Na poetów

Dziwiąc się, pytam, dlaczego w licznych współczesnych poezjach rodzimych, ja poety, podmiot liryczny w wierszu, zawsze musi:

  • a to „stać boso nad wschodem słońca”,
  • a to „tańczyć boso w pustyni twoich powiek”,
  • a to mieć „stopy w sandałach”,
  • a to „się prężyć tęskno w godzinie szczytu”,
  • a to z „głową w niemym popłochu”.

Nieważne jednak, z jaką głową ów poeta tak stoi i stoi w roztkliwionej refleksji nad marnością egzystencji ludzkiej – ważne, z jakimi stopami. Ważne, że koniecznie na boso, a jak nie na boso, to chociaż w sandałach.

Mam przyjaciela płci męskiej, który ani razu w życiu nie przywdział sandałów, mimo że jest artystą, choć co prawda nie poetą akurat. Zwierzył mi się, że raz nawet zachciało mu się nabyć sandały, ale porzucił ten projekt w ostatniej chwili, kiedy to uświadomił sobie, że jeżeli je nabędzie – to już nigdy nie będzie mógł o sobie powiedzieć: ani razu w życiu nie miałem sandałów. Dlatego z pomysłu zrezygnował i sandałów nie nabył. Artystą jednakże był nadal.

Wracając do sprawy, dlaczego współcześni poeci koniecznie muszą dumać nad marnością egzystencji, stając nagimi stopami albo ze stopami w sandałach, a to znów „nad przepaścią bezmierną”, a to „nad podstępnie rwącym nurtem rzecznym”, a to „nad oceaniczną otchłanią słonej samotności” ?

Odbieracie już zasadność i skalę mojego zdziwienia razem ze mną?

„Poeci” – cóż za dziwne i tajemnicze istoty.

Nie mogę tego pojąć i przestać dziwić się – nie mogę. Dlaczego współczesna poezja pełna jest właśnie tego: nagich, bosych stóp, sandałów, przepaści, rzeki, oceanu i otchłani. Nie znam, nie znajduję odpowiedzi, mimo że o poezji powiedzieć mogę szczerze:  Lubię to!

Justyna Karolak po raz pierwszy zetknęła się z poezją, kiedy w wieku lat pięciu poprosiła ojca, by opowiedział jej baśń na dobranoc. Opowiedział następującą historię:

Pewnego razu żyli sobie kobieta i mężczyzna, którzy bardzo się kochali, lecz byli bardzo biedni. Jedyną rzeczą, jaką posiadał mężczyzna, był zegarek odziedziczony po ojcu. Jedyną rzeczą, jaką posiadała kobieta, były nadzwyczajnie długie, piękne włosy. Chcąc poczynić sobie nawzajem prezenty z okazji zbliżającej się rocznicy ślubu, zastanawiali się w sekrecie, skąd zdobyć pieniądze na wyjątkowy prezent dla ukochanej osoby, i co miałoby tym prezentem być. Kobieta wymyśliła, że ofiaruje mężowi srebrny łańcuszek do zegarka, żeby ten nigdy go nie zgubił i żeby zawsze mógł zabierać go ze sobą, dumnie nosząc na piersi. Mężczyzna wymyślił, że ofiaruje żonie grzebień z kości słoniowej, żeby co wieczór mogła nim bez wysiłku czesać swoje długie, wspaniałe włosy. Tak też zrobili.

Kobieta w dniu rocznicy ślubu obcięła włosy, sprzedała je i kupiła łańcuszek dla męża. Mężczyzna sprzedał zegarek i za uzyskane w ten sposób pieniądze, kupił grzebień dla żony.

Pewnego razu żyli sobie kobieta i mężczyzna, którzy bardzo się kochali, lecz byli bardzo biedni. Jedyną rzeczą, jaką posiadał mężczyzna, był srebrny łańcuszek. Jedyną rzeczą, jaką posiadała kobieta, był grzebień z kości słoniowej.

W tej prostolinijnej historii kryje się  poezja, która potrafi, w sposób doskonale wręcz, jawny i brutalny wstrząsnąć umysłem i poruszyć sercem, nie tylko dziecka. Czego zupełnie powiedzieć nie mogę o współczesnych „poetach”, bosych albo w sandałach, marszczących wielce wrażliwe czoła nad wszelkimi możliwymi przepaściami, rzekami i oceanami świata. W tych tkliwych, jałowych, powtarzanych do znudzenia i zwymiotowania, banalnych i wtórnych bzdurach – nie ma choćby kropli ani życia, ani sztuki, jest za to „cały ocean nadętego narcyzmu” i „prostackiego samouwielbienia” polegającego na tym, że „właśnie ja, poeta, zauważam niezauważalne i odczuwam świat głębiej”, który to „głębiej odczuwany świat”, będąc „poetą”, należy studiować koniecznie – stając nagimi, bosymi stopami (albo w sandałach) nad bezmierną przepaścią.

Nie dość, że w tych pseudo poetyckich banałach nie ma dozy głębi – no bo jak zawrzeć głębię w banale banalnym… –  najgorsze, że banały te kreowane przez współczesnych poetów, pozbawione są metafor autorskich, i esencjonalnych poprzez to.

Wszystkie wymienione powyżej „poetyckie” metafory zostały bowiem wymyślone tak dawno temu, że aż nie wiadomo, przez kogo. Brednie te, których doszczętny idiotyzm polega na powtarzaniu ich w nieskończoność tak, jak powtarza się mantrę, nie mają żadnych korzeni, a trwają wciąż wyłącznie w rezultacie nieustającego duszenia się „poetów” we własnym sosie, którzy pożyczają sobie wzajemnie jedne i te same zwroty, czyniąc z nich błazeński, prowizoryczny wytrych do rozumienia nigdzie nieistniejącej rzeczywistości.

Te banalne „poetyckie” zwroty podobne są więcej, niż do poezji – do kiełków rzeżuchy, o których człowiek wie, że są bombą witaminową, wie, że hoduje się je w talerzu z mokrą watą, który trzymać należy na parapecie, żeby zapewnić słońce, ale skąd te kiełki w tej wacie na tym talerzu na tym parapecie zaistniały, z jakiego rejonu przywędrowały – „gdzie mają korzenie” – tego ustalić już nie sposób.

Niby też takie odżywcze, łagodne i wrażliwe (jak kiełki), co „poeta” pisze. Choć w sumie jednakże to, co „poeta” pisze –   jest trochę takie głupie z wyglądu, też jak kiełek – bo wyrasta z wacianego talerza szybko, rozplenia się jeszcze szybciej, ale tak jakoś infantylnie i zabawnie bez korzeni się prezentuje.

Najgorsze, że cała ta naga, bosa, osandałowiona, z głową w niemym popłochu nad bezmierną przepaścią „poezja” – podsyca durny stereotyp wizerunku i charakteru poety.

Śmiem myśleć, że stereotyp ów wyrósł właśnie z owych wtórnych i jałowych bredni, które do poezji mają się gorzej niż tak, jak ma się pięść do oka – bo pięść do oka, jak życie nie raz dowiodło, bywa, że pasuje wyśmienicie i leży jak ulał.

W każdym razie z przyczyny tych wtórnych i jałowych pseudo poetyckich bredni, przyjęło się wyobrażać sobie poetę – jako jednostkę subtelną, tkliwą, sentymentalną, delikatną i do rany przyłóż. Oczywiście poeta to ten, który pochyla się w „morzu łez” nad zwłokami motylka, które napotkał na leśnej ścieżynce, którą szedł – na boso albo w sandałach! – do dzikiego lasu, który był jedynym jego bratem i sprzymierzeńcem, aby posilić się skromnie paroma jagódkami… Oczywiście poeta to ten, który egzystuje tylko i wyłącznie na odludziu, żywi się korzonkami własnoręcznie zbieranymi w leśnej głuszy, i ani razu w życiu nie spożył krwistego steku, bo brzydzi się krwią. Oczywiście poeta to ten, który jest nieśmiały w zachowaniu i powściągliwy w osądach. Poeta, to pokorne, mimozowe stworzenie, niezdolne ani do wojny, ani do burzy myśli. Jego refleksje snują się powolnie i miękko, a sam poeta, jak grzeczna i uprzejma sierotka, szanuje starców, miłuje dzieci i godzi się po prostu na wszystko – bo do tego stopnia jest delikatny i subtelny.

Justyna Karolak miała w życiu przyjemność zapoznać wielu ciekawych mężczyzn, wśród których kilku – i poetami było. Poetami, podkreślę – nie „poetami”. Wszyscy oni cechowali się inteligencją wysoko ponad przeciętną, wskutek której to inteligencji mogłabym opisać ich w milionach wyrafinowanych zdań, ale na pewno nie zdaniem w brzmieniu, iż byli subtelni.

Pierwszy z nich chadzał w glanach, drugi w kowbojkach, trzeci w mokasynach, a czwarty… Żaden z nich nie chadzał w sandałach, a jeśli nawet przytrafił się któremuś epizod sandałowy, były to sandały „rzymskiego piechura”, nigdy zaś –  „sandały jezuickie” albo modne „męskie japonki”.

W każdym razie żaden z nich nie był człowiekiem subtelnym czy delikatnym. Wszystkich poetów, jakich znałam, charakteryzowała, niezwykła wręcz, hardość i bezkompromisowość. Każdy z poetów – na własny niepowtarzalny sposób – potrafił zreasumować czy też zdefiniować życie i świat w zaledwie dwóch zdaniach, w zaledwie dwóch, syntetycznych, brutalnych linijkach, które bez cienia wstydu i z precyzją brzytwy – obnażały zażenowanemu światu głęboki sens samego świata, a czasami – znaczenie nader prostych, zwykłych mechanizmów budujących ludzką codzienność.  Zachwyt nad światem czy inwektywa wobec świata, w jednym i dziesiątym prawdziwym poecie zachodziły wszak za każdym razem na zasadzie identycznego procesu, który był wynikiem jednakowoż w pełni organicznej, prymitywnej biochemii mózgu, co wytężonego wysiłku intelektualnego i emocjonalnego. Naturalna, organiczna moc twórcza umysłu poety prawdziwego, owocowała wytryskiem idei najwznioślejszych, lecz wygłaszanych z prostotą  tak oczywistą, iż równie dobrze mogła być rozumiana jako przekaz osoby ziewającej na przykład, znużonej wszystkim do tego stopnia, iż pozostawało się dziwić jedynie, że osoba ta zechciała w ogóle swym przekazem z kimkolwiek się podzielić. Druga strona medalu, ów charyzmatyczny wysiłek i wojna intelektualna rozgrywana w zamknięciu głowy poety prawdziwego – odwrotnie: pozostawała istotnie wyizolowana z realnego nurtu i niedostępna dla nikogo. Lecz nie dlatego, że poeta czuł się lepszy od innych, wyobcowany i nieakceptowany, bo wrażliwszy i delikatniejszy, a dlatego, że zdolności jego myślenia rzeczywiście wiodły go ze sobą w te rejestry, w których nikt inny poza nim samym – nie miał prawa poczuć się bezpiecznie.

To były poezje… Czasami tak dosadne, że aż bezwzględne, ale zawsze – „prawdziwe”, zawsze „bez pudła”. Oto poeci, których ja, mała,  znałam. Ja, Justyna Karolak.

Mentalnie bliżej im było do starożytnych barbarzyńców, do Sparty, niż do odżywczych kiełków, na przykład rzeżuchy.

Prawdziwy poeta nigdy nie był – subtelny, delikatny i uroczy. To nie jest jego zadanie.

 

Bezwstydnie

Justyna Karolak

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

3 komentarze

  1. do dupy te informacje

  2. Bardzo fajny i przewrotny artykul

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *