Myśli słodkie, gorzkie poety dzisiejszego i przyszłego – wywiad z Januszem Muzyczyszynem

Za nami mikołajki, przed nami Boże Narodzenie – następny piękny czas rodzinnej bliskości, zadumy i również prezentów. Jeśli zastanawiacie się, co podarować swoim bliskim pod tegoroczną choinkę, polecamy najnowszy zbiór wierszy poety ze Śląska, Janusza Muzyczyszyna.

Tytułem wstępu chcemy podkreślić, że niniejszy artykuł nie jest sponsorowany – na łamach Tostera Pandory nie ma treści sponsorowanych ani żadnych reklam. Chcielibyśmy opowiedzieć Wam o poezji Muzyczyszyna z pobudek szczerych i przyjaznych.

Nasza redaktor naczelna literackiego działu Tostera Pandory, Justyna Karolak, napisała przedmowę do świeżo wydanego zbioru poezji Muzyczyszyna zatytułowanego Myśli słodkie, gorzkie. Lektura tych wierszy, a potem proces budowania do nich słowa wstępnego podbitego nutą recenzji zaowocowały nawiązaniem bardzo serdecznej koleżeńskiej relacji pomiędzy tym dwojgiem pisarzy – naszą Justyną a poetą Januszem. Wywiad, który przedstawiamy Państwu dzisiaj, jest naturalnym wynikiem spotkania tych dwóch wrażliwości literackich.

Pomyśleliśmy, że nadciągające w siedmiomilowych butach święta Bożego Narodzenia to wymarzona okazja do tego, by ukazać naszym Czytelnikom, jak zamiłowania literackie potrafią wspaniale łączyć ludzi pomimo ich różnic. Prywatnie Janusz i Justyna zajmują bardzo wyraźnie zdeklarowane – różne i osobne stanowiska polityczne i wyrażają odmienne poglądy, co jednak zupełnie nie przeszkadza im wieść życzliwych dialogów i darzyć się wzajemnie szacunkiem i serdecznością.

Kim jest Janusz Muzyczyszyn?…

Z wykształcenia – metalurg, w latach kariery zawodowej – informatyk, obecnie – wykorzystuje swój czas na emeryturze na rozwijanie drzemiących w nim od lat pasji pisarskich.

Autor dwóch wydanych zbiorów poezji; w kolejce do druku czeka sztuka teatralna i powieść obyczajowa.

Na co dzień twórca bloga literacko-politycznego, którego credo brzmi: „Wycisnąć życie jak cytrynę”. Dalej blogowi przyświeca myśl Ajschylosa: „Nikt nie jest tak stary, aby nie mógł się jeszcze czegoś nowego nauczyć”…

I rzeczywiście: Janusz zdaje się kipieć witalnością. Nie żałuje swoich pasji poznawczych, czasu ani sił na poświęcanie uwagi problematyce społecznej. Koncentruje się głównie na problemach swojego regionu, czyli Górnego Śląska. Szalenie istotna jest dla niego kultura i sztuka – filozofia, literatura i teatr. Ale… czy to pozory, czy prawda? Czy Janusz to autentycznie nieposkromiony smakosz życia, człowiek ambitny i o niewyczerpywalnych wprost zasobach energii twórczej, czy raczej skromny obserwator życia? Justyna spróbuje przybliżyć Wam nieco prawdy o Januszu – uchylić drzwi do jego osobowości…

Zapraszamy do lektury wywiadu z Januszem Muzyczyszynem – zapraszamy na spotkanie dwojga twórców słowa pisanego. Spotkanie zogniskowane przede wszystkim na tematach poezji i literatury, ale nie tylko, w poniższym wywiadzie nie zabraknie bowiem refleksyjnych akcentów bożonarodzeniowych oraz szerszych spojrzeń na życie, marzenia i relacje międzyludzkie.

A czytelnicy mieszkający w Rudzie Śląskiej – albo mający do niej blisko – mogą spotkać się z Januszem osobiście. 12 grudnia br. o godz. 18.00 w Galerii Działań „Krekot” przy ul. Dąbrowskiego 18 odbędzie się wieczór autorski Janusza – w imieniu poety zapraszamy serdecznie!

Redakcja Tostera Pandory

Myśli słodkie, gorzkie
poety dzisiejszego i przyszłego,
czyli świąteczny wywiad

z Januszem Muzyczyszynem

Justyna Karolak: Myśli słodkie, gorzkie to Twój drugi wydany tomik poezji. Czy rozgościłeś się w pisaniu poezji na dobre – planujesz następne wydania zbiorów wierszy?

Janusz Muzyczyszyn: Zdecydowanie tak. Powolutku powstaje kolejny zbiór wierszy – a właściwie dwa zbiory, ale przy okazji też trochę prozy. Nie jest to jednak „produkcja taśmowa”. W mojej głowie musi zaistnieć temat, wątek, myśl, obraz, które zadziałają jak spust w pistolecie. A czy rozgościłem się? Hmm… Raczej siedzę w kąciku na krawędzi krzesła i próbuję chłonąć zmysłami to, co mi podrzuca moja pani wena. Długo jeszcze nie będę się czuł godny rozsiadania się w fotelu na środku salonu poetyckiego.

J.K.: Opis na okładce obiecuje czytelnikowi spotkanie z dojrzałym poetą. Jak myślisz: dotrzymałeś tej obietnicy? Pytam o to, jak czujesz się z własnymi utworami już po ich wydaniu. Czy rzeczywiście masz poczucie, że wyszedłeś do świata z dojrzałym, w pełni uformowanym zbiorem poezji? A może dłubałbyś w nim dalej, zmieniał, poprawiał?

J.M.: Ocena swojej własnej twórczości nie jest łatwa, jeśli ma się w sobie choć odrobinę samokrytycyzmu, a ja mam go sporo. Z reakcji osób, które znają mój pierwszy tomik, wynika, że ten nowy odbierają jako dojrzalszy. Ja też tak czuję. Kolejne wiersze wydają mi się bardziej skondensowane w swoim wyrazie, zresztą patrzę na nie z dużo większym krytycyzmem, niż to robiłem wcześniej. Dopiero po przeczytaniu wstępu, który napisałaś do Myśli słodkich, gorzkich, dotarło do mnie, że przedstawiam czytelnikom kompletną całość. Są oczywiście wśród nich wiersze, w których pewnie bym podłubał, jednak doświadczenia z wieloletniej pracy zawodowej mówią mi, że w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć „stop”. Generalnie uważam, że oddanie czytelnikom swojego dzieła jest jak wypuszczenie w dorosłe życie swojego dziecka. Od teraz żyje własnym życiem, a rodzic może co najwyżej z troską i obawą mu się przyglądać.

J.K.: Opisz swój najnowszy zbiór wierszy trzema słowami, Januszu. Jakie hasła, jakie wytrychy słowne jako pierwsze przychodzą Ci na myśl w skojarzeniu z Twoim własnym tomikiem?

J.M.: Trudne zadanie. Pierwsza moja myśl to: życie, miłość, marzenia. Codzienność życia człowieka, miłość jako uczucie najbardziej konstruktywne, i marzenia, które popychają nas do przodu i nadają życiu sens.

J.K.: Twoje wiersze ze zbioru pt. Myśli słodkie, gorzkie są prostolinijne w brzmieniu. Używasz prostych, zupełnie łagodnych i niedekoracyjnych metafor, a czasem nawet niemal całkowicie rezygnujesz z tradycyjnie poetyckich figur i wchodzisz w skórę jak gdyby reportera. Jak wiesz, Januszu, ja jestem fanką tej Twojej formalnej prostoty i retorycznej oszczędności, ale czy nie obawiasz się tego, że odbiorcy tego tomu posądzą Cię o banalność – o trywializowanie podjętej problematyki i rozcieńczanie języka poetyckiego?

J.M.: Prostolinijne, ale mam nadzieję, że nie prostackie. Tak, takie niebezpieczeństwo istnieje, sam obawiam się „wypalenia” i pójścia w banał. Dlatego bardzo ostrożnie podchodzę do pisania kolejnych strof. Piszę co prawda o prostych sprawach, które dotykają większości z nas, ale staram się przekazać nie tylko to, co widać, ale również uczucia, które drzemią gdzieś w głębi mojego bohatera lirycznego. Nie wiem, czy mi się to do końca udaje. Nie mam poczucia, że koniecznie należy w poezji wchodzić przy każdej okazji w ozdobniki, czy popisywać się erudycją. Boję się tego, by forma nie przerosła treści.

J.K.: Czyli szybciej przebaczyłbyś sobie pójście w banał, niż w iście barokowy przepych? Czy prawidłowo rozumiem Twój gust, podejście do estetyki?

J.M.: Nie, ani to, ani tamto. Albo coś robię dobrze, albo wcale. Oczywiście „dobrze” w moim subiektywnym spojrzeniu – jeśli podobnie odbierze to czytelnik, to pięknie. Upubliczniam te moje utwory, które sam uznaję za tego godne. Problem w tym, że w miarę upływu czasu i mojego rozwoju jako twórcy jakoś sam podnosi mi się ten minimalny próg jakościowy. Ale to chyba dobrze. A w barokowe ozdobniki czasem zdarza mi się wchodzić.

J.K.: Jak dzisiaj patrzysz na siebie, na swoje życie? Uważasz, że było dla Ciebie łaskawe, hojne? Czy też roztaczało przed Tobą dotkliwe wyzwania?… Zapytam wprost: więcej miewasz myśli słodkich czy tych gorzkich?

J.M.: Mam na plecach siedemdziesiąt wiosen i tyleż zim. Raz bywało pięknie, innym razem kiepsko. Nie dorobiłem się pałaców, przyjaciół mogę liczyć na palcach jednej ręki, piłem z rąk moich bogiń losu i miód, i piołun. Nauczyłem się traktować wydarzenia z przeszłości – szczególnie te trudne – jako lekcje, które mają mnie czegoś nauczyć, bym nie musiał ich ponownie przeżywać. Wiele wyzwań za mną, z jednych wychodziłem z tarczą, z innych na tarczy. Nauczyłem się również niczego nie żałować – ani niewykorzystanych szans, ani popełnionych błędów. Od dawna mam świadomość, że to ja i tylko ja jestem odpowiedzialny za swoje czyny i ich skutki, nawet jeśli nie byłem w stanie ich przewidzieć. To trudne, ale pozwala się wyprostować i brać na klatę to wszystko, co niesie życie.

J.K.: Z tarczą albo na tarczy, mówisz. Czyli ani razu nie złożyłeś broni i nie uciekłeś z pola bitwy? To w końcu kim jesteś, Januszu: niezmordowanym wojownikiem czy pokornym obserwatorem? Pytając inaczej: wolisz działać i walczyć czy obserwować i wyciągać wnioski?

J.M.: Pokornym obserwatorem jako pisarz i poeta. Twardym zawodnikiem jako człowiek. Popełniłem w życiu sporo błędów i pewnie popełnię ich jeszcze niemało, ale dawno temu nauczyłem się brać za to odpowiedzialność i nie zrzucać winy na okoliczności, innych ludzi, na „tak się złożyło”. Takie podejście ma swoje dobre strony, bo gdy osiągam jakiś sukces, to nie chowam się za innymi, nie mówię „udało mi się tylko”, tylko po prostu cieszę się. Zdarzyło mi się w życiu wycofywać bez walki, zdecydowanie wolę to niż bitwę na śmierć i życie, ale trudno to nazwać ucieczką, przed problemami nie uciekam.

J.K.: Wiem z prywatnych rozmów z Tobą, że masz na koncie napisanie sztuki teatralnej i powieści. Nabywcy Myśli słodkich, gorzkich również dowiadują się tego z Twojego słowa wstępnego, ale teraz wpuśćmy ich odrobinę głębiej do naszych rozmów: zdradź proszę coś więcej o tych dwóch utworach i powiedz, czy wyszły już definitywnie z fazy projektu. Czy zostaną wydane, czy jednak w oczach świata zewnętrznego wolisz być poetą, a nie prozaikiem i scenarzystą?

J.M.: Potrzeba wypowiedzi w formie prozy pojawiła mi się jakoś sama. Poczułem, że wiersz to zbyt krótka, zbyt skondensowana forma. Impuls do napisania scenariusza sztuki dała mi rozmowa ze znajomym reżyserem. Mogę powiedzieć, że mnie „podpuścił”. Zacząłem od krótkiego monodramu, który rozwinął się w dwa, a na koniec powstał scenariusz sztuki na dwoje aktorów. To historia dwojga ludzi w średnim wieku, którzy poznają się zupełnie przypadkowo. Oboje mają za sobą trudne przeżycia i nie mają zamiaru wchodzić w trwały związek, a jednak los ich jakoś łączy. Sztuka skonstruowana jest w taki sposób, że kolejne sceny to monologi bohaterów, którzy na zmianę relacjonują swoim wirtualnym rozmówcom – on swojej psychoterapeutce, ona swojej przyjaciółce – bieżące wydarzenia i dzielą się swoimi wątpliwościami, strachami i przemyśleniami. W moim zamyśle widz ma zobaczyć te same wydarzenia raz z punktu widzenia kobiety, a raz mężczyzny. Stąd tytuł Dwie strony lustra. Mam cichą nadzieję, że uda mi się tym scenariuszem zainteresować któryś teatr, wysłałem go również na jeden z konkursów ogólnopolskich. Oprócz tej sztuki mam „rozgrzebane” dwie powieści. Pierwsza, zatytułowana Samotność, to relacja ze swojego życia, jaką zdaje czytelnikowi osiemdziesięcioletni mężczyzna, który zrządzeniem losu wylądował w domu opieki. Codzienne wydarzenia i relacje, w jakie wchodzi ze współmieszkańcami, swoim synem i personelem, przywołują mu w pamięci ważne wydarzenia z jego długiego życia, a także relacje z kobietami, z którymi kiedyś był związany. Moja druga powieść pod roboczym tytułem Zawał serca to również współczesna powieść obyczajowa. Zapowiada się ciekawie, mam nadzieję, że na obie powieści znajdą się odważni beta-testerzy, którzy zechcą się podzielić ze mną swoimi wrażeniami: albo kciukiem do góry, albo w dół.

J.K.: Na co dzień prowadzisz blog. Karierę zawodową przepracowałeś jako informatyk, więc nie pytam o aspekty techniczne – wiadomo, ale czy z jakichś innych względów blogowanie było albo jest dla Ciebie czymś trudnym, uciążliwym? Jako człowiek piszący twórczo, literacko – gdzie czujesz się lepiej, w którym środowisku: na papierze czy w sieci?

J.M.: Nie jest mi łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Nie czuję potrzeby publikowania koniecznie „en” tekstów na tydzień, żeby zaistnieć. Oczywiście śledzę, czy to, co publikuję na blogu, jest „czytane”. Raczej jest tak, że teksty powstają na skutek impulsu. Raz jest nim przeczytana książka czy obejrzana sztuka, innym razem wydarzenie, które jakoś mną poruszyło, bywa, że tekst piszę po prostu z potrzeby serca. To „coś” w środku domaga się wyartykułowania. Najwyżej jednak stawiam papier – wydrukowana książka to w moim rozumieniu najdoskonalsza forma kontaktu z czytelnikiem-odbiorcą, to coś, co można porównać z nagim modelem w pracowni malarza czy rzeźbiarza – nic już nie da się ukryć. Nie mam trudności z przelewaniem swoich myśli „na papier”, to przychodzi mi łatwo. Jeśli wiem, o czym chcę pisać, to siadam i piszę. Ważne jest dla mnie, czy to moje pisanie ma sens, czy choć jeden czytelnik, czytelniczka po przeczytaniu moich tekstów powie: „Kurczę, coś w tym jest. To jest o mnie, o moim życiu”. Moje utwory najpierw powstają na papierze, a raczej w moim laptopie, a dopiero potem dzielę się nimi, lub nie, na blogu.

J.K.: Czym dla Ciebie jako czytelnika jest literatura? Zapytam ściślej: dzielisz teksty na te wysokie i niskie – na literaturę piękną i popularną?

J.M.: Kolejne pytanie, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Dla mnie literatura bywa, i jest, odskocznią od codzienności, strawą duchową, ale i sposobem na miłe spędzanie czasu. Bywa również źródłem inspiracji, daje powody do przemyśleń, ale i do radości. Teksty dzielę raczej na dobre i złe, na takie, po które sięgam chętnie i te, które odkładam po przeczytaniu kilku stron. Zdarza mi się czytać „zadaniowo” pozycje, które trzeba znać. Zdarza mi się również czytać autorów uznawanych za grafomanów. Generalnie staram się nie kierować zewnętrznymi opiniami tak zwanych znawców. Według mnie nie ma wiarygodnego miernika pozwalającego obiektywnie oddzielić literaturę „dobrą” od „złej”. Czytam zarówno literaturę piękną, jak i popularną. Nie jestem zwolennikiem zgadzania się w ciemno z tym, że dobra literatura to tylko ta, którą tak nazwali krytycy.

J.K.: Wymień w takim razie trzy ulubione powieści, Januszu. Gdybyś musiał określić, bez których trzech pisarzy świat nie byłby tym samym udanym światem, byliby to…

J.M.: Nie masz łatwiejszych pytań? Myślę, że trudno byłoby znaleźć takie powieści, bez których świat nie byłby tym samym światem, bo nawet Biblia czy Koran mają swoich zwolenników i wrogów. Ja takich ważnych dla mnie – dla mojego prywatnego świata – książek znam wiele. Numer jeden to Mistrz i Małgorzata – tego uzasadniać chyba nie trzeba. Numer dwa to seria o Harrym Potterze, choć generalnie nie jestem fanem świata fantasy. Jako dziecko pasjonowałem się najpierw Karolem Mayem, potem Szklarskim. Siedmioksiąg o dobrych i złych czarodziejach zachwyca zdolnością autorki do konstrukcji wielu wątków równocześnie i utrzymywania napięcia i uwagi czytelnika do samego końca. No i ta wyraźna granica między dobrem a złem. Trzeciej pozycji pewnie się nie spodziewasz – to gliwicka tetralogia Horsta Bienka, Pierwsza Polka, Wrześniowe światło, Czas bez dzwonów i Ziemia i ogień. Akcja rozgrywa się na terenie Gliwic od 31 sierpnia 1939 roku do wyzwolenia miasta przez armię radziecką. Łatwa lektura to nie jest, ale zdecydowanie warta przeczytania. Tak czy owak, ograniczanie listy do trzech pozycji to według mnie zbrodnia, bo gdzie poeci – mój ulubiony Leśmian, Norwid, Baudelaire, gdzie Kafka, Camus, Zweig, ale i Hašek. Ech!

J.K.: Pisarze raczej nie lubią tego pytania, ale i tak je zadam, bo wydaje mi się ono atrakcyjne z punktu widzenia czytelnika: którzy poeci albo szerzej – autorzy Cię inspirują? Inaczej: z którymi pisarzami Ty sam, tylko Twoim zdaniem – bez oglądania się na opinie krytyków i czytelników, zestawiłbyś swoje wiersze na jednej półce? Ja wiem, że wszyscy pisarze chcą być oryginalni, jedyni w swoim rodzaju, jednak z doświadczenia wiem także, że swoją tożsamość literata każdy z nas, pisarzy, po części ukorzenia w kontekście dzieł innych twórców. Nikt z nas nie jest samotnym ciałem niebieskim dryfującym w próżni, więc pytam o to, z którymi pisarzami Tobie najbardziej po drodze.

J.M.: Justyno, dziś nie miałbym – jeszcze? – odwagi wpychać się na półkę, na której stoją dzieła Barańczaka, Asnyka, Leśmiana, Jesienina, Norwida i wielu innych poetów, których czytuję. Inspiracją do kilku moich wierszy faktycznie były wiersze tych wielkich, mam za sobą kilka prób wierszy rymowanych – jeden z nich, Gra, jest w tym nowym tomiku jako odpowiedź na wiersz Wojciecha Hübnera. Z taką poezją jest mi najbardziej po drodze, choć piszę również wiersze mające charakter reportażu. Powoli kompletuję cykl pod roboczym tytułem Nasze miejsca na ziemi. W jego skład wchodzi m.in. wiersz Beskidzka jesień, który opublikowałem na blogu. Niedoścignionym wzorem są dla mnie tacy poeci jak Leśmian, czy czytany w oryginale Jesienin. Stąd moje obawy przed rymami, boję się, żeby nie były prostackie, „częstochowskie”. To wciąż przede mną. Jeśli zaś chodzi o pisarzy, to aktualnie zaczytuję się w skandynawskich autorach kryminałów – to doskonałe przykłady współczesnych powieści obyczajowych. Z przyjemnością odkryłem też Harukiego Murakamiego, podobają mi się jego klimaty, gdzie fantazja miesza się z rzeczywistością.

J.K.: Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia, które dla nas, Polaków, są ważne, pyszne, rodzinne. Co powiedziałbyś tym, którzy spędzą je niestety samotnie – bez rodziny, bez przyjaciół? Tym, których dopadają same myśli gorzkie… Czy mógłbyś zarazić ich trochę słodyczą myśli – dać im tu i teraz, z poziomu tego wywiadu, porcję otuchy?

J.M.: Najgorszym wrogiem każdego człowieka jest w moim rozumieniu poczucie samotności. Zwróćmy uwagę, że jedynym prawdziwym, wiernym i dożywotnim przyjacielem, jakiego ma każdy z nas, jesteś ty sam. Popatrz w swoje odbicie w lustrze i zobaczysz najlepszego powiernika swoich myśli i marzeń, przyjaciela, który – jeśli go poprosisz – pomoże Ci znaleźć odpowiedzi i rozwiązania najtrudniejszych problemów. Musisz się tylko odważyć, aby mu zaufać. Być może będziesz musiał poczekać na odpowiedź czy rozwiązanie, ale warto. Bo to będzie twoje rozwiązanie twojego problemu. Weź za nie odpowiedzialność ze świadomością, że nikomu nic do tego. Na moim blogu popełniłem kiedyś tekst o odpowiedzialności za swoje decyzje – rzućcie, proszę, na niego okiem. A tym, którzy wątpią w swoje drugie ja, dedykuję niepublikowany dotąd wiersz:

On

Trudno ci mówić Mu „Dziękuję”
po kolejnej życiowej przegranej,
dlaczego miałbyś Mu dziękować
za to, że znów dostałeś kopa?

Zobacz to jednak jako lekcję,
którą On dał ci tylko po to,
abyś mógł lepiej zrozumieć
swoje pokręcone życie.

Lekcję, po której wstaniesz
z ławki i wyjdziesz z klasy
bogatszy o doświadczenie.
Już nigdy nie będziesz się bał

kolejnych wydarzeń, bo wiesz,
że jeśli nawet znów zawieje
to On pomoże Ci stać twardo
na nogach i z głową do góry.

Nieważne więc jakim imieniem
Go nazwiesz – Bogiem, czy Jahwe,
lub Buddą czy Przeznaczeniem.
Ważne, że stoi za Tobą,

zawsze po Twojej stronie.

J.K.: Żebyśmy zakończyli ten wywiad pozytywnie, budująco, ale też nie tkliwie, tylko poważnie, zatoczmy łuk w czasie i na chwilę wróćmy do tak zwanego początku drogi. W swoim biogramie autora otwarcie przyznajesz, że w prawdziwy wir pisania rzuciłeś się dopiero obecnie – na emeryturze. Czy zatem jesteś trochę jak Proust – szukasz straconego czasu, hmm?… Co byś powiedział tamtemu młodemu chłopakowi, którym byłeś? Namawiałbyś go do wcześniejszego wyjścia z szuflady, czy może uważasz, że dobrze postąpił, czekając z publikacjami swojego pisarstwa? Przytuliłbyś tamtego chłopaka do serca, czy zagrzewczo klepnął w ramię i zawołał: „działaj!”?

J.M.: Odpowiem nieco przewrotnie. Nie da się niestety wrócić do przeszłości. Natomiast jeśli przyszedłby do mnie dzisiaj młody chłopak czy dziewczyna i zapytał, zapytała, co ma zrobić, to poradziłbym: nie odrzucaj marzeń. Jednak zadbaj najpierw o źródło utrzymania, które pozwoli ci te marzenia realizować i bądź cierpliwy. I drugie „nie”. Nie szukam utraconego czasu, jestem głęboko przekonany, że mam coś do przekazania moim potencjalnym czytelnikom – moje doświadczenie, moje przemyślenia, moje rady. Uważam, że grzebanie się w przeszłości i prowadzenie rozważań „co by było, gdyby” jest zajęciem jałowym, które prowadzi na manowce. Zatem – wyciągajmy wnioski, lekcje z tego, co było, aby to, co będzie, było lepsze.

J.K.: Januszu, godnie wywinąłeś się z tego pytania – spryciarz z Ciebie. Bo przecież zapytałam Cię o to, co powiedziałbyś sobie samemu z przeszłości, a nie innym młodym chłopakom. Czy młodzieńczość i związane z nią niepokoje to dla Ciebie trudny temat?

J.M.: Nie, temat nie jest trudny, trudna jest odpowiedź. Każdy z nas chciałby zapewne być znowu młody, ale z dzisiejszym bagażem wiedzy i doświadczeń, prawda? Ja też, tyle że to nierealne. Jedyne, co powiedziałbym sobie samemu jako bardzo młodemu człowiekowi, to: „Kocham cię za to, że byłeś taki, jaki byłeś i że wciąż jesteś”.

J.K.: A już zupełnie na koniec – pytanie z kompletnie innej beczki… W swoich wierszach dużo uwagi poświęcasz kobiecie i kobiecości. Raz kobieta jest bohaterką Twoich erotyków, namiętną i bardzo ekspresyjną istotą chłonącą życie, za chwilę pokazujesz ją z kolei jako istotę bezbronną, a wręcz całkiem pasywną, pełną kompleksów, którą po koleżeńsku pocieszasz. Natura kobieca, do której w swoich utworach się odwołujesz, kojarzy mi się z bohaterką obrazów Joana Miró – swoim słowem poetyckim malujesz, podobnie do Miró, kobiecość jednocześnie pożerającą i pożeraną. Chcę zapytać, czy rzeczywiście w ten sposób postrzegasz kobiety – jako połączenie dwóch logicznie sprzecznych mechanik myślenia i reagowania – czy jest to jedynie świadomie przyjęty środek wyrazu artystycznego?

J.M.: My, ludzie w ogólności, a kobiety, z racji delikatniejszej struktury psychiki, w szczególności, nie jesteśmy robotami wykrojonymi z jednej sztancy. Zawsze targają nami i targać będą emocje, uczucia, kierować będą nami – mniej czy bardziej świadomie – nasze strachy i wzorce kulturowe. Ja tak to właśnie postrzegam. Kobiety są tak wspaniałym filarem naszego życia – obiektem naszych westchnień, że trudno o was nie pisać, drogie panie. Zdarza mi się w moich wierszach porównywać kobietę do pięknego obrazu mistrza, La Maja desnudaMaja naga, bo przecież jesteście piękne.

J.K.: Dziękuję Ci ślicznie za rozmowę, Januszu, było mi szalenie miło. Dziękuję również za to, że zaufałeś mi na tyle, aby zaprosić mnie do napisania przedmowy do Twojego najnowszego wydania poezji – cieszę się bardzo, że mogłam być tak bezpośrednim świadkiem Twojego budowania myśli poetyckiej i składania jej w tom.

J.M.: To ja dziękuję za Twoje zainteresowanie nieznanym poetą, który próbuje wdrapać się na Parnas bez biletu wstępu.

*

W imieniu redakcji Tostera Pandory wywiad z Januszem Muzyczyszynem przeprowadziła drogą mejlową Justyna Karolak.

**

Drogi Czytelniku! Jeśli po lekturze wywiadu doszedłeś do wniosku, że chciałbyś poznać Janusza jeszcze bliżej, koniecznie odwiedź jego profil autorski w serwisie Facebook. Poprzez fanpejdż Janusza nawiążesz z pisarzem i poetą bardziej bezpośredni kontakt i będziesz mógł szybko i sprawnie dowiedzieć się, gdzie nabyć świeżo wypieczony zbiór wierszy pt. Myśli słodkie, gorzkie.

***

Janusz Muzyczyszyn (1948) – urodził się w Siemanowicach Śląskich, sporą część życia zamieszkiwał w dużych miastach Górnego Śląska, na stałe osiadł w Rudzie Śląskiej, którą dziś uznaje za swój dom. Literaturą interesuje się od dziecka, pierwsze próby poetyckie podjął jako nastolatek, publikacje swoich wierszy rozpoczął w roku 2016, kiedy to zadebiutował zbiorem pt. Dziewczyny, kobiety, czas. Rok później jego utwory ukazały się w 3. antologii poetów współczesnych zatytułowanej Wiersze sercem pisane. Myśli słodkie, gorzkie to drugie samodzielne wydanie poezji Muzyczyszyna. W przygotowaniu autora – dwie powieści obyczajowe o przewrotnych, zaskakujących zakończeniach. Aktualnie również twórca bloga literacko-politycznego, w którym publikuje opinie i recenzje o książkach, filmach i sztukach teatralnych. Społecznik zaangażowany w latach 2015-2018 w organizację i prowadzenie spotkań z ludźmi kultury, sztuki i nauki działającymi w regionie śląskim.

Justyna Karolak (1981) – Polka włoskiego pochodzenia urodzona i mieszkająca w Polsce. Autorka powieści: Tropiąc jednego wilka (2012), Głowa do pokochania (2015), Mowa kruka (2016). Prócz powieści pisuje opowiadania, baśnie dla dorosłych i dla dzieci, felietony, recenzje filmowe i liczne formy z pogranicza literatury i gatunków dziennikarskich. Współzałożycielka witryny Toster Pandory, na co dzień prowadzi blog okołoliteracki Karolakowo, na łamach którego dzieli się swoim doświadczeniem w pracy redaktora i koncentruje na szeroko pojętych dylematach z życia pisarza współczesnego. Realizuje również regularny podcast dla pisarzy i wszystkich zainteresowanych procesami budowania literatury zatytułowany Głowa pisarza, dostępny na jej kanale na YouTube.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *