Miasto starców

Miasto starców

W mieście starców wszędzie pachnie pożółkłą skórą, spalonym mięsem i chłodem. Na ścianach wiszą zegary z wyszczerbionymi wskazówkami. Słychać chrobot mechanizmu wewnątrz zegarka, ale wskazówki niczego nie mierzą.

Raz tylko byłam w mieście starców, ale nigdy nie zapomnę, jak pachnie. Chociaż byłam młoda, musiałam do niego zajrzeć. Pewnego dnia moja matka zachorowała i poleciła mi udać się do tego miejsca. Musiałam się zgodzić. Bo to było jedyne życzenie mojej chorej matki. Nie mogłam jej odmówić.

Przeraziłam się, kiedy mi wyznała, że to miasto istnieje. Zanim zaczęła chorować, nie wiedziałam wcale, czym zajmuje się na co dzień. Nagle spadł mi na głowę jej prawdziwy świat. Który przez wiele lat trzymała przede mną w tajemnicy. Można więc powiedzieć, że gdyby nie choroba mojej matki, nigdy nie wiedziałabym, kim ona rzeczywiście jest. Można też powiedzieć, że nigdy nie starałam się dowiedzieć, kim ona rzeczywiście jest. Wolałam nie znać jej sekretów. Było mi wygodnie, kiedy ona była samodzielna. Gdy pewnego dnia przestała być samodzielna, gwałtem spadł na mnie ogromny ciężar i obrzydliwa odpowiedzialność, do jakiej wcześniej się nie poczuwałam. I musiałam – wbrew swej woli – zmierzyć się z tym ciężarem.

Skinęłam głową w milczeniu. Matka nawet się nie uśmiechnęła. Świetnie zdawała sobie sprawę, że nie odmówię jej prośbie. Przyjęła moją niemą zgodę z kamiennym wyrazem twarzy, w którym nie tlił się najsubtelniejszy cień wątpliwości. Była mnie jakże pewna. A ja nie byłam pewna jej wcale. Nie ufałam do końca słowom matki, a dziwaczna prośba była dla mnie wyłącznie ciężarem. A jednak wyraziłam zgodę na ten ciężar i podjęłam się odrażającej podróży…

Matka wyjaśniła mi najpierw, że nie muszę kupować biletu. Do miasta starców można było dotrzeć na piechotę. Nigdy nie zapomnę swego zdumienia, kiedy wyjawiła, że miasto starców nie jest wcale specjalnie ukrytym miastem – leży blisko i na wierzchu, nieomal na wyciągnięcie ręki. Ta nowina mną wstrząsnęła.

-Wystarczy, że zapukasz do dowolnych starych drzwi – wyznała matka. – Im bardziej będą zniszczone i brzydkie, tym szybciej znajdziesz się na miejscu – wyznała. – Czasami nikt ci nie otworzy, ale to nie szkodzi. Musisz śmiało chwycić zastygłą klamkę i sama wejść do środka. Najczęściej zobaczysz starą kobietę siedzącą przy stole, z różańcem w ręku. Stara kobieta będzie okropnie pomarszczona i zgarbiona. Jej głowa będzie wyliniała, resztki włosów skojarzą ci się z porwaną pajęczyną. Musisz być zdecydowana w ruchach i nieustraszona w swym zachowaniu. Nie może cię odrzucić odór suchej starości i lepkiego brudu, który uderzy w ciebie już na progu. Nie cofaj się. Idź do przodu, przyj w głąb pokoju, prosto do stołu. Wkrótce przyzwyczaisz się do tego odoru i nie będziesz już chciała ani uciekać, ani zasłaniać dłońmi ust i nozdrzy. Usiądź z tą kobietą przy jej stole. Ukłoń się grzecznie, żeby cię zauważyła. Przedstaw się, żeby wiedziała, kto cię przysyła. I przeproś ją ode mnie i powiedz jej, że ja już nie przyjdę. Nie musisz tłumaczyć, dlaczego. Ona zrozumie. Zajrzy ci w oczy swoim bezosobowym, beznadziejnym wzrokiem, i będzie wiedziała. Nie uchylaj się przed tym spojrzeniem. Dzięki niemu znajdziesz się w kolejnym pokoju i znów spotkasz starą kobietę. Druga stara kobieta może leżeć na tapczanie, jak martwa zimna kłoda. Ale nie będzie martwa, bo w tym mieście nie ma czasu. Bo starość jest bezgraniczna. Powolna, okrutna i szpetna. Pełna zapomnienia i ułomności. Inna stara kobieta może jeść zimny rosół, siorbiąc głośno. Nie odwracaj głowy ze wstrętem. Oswój się z przygnębiającą atmosferą. Przekaż wszystkim starym kobietom, których pokoje uda ci się odwiedzić, że ja już nie przyjdę. Idź tak daleko, jak tylko zdołasz. Idź głęboko i wiernie, walcz ze sobą, by nie zawrócić przedwcześnie. Musisz dojść do własnych granic, których już nie przekroczysz. I tam dopiero zostawisz ostatnią wiadomość ode mnie. Że ja już nie przyjdę. Wtedy miasto starców zniknie i znów będziesz bezpieczna.

Wstrząsnęła mną ta opowieść, ta prośba. Ani trochę nie byłam przygotowana na to, co usłyszałam. Matka wyznała mi swój największy sekret, z którego ciężarem musiałam się zmierzyć. Ale nie potrafiłam pojąć esencji tego sekretu. Włos zjeżył mi się na całym ciele. Byłam przerażona podróżą, w którą posyłała mnie matka. Rozumiałam tylko jedno. Że nie mam prawa jej odmówić. Byłam matce winna swoją lojalność i ciekawość jej istnienia. Moja matka widocznie musiała w tym mieście pozostawić cząstkę siebie. A ja nie mogłam tej cząstki odzyskać. To nie było moje zadanie. Miałam tylko przekazać wiadomość. Wolałam zostać tutaj, przy łóżku z moją matką, żeby zaopiekować się nią w chorobie. Ale ona mi nie pozwoliła. Poprosiła, bym poszła na chwilę, do tego miasta bez czasu, żebym powiedziała wielu starym kobietom, że ona już nie przyjdzie. Nie potrafiłam pojąć sensu tego zadania. Czułam potworną odrazę do tego miasta, jakby pełzały po mnie robaki. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego właśnie moja matka była zżyta z tym miastem, dlaczego właśnie ona. Nie była jeszcze stara – była mocno dojrzała, ale na pewno nie stara. Pamiętam doskonale jej ciepłe ręce, które czesały mnie w warkocze, kiedy byłam mała. Jeszcze wczoraj dziarsko przemierzała zwykłe miasto, taszcząc głupie zakupy. Gotowała zupę albo kartofle z sosem. Rzucała gołębiom okruchy chleba z balkonu. A dzisiaj wyraźnie jej ubyło. Zdawała się nierealna jak wyprana mapa. Prawie nie byłam w stanie jej rozpoznać. Nie rozumiałam, jakie dokładnie pokrewieństwo nas łączy. Ileż więcej łączyło mnie ze wspomnieniem o mojej matce wyniesionym z dzieciństwa, niż z tym wypranym obrazem półrealnej kobiety, który leżał w łóżku mojej matki. W tamtej chwili moja matka wydała mi się wątłą łódką z papieru, która unosiła się po lodowatym oceanie mojej niewiedzy o niej.

Zanim wybrałam się w podróż do tego miasta, chciałam jeszcze wiedzieć, czemu mam odwiedzić same kobiety.

-Czy w tym mieście nie ma mężczyzn? – zdziwiłam się.

-Nie wiem – odpowiedziała. – Może są, ale nigdy ich nie widziałam. Zawsze znałam wyłącznie kobiety.

Nie było już czasu drążyć tej kwestii.

-Pospiesz się – poprosiła.

-Po co, skoro tam nie ma czasu? – podjęłam. – Może posiedzę tu z tobą jeszcze trochę? – naprawdę wolałam zostać przy niej, niż zwiedzać miasto starców.

-Idź już – zabrała dłoń z moich rąk. – Załatw jak najszybciej, o co cię proszę, żebym była spokojna.

Poprawiłam jej poduszki i koc, którym była okryta. Zamknęłam drzwi na klucz i potrząsnęłam klamką, żeby sprawdzić. Poszłam przez kamienne podwórze do samego końca. Tam były stare, zmęczone drzwi, cuchnące pleśnią. Długo pukałam, ale nikt nie otwierał. Jakoś nie mogłam się zdobyć, żeby złapać za klamkę i po prostu wejść. Jak tak można wchodzić komuś do domu? Wydawało mi się to dalece nietaktowne. Przestępowałam nerwowo z nogi na nogę, łzy bezsilności napływały mi do oczu, pukałam i pukałam, ale nikt nie otwierał. Dotkliwie biłam się z myślami, ale wreszcie uznałam, że matka musi być dla mnie ważniejsza od mojej własnej moralności. Dlatego wreszcie chwyciłam klamkę, by samowolnie wtargnąć do obcego domu…

Naprawdę uderzył mnie straszny odór. Przycisnęłam mocno obie dłonie do ust, miałam wrażenie, że wnętrzności podeszły mi do gardła. Chwilę zajęło mi oswojenie się z sytuacją. Nic nie widziałam, ogarnęła mnie ciemność – do tego stopnia odrażający odór spętał moje zmysły. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, gdzie się znajduję. Z sufitu zwisały olbrzymie płaty starej farby, które szeleściły jak papierowe chorągwie na zimnym wietrze. Płytki w podłodze skrzypiały złowieszczo przy każdym kroku, nieprzyjemnie falując pod stopami i grożąc upadkiem. Okrągły stół nakryty był plastykową ceratą, która miała tyle dziur i zadrapań, że stała się ażurową strukturą przypominającą siatkę utkaną z żałosnych nitek. Przy stole siedziała naprawdę bardzo stara kobieta. Spomiędzy jej palców istotnie zwisał różaniec, ale jestem pewna, iż był to tylko rekwizyt od dawna nie darzony żadną wzniosłością ani nadzieją. Od razu uniosła na mnie oczy, wąskie i zamglone jak dymne szkła okularów porzuconych na strychu. Od razu przekazałam jej wiadomość od mojej matki, ale stara kobieta zmarszczyła brwi. Zupełnie nie wiedziała, o kogo chodzi i dziwiła się, że do niej przyszłam. Próbowałam rzetelnie wszystko wyjaśnić, ale tylko zaschło mi w gardle z wysiłku. Stara kobieta kręciła głową bez zrozumienia i w kółko powtarzała, że nie powinno mnie tu być, przecież byłam młoda. Miałam bałagan w głowie, nie byłam w stanie myśleć racjonalnie, z całych sił próbowałam spełnić prośbę mojej matki, ale nie umiałam. Kobieta wciąż wzruszała ramionami – nie miała pojęcia, o kim mówię, wcale nie znała mojej matki.

-To niemożliwe! – zaprotestowałam gorąco. – Moja matka od lat zagląda do tego miasta, musiała ją pani spotkać.

-Przykro mi, dziecko – rzekła stara kobieta, wzruszając ramionami. Był to powolny, smutny gest, który przywodził na myśl śmierć. – Ale jeśli, jak mówisz, twoja matka w tej chwili choruje, powinnaś chyba trzymać ją za rękę, zamiast siedzieć tu ze mną – dodała cicho.

Ostatnie słowa wydały mi się tragicznie logiczne. Dlaczego zgodziłam się tu przyjść? To naprawdę nie miało żadnego sensu! Traciłam tylko czas w tym mieście bez czasu!

Wybiegłam z miasta starców bez żalu i w pocie czoła pognałam do matki. Jej prośba od początku do końca była bezsensowna – powinnam była zostać przy matce niezależnie od tego, czy chciała mnie obok siebie, czy nie.

Wbiegłam do domu matki jak szalona, dopadłam do łóżka, ale… było puste, prócz kilku gołębi wykutych w kamieniu. Matki nigdzie nie było. Rzeźby ptaków wyglądały teraz, jakby strzegły pustego łóżka. Z ich kamiennych ciał dobywało się gruchanie, jakby w środku była ukryta dusza, która nie zna czasu, za to zna ból. Byłam spłoszona, ogłupiała, nic nie wiedząca. Nie mam pojęcia, ile czasu spędziłam, stojąc nad pustym łóżkiem, wpatrzona w rzeźby gołębi, które gruchały. Chyba już zmierzchało, kiedy się otrząsnęłam. Wróciła do mnie moja przytomność – zwykły realny rozum. Dopiero wtedy zauważyłam starannie zapisaną kartkę, która leżała pod jedną z rzeźb, jak pod przyciskiem do papieru. Wzięłam ją do ręki – ostrożnie wysunęłam spod kamiennego ptaka, żeby nie rozerwać żadnego cennego fragmentu. Moja matka zniknęła bez śladu, ale zostawiła mi wiadomość – list zapisany po brzegi. Ten list mógł zmienić całe moje życie i wytłumaczyć mi wszystko. Kiedy zbliżyłam list do siebie, by zacząć czytać, kamienne gołębie ucichły, zrobiły się całkiem nieożywione. Wokół nie było już promyka nadziei, żadnego fragmentu duszy zaklętego w kamieniu. Moja matka zniknęła – jak mogłam się z tym pogodzić, nie wiedząc, co się wydarzyło i po co? Westchnęłam i zabrałam się za czytanie. Ale nie potrafiłam odczytać ani jednego zdania! Starannie wykaligrafowane litery okazały się wymyślonymi znakami, których nie rozumiałam. Nigdy nie widziałam takich znaków… nie mam pojęcia, co matka chciała mi przekazać.

Czasem wyobrażam sobie, że tamtego dnia – gdybym nie posłuchała jej prośby – kamienne gołębie by nie przyfrunęły. Może wszystko mogło mieć sens i znaczenie. Gdybym była mądrzejsza. Chociaż wiem, że te refleksje są bezowocne. W mieście starców nie ma czasu, ale tutaj – jest. I ten czas, który jest – ulatuje i znika. Czasem chyba trzeba ukryć duszę lub jej fragment w kamieniu, a potem pozwolić jej zniknąć – nie zmuszając samego siebie do udzielenia żadnej z możliwych odpowiedzi. I nie żądając zrozumienia. Od nikogo.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (8)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (5)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *