, co wyróżnia ją z szeregu błądzących we mgle sposobów formułowania myśli ludzkiej.

W nauce, nawet jak coś jest oczywiste, nie przyjmuje się tego do wiadomości, bez przedstawienia konkretnych dowodów na prawdziwość tezy. To z jednej strony słabość myślenia naukowego, bo zmiany światopoglądów są przez tę konieczność dowodzenia w swojej ewolucji bardzo powolne. Naukowiec jest ślepy na słonia – nawet jeśli stoi on przed nim, jeśli dowód na jego istnieje nie został jeszcze w punktowanym czasopiśmie opublikowany. Jednak w walce z błędnymi tezami daje to swoistą siłę. Odróżnia alumnów nauki, uodparnia na pochopności świata, który pełen jest błędnych i emocjonalnych osądów na wyrost.

Stąd też, jeśli coś jest naukowe, to musi być sprawdzone. Co więcej, od chwili pierwszego udowodnienia, musi być także testowane i potwierdzane po wielokroć, bo coś, co mogło sprawdzić się raz, nie musi być wcale regularnym, a zaledwie sezonowym zjawiskiem.

Niestety ten rygor postępowania z wiedzą nigdy nie dotyczył medycyny. Stąd też w sensie definicyjnym trudno jest nazywać ją nauką – musi jeszcze dorosnąć.

Głównie z powodu pełni emocjonalności i krytycznej ważności zachowania zdrowia człowieka – na przestrzeni dziejów niewiele było okresów czasu, w których główny nurt medyczny charakteryzować mogło myślenie naukowe. Wszystko musiało zdarzać się o wiele szybciej celem ratowania życia – nawet kosztem zwiększenia strat procesu, z powodu niewychwyconych i nieuchronnych błędów.

Początki medycyny były paranaukowe – czysto religijne. Przywrócenie zdrowia miało być zapewnione poprzez ubłaganie sił natury, by po obrzędzie nie karały dalej pacjenta. Nie było więc mowy o myśleniu naukowym, kiedy celem nie było zdrowie, lecz rytuał kulturowo-wyobrażeniowy.

Potem nauczono się prowadzić działania zachowawcze, było to tzw. leczenie objawowe, swoją drogą z powodzeniem stosowane do dzisiaj. W nim celem nie było skuteczne wyleczenie, gdyż nadal nie wiedziano jak to zrobić, lecz radzenie sobie z problemami, jakie wywoływało schorzenie. Dając pomoc doraźną organizmowi, liczono na jego własną zdolność do uporania się z chorobą. Przy gorączce dawano zimny okład na czoło. Rozcinano pęcherze, w których zbierała się czarna ropa, żeby zmniejszyć ciśnienie płynu i ulżyć w cierpieniu.

Lecz dalej takie leczenie było prowadzone na oślep, gdyż jego istotą nie było zrozumienie przyczyny problemu. W rezultacie z tego typu schematów wziął się szkodliwy średniowieczny rytuał upuszczania „zatrutej” krwi, który tylko osłabiał chorego.

Jednak w przypadku chirurgii, leczenie zachowawcze skutkuje. Nóż wbity w ludzkie ciało trzeba bowiem usunąć, a krwawiące naczynie zaszyć, bądź zasklepić wysoką temperaturą. Reszta to efekt ludzkiej zdolności do regeneracji. Felczerzy rzymskiej armii uczyli się anatomii, próbując ratować rannych znoszonych z pola bitwy. To doprowadziło do rozwinięcia chirurgicznego rzemiosła. Narzędzia stołu operacyjnego w starożytności – były anatomicznie bardzo podobne do współczesnych. Były tylko mniej ostre, bo wykonane z gorszej jakości stali. Ówczesny brak higieny i dobrych substancji bakteriobójczych, uniemożliwiał przeprowadzenie bardzo zaawansowanych operacji – lecz technika krojenia i zaszywania ludzkiego ciała, od tysięcy lat nie różni się praktycznie niczym – to są te same ściegi.

Chirurgia nie jest sztuką, lecz umiejętnością – głównie wielogodzinnego wykonywania drobnych ruchów bez drżenia rąk. Jest nastawioną na precyzję i pamięć – głównie kolejności cięcia – ciężką pracą.

W dziedzinie chemii medycznej, zwanej farmakologią – dokonano natomiast wiele za pomocą prostej metody prób i błędów – bez jakiejkolwiek teorii czy metodologii naukowej. Trucie tego typu – współcześnie dla niepoznaki nazywa się próbami klinicznymi. Z początku testowano na człowieku działanie przeróżnych chemicznych substancji – odnotowując reakcje organizmu. Wyciągano z tych prób wiedzę, jak leczyć, lecz również, jak skutecznie zabijać.

Dopiero po odkryciu pierwiastków i poznaniu ludzkiego metabolizmu zaczęto rozumieć, że podobne składem substancje działają w zbliżony sposób. Przestano więc faszerować świnki laboratoryjne wszystkim, czym można, skupiając się na próbach z bardziej obiecującymi chemikaliami.

Wiele testów nadal przeprowadza się początkowo na zwierzętach. Lecz ze względu na szczególną swoistość naszego gatunku, głównie w aspekcie neurologii, i tak końcowy etap musi odbyć się czyimś kosztem. Dlatego tworzenie leków w cywilizowanych krajach tyle kosztuje, bo rekompensaty za utratę zdrowia i ryzyko utraty życia muszą być pokaźne.

Zawsze ktoś ucierpi. Każdy skuteczny lek wpływa bowiem na ludzki organizm. Brak efektu wiązałby się z jego nieskutecznością. Dlatego też każdy lek w większej ilości daje za duży wpływ – rozregulowując cały organizm – więc w większych dawkach staje się po prostu trucizną. Aby ustalić bezpieczne i skutecznie działające stężenie specyfiku, w testach trzeba sprawdzić terapeutyczny limit. Za mała dawka nie wpłynie na chorobę, więc zwiększa się ją, aż obok pozytywnego działania wystąpią negatywne symptomy. W testach klinicznych musi więc dojść do zatruć – celem profesjonalnego nadzoru – jest tylko, żeby nie było możliwie wielu trwałych uszczerbków na zdrowiu i brak zatruć śmiertelnych.

To, że każdy lek jest trucizną – ciężko jest pojąć przeciętnemu człowiekowi, lecz właśnie dlatego wypisywane są one na receptach i nie można ich sobie kupić w dowolnej ilości w sklepie.

Stąd też każdy specyfik – nie wypisywany na receptę, nie może pomóc w jakiejkolwiek materii. Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy w diecie nam czegoś brakuje, co powoduje osłabienie organizmu – witaminy czy mikroelementu – a przywrócenie wymaganego poziomu poprzez zażycie suplementu przywraca tę utraconą równowagę. Np. brak witaminy C powoduje szkorbut. Jednak u dobrze odżywionego człowieka leczenie się czymkolwiek, co można zobaczyć w reklamach, nie ma naukowego sensu. Gdyby mogło pomóc, byłoby na receptę (leki Rx podlegają zakazowi reklamy), bo w dużych stężeniach mogłoby również poważnie zaszkodzić pacjentowi.

Wiedzy medycznej, jaką udało się nam zgromadzić przez wieki, jest bardzo dużo. Trzeba więc ją dzielić. Świat naukowy musiał więc kierunki studiowania uformować w specjalizacje, bo jednej osobie całości zagadnień wyłożyć nie sposób.

Wiedzę medyczną możemy więc podzielić na dwie główne grupy – know how wykrywania choroby (diagnostykę) oraz know how samego procesu leczenia – wiedzę o lekach, których użycie skutkować będzie powrotem do zdrowia. To pierwsze stanowi główny i praktycznie jedyny dobrze opanowany, bo kompleksowo wykładany na studiach lekarzom, temat. Za wyjątkiem chirurgów, bo ich rzemiosło jest czysto inżynierskie, praktyczne, lekarze zajmują się głównie właściwym diagnozowaniem chorób.

Z kolei praktycznie całość wiedzy o procesie leczenia przekazywana jest innej grupie zawodowej – farmaceutom. Wiedzę o lekach i ich działaniu na organizm kompleksowo wykłada się na zajęciach z farmakologii. W rezultacie statystyczna „sklepowa” z apteki wie więcej o procesie leczenia i dochodzenia do zdrowia, niż nie jeden lekarz. Kiedy już znana jest choroba, to pani z apteki ma większą wiedzę, jaki preparat (w jakiej dawce i w jakim chemicznym otoczeniu) bezpiecznie zastosować. Jednak jej mądrość jest we współczesnym społeczeństwie niewykorzystywana. To przykre. Nikt nie pyta się farmaceutów o to, jaką powinien chemiczną terapię zastosować, a szkoda, bo tylko im proces leczenia jest kompleksowo wykładany i to oni znają się na działaniu ludzkiego organizmu najlepiej. Jest to przykład nienaukowego podejścia medycyny jako dziedziny wiedzy.

Wszystko powyższe wydaje się ponurym żartem społecznej ignorancji – które zaufało nazwom, jakie danym grupom społecznym w sposób automatyczny nadajemy. Słowo „lekarz” kojarzy się z procesem leczenia, „farmaceutę” wiąże się co najwyżej z procesem powstawania, czy wymyślania nowych leków. Nie posądza się ich jednak o mądrość leczniczą – bez żadnej refleksji nad curriculum obu kierunków studiowania wiedzy.

Poprawnie z naukowego punktu widzenia, lekarz powinien być nazywany diagnostą, a farmaceuta lekarzem.

Paradoksalnie nad dawkowaniem trucizn (w małych dawkach leków) nadzór sprawuje lekarz, a nie farmaceuta, co jest wielkim błędem współczesnego systemu ochrony zdrowia i świadczy o jego skrajnej nienaukowości i niekompetencji.

Finalną, już czysto wizerunkową kwestią, jest arogancja medycyny jako dziedziny wiedzy. „Panów życia i śmierci” – jakimi są jej adepci, śmieszą szamani, „lekarze” chińskiej medycyny tradycyjnej, czy osoby oddające się zabiegom akupunktury, czy akupresury.

Osiągnięcia medycyny „nienaukowej” uznawane są za zabobon, a ich dorobek uznawany jest za niebyły i głównym, poniekąd słusznym, argumentem przeciw jest to, że tego typu techniki nie stosują wobec siebie metodologii naukowej.

Lecz takiej metodologii nie stosuje również cały nurt medycyny homeopatycznej. „Leki” w których nie ma, bo zgodnie z techniką ich powstawania nie może w nich być, ani jednej cząsteczki aktywnej, ze względu na szerokie finansowanie są przez współczesną medycynę uznawane i akceptowane.

Uzdrowicieli leczących raka kąpielami błotnymi potępia się za szkodzenie pacjentom i za odciąganie od terapii, które naprawdę mogłyby im pomóc. Z kolei przyjmowania wyjątkowo drogich kuleczek cukru nie potępia się – bo „pamięć wody” wedle niektórych „dr. nauk medycznych” mogłaby by komuś pomóc.

W tej hipokryzji podejścia mieści się większość grzechów świata medycznego. Kryteria i wymogi naukowości są używane w niej wybiórczo – bo nie stosuje się ich wobec bogatych przedstawicieli lobby homeopatycznego. Nie stosuje się ich również wobec już raz zatwierdzonych leków, głównie z powodu prawa patentowego chroniącego monopol na specyfik przez okres dwudziestu lat. Nikt nie wycofuje zgody na sprzedaż danej substancji chemicznej jako leku, nawet jeśli współcześnie terapeutyczne działanie spadnie poniżej rosnącego w siłę efektu placebo.

Medycyna, to zaledwie gałąź wiedzy, z której część na pewno jest błędna, a duża część po prostu niesprawdzona. To zaledwie ważna dziedzina działalności ludzkiej, w której przede wszystkim liczy się efekt, dopiero na drugim miejscu stawiana jest poprawność, czy metodologia.

Nie ma więc sensu obdarzać ją nimbem naukowego prestiżu i przez to dawać jej prawa do stawiania siebie na piedestał, czy obrażania kulturowego dorobku poprzednich pokoleń. Na to jest jeszcze za mało skuteczna, za bardzo skorumpowana i za młoda.

Zibikendo

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Byłoby milo gdyby zamiast dyskusji która grupa zawodowa jest ważniejsza dyskusja przeniosła się do meritum, czyli do tego jaki system jest lepszy.

    Wiedzy jest za dużo – a potrzebujemy wielu diagnostów i wielu lekarzy, bo społeczeństwo choruje – dlatego nie możemy liczyć na tych kilku geniuszy z idealną pamięcią, którzy opanują zarówno farmakologię jak i diagnostykę.

    Na pewno farmakologii jest więcej na studiach farmaceutycznych i tak powinno pozostać, bo gdy wiedzy jest za dużo wtedy potrzeba specjalizacji.

    Dlatego jeśli już jednego człowieka wybraliśmy do poznawania farmakologii, niech idzie za tym i logika, pozwólmy mu z tej wiedzy skorzystać, a nie sprowadzajmy go do roli sprzedawcy w sklepie.

    Ostatnie kilkanaście lat to tylko wtłaczanie farmaceutów w rolę sprzedawców i obniżanie przez to poziomu studiów, bo przecież leczyć nie muszą, a leki recepturowe stosuje się coraz rzadziej.

    Na studia lekarskie idą zdolniejsi i niech wykorzystują te swoje zdolności do najtrudniejszego zadania jakim jest właściwa diagnoza – nie przeszkadzajmy im wiedzą na temat leczenia, bo nie jest ona im potrzebna. Od tego są farmaceutyczni specjaliści.

    Więcej taktu i zdolności interpersonalnych wymaga diagnostyka, bo podstawowym źródłem informacji o chorobie jest sam pacjent. Do leczenia już zdiagnozowanej choroby nie trzeba wybitnej inteligencji – tylko dużo farmakologicznej wiedzy. Dowodem na to, że leczenie jest łatwe jest w końcu fakt, że lekarze mają mało farmakologii, a z leczeniem im jakoś idzie. Skupmy więc farmaceutów na lekach, a diagnostykę pozostawmy mistrzom.

    Pozdrawiam,

  2. Bardzo kontrowersyjny artykuł. Nie zgodzę się, że farmaceuci powinni być uznawani za uzdrowicieli, zaś lekarze tylko za diagnostów. Rozpoznanie schorzenia jest umiejętnością wynikającą z niełatwych studiów, ciągłego rozwoju w późniejszej pracy medyka, stałego dokształcania i bycia na bieżąco z odkryciami nauki i farmakologii. Uważam, że to farmaceuci bardzo starej daty, przedstawiciele zakłamanego pokolenia (tego samego, które powołuje się na klauzulę sumienia, odmawiając sprzedaży środków antykoncepcyjnych), w swych własnych oczach usiłuje pretendować do rangi „mądrego człeka z unikalną wiedzą na stosownym i wysokim stanowisku”, lecz ludzie ci zwyczajnie w młodości aspirowali do studiowania medycyny, tylko nie starczyło im inteligencji, walorów pamięciowych lub zwykłych zdolności i predyspozycji do pracy z pacjentem. Ci właśnie ludzie mają się za ważnych, wynosząc swoją farmację na wyżyny mądrości – tym właśnie ludziom nie w smak, iż apteka została sprowadzona do funkcji sklepu czy wręcz supermarketu, ale spójrz na młodych farmaceutów świeżo po studiach pracujących we współczesnej aptece – oni już nie dyktują, jaki medykament czy suplement jest skuteczniejszy, nie kpią z lekarzy i z powodzeniem i bez obrazy pełnią rolę obsługującego klienta; tylko tyle. Poza tym na studiach medycznych wykłada się bardzo wnikliwie farmakologię i nie jest prawdą, że jest to skarb know how genialnych farmaceutów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *